Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Poznasz przystojnego bruneta

Przede wszystkim to nie jest komedia, a zwyczajna obyczajówka z nieco tragicznym twistem. Alfie, wysportowany 60-latek zostawia marudną żonę, Helen i znajduje sobie młódkę, blond aktorkę (a prywatnie prostytutkę). Helen nie może się pozbierać i nadużywając napojów wyskokowych przyszłość planuje na podstawie porad wróżki. Córka Helen, Sally, nudzi się w nierozwojowym związku z Royem, który rzucił karierę w medycynie, napisał jedną niezłą książkę, od lat pisze drugą i skończyć nie może; Sally zaczyna pracę w galerii sztuki i zakochuje się w uroczym szefie. Roy podgląda jeszcze bardziej uroczą (bo ciemnowłosą, młodą i ubierającą się w jaskrawą czerwień) sąsiadkę z przeciwka i też się zakochuje, a jednocześnie - korzystając ze śmierci w wypadku kolegi-pisarza - po odrzuceniu swojej powieści oddaje debiutancką świetną powieść jako własną. I jak wygląda, że każdy - poza Helen - wygrał drugą szansę w życiu, wszystko się spektakularnie rozsypuje. Oprócz Helen, która dzięki wróżce swoją drugą szansę na szczęście dostaje.

Londyn Allena wygląda jak Manhattan, piękne, jasne wnętrza pełne książek, mała rólka Philipa Glenistera (tęskniłam!), ładny jazzik w tle, trochę allenowskiej autoironii. Nic wyrafinowanego, ale bardzo miły film na wieczór.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 11, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Poznasz przystojnego bruneta

Przede wszystkim to nie jest komedia, a zwyczajna obyczajówka z nieco tragicznym twistem. Alfie, wysportowany 60-latek zostawia marudną żonę, Helen i znajduje sobie młódkę, blond aktorkę (a prywatnie prostytutkę). Helen nie może się pozbierać i nadużywając napojów wyskokowych przyszłość planuje na podstawie porad wróżki. Córka Helen, Sally, nudzi się w nierozwojowym związku z Royem, który rzucił karierę w medycynie, napisał jedną niezłą książkę, od lat pisze drugą i skończyć nie może; Sally zaczyna pracę w galerii sztuki i zakochuje się w uroczym szefie. Roy podgląda jeszcze bardziej uroczą (bo ciemnowłosą, młodą i ubierającą się w jaskrawą czerwień) sąsiadkę z przeciwka i też się zakochuje, a jednocześnie - korzystając ze śmierci w wypadku kolegi-pisarza - po odrzuceniu swojej powieści oddaje debiutancką świetną powieść jako własną. I jak wygląda, że każdy - poza Helen - wygrał drugą szansę w życiu, wszystko się spektakularnie rozsypuje. Oprócz Helen, która dzięki wróżce swoją drugą szansę na szczęście dostaje.

Londyn Allena wygląda jak Manhattan, piękne, jasne wnętrza pełne książek, mała rólka Philipa Glenistera (tęskniłam!), ładny jazzik w tle, trochę allenowskiej autoironii. Nic wyrafinowanego, ale bardzo miły film na wieczór.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 11, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zielony Bazar i Uczynny Polak, Co Cierpi Za Miliony

W cieniu kościoła św. Franciszka Serafickiego *na Rynku Bernardyńskim* co sobotę (od dziś) odbywa się bazar żywności ekologicznej. Na straganach to, co zwykle, tyle że bez oprysków, za to z przetworami, serami zagrodowymi i - podobno - bo dziś nie znalazłam, wędlinami i rybami. Okolica urocza, chociaż ciasna, ale pomysł świetny. Do tego traktor, ludyczne tańce i śpiewy, moja ulubiona szkoła jogi, rodzice z dziećmi, stragany ozdobione zbożem i kwiatami, sielanka. Kupuję więc, ogarnięta jesienną chętką na kolor pomarańczowy, kawałek pięknej, soczystej dyni Bambino (z którą wprawdzie jeszcze nie wiem, co zrobię, ale myślę o towarzystwie fety i kardamonu). Pani ze straganu kroi dynię, chociaż oczywiście wolałabym zabrać wielką kulę ze sobą i jak w tytułowej piosence z True Blood, zrobić z nią jakieś niegrzeczne rzeczy. I nagle wyrasta obok opalony acz podstarzały Ewangelista, który jadowitym tonem poszczekującego ratlerka zaczyna punktować, że kilogram dyni kosztuje tyle i tyle, że taka dynia to i z 10 kilo waży, że on 40 lat miał gospodarstwo, to się zna, i że ludzie to głupie, że tu przychodzą i kupują, na chleb nie mają, a przychodzą i głupi są, że kupują, co to niby eko, a przecież - TO SIĘ NIE OPŁACA. Mimo wyjaśnienia, że skoro on jeden jest mądry i przecież może nie kupować, poszczekiwał dalej, po czym przeniósł się oszczekiwać inne stragany. I jak chętnie bym mu przyznała rację, bo eko-towary są droższe niż nie eko, tak naprawdę miejsce na wprowadzanie swojej ekonomii sobie wybrał wyjątkowo niefartowne, bo towarzystwo dookoła bazarowe to raczej ludzie od new-age, wegetarianie i nosiciele chustowi, niezainteresowani tym, żeby chleb był jak najtańszy, ale żeby w środku miał to, co mieć powinien i nic więcej.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 10, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


Zielony Bazar i Uczynny Polak, Co Cierpi Za Miliony

W cieniu kościoła św. Franciszka Serafickiego *na Rynku Bernardyńskim* co sobotę (od dziś) odbywa się bazar żywności ekologicznej. Na straganach to, co zwykle, tyle że bez oprysków, za to z przetworami, serami zagrodowymi i - podobno - bo dziś nie znalazłam, wędlinami i rybami. Okolica urocza, chociaż ciasna, ale pomysł świetny. Do tego traktor, ludyczne tańce i śpiewy, moja ulubiona szkoła jogi, rodzice z dziećmi, stragany ozdobione zbożem i kwiatami, sielanka. Kupuję więc, ogarnięta jesienną chętką na kolor pomarańczowy, kawałek pięknej, soczystej dyni Bambino (z którą wprawdzie jeszcze nie wiem, co zrobię, ale myślę o towarzystwie fety i kardamonu). Pani ze straganu kroi dynię, chociaż oczywiście wolałabym zabrać wielką kulę ze sobą i jak w tytułowej piosence z True Blood, zrobić z nią jakieś niegrzeczne rzeczy. I nagle wyrasta obok opalony acz podstarzały Ewangelista, który jadowitym tonem poszczekującego ratlerka zaczyna punktować, że kilogram dyni kosztuje tyle i tyle, że taka dynia to i z 10 kilo waży, że on 40 lat miał gospodarstwo, to się zna, i że ludzie to głupie, że tu przychodzą i kupują, na chleb nie mają, a przychodzą i głupi są, że kupują, co to niby eko, a przecież - TO SIĘ NIE OPŁACA. Mimo wyjaśnienia, że skoro on jeden jest mądry i przecież może nie kupować, poszczekiwał dalej, po czym przeniósł się oszczekiwać inne stragany. I jak chętnie bym mu przyznała rację, bo eko-towary są droższe niż nie eko, tak naprawdę miejsce na wprowadzanie swojej ekonomii sobie wybrał wyjątkowo niefartowne, bo towarzystwo dookoła bazarowe to raczej ludzie od new-age, wegetarianie i nosiciele chustowi, niezainteresowani tym, żeby chleb był jak najtańszy, ale żeby w środku miał to, co mieć powinien i nic więcej.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 10, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


Sue Grafton - F is for Fugitive

Lubię u Gratfon plastyczność świata. Kolor kalifornijskiej plaży w lutym, zapach świeżej kawy, miasteczko, które Kinsey ogląda i potrawy, które je (w tym odcinku filet mignon średnio wysmażony, pieczone ziemniaki, sałata z niebieskim serem i na deser szarlotka[1]). Floral Beach jest miasteczkiem fikcyjnym, ale czytając o tym, że mieści się na powierzchni 3 na 6 kwartałów[2], ma główną ulicę, szpital, szkołę i hotel, a wszystko przy plaży, mam poczucie, jakbym wróciła do takiego Santa Cruz. Kinsey przyjechała, bo w poprzednim odcinku przestępca wysadził w powietrze przybudówkę, którą wynajmowała od swojego gospodarza i na czas remontu chciała zmienić na jakiś czas otoczenie. Tytułowy zbieg to Bailey Fowler, który oskarżony przed 17 laty o zabicie swojej eks-dziewczyny, zwiał z więzienia i przez lata żył z dala od domu przyzwoitym życiem, po czym przez głupi przypadek zostaje złapany. Kinsey próbuje wyśledzić, czy rzeczywiście został oskarżony o zbrodnię, której nie popełnił, ale nie jest łatwo, bo nikt nie chce o tym, co się działo przed laty, rozmawiać, a sam Bailey ucieka ponownie z sali sądowej. Rodzina Fowlerów w ogóle niespecjalnie funkcjonuje, bo senior umiera na zaawansowanego raka, seniorka ma cukrzycę, nadwagę i ledwo podnosi się z łóżka, a starsza córka ma dość życia w cieniu wiecznie nieobecnego i ciągle usprawiedliwianego brata.

I, co ciekawe, Kinsey wykrywa i sprawcę zbrodni sprzed lat, i tych świeżych, bo wraz z rozpoczęciem śledztwa trup zaczyna się słać; mimo niechętnej jej policji, mimo tego, że wszyscy znający zamordowaną nastolatkę nie chcą o tym rozmawiać, bo większość panów z nią sypiała, a brak jest już dokumentów medycznych, z których można by wywnioskować, kto był ojcem jej dziecka. Oczywiście, mogłaby śledztwo przerwać, zanim oberwie rakietą tenisową, zanim będzie uciekać po krzakach przed policją i zanim morderca weźmie ją na muszkę strzelby, ale Kinsey nie z tych, co się łatwo poddają.

[1] Jest to spory postęp w stosunku do ulubionej potrawy Kinsey, czyli ćwierćfunciaka z serem z McD.

[2] Lubię amerykańskie uporządkowanie w kwartały, pełną zabudowę i numerowanie domów od pełnej setki co przecznicę.

Inne tej autorki tutaj.

#60

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 10, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2011, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Sue Grafton - F is for Fugitive

Lubię u Gratfon plastyczność świata. Kolor kalifornijskiej plaży w lutym, zapach świeżej kawy, miasteczko, które Kinsey ogląda i potrawy, które je (w tym odcinku filet mignon średnio wysmażony, pieczone ziemniaki, sałata z niebieskim serem i na deser szarlotka[1]). Floral Beach jest miasteczkiem fikcyjnym, ale czytając o tym, że mieści się na powierzchni 3 na 6 kwartałów[2], ma główną ulicę, szpital, szkołę i hotel, a wszystko przy plaży, mam poczucie, jakbym wróciła do takiego Santa Cruz. Kinsey przyjechała, bo w poprzednim odcinku przestępca wysadził w powietrze przybudówkę, którą wynajmowała od swojego gospodarza i na czas remontu chciała zmienić na jakiś czas otoczenie. Tytułowy zbieg to Bailey Fowler, który oskarżony przed 17 laty o zabicie swojej eks-dziewczyny, zwiał z więzienia i przez lata żył z dala od domu przyzwoitym życiem, po czym przez głupi przypadek zostaje złapany. Kinsey próbuje wyśledzić, czy rzeczywiście został oskarżony o zbrodnię, której nie popełnił, ale nie jest łatwo, bo nikt nie chce o tym, co się działo przed laty, rozmawiać, a sam Bailey ucieka ponownie z sali sądowej. Rodzina Fowlerów w ogóle niespecjalnie funkcjonuje, bo senior umiera na zaawansowanego raka, seniorka ma cukrzycę, nadwagę i ledwo podnosi się z łóżka, a starsza córka ma dość życia w cieniu wiecznie nieobecnego i ciągle usprawiedliwianego brata.

I, co ciekawe, Kinsey wykrywa i sprawcę zbrodni sprzed lat, i tych świeżych, bo wraz z rozpoczęciem śledztwa trup zaczyna się słać; mimo niechętnej jej policji, mimo tego, że wszyscy znający zamordowaną nastolatkę nie chcą o tym rozmawiać, bo większość panów z nią sypiała, a brak jest już dokumentów medycznych, z których można by wywnioskować, kto był ojcem jej dziecka. Oczywiście, mogłaby śledztwo przerwać, zanim oberwie rakietą tenisową, zanim będzie uciekać po krzakach przed policją i zanim morderca weźmie ją na muszkę strzelby, ale Kinsey nie z tych, co się łatwo poddają.

[1] Jest to spory postęp w stosunku do ulubionej potrawy Kinsey, czyli ćwierćfunciaka z serem z McD.

[2] Lubię amerykańskie uporządkowanie w kwartały, pełną zabudowę i numerowanie domów od pełnej setki co przecznicę.

Inne tej autorki tutaj.

#60

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 10, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2011, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach

Nie powiem, że czwarta część nie ma paru zalet, bo ma. Nie ma chuderlawej Kiry Knightley, jest Jack Sparrow, łypie okiem i co jakiś czas robi minę oraz rzuca błyskotliwym tekstem. I jest Penelope Cruz. Niestety, to by było na tyle, bo reszta jest słaba: akcja się rwie i kilka razy zapomniałam, o co chodzi i po co płyną. Zamiast Kiry i Orlanda jest smutna syrenka i ckliwy misjonarz. Punkt kulminacyjny jest żywcem zerżnięty z Indiany Jonesa i Ostatniej Krucjaty, odnajdują źródło młodości, po czym się biją i gubią kielichy i to by było na tyle. Tyle że film trwa prawie dwie godziny, więc większość czasu płyną, walczą, płyną i czasem pokazują nieco, jak iskrzy między Penelopą a Deppem. Może jakbym to oglądała jako pierwszy film, a nie czwarty, to bym się wciągnęła, a tak to się zastanawiałam, co mnie zachwycało w poprzednich.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 7, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach

Nie powiem, że czwarta część nie ma paru zalet, bo ma. Nie ma chuderlawej Kiry Knightley, jest Jack Sparrow, łypie okiem i co jakiś czas robi minę oraz rzuca błyskotliwym tekstem. I jest Penelope Cruz. Niestety, to by było na tyle, bo reszta jest słaba: akcja się rwie i kilka razy zapomniałam, o co chodzi i po co płyną. Zamiast Kiry i Orlanda jest smutna syrenka i ckliwy misjonarz. Punkt kulminacyjny jest żywcem zerżnięty z Indiany Jonesa i Ostatniej Krucjaty, odnajdują źródło młodości, po czym się biją i gubią kielichy i to by było na tyle. Tyle że film trwa prawie dwie godziny, więc większość czasu płyną, walczą, płyną i czasem pokazują nieco, jak iskrzy między Penelopą a Deppem. Może jakbym to oglądała jako pierwszy film, a nie czwarty, to bym się wciągnęła, a tak to się zastanawiałam, co mnie zachwycało w poprzednich.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 7, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj