Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Sprzeczne sygnały

Przyroda ruszyła, znęcona wczorajszym słoneczkiem. Wzdłuż Rycerskiej kwitną na biało i różowo drzewa, czasem jeszcze sugerując tylko pączkami potencjał. Żółta forsycja i błękitny barwinek, duet prawie jak z Ikei. I mnóstwo fiołków, w mocnym odcieniu fioletu, niepopularnym może nieco przez skojarzenie z najtańszym chyba napojem poniewierającym, co to trzeba filtrować przez chlebek. I tylko wiatr, wyrywający zużyte chusteczki z ręki i przenikliwie szczypiący skórę na kostkach dłoni, daje do zrozumienia, że jeszcze nie ma się co cieszyć tą wiosną. Ale warto przejść kilkaset metrów prostą drogą, żeby wywietrzyć głowę.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 8, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 3 komentarze - Skomentuj


Sprzeczne sygnały

Przyroda ruszyła, znęcona wczorajszym słoneczkiem. Wzdłuż Rycerskiej kwitną na biało i różowo drzewa, czasem jeszcze sugerując tylko pączkami potencjał. Żółta forsycja i błękitny barwinek, duet prawie jak z Ikei. I mnóstwo fiołków, w mocnym odcieniu fioletu, niepopularnym może nieco przez skojarzenie z najtańszym chyba napojem poniewierającym, co to trzeba filtrować przez chlebek. I tylko wiatr, wyrywający zużyte chusteczki z ręki i przenikliwie szczypiący skórę na kostkach dłoni, daje do zrozumienia, że jeszcze nie ma się co cieszyć tą wiosną. Ale warto przejść kilkaset metrów prostą drogą, żeby wywietrzyć głowę.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 8, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 3 komentarze - Skomentuj


Podejście piąte, jak zwykle

Zgasł mi silnik na łuku, zgasł mi podczas ruszania pod górę, ale krytycznie zgasł mi dwa razy podczas ruszania, więc tym razem tyle. Instruktor po przesiądnięciu się na fotel właściwy, zaprezentował mi, że przecież oczywiście silnik i sprzęgło chodzą doskonale, więc jednak nie wina samochodu. I tak, o.

Na jutro umówiłam się z panem poleconym przez męża M., z okolic drogówki. Przedstawię listę żądań (nie dotykać kierownicy, nie naciskać za mnie pedałów, nie zakładać, że jeśli coś robię źle, to że robię to na złość, bo nie chcę się nauczyć, motywować pozytywnie, ale wskazywać błędy), efekty się zobaczy.

Niedługo strzeli rok od momentu, kiedy zaczęłam. Chyba kupię mikro-torcik i zapalę świeczkę.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 7, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Moje prawo jazdy - - 1 komentarz - Skomentuj


Podejście piąte, jak zwykle

Zgasł mi silnik na łuku, zgasł mi podczas ruszania pod górę, ale krytycznie zgasł mi dwa razy podczas ruszania, więc tym razem tyle. Instruktor po przesiądnięciu się na fotel właściwy, zaprezentował mi, że przecież oczywiście silnik i sprzęgło chodzą doskonale, więc jednak nie wina samochodu. I tak, o.

Na jutro umówiłam się z panem poleconym przez męża M., z okolic drogówki. Przedstawię listę żądań (nie dotykać kierownicy, nie naciskać za mnie pedałów, nie zakładać, że jeśli coś robię źle, to że robię to na złość, bo nie chcę się nauczyć, motywować pozytywnie, ale wskazywać błędy), efekty się zobaczy.

Niedługo strzeli rok od momentu, kiedy zaczęłam. Chyba kupię mikro-torcik i zapalę świeczkę.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 7, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Moje prawo jazdy - - 1 komentarz - Skomentuj


Mira Michałowska - Przez kuchnię i od frontu

Zbiór luźno powiązanych (czasem naprawdę bardzo luźno, typu "dziś opowiem wam o marchewce") dygresji i anegdotek głównie o jedzeniu z bogatego życia pani Michałowskiej, która - z racji posiadania męża-dyplomaty oraz losów wojennych - z niejednego pieca chleb i inne dobra jadła. Historie są czasem irytujące, czasem do bólu encyklopedyczno-pedagogiczne, czasem trącą poprzednią epoką, ale w większości opowiadają o smacznej stronie świata, którego już nie ma - racjonowaniu jedzenia w powojennej Anglii i podwieczorkach u królowej, przyjęciach w ambasadzie czy o tym, co jadały znane postacie z wielkiego świata. Jestem trochę zblazowana, bo "Od kuchni" naprawdę jest urocze i kiedy pierwszy raz czytałam je kilka lat temu, zachwyciło mnie, ale teraz - po przejrzeniu i przeczytaniu kilkudziesięciu doskonałych blogów kulinarnych, w których są i magiczne historie, i piękne zdjęcia - mam trochę wyższe wymagania.

Książka w zasadzie nie zawiera przepisów (poza najkrótszym przepisem na zielonkawą kurę, którą się "bierze, kraje na kawałki i wpieprza do garnka"), ale daje duże pole do uzupełnienia biblioteczki o kanon sztuki kulinarnej - Brillata-Savarina, Julii Child czy Alicji B. Toklas (i tu znowu kłania się współczesne zblazowanie, bo teraz te wszystkie książki są oddalone o jedno kliknięcie).

Inne tej autorki:

#20

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 7, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2011, kulinarne - 7 komentarzy - Skomentuj


Mira Michałowska - Przez kuchnię i od frontu

Zbiór luźno powiązanych (czasem naprawdę bardzo luźno, typu "dziś opowiem wam o marchewce") dygresji i anegdotek głównie o jedzeniu z bogatego życia pani Michałowskiej, która - z racji posiadania męża-dyplomaty oraz losów wojennych - z niejednego pieca chleb i inne dobra jadła. Historie są czasem irytujące, czasem do bólu encyklopedyczno-pedagogiczne, czasem trącą poprzednią epoką, ale w większości opowiadają o smacznej stronie świata, którego już nie ma - racjonowaniu jedzenia w powojennej Anglii i podwieczorkach u królowej, przyjęciach w ambasadzie czy o tym, co jadały znane postacie z wielkiego świata. Jestem trochę zblazowana, bo "Od kuchni" naprawdę jest urocze i kiedy pierwszy raz czytałam je kilka lat temu, zachwyciło mnie, ale teraz - po przejrzeniu i przeczytaniu kilkudziesięciu doskonałych blogów kulinarnych, w których są i magiczne historie, i piękne zdjęcia - mam trochę wyższe wymagania.

Książka w zasadzie nie zawiera przepisów (poza najkrótszym przepisem na zielonkawą kurę, którą się "bierze, kraje na kawałki i wpieprza do garnka"), ale daje duże pole do uzupełnienia biblioteczki o kanon sztuki kulinarnej - Brillata-Savarina, Julii Child czy Alicji B. Toklas (i tu znowu kłania się współczesne zblazowanie, bo teraz te wszystkie książki są oddalone o jedno kliknięcie).

Inne tej autorki:

#20

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 7, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2011, kulinarne - 7 komentarzy - Skomentuj


Children of Men

Podczas oglądania filmów katastroficznych mam poczucie pewnej ambiwalencji. Mimo świetnej kreacji świata i akcji, która mnie porwała, mam wrażenie, że cały czas oglądam ten sam film (bohater ma poukładane życie, coś wybucha/następuje atak zombie/skażenie/zlodowacenie, bohater rusza w podróż sam lub z drużyną, w celu, co do którego nie jest pewien, cel osiąga, film się kończy, a ja nie wiem, czy to nie było tylko męczące i zbędne przedłużanie wegetacji, bo świat już umarł). W "Children of Men" fabuła nie porywa, zwyczajny quest, ale zrealizowany z niesamowitą dbałością o szczegóły, tło i obraz. I trochę namysłu nad sensem życia i nadzieją.

W 2027 świat się rozpada - od 18 lat nie rodzą się dzieci, a ludzie mając w perspektywie jakieś 80 lat, niespecjalnie się czymkolwiek poza przeżyciem następnego dnia przejmują. Trzyma się jako tako Wielka Brytania, bo jest odcięta od innych krajów i masowo usuwa wszystkich, którzy nie są obywatelami (i nie jest łagodna kraina uprzejmych i flegmatycznych fajfokloków, tylko klatki z uchodźcami, brutalne oddziały służb, obozy-getta). Theo, urzędnik w jednym z ministerstw, z przymusu spotyka się z byłą żoną (z którą kiedyś sobie partyzantował, ale im się drogi rozeszły) i na jej prośbę pomaga przetransportować kobietę na wybrzeże, żeby mogła z zamkniętego kraju się wydostać. Dramatycznie się robi, kiedy się okazuje, że nie dość, że czyhają na nich wszyscy, to jeszcze sprawa jest dość rozwojowa, bo eskortowana - wnxb cvrejfmn xbovrgn bq 18 yng - wrfg j pvążl.

Doskonały drugi plan - wieczny hippis (Michael Caine) ze swoją ukrytą w lasach hacjendą, dziki ruch oporu (ze spluwą biega sobie Jax z "Sons of Anarchy", tym razem obdarzony długimi dredami, ale nieustająco niedomyty), lakoniczny strażnik Sid i niesamowicie mocny obraz getta dla uchodźców w nadmorskiej miejscowości (normalnie jakby kręcili w Łodzi, tyle że Łódź nie ma dostępu do wody). Trochę bolesny jest patos końcowych scen, kiedy Xrr vqmvr mr śjvrżb anebqmbalz qmvrpxvrz cemrm xbelgnem crłra hpubqźpój, n cbgrz cemrm bqqmvnłl żbłavreml, n jfmlfpl nyob hfvłhwą qbgxaąć znłrw fgbcxv nyob pmlavą manx xemlżn; cenjvr wnx fpraxn m fmbcxv orgyrwrzfxvrw, ale chyba było to potrzebne.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 6, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 5 komentarzy - Skomentuj


Children of Men

Podczas oglądania filmów katastroficznych mam poczucie pewnej ambiwalencji. Mimo świetnej kreacji świata i akcji, która mnie porwała, mam wrażenie, że cały czas oglądam ten sam film (bohater ma poukładane życie, coś wybucha/następuje atak zombie/skażenie/zlodowacenie, bohater rusza w podróż sam lub z drużyną, w celu, co do którego nie jest pewien, cel osiąga, film się kończy, a ja nie wiem, czy to nie było tylko męczące i zbędne przedłużanie wegetacji, bo świat już umarł). W "Children of Men" fabuła nie porywa, zwyczajny quest, ale zrealizowany z niesamowitą dbałością o szczegóły, tło i obraz. I trochę namysłu nad sensem życia i nadzieją.

W 2027 świat się rozpada - od 18 lat nie rodzą się dzieci, a ludzie mając w perspektywie jakieś 80 lat, niespecjalnie się czymkolwiek poza przeżyciem następnego dnia przejmują. Trzyma się jako tako Wielka Brytania, bo jest odcięta od innych krajów i masowo usuwa wszystkich, którzy nie są obywatelami (i nie jest łagodna kraina uprzejmych i flegmatycznych fajfokloków, tylko klatki z uchodźcami, brutalne oddziały służb, obozy-getta). Theo, urzędnik w jednym z ministerstw, z przymusu spotyka się z byłą żoną (z którą kiedyś sobie partyzantował, ale im się drogi rozeszły) i na jej prośbę pomaga przetransportować kobietę na wybrzeże, żeby mogła z zamkniętego kraju się wydostać. Dramatycznie się robi, kiedy się okazuje, że nie dość, że czyhają na nich wszyscy, to jeszcze sprawa jest dość rozwojowa, bo eskortowana - wnxb cvrejfmn xbovrgn bq 18 yng - wrfg j pvążl.

Doskonały drugi plan - wieczny hippis (Michael Caine) ze swoją ukrytą w lasach hacjendą, dziki ruch oporu (ze spluwą biega sobie Jax z "Sons of Anarchy", tym razem obdarzony długimi dredami, ale nieustająco niedomyty), lakoniczny strażnik Sid i niesamowicie mocny obraz getta dla uchodźców w nadmorskiej miejscowości (normalnie jakby kręcili w Łodzi, tyle że Łódź nie ma dostępu do wody). Trochę bolesny jest patos końcowych scen, kiedy Xrr vqmvr mr śjvrżb anebqmbalz qmvrpxvrz cemrm xbelgnem crłra hpubqźpój, n cbgrz cemrm bqqmvnłl żbłavreml, n jfmlfpl nyob hfvłhwą qbgxaąć znłrw fgbcxv nyob pmlavą manx xemlżn; cenjvr wnx fpraxn m fmbcxv orgyrwrzfxvrw, ale chyba było to potrzebne.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 6, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 5 komentarzy - Skomentuj