Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Changes

Z leniwego i mało zorganizowanego rytmu wyznaczanego posiłkami i drzemkami przeszłam na kilka godzin dziennie do miejsca, gdzie za trzy tygodnie dostanę swoje kej-pi-aje. Na razie jest łatwo, bo słucham i czytam. Patrzę na ludzi, których znałam dwa lata temu; niektórzy się zmienili, niektórzy nie. Czasem jest tak, jakbym wyszła tydzień temu i wróciła po krótkim urlopie. Tyle że z katarem, z obtartą piętą (co zawęża menu pantofli) i z głową zajętą tym, że po dwóch tygodniach w placówce opiekuńczo-wychowawczej Maj zapadł na zdrowiu i na zmianę twierdzi, że jest ciężko chory z gorączką, a po przeciwbólu - wręcz przeciwnie, za to konsekwentnie nie je (a jak je, to jakby nie jadł). I tak, o.

Zdążyłam sobie w dwa dni przypomnieć, jak to jest nie myśleć o tym, żeby wziąć ze sobą aparat. Nie jest fajne to.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 4, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: SOA#1, Maja - - 7 komentarzy - Skomentuj


Changes

Z leniwego i mało zorganizowanego rytmu wyznaczanego posiłkami i drzemkami przeszłam na kilka godzin dziennie do miejsca, gdzie za trzy tygodnie dostanę swoje kej-pi-aje. Na razie jest łatwo, bo słucham i czytam. Patrzę na ludzi, których znałam dwa lata temu; niektórzy się zmienili, niektórzy nie. Czasem jest tak, jakbym wyszła tydzień temu i wróciła po krótkim urlopie. Tyle że z katarem, z obtartą piętą (co zawęża menu pantofli) i z głową zajętą tym, że po dwóch tygodniach w placówce opiekuńczo-wychowawczej Maj zapadł na zdrowiu i na zmianę twierdzi, że jest ciężko chory z gorączką, a po przeciwbólu - wręcz przeciwnie, za to konsekwentnie nie je (a jak je, to jakby nie jadł). I tak, o.

Zdążyłam sobie w dwa dni przypomnieć, jak to jest nie myśleć o tym, żeby wziąć ze sobą aparat. Nie jest fajne to.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 4, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: SOA#1, Maja - - 7 komentarzy - Skomentuj




Żyję, aby jeść

Okolica Młyńskiej jest dość specyficzna - nie dziwią ani kamienice z przełomu ubiegłych wieków, ani charakterystyczna maniera nazywania lokali gastronomicznych (przy samym sądzie jest bistro "Pod kluczem", urocze wyczucie, kawałek dalej - "Toga"), precyzująca zapewne i typ klienteli. "Amarena" (tak, wróciłam po nieudanym podejściu w październiku) nomenklaturowo się wyłamuje, ale dobrze wiedzieć, że w centrum jest miłe, zacisze miejsce, w którym po latach można sobie przypomnieć, jak to przyjemnie jest zjeść leniwe śniadanie, przerywane tylko szelestem stron gazety ("Palce lizać" nie zachwyciło). Dawno nie jadłam tak pysznych, chrupiących bułeczek. I jak nie lubię jadać sama, tak w Amarenie się z tym źle nie czułam.

Po czym okazało się, że nie ma już l'Heroine na Wrocławskiej, a zamiast niej jest bezpretensjonalna tapasownia Credo. Marynowane polędwiczki, grillowane bakłażany, doskonały Grana Padano, pasty ostre i nieostre, świeże pieczywo, zupy, wina, soki, a w porze lunchu niedrogie zestawy obiadowe. Jedzenie mają zdecydowanie lepsze niż stronę www.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 31, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Żyję, aby jeść

Okolica Młyńskiej jest dość specyficzna - nie dziwią ani kamienice z przełomu ubiegłych wieków, ani charakterystyczna maniera nazywania lokali gastronomicznych (przy samym sądzie jest bistro "Pod kluczem", urocze wyczucie, kawałek dalej - "Toga"), precyzująca zapewne i typ klienteli. "Amarena" (tak, wróciłam po nieudanym podejściu w październiku) nomenklaturowo się wyłamuje, ale dobrze wiedzieć, że w centrum jest miłe, zacisze miejsce, w którym po latach można sobie przypomnieć, jak to przyjemnie jest zjeść leniwe śniadanie, przerywane tylko szelestem stron gazety ("Palce lizać" nie zachwyciło). Dawno nie jadłam tak pysznych, chrupiących bułeczek. I jak nie lubię jadać sama, tak w Amarenie się z tym źle nie czułam.

Po czym okazało się, że nie ma już l'Heroine na Wrocławskiej, a zamiast niej jest bezpretensjonalna tapasownia Credo. Marynowane polędwiczki, grillowane bakłażany, doskonały Grana Padano, pasty ostre i nieostre, świeże pieczywo, zupy, wina, soki, a w porze lunchu niedrogie zestawy obiadowe. Jedzenie mają zdecydowanie lepsze niż stronę www.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 31, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Joanna Jodełka - Polichromia

Na Sołaczu, w jednej z zabytkowych willi miejskich, bogato umeblowanej antykami, policja znajduje zwłoki starszego mężczyzny, emerytowanego konserwatora zabytków. Nagie, przysłonięte ręcznikiem z napisem po łacinie. 3 miesiące później - w podpoznańskiej wsi w prawie pustej, rozwalającej się chałupinie - kolejne zwłoki, obdarzone nową łacińską sentencją. A jako że trzy to liczba boska, Maciej Bartol, komisarz poznańskiej policji, spodziewa się trzeciego morderstwa.

Bardzo lubię książki, które dzieją się w Poznaniu - gdy bohaterowie wchodzą do kamienicy na Rybakach, gdy przechodzą przez Park Sołacki, gdy robią zakupy w Starym Browarze czy patrzą w górę na Okrąglak. Każdy rozdział dodatkowo ozdobiony jest szkicem secesyjnej architektury (co wzmaga moją irytację, bo na pewno widziałam już te budynki, tylko nie umiem ich w głowie zlokalizować), niestety bez podpisu. Bardzo lubię też, kiedy książka zaczyna się od przedstawienia jej bohaterów - tu na początku każdego rozdziału są króciutkie notki o poszczególnych osobach dramatu. A już najbardziej lubię, kiedy po skończeniu książki chcę szybko wracać do początku, żeby bogata w wiedzę ostatecznych rozwiązań, przekonać się, jakie podpowiedzi dawał autor czytelnikowi.

Sam kryminał kręci się wokół komisarza Bartola, jego kolegów z pracy, matki i życia prywatnego - jest półtora wątku miłosnego, porcja męskich dyskusji przy kieliszku, wieczny konflikt matka-syn i trochę pozytywistycznego zbawiania świata.

Inne tej autorki:

#19

Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 30, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Moje miasto - Tagi: panie, 2011, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Joanna Jodełka - Polichromia

Na Sołaczu, w jednej z zabytkowych willi miejskich, bogato umeblowanej antykami, policja znajduje zwłoki starszego mężczyzny, emerytowanego konserwatora zabytków. Nagie, przysłonięte ręcznikiem z napisem po łacinie. 3 miesiące później - w podpoznańskiej wsi w prawie pustej, rozwalającej się chałupinie - kolejne zwłoki, obdarzone nową łacińską sentencją. A jako że trzy to liczba boska, Maciej Bartol, komisarz poznańskiej policji, spodziewa się trzeciego morderstwa.

Bardzo lubię książki, które dzieją się w Poznaniu - gdy bohaterowie wchodzą do kamienicy na Rybakach, gdy przechodzą przez Park Sołacki, gdy robią zakupy w Starym Browarze czy patrzą w górę na Okrąglak. Każdy rozdział dodatkowo ozdobiony jest szkicem secesyjnej architektury (co wzmaga moją irytację, bo na pewno widziałam już te budynki, tylko nie umiem ich w głowie zlokalizować), niestety bez podpisu. Bardzo lubię też, kiedy książka zaczyna się od przedstawienia jej bohaterów - tu na początku każdego rozdziału są króciutkie notki o poszczególnych osobach dramatu. A już najbardziej lubię, kiedy po skończeniu książki chcę szybko wracać do początku, żeby bogata w wiedzę ostatecznych rozwiązań, przekonać się, jakie podpowiedzi dawał autor czytelnikowi.

Sam kryminał kręci się wokół komisarza Bartola, jego kolegów z pracy, matki i życia prywatnego - jest półtora wątku miłosnego, porcja męskich dyskusji przy kieliszku, wieczny konflikt matka-syn i trochę pozytywistycznego zbawiania świata.

Inne tej autorki:

#19

Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 30, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Moje miasto - Tagi: panie, 2011, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Niektórzy przyciągają wariatów, a ja...

Wydawało mi się, że zrobić prawo jazdy to odbębnić 30 godzin wykładów, a potem 30 godzin jazdy z w miarę kompetentnym instruktorem, któremu będzie zależało na tym, żeby we w miarę komfortowych warunkach nauczyć mnie jeździć. Otóż nic bardziej mylnego. Jakimś cudem przyciągam wampiry. Myślałam, że po pani E., wsiadającej z krzywą miną i z pulsującym wkurwem i czekająca na okazję, żeby wybuchnąć, nic podobnego mnie nie spotka. Myliłam się, oczywiście.

Pani I., polecona przez znajomego TŻ-a jako "świetny nauczyciel" na początku zrobiła dobre wrażenie. Pokazała mi sensowniejszy sposób na opanowanie jazdy po łuku, nie darła się, nie uderzała mnie po rękach i była mało inwazyjna. Uwaliłam egzamin, wróciłam i zamiast doktor Jekyll dostałam panią Hyde. Na wejściu dowiedziałam się, że jeżdżę tragicznie, ale pani w łaskawości swojej nie chciała mi tego mówić, skoro zdecydowałam się na egzamin, że powinnam przejeździć z nią co najmniej 20 godzin, ucząc się od podstaw, bo W OGÓLE NIE UMIEM JEŹDZIĆ[1], po czym zaczęła tresurę z rzucaniem cholerami, standardowymi tekstami nauczycielki z podstawówki ("osioł by się szybciej nauczył niż pani Małgosia") nawet w sytuacji, w której "wyjątkowo" jechałam prawidłowo ("pani Małgosia skręca, bo z przeciwka jedzie L-ka, a tam drugi taki uczony jak pani Małgosia, to pani Małgosia ze spokojem zdąży"), waleniem po rękach i kręceniem kierownicą, ubieganiem mnie w naciskaniu pedałów oraz mówieniem, jak mam jechać i komentowaniem, że gdyby nie mówiła, bo bym pojechała źle. Grzecznie poprosiłam o zaprzestanie, bo nie wjeżdżam na niewłaściwe pasy, coraz częściej rzadziej przeoczam znaki (owszem, zdarza mi się), a jak będzie za mnie hamować, to skutek dla mnie jest żaden. Mumble, mumble, bo pani Małgosia nie umie[2]. Kolejna głupia dyskusja, że jak się za mnie coś robi, to się od tego nie nauczę. Dziś dowiedziałam się, że nie umiem zmieniać biegów i że świetna nauczycielka rozważa ZAPRZESTANIE uczenia mnie, albowiem niszczę jej samochód, a konkretnie skrzynię biegów.

Egzamin mam za tydzień. Wytrzymam jeszcze jeden albo dwa seanse nienawiści. I nawet jeśli rzeczywiście po raz kolejny nie zdam, to poszukam kogokolwiek innego, niech to nawet będzie szowinistyczny wąsacz, chwytający mnie za kolano.

EDIT: A, zapomniałam. Przed egzaminem zostałam odwieziona do domu przez kolejnego kursanta, który według pani "jeździ dobrze". Pan całą drogę opowiadał, że myli mu się kursowe Clio z jego wypasionym autem z automatyczną skrzynią biegów, co miało wyjaśniać, że myli biegi i zapomina przełączyć, startował z piskiem, parę razy gasł mu silnik, zakręty brał po kawalersku sąsiednimi pasami, hamował tak, że zawisałam na pasach. Ale poza tym to "jeździł dobrze".

PS Najbardziej nienawidzę jeździć bez sensu. "Teraz w prawo, a teraz... w lewo. A może zawrócimy na rondzie. I tu w lewo". Nienawidzę.

[1] Nie twierdzę, że wymiatam, ale w miarę ogarniam.

[2] Oczywiście nie pomaga w prawidłowym jeżdżeniu narastający wkurw, międlenie w głowie mantry "zamknijsięwreszcie" i wyobrażanie sobie, jak soczysty pomidor ląduje na jej twarzy.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 29, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Moje prawo jazdy - - 12 komentarzy - Skomentuj


Niektórzy przyciągają wariatów, a ja...

Wydawało mi się, że zrobić prawo jazdy to odbębnić 30 godzin wykładów, a potem 30 godzin jazdy z w miarę kompetentnym instruktorem, któremu będzie zależało na tym, żeby we w miarę komfortowych warunkach nauczyć mnie jeździć. Otóż nic bardziej mylnego. Jakimś cudem przyciągam wampiry. Myślałam, że po pani E., wsiadającej z krzywą miną i z pulsującym wkurwem i czekająca na okazję, żeby wybuchnąć, nic podobnego mnie nie spotka. Myliłam się, oczywiście.

Pani I., polecona przez znajomego TŻ-a jako "świetny nauczyciel" na początku zrobiła dobre wrażenie. Pokazała mi sensowniejszy sposób na opanowanie jazdy po łuku, nie darła się, nie uderzała mnie po rękach i była mało inwazyjna. Uwaliłam egzamin, wróciłam i zamiast doktor Jekyll dostałam panią Hyde. Na wejściu dowiedziałam się, że jeżdżę tragicznie, ale pani w łaskawości swojej nie chciała mi tego mówić, skoro zdecydowałam się na egzamin, że powinnam przejeździć z nią co najmniej 20 godzin, ucząc się od podstaw, bo W OGÓLE NIE UMIEM JEŹDZIĆ[1], po czym zaczęła tresurę z rzucaniem cholerami, standardowymi tekstami nauczycielki z podstawówki ("osioł by się szybciej nauczył niż pani Małgosia") nawet w sytuacji, w której "wyjątkowo" jechałam prawidłowo ("pani Małgosia skręca, bo z przeciwka jedzie L-ka, a tam drugi taki uczony jak pani Małgosia, to pani Małgosia ze spokojem zdąży"), waleniem po rękach i kręceniem kierownicą, ubieganiem mnie w naciskaniu pedałów oraz mówieniem, jak mam jechać i komentowaniem, że gdyby nie mówiła, bo bym pojechała źle. Grzecznie poprosiłam o zaprzestanie, bo nie wjeżdżam na niewłaściwe pasy, coraz częściej rzadziej przeoczam znaki (owszem, zdarza mi się), a jak będzie za mnie hamować, to skutek dla mnie jest żaden. Mumble, mumble, bo pani Małgosia nie umie[2]. Kolejna głupia dyskusja, że jak się za mnie coś robi, to się od tego nie nauczę. Dziś dowiedziałam się, że nie umiem zmieniać biegów i że świetna nauczycielka rozważa ZAPRZESTANIE uczenia mnie, albowiem niszczę jej samochód, a konkretnie skrzynię biegów.

Egzamin mam za tydzień. Wytrzymam jeszcze jeden albo dwa seanse nienawiści. I nawet jeśli rzeczywiście po raz kolejny nie zdam, to poszukam kogokolwiek innego, niech to nawet będzie szowinistyczny wąsacz, chwytający mnie za kolano.

EDIT: A, zapomniałam. Przed egzaminem zostałam odwieziona do domu przez kolejnego kursanta, który według pani "jeździ dobrze". Pan całą drogę opowiadał, że myli mu się kursowe Clio z jego wypasionym autem z automatyczną skrzynią biegów, co miało wyjaśniać, że myli biegi i zapomina przełączyć, startował z piskiem, parę razy gasł mu silnik, zakręty brał po kawalersku sąsiednimi pasami, hamował tak, że zawisałam na pasach. Ale poza tym to "jeździł dobrze".

PS Najbardziej nienawidzę jeździć bez sensu. "Teraz w prawo, a teraz... w lewo. A może zawrócimy na rondzie. I tu w lewo". Nienawidzę.

[1] Nie twierdzę, że wymiatam, ale w miarę ogarniam.

[2] Oczywiście nie pomaga w prawidłowym jeżdżeniu narastający wkurw, międlenie w głowie mantry "zamknijsięwreszcie" i wyobrażanie sobie, jak soczysty pomidor ląduje na jej twarzy.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 29, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Moje prawo jazdy - - 12 komentarzy - Skomentuj