Przez zmierzch zapadający w porze obiadu mam poczucie przemieszczania się po świecie nocą, mimo że jest w okolicach 18, czyli jakby nie było środek popołudnia. Sklepy otwarte, przez ulicę przechodzą piesi, tramwaje iskrzą i dzwonią na zakrętach. Powietrze pachnie mrozem. Piernikowa latte i maślane ciasteczka z imbirowym lukrem to taki prezent dla mnie samej już prawie świąteczny, zwłaszcza że z sali obok w Sweet Surrender dobiegało głośne "Jingle Bells". A potem musiałam przejść 500 metrów i zmarzłam jak nie wiem, przewiał mnie lodowaty, zacinający śniegiem wiatr. Nie lubię. I nawet historyjki o tym, że Hobbit to taki przedwstęp do "Władcy pierścieni", bo tam wszystko wyjaśniają oraz gdzie można pojechać na taką wiejską imprezę, ale fajną, bo nie dostaje się po ryju, mnie nie cieszą.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przez zmierzch zapadający w porze obiadu mam poczucie przemieszczania się po świecie nocą, mimo że jest w okolicach 18, czyli jakby nie było środek popołudnia. Sklepy otwarte, przez ulicę przechodzą piesi, tramwaje iskrzą i dzwonią na zakrętach. Powietrze pachnie mrozem. Piernikowa latte i maślane ciasteczka z imbirowym lukrem to taki prezent dla mnie samej już prawie świąteczny, zwłaszcza że z sali obok w Sweet Surrender dobiegało głośne "Jingle Bells". A potem musiałam przejść 500 metrów i zmarzłam jak nie wiem, przewiał mnie lodowaty, zacinający śniegiem wiatr. Nie lubię. I nawet historyjki o tym, że Hobbit to taki przedwstęp do "Władcy pierścieni", bo tam wszystko wyjaśniają oraz gdzie można pojechać na taką wiejską imprezę, ale fajną, bo nie dostaje się po ryju, mnie nie cieszą.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Przez zmierzch zapadający w porze obiadu mam poczucie przemieszczania się po świecie nocą, mimo że jest w okolicach 18, czyli jakby nie było środek popołudnia. Sklepy otwarte, przez ulicę przechodzą piesi, tramwaje iskrzą i dzwonią na zakrętach. Powietrze pachnie mrozem. Piernikowa latte i maślane ciasteczka z imbirowym lukrem to taki prezent dla mnie samej już prawie świąteczny, zwłaszcza że z sali obok w Sweet Surrender dobiegało głośne "Jingle Bells". A potem musiałam przejść 500 metrów i zmarzłam jak nie wiem, przewiał mnie lodowaty, zacinający śniegiem wiatr. Nie lubię. I nawet historyjki o tym, że Hobbit to taki przedwstęp do "Władcy pierścieni", bo tam wszystko wyjaśniają oraz gdzie można pojechać na taką wiejską imprezę, ale fajną, bo nie dostaje się po ryju, mnie nie cieszą.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Kiedyś przechodziłam na tą informacją w portalach do porządku dziennego, ewentualnie pochichotawszy czasem.
Teraz podziwiam.
Bo ta deklaracja oznacza: jestem niewyspana (zwykle; tak, wiem, moje dziecko sypia do 9 albo i dłużej), obiegłam mieszkanie piętnaście razy podczas ubierania się (i nie tylko się) na 20-minutowy spacer, jem śniadanie i piję kawę w czasie drzemki dziecka, właśnie wdepnęłam na klocek z ostrymi krawędziami, mam plamy na czystych przed chwilą jeszcze spodniach, odkurzałam dziś mieszkanie i już nie widać, nie jestem w stanie odgruzować kuchennego stołu...
I miałam jeszcze tak długo, ale jakoś od dwóch dni czuję się niesamowicie zen przez śnieg za oknem. Hipnoza? Wspomnienie dzieciństwa, spędzanego w ciepłym domu? Więc zamiast marudzić zerknę tylko, czy Maj dalej śpi z wypiętą pupą (śpi) i pstryknę następną planszę Bejeweled Blitz.
Ale na portalach nie będę wpisywać, że jestem mamą. Co mi mają inni zazdrościć.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 29, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kiedyś przechodziłam na tą informacją w portalach do porządku dziennego, ewentualnie pochichotawszy czasem.
Teraz podziwiam.
Bo ta deklaracja oznacza: jestem niewyspana (zwykle; tak, wiem, moje dziecko sypia do 9 albo i dłużej), obiegłam mieszkanie piętnaście razy podczas ubierania się (i nie tylko się) na 20-minutowy spacer, jem śniadanie i piję kawę w czasie drzemki dziecka, właśnie wdepnęłam na klocek z ostrymi krawędziami, mam plamy na czystych przed chwilą jeszcze spodniach, odkurzałam dziś mieszkanie i już nie widać, nie jestem w stanie odgruzować kuchennego stołu...
I miałam jeszcze tak długo, ale jakoś od dwóch dni czuję się niesamowicie zen przez śnieg za oknem. Hipnoza? Wspomnienie dzieciństwa, spędzanego w ciepłym domu? Więc zamiast marudzić zerknę tylko, czy Maj dalej śpi z wypiętą pupą (śpi) i pstryknę następną planszę Bejeweled Blitz.
Ale na portalach nie będę wpisywać, że jestem mamą. Co mi mają inni zazdrościć.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 29, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Kiedyś przechodziłam na tą informacją w portalach do porządku dziennego, ewentualnie pochichotawszy czasem.
Teraz podziwiam.
Bo ta deklaracja oznacza: jestem niewyspana (zwykle; tak, wiem, moje dziecko sypia do 9 albo i dłużej), obiegłam mieszkanie piętnaście razy podczas ubierania się (i nie tylko się) na 20-minutowy spacer, jem śniadanie i piję kawę w czasie drzemki dziecka, właśnie wdepnęłam na klocek z ostrymi krawędziami, mam plamy na czystych przed chwilą jeszcze spodniach, odkurzałam dziś mieszkanie i już nie widać, nie jestem w stanie odgruzować kuchennego stołu...
I miałam jeszcze tak długo, ale jakoś od dwóch dni czuję się niesamowicie zen przez śnieg za oknem. Hipnoza? Wspomnienie dzieciństwa, spędzanego w ciepłym domu? Więc zamiast marudzić zerknę tylko, czy Maj dalej śpi z wypiętą pupą (śpi) i pstryknę następną planszę Bejeweled Blitz.
Ale na portalach nie będę wpisywać, że jestem mamą. Co mi mają inni zazdrościć.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 29, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Nianię zatrudniłam po to, żeby chodzić raz w tygodniu na jogę. W praktyce okazało się, że w ciągu miesiąca poszłam na jedne zajęcia. Raz wypadł 11.11, zajęć nie było, życie. Drugi raz poinformowała, że ma wywiadówkę w szkole, w której zastępuje przez 1,5 miesiąca nauczycielkę. Tylko poinformowała, nie że przeprosiła, że wyjątkowo, że coś. Jestem kretynkosobą wyrozumiałą, nic nie powiedziałam. W ostatni czwartek od godziny 15 usiłowałam potwierdzić, że przyjedzie przed 17, żebym mogła zamówić na 17 taksówkę i bez stresu dojechać na zajęcia. Z luzackich sms-ów dowiedziałam się o 16:15, że "jest na radzie", o 16:50, że "jedzie taxi", a kiedy wreszcie odebrała telefon o 17:15, radośnie wychichotała, że stoi w korku jakieś 5 km ode mnie i może będzie za 20 minut. Zważywszy, że zajęcia zaczynają się o 17:45, taksówka dojeżdża w jakieś 30 minut przy dobrych wiatrach, a dziecka samego w domu nie zostawię, doznałam rozległego wkurwu i zawróciłam pannę do domu. I jak żal mi zmarnowanych dwóch miesięcy na przysposabianie dziewczyny, tak nie widzę już tego, że opiekuje się Mają. Od czwartku nie padło żadne "przepraszam, nawaliłam, może jeszcze jedna szansa", tylko jojczenie na facebooku, że "och, niech ten zły tydzień się skończy".
Tak dla pamięci lista obsuw, jakby jednak przeprosiła:
- w piątek przyjechała 20 minut po 11 zamiast o 11, jakbym nie przewidywała, spóźniłabym się na egzamin,
- w poniedziałek przyjechała 40 minut po umówionej godzinie, bo "nie przyjechał autobus", zero informacji; nie spieszyłam się, ale czekałam na nią w połowie przygotowana do wyjścia; po tym prosiłam o punktualny przyjazd w czwartek,
- w czwartek - efekt jak wyżej.
Szlag mnie trafia, ale chyba za dużo szczęścia byłoby z trafieniem na sensowną opiekunkę na wejściu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 28, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nianię zatrudniłam po to, żeby chodzić raz w tygodniu na jogę. W praktyce okazało się, że w ciągu miesiąca poszłam na jedne zajęcia. Raz wypadł 11.11, zajęć nie było, życie. Drugi raz poinformowała, że ma wywiadówkę w szkole, w której zastępuje przez 1,5 miesiąca nauczycielkę. Tylko poinformowała, nie że przeprosiła, że wyjątkowo, że coś. Jestem kretynkosobą wyrozumiałą, nic nie powiedziałam. W ostatni czwartek od godziny 15 usiłowałam potwierdzić, że przyjedzie przed 17, żebym mogła zamówić na 17 taksówkę i bez stresu dojechać na zajęcia. Z luzackich sms-ów dowiedziałam się o 16:15, że "jest na radzie", o 16:50, że "jedzie taxi", a kiedy wreszcie odebrała telefon o 17:15, radośnie wychichotała, że stoi w korku jakieś 5 km ode mnie i może będzie za 20 minut. Zważywszy, że zajęcia zaczynają się o 17:45, taksówka dojeżdża w jakieś 30 minut przy dobrych wiatrach, a dziecka samego w domu nie zostawię, doznałam rozległego wkurwu i zawróciłam pannę do domu. I jak żal mi zmarnowanych dwóch miesięcy na przysposabianie dziewczyny, tak nie widzę już tego, że opiekuje się Mają. Od czwartku nie padło żadne "przepraszam, nawaliłam, może jeszcze jedna szansa", tylko jojczenie na facebooku, że "och, niech ten zły tydzień się skończy".
Tak dla pamięci lista obsuw, jakby jednak przeprosiła:
- w piątek przyjechała 20 minut po 11 zamiast o 11, jakbym nie przewidywała, spóźniłabym się na egzamin,
- w poniedziałek przyjechała 40 minut po umówionej godzinie, bo "nie przyjechał autobus", zero informacji; nie spieszyłam się, ale czekałam na nią w połowie przygotowana do wyjścia; po tym prosiłam o punktualny przyjazd w czwartek,
- w czwartek - efekt jak wyżej.
Szlag mnie trafia, ale chyba za dużo szczęścia byłoby z trafieniem na sensowną opiekunkę na wejściu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 28, 2010
Link bezpośredni -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Nianię zatrudniłam po to, żeby chodzić raz w tygodniu na jogę. W praktyce okazało się, że w ciągu miesiąca poszłam na jedne zajęcia. Raz wypadł 11.11, zajęć nie było, życie. Drugi raz poinformowała, że ma wywiadówkę w szkole, w której zastępuje przez 1,5 miesiąca nauczycielkę. Tylko poinformowała, nie że przeprosiła, że wyjątkowo, że coś. Jestem kretynkosobą wyrozumiałą, nic nie powiedziałam. W ostatni czwartek od godziny 15 usiłowałam potwierdzić, że przyjedzie przed 17, żebym mogła zamówić na 17 taksówkę i bez stresu dojechać na zajęcia. Z luzackich sms-ów dowiedziałam się o 16:15, że "jest na radzie", o 16:50, że "jedzie taxi", a kiedy wreszcie odebrała telefon o 17:15, radośnie wychichotała, że stoi w korku jakieś 5 km ode mnie i może będzie za 20 minut. Zważywszy, że zajęcia zaczynają się o 17:45, taksówka dojeżdża w jakieś 30 minut przy dobrych wiatrach, a dziecka samego w domu nie zostawię, doznałam rozległego wkurwu i zawróciłam pannę do domu. I jak żal mi zmarnowanych dwóch miesięcy na przysposabianie dziewczyny, tak nie widzę już tego, że opiekuje się Mają. Od czwartku nie padło żadne "przepraszam, nawaliłam, może jeszcze jedna szansa", tylko jojczenie na facebooku, że "och, niech ten zły tydzień się skończy".
Tak dla pamięci lista obsuw, jakby jednak przeprosiła:
- w piątek przyjechała 20 minut po 11 zamiast o 11, jakbym nie przewidywała, spóźniłabym się na egzamin,
- w poniedziałek przyjechała 40 minut po umówionej godzinie, bo "nie przyjechał autobus", zero informacji; nie spieszyłam się, ale czekałam na nią w połowie przygotowana do wyjścia; po tym prosiłam o punktualny przyjazd w czwartek,
- w czwartek - efekt jak wyżej.
Szlag mnie trafia, ale chyba za dużo szczęścia byłoby z trafieniem na sensowną opiekunkę na wejściu.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 28, 2010
Link bezpośredni -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Uwielbiam zimę. Białą, gładką, iskrzącą się w promieniach słońca (nie dziś, ale) kołderkę, przykrywającą bezlistne gałęzie, zimozielone krzewy i jeszcze przed chwilą szare chodniki. Żeby nie trzymać Was dłużej w przekonaniu, że poślizgnęłam się na zamrożonym śniegu i uderzyłam w głowę, co wywołało u mnie amnezję i trwałe zmiany w mózgu, spieszę donieść, że uwielbiam zimę tak z jeden dzień, góra dwa. A już zwłaszcza, jak zima przypada w weekend. Pierwsze rzucanie się śnieżkami, śnieżne koniczynki na szczytach liści, oszronione gałązki i puchatą pokrywę na samochodach. Biel pozwalającą na mniejsze ISO i większą wartość przesłony w aparacie. Jazdę ciemniejącą aleją między srebrno-białymi smukłymi sylwetkami drzew, oświetlanych pomarańczowym sodowym światłem, nawet z tą smutną konstatacją, że nie umiem robić takich zdjęć w półmroku. Ten pierwszy dzień zimy to takie zakochanie, świeże, czyste i wzruszające. A potem już jest tylko gorzej. Tego "potem" serdecznie nie cierpię. Stąd zgłaszam się z uprzejmą petycją, żeby już była wiosna. Zima zaliczona. Starczy. Do-wi-dze-nia.

GALERIA ZDJĘĆ.
PS Kupiłam sanki.
[Tekst "Zima w wersji demo" ukazał się w Magazynie Business&Beauty, luty 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 28, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj