Na imieniny
W prezencie od miasta dostałam taki gradientowy zachód słońca:
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
W prezencie od miasta dostałam taki gradientowy zachód słońca:
W prezencie od miasta dostałam taki gradientowy zachód słońca:
Nie lubię takich dni. Niby nic złego się nie dzieje. Budzę się przytomna, ale nie chcę wychodzić z łóżka. Za oknem zimno, szaro i ponuro. Nie pada, ale wolę zostać w domu, chociaż i tak nic nie robię. Czas przelatuje mi między palcami. Nie czytam, nie piszę, nie fotografuję (a każdy dzień bez jakiegokolwiek zdjęcia uważam za stracony), nie gotuję, tylko czekam, żeby dzień się skończył. Nie chcę sobie nic kupić. Nie chcę kwiatów w wazonie. Zakładam pierwsze lepsze rzeczy wyciągnięte z suszarki (co o tyle jest bezkolizyjne, że ostatnio prałam partię czarnych), nie zwracam uwagi na to, co mam na głowie. A najgorsze jest to, że teraz będzie większość takich dni. Bez słońca, bez chęci do życia, takich na przeczekanie, aż świat stanie się nieco strawniejszy.
(*) Wiem, w oryginale jest "nights".
Nie lubię takich dni. Niby nic złego się nie dzieje. Budzę się przytomna, ale nie chcę wychodzić z łóżka. Za oknem zimno, szaro i ponuro. Nie pada, ale wolę zostać w domu, chociaż i tak nic nie robię. Czas przelatuje mi między palcami. Nie czytam, nie piszę, nie fotografuję (a każdy dzień bez jakiegokolwiek zdjęcia uważam za stracony), nie gotuję, tylko czekam, żeby dzień się skończył. Nie chcę sobie nic kupić. Nie chcę kwiatów w wazonie. Zakładam pierwsze lepsze rzeczy wyciągnięte z suszarki (co o tyle jest bezkolizyjne, że ostatnio prałam partię czarnych), nie zwracam uwagi na to, co mam na głowie. A najgorsze jest to, że teraz będzie większość takich dni. Bez słońca, bez chęci do życia, takich na przeczekanie, aż świat stanie się nieco strawniejszy.
(*) Wiem, w oryginale jest "nights".
Nie lubię takich dni. Niby nic złego się nie dzieje. Budzę się przytomna, ale nie chcę wychodzić z łóżka. Za oknem zimno, szaro i ponuro. Nie pada, ale wolę zostać w domu, chociaż i tak nic nie robię. Czas przelatuje mi między palcami. Nie czytam, nie piszę, nie fotografuję (a każdy dzień bez jakiegokolwiek zdjęcia uważam za stracony), nie gotuję, tylko czekam, żeby dzień się skończył. Nie chcę sobie nic kupić. Nie chcę kwiatów w wazonie. Zakładam pierwsze lepsze rzeczy wyciągnięte z suszarki (co o tyle jest bezkolizyjne, że ostatnio prałam partię czarnych), nie zwracam uwagi na to, co mam na głowie. A najgorsze jest to, że teraz będzie większość takich dni. Bez słońca, bez chęci do życia, takich na przeczekanie, aż świat stanie się nieco strawniejszy.
(*) Wiem, w oryginale jest "nights".
Wracałam wczoraj z Y. późnym wieczorem przez obrzeża miasta. Widoczność na kilka metrów, poza tym miękko i biało. W samym mieście latarnie oświetlały kawałki pomarańczowego świata, poza miastem stricto sensu zostawały już tylko reflektory samochodu i droga. I bez względu na to, jaką muzykę było słychać, w głowie i tak miałam "Deranged" Davida Bowie. Dwa snopy świateł, przerywana linia rozdzielająca wąskie pasy jezdni i nierzeczywistość. Żałowałam, że jak zwykle wybrałam subtelną damską torebkę bez mojego Nikona, ale i tak nie umiałabym pokazać tego na zdjęciu.
A dzisiaj mgła przyniosła zimno. Mimo to poranek był jednym z przyjemniejszych ostatnio, mimo zmarznięcia, zmęczenia i uporczywego sąsiada łupiącego młotkiem w porze drzemki.
Wracałam wczoraj z Y. późnym wieczorem przez obrzeża miasta. Widoczność na kilka metrów, poza tym miękko i biało. W samym mieście latarnie oświetlały kawałki pomarańczowego świata, poza miastem stricto sensu zostawały już tylko reflektory samochodu i droga. I bez względu na to, jaką muzykę było słychać, w głowie i tak miałam "Deranged" Davida Bowie. Dwa snopy świateł, przerywana linia rozdzielająca wąskie pasy jezdni i nierzeczywistość. Żałowałam, że jak zwykle wybrałam subtelną damską torebkę bez mojego Nikona, ale i tak nie umiałabym pokazać tego na zdjęciu.
A dzisiaj mgła przyniosła zimno. Mimo to poranek był jednym z przyjemniejszych ostatnio, mimo zmarznięcia, zmęczenia i uporczywego sąsiada łupiącego młotkiem w porze drzemki.
Wracałam wczoraj z Y. późnym wieczorem przez obrzeża miasta. Widoczność na kilka metrów, poza tym miękko i biało. W samym mieście latarnie oświetlały kawałki pomarańczowego świata, poza miastem stricto sensu zostawały już tylko reflektory samochodu i droga. I bez względu na to, jaką muzykę było słychać, w głowie i tak miałam "Deranged" Davida Bowie. Dwa snopy świateł, przerywana linia rozdzielająca wąskie pasy jezdni i nierzeczywistość. Żałowałam, że jak zwykle wybrałam subtelną damską torebkę bez mojego Nikona, ale i tak nie umiałabym pokazać tego na zdjęciu.
A dzisiaj mgła przyniosła zimno. Mimo to poranek był jednym z przyjemniejszych ostatnio, mimo zmarznięcia, zmęczenia i uporczywego sąsiada łupiącego młotkiem w porze drzemki.
Jedną ręką huśta dziecko, drugą trzyma słuchawkę.
... no, Areczek to Porsche to od kilku lat ma, nie? No, czarne, cayenne. No, i Basieńka też ma, nie? Ale ona od roku, nie? Jak syna urodziła, to musiała zmienić samochód, bo się nie mieściła. No. I ona, rozumiesz, pojechała do TESCO kupić spodnie. Bo mówiła, że nie opłaca jej się kupować normalnych ciuchów, bo jeszcze nie schudła po ciąży. No i mówię jej, nie, że jak Ty będziesz wyglądać, jak wysiądziesz z porsche w spodniach z TESCO, nie? Ona mówi, że... No, więc ja jej mówię, że jak ci to pasuje, to tak rób. No. Ja mam w dupie, nie?
Jedną ręką huśta dziecko, drugą trzyma słuchawkę.
... no, Areczek to Porsche to od kilku lat ma, nie? No, czarne, cayenne. No, i Basieńka też ma, nie? Ale ona od roku, nie? Jak syna urodziła, to musiała zmienić samochód, bo się nie mieściła. No. I ona, rozumiesz, pojechała do TESCO kupić spodnie. Bo mówiła, że nie opłaca jej się kupować normalnych ciuchów, bo jeszcze nie schudła po ciąży. No i mówię jej, nie, że jak Ty będziesz wyglądać, jak wysiądziesz z porsche w spodniach z TESCO, nie? Ona mówi, że... No, więc ja jej mówię, że jak ci to pasuje, to tak rób. No. Ja mam w dupie, nie?