Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Giacomo Guareschi - Przeznaczenie ma na imię Klotylda

Urocza, przewrotna i dygresyjna ramotka o tym, że nawet jak się jest obłędnie bogatym, to ma się przez to sporo problemów. Filimario (tak, stąd był cytat, nikt nie zgadł ;-)) jest spadkobiercą fortuny, ale nie ma pieniędzy, bo fortuna obwarowana jest koniecznością wypicia kieliszka oleju rycynowego, którego wypicia Filimario odmówił w wieku lat siedmiu. I tak się młodzian zastanawia, co zrobić z pięknie zaczętym kolejnym dniem bez grosza przy duszy, kiedy zostaje zaproszony z dwoma innymi panami na rejs przez Klotyldę Troll, bogatą acz ekscentryczną pannę na wydaniu. W Klotyldzie kochają się wszyscy okoliczni panowie, oczywiście oprócz Filimaria, który ogólnie jest dość olewczy w tej kwestii, więc - jak się łatwo domyślić - wyprawa ma na celu przekonanie dżentelmena, że chce spędzić życie z Klotyldą. I tak sobie pływają z miejsca na miejsce - na bezludną wyspę, do Argentyny czy Nowego Jorku, żeby doprowadzić intrygę do wiadomego finału.

Od samych munchausenowsko malowniczych przygód Filimaria ciekawsze są dygresje, w których autor opowiada o swoim dzieciństwie w Ameryce Południowej, gdzie zajmował się wraz z wujem omijaniem X przykazań, uwalniając gauchów od ich koni, bogatych od nadmiaru pieniędzy, a koleje od niepotrzebnych wagonów i ich zawartości. Trochę przypomina bardziej ironiczne utwory Marka Twaina, trochę radosnego wojaka Szwejka. Nic, do czego warto by było wracać, ale zostawia miłe uczucie po przeczytaniu.

Inne tego autora tu.

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Giacomo Guareschi - Przeznaczenie ma na imię Klotylda

Urocza, przewrotna i dygresyjna ramotka o tym, że nawet jak się jest obłędnie bogatym, to ma się przez to sporo problemów. Filimario (tak, stąd był cytat, nikt nie zgadł ;-)) jest spadkobiercą fortuny, ale nie ma pieniędzy, bo fortuna obwarowana jest koniecznością wypicia kieliszka oleju rycynowego, którego wypicia Filimario odmówił w wieku lat siedmiu. I tak się młodzian zastanawia, co zrobić z pięknie zaczętym kolejnym dniem bez grosza przy duszy, kiedy zostaje zaproszony z dwoma innymi panami na rejs przez Klotyldę Troll, bogatą acz ekscentryczną pannę na wydaniu. W Klotyldzie kochają się wszyscy okoliczni panowie, oczywiście oprócz Filimaria, który ogólnie jest dość olewczy w tej kwestii, więc - jak się łatwo domyślić - wyprawa ma na celu przekonanie dżentelmena, że chce spędzić życie z Klotyldą. I tak sobie pływają z miejsca na miejsce - na bezludną wyspę, do Argentyny czy Nowego Jorku, żeby doprowadzić intrygę do wiadomego finału.

Od samych munchausenowsko malowniczych przygód Filimaria ciekawsze są dygresje, w których autor opowiada o swoim dzieciństwie w Ameryce Południowej, gdzie zajmował się wraz z wujem omijaniem X przykazań, uwalniając gauchów od ich koni, bogatych od nadmiaru pieniędzy, a koleje od niepotrzebnych wagonów i ich zawartości. Trochę przypomina bardziej ironiczne utwory Marka Twaina, trochę radosnego wojaka Szwejka. Nic, do czego warto by było wracać, ale zostawia miłe uczucie po przeczytaniu.

Inne tego autora tu.

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2010 - 0 komentarzy - Skomentuj


Giacomo Guareschi - Przeznaczenie ma na imię Klotylda

Urocza, przewrotna i dygresyjna ramotka o tym, że nawet jak się jest obłędnie bogatym, to ma się przez to sporo problemów. Filimario (tak, stąd był cytat, nikt nie zgadł ;-)) jest spadkobiercą fortuny, ale nie ma pieniędzy, bo fortuna obwarowana jest koniecznością wypicia kieliszka oleju rycynowego, którego wypicia Filimario odmówił w wieku lat siedmiu. I tak się młodzian zastanawia, co zrobić z pięknie zaczętym kolejnym dniem bez grosza przy duszy, kiedy zostaje zaproszony z dwoma innymi panami na rejs przez Klotyldę Troll, bogatą acz ekscentryczną pannę na wydaniu. W Klotyldzie kochają się wszyscy okoliczni panowie, oczywiście oprócz Filimaria, który ogólnie jest dość olewczy w tej kwestii, więc - jak się łatwo domyślić - wyprawa ma na celu przekonanie dżentelmena, że chce spędzić życie z Klotyldą. I tak sobie pływają z miejsca na miejsce - na bezludną wyspę, do Argentyny czy Nowego Jorku, żeby doprowadzić intrygę do wiadomego finału.

Od samych munchausenowsko malowniczych przygód Filimaria ciekawsze są dygresje, w których autor opowiada o swoim dzieciństwie w Ameryce Południowej, gdzie zajmował się wraz z wujem omijaniem X przykazań, uwalniając gauchów od ich koni, bogatych od nadmiaru pieniędzy, a koleje od niepotrzebnych wagonów i ich zawartości. Trochę przypomina bardziej ironiczne utwory Marka Twaina, trochę radosnego wojaka Szwejka. Nic, do czego warto by było wracać, ale zostawia miłe uczucie po przeczytaniu.

Inne tego autora tu.

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2010 - 0 komentarzy - Skomentuj


W czasie deszczu...

... jest mi ambiwalentnie.

Bo jest ciemniej. Budzę się rano i nie mam ochoty wyjść z łóżka. Tak samo szaro jest o 8 rano, tak samo o 10 i o 14, a o 16 zaczyna się robić jeszcze szarzej. Ale lubię dźwięk deszczu, uderzającego o parapet. Oczywiście, najbardziej lubię, kiedy słyszę go z okolic łóżka, z którego nie muszę wstawać. Tyle że jest mokro. Terytorium zostaje ograniczone do mieszkania, zanika też balkon, co powoduje pewne niesnaski i próby aneksji. Nie można robić zdjęć. Bo w domu ciemno, a na spacerze trzeba mieć parasol. Tęczowy parasol z kolei daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala na udawanie, że wokół nie robi się coraz bardziej brązowo i ściółkowo. Jesienny brąz to jeszcze jednak całkiem dobry kolor. Kolor liści, kasztanów, moich włosów i płaszczyka z guziczkami w kształcie misiów.

... pachnie mokrymi liśćmi i dymem z komina. I melancholią. Czas na doroczną lekturę "Doliny Muminków w listopadzie".

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


W czasie deszczu...

... jest mi ambiwalentnie.

Bo jest ciemniej. Budzę się rano i nie mam ochoty wyjść z łóżka. Tak samo szaro jest o 8 rano, tak samo o 10 i o 14, a o 16 zaczyna się robić jeszcze szarzej. Ale lubię dźwięk deszczu, uderzającego o parapet. Oczywiście, najbardziej lubię, kiedy słyszę go z okolic łóżka, z którego nie muszę wstawać. Tyle że jest mokro. Terytorium zostaje ograniczone do mieszkania, zanika też balkon, co powoduje pewne niesnaski i próby aneksji. Nie można robić zdjęć. Bo w domu ciemno, a na spacerze trzeba mieć parasol. Tęczowy parasol z kolei daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala na udawanie, że wokół nie robi się coraz bardziej brązowo i ściółkowo. Jesienny brąz to jeszcze jednak całkiem dobry kolor. Kolor liści, kasztanów, moich włosów i płaszczyka z guziczkami w kształcie misiów.

... pachnie mokrymi liśćmi i dymem z komina. I melancholią. Czas na doroczną lekturę "Doliny Muminków w listopadzie".

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 10 komentarzy - Skomentuj


W czasie deszczu...

... jest mi ambiwalentnie.

Bo jest ciemniej. Budzę się rano i nie mam ochoty wyjść z łóżka. Tak samo szaro jest o 8 rano, tak samo o 10 i o 14, a o 16 zaczyna się robić jeszcze szarzej. Ale lubię dźwięk deszczu, uderzającego o parapet. Oczywiście, najbardziej lubię, kiedy słyszę go z okolic łóżka, z którego nie muszę wstawać. Tyle że jest mokro. Terytorium zostaje ograniczone do mieszkania, zanika też balkon, co powoduje pewne niesnaski i próby aneksji. Nie można robić zdjęć. Bo w domu ciemno, a na spacerze trzeba mieć parasol. Tęczowy parasol z kolei daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala na udawanie, że wokół nie robi się coraz bardziej brązowo i ściółkowo. Jesienny brąz to jeszcze jednak całkiem dobry kolor. Kolor liści, kasztanów, moich włosów i płaszczyka z guziczkami w kształcie misiów.

... pachnie mokrymi liśćmi i dymem z komina. I melancholią. Czas na doroczną lekturę "Doliny Muminków w listopadzie".

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 10 komentarzy - Skomentuj





Wielkopolska w weekend: (6b) Czerniejewo

Czerniejewa w planach[1] nie miałam, po czym nagle się okazało, że to miejsce z gatunku bardziej zapierających dech w piersiach. Poniżej pałac en face w pełnej[2], już częściowo jesiennej, krasie.

(kliknij, żeby zobaczyć większą panoramkę, którą też skleił mi ^Valwit)

Tu wszystko jest jak trzeba. W pałacu hotel z pięknymi wnętrzami (nie jestem daleka od myśli, żeby w piękny wiosenny weekend wybrać się tam, bo noclegi nie są okrutnie drogie), lokalny leniwy kot grzał się w popołudniowych promieniach słońca, a z okolic przypływał jesienny zapach dymu. Trochę smutne jest puste podwórze przed pałacem, sam piach i nic więcej. Brakuje takiej wisienki na czubku tortu, małego ogrodu, fontanny, wysypanych żwirem ścieżek, czegokolwiek. Dookoła spory park, który odłożyliśmy na następny raz, bo wieczór powoli się zbliżał, a lokalna komarra się właśnie zaczęła bezczelnie uaktywniać. Za pałacową bramą stajnie i wozownie. W wozowni mieści się niezła restauracja z kuchnią staropolską (kaczka z jabłkiem bardzo dobra, smażone buraczki wyśmienite, kapusta zasmażana mocno taka sobie, a na kawę-plujkę jednak spuszczę zasłonę milczenia, nie jestem przyzwyczajona do cedzenia fusów między zębami). Ze stajni przez okno wyglądał smutny koń[3] i wylatywało stado much (co poniekąd wyjaśnia smutek konia).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Kończy się pora ciepła, tak mi się na podsumowanie zebrało. Skąd Wielkopolska w weekend? Kiedy chodziłam jeszcze do pracy z brzuchem pod brodę, byłam pełna planów na ten czas, który spędzać będę z moją latoroślą. Podzieliłam się pomysłem na małe, niekłopotliwe, bliskie wyjazdy w ładne okolice i zostałam przez Z. ofukana, że urodzę i zakopię się w pieluchy, a nie że będę jeździć, robić zdjęcia i relaksować się nad kawą, patrząc na słodko uśpione świeżym powietrzem niemowlę. Owszem, nie ruszyłam w szeroką Wielkopolskę jesienią 2009, ale głównie dlatego, że pogoda niespecjalnie pozwalała na cokolwiek, a i ja rzeczywiście potrzebowałam chwili na nabranie macierzyńskiej pewności. Tak czy tak, wolę podejście, że świat jest moją ostrygą, drogi Z. I nie tylko moją...

[2] Lubię bardzo mój obiektyw Nikkor 50mm, żadna tajemnica. Od kiedy go dostałam, w zasadzie przestałam używać jakichkolwiek obiektywów z zoomem (50mm też ma zoom, tylko trzeba czasem się trochę nachodzić), czasem tylko robiąc wyjątek dla fish eye'a, bo śmieszny i pokazuje szeroki świat, a nie urocze detale z ładnym bokeh. Teraz dodatkowo obiektyw dostał kilka punktów wow-factoru, bo wychodzą z niego przeurocze panoramy. Robienie szerokiego ujęcia to był jedyny powód, dla którego gotowa byłam zdradzać wąski kadr 50-tki. Ale nie muszę, bo najpierw z pomocą przyjaciół, teraz samodzielnie za pomocą małego zgrabnego darmowego programiku mogę pokazywać to, co widzę, trochę bardziej bogato. Poniżej pałac w Czerniejewie na tle Katedry na Ostrowie Tumskim.

[3] Nie będzie tak, że moje dziecko będzie chodzić do zoo, żeby oglądać konika, no przecież. Aczkolwiek większy entuzjazm wzbudził piękny kudłaty pies marki owczarek collie, zdecydowanie.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 26, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj