Książka oparta na srodze słabym założeniu - Kinsey przyjmuje sprawę dostarczenia czeku na 25 tysięcy dolarów, otrzymuje płatność czekiem, ale NIE ZACZYNA pracy zanim nie sprawdzi, że czek ma pokrycie. Oczywiście nie ma, więc Kinsey zamiast sprawę olać (bo i owszem, nie dostała wynagrodzenia, ale i nic nie zrobiła), zaczyna drążyć. Nie rozumiem. Ona też niespecjalnie, więc szuka mężczyzny, który zlecił jej dostarczenie czeku, a potem - po znalezieniu jego zwłok - szuka na zlecenie córki mordercy ojca. Trochę kalifornijskich krajobrazów, w tle romansik, ale o ciągu dalszym romansu po polsku na razie nie przeczytam, bo kolejnego tomu ("E is for Evidence") nikt nie wydał.
Inne tej autorki tutaj.
#30
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2010, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Książka oparta na srodze słabym założeniu - Kinsey przyjmuje sprawę dostarczenia czeku na 25 tysięcy dolarów, otrzymuje płatność czekiem, ale NIE ZACZYNA pracy zanim nie sprawdzi, że czek ma pokrycie. Oczywiście nie ma, więc Kinsey zamiast sprawę olać (bo i owszem, nie dostała wynagrodzenia, ale i nic nie zrobiła), zaczyna drążyć. Nie rozumiem. Ona też niespecjalnie, więc szuka mężczyzny, który zlecił jej dostarczenie czeku, a potem - po znalezieniu jego zwłok - szuka na zlecenie córki mordercy ojca. Trochę kalifornijskich krajobrazów, w tle romansik, ale o ciągu dalszym romansu po polsku na razie nie przeczytam, bo kolejnego tomu ("E is for Evidence") nikt nie wydał.
Inne tej autorki tutaj.
#30
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, 2010, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Książka oparta na srodze słabym założeniu - Kinsey przyjmuje sprawę dostarczenia czeku na 25 tysięcy dolarów, otrzymuje płatność czekiem, ale NIE ZACZYNA pracy zanim nie sprawdzi, że czek ma pokrycie. Oczywiście nie ma, więc Kinsey zamiast sprawę olać (bo i owszem, nie dostała wynagrodzenia, ale i nic nie zrobiła), zaczyna drążyć. Nie rozumiem. Ona też niespecjalnie, więc szuka mężczyzny, który zlecił jej dostarczenie czeku, a potem - po znalezieniu jego zwłok - szuka na zlecenie córki mordercy ojca. Trochę kalifornijskich krajobrazów, w tle romansik, ale o ciągu dalszym romansu po polsku na razie nie przeczytam, bo kolejnego tomu ("E is for Evidence") nikt nie wydał.
Inne tej autorki tutaj.
#30
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wyjechałam latem (zimnym, bo zimnym, ale latem). Wróciłam w jesień, pachnącą ściętą trawą i dymem, kwitnącą astrami, cyniami i późnymi daliami. W wyjazdach cały czas fajne jest to, że po powrocie zastaje się to samo, co było wcześniej (trochę mniej fajne, że przez tydzień nikt nie tknął rozbabranej w trzech miejscach dojazdówki do wsi, ale jakoś mnie to nie dziwi; zdziwiłabym się, jakby tknęli). Trzeba przejść spacerowymi ścieżkami, policzyć wszystkie psy, odnotować koty, sprawdzić, gdzie zakwitły nowe róże i czy winorośl już nabrała czerwonych kolorów (nabrała). I wracać do domu ze świeżą bagietką z wioskowej piekarni, zerkając przez ramię na zachodzące słońce.
I liczyć na to, że może za jakiś tydzień przywróci się dom do stanu sprzed wyjazdu.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wyjechałam latem (zimnym, bo zimnym, ale latem). Wróciłam w jesień, pachnącą ściętą trawą i dymem, kwitnącą astrami, cyniami i późnymi daliami. W wyjazdach cały czas fajne jest to, że po powrocie zastaje się to samo, co było wcześniej (trochę mniej fajne, że przez tydzień nikt nie tknął rozbabranej w trzech miejscach dojazdówki do wsi, ale jakoś mnie to nie dziwi; zdziwiłabym się, jakby tknęli). Trzeba przejść spacerowymi ścieżkami, policzyć wszystkie psy, odnotować koty, sprawdzić, gdzie zakwitły nowe róże i czy winorośl już nabrała czerwonych kolorów (nabrała). I wracać do domu ze świeżą bagietką z wioskowej piekarni, zerkając przez ramię na zachodzące słońce.
I liczyć na to, że może za jakiś tydzień przywróci się dom do stanu sprzed wyjazdu.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wyjechałam latem (zimnym, bo zimnym, ale latem). Wróciłam w jesień, pachnącą ściętą trawą i dymem, kwitnącą astrami, cyniami i późnymi daliami. W wyjazdach cały czas fajne jest to, że po powrocie zastaje się to samo, co było wcześniej (trochę mniej fajne, że przez tydzień nikt nie tknął rozbabranej w trzech miejscach dojazdówki do wsi, ale jakoś mnie to nie dziwi; zdziwiłabym się, jakby tknęli). Trzeba przejść spacerowymi ścieżkami, policzyć wszystkie psy, odnotować koty, sprawdzić, gdzie zakwitły nowe róże i czy winorośl już nabrała czerwonych kolorów (nabrała). I wracać do domu ze świeżą bagietką z wioskowej piekarni, zerkając przez ramię na zachodzące słońce.
I liczyć na to, że może za jakiś tydzień przywróci się dom do stanu sprzed wyjazdu.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 9, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
A przecież była i rodzina, i tort, i prezenty. Świeczkę (zastępczą, bo właściwej zapomnieliśmy zabrać z domu) wprawdzie zdmuchnęłam ja, ale życzenie dla Maja było i ma się spełnić.
(Zdjęcie: Jesienny)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 7, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, B is for Birthday, Maja -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
A przecież była i rodzina, i tort, i prezenty. Świeczkę (zastępczą, bo właściwej zapomnieliśmy zabrać z domu) wprawdzie zdmuchnęłam ja, ale życzenie dla Maja było i ma się spełnić.
(Zdjęcie: Jesienny)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 7, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, B is for Birthday, Maja -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
A przecież była i rodzina, i tort, i prezenty. Świeczkę (zastępczą, bo właściwej zapomnieliśmy zabrać z domu) wprawdzie zdmuchnęłam ja, ale życzenie dla Maja było i ma się spełnić.
(Zdjęcie: Jesienny)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 7, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Obawiałam się pierwszego lotu z dzieckiem. Niespecjalnie było czego, bo młodzież i owszem, wierciła się, narzekała (zwłaszcza na przypięcie pasami, bo to ograniczenie wolności), ale wystarczył magiczny dźwięk silnika samolotowego, żeby powieki stały się mega ciężkie, a wtulony we mnie[1] Maj spał[2] ponad półtorej godziny w każdą stronę. Owszem, jeszcze nie czas na zoo, na muzea czy koncerty, ale można iść na plażę sortować kamyki, siedzieć na kocyku na trawie, wąchać kwiaty i mydła, spacerować ulicami czy robić rozgardiasz w restauracji.
Wiadomo, jest i łyżka ostrej sproszkowanej przyprawy w miodzie. Urlop z dzieckiem to brak czasu na spanie do umiarkowanego południa. Brak możliwości wyjścia po położeniu dziecka spać, chyba że się zorganizuje babysitting. Brak czasu na przeczytanie chociaż kartki książki, zwłaszcza jak się wieczorami próbuje przejrzeć zdjęcia. Konieczność dostosowania się do planu dnia dziecka. Konieczność zmiany planów, jak dziecko skoczy z kanapy i wyląduje czołem na nodze od stołu (serdecznie pozdrawiam sympatyczne panie pielęgniarki i lekarki z dublińskich izb przyjęć oraz dziękuję ^Boskiej za cierpliwość i w ogóle wszystko). Ale i tak było warto.
[1] Niestety, skąpość miejsca w Ryanair sprawiła, że umieszczenie nawet niedużego dziecka na sporym TŻ-ie nie wchodziło w grę. W zasadzie ciasnota i konieczność upierdliwego ważenia bagażu to jedyne wady tej linii. Z powrotem jedna torba ważyła 20,2 kg przy limicie 20 kg, ale przeszło bez problemu. Podręcznych, pieczołowicie spakowanych do 10 kg, nikt nie ważył. Butelkę wody dla dziecka - bez problemu, w jedną stronę próbowaliśmy przy celniku, w drugą nawet nie. Bardziej ich interesowały laptopy niż puszka mleka w proszku.
[2] Sądząc z odgłosów, inne dzieci nie spały. Głośno nie spały.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 7, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Maja -
Tagi:
irlandia, 2010
- 5 komentarzy
- Skomentuj