Od razu na początku jedno zastrzeżenie - tak, to książka młodzieżowa/o nastolatce. Ale przyznam bez wielkiego wstydu, że dawno mnie nic tak nie zachwyciło (a wygrzebałam ją z półki, bo anglojęzyczny pamiętnik z trasy po Kanadzie Erica Idle'a ciężko czyta się w łóżku). Może to moje zamiłowanie do mieszanek? Kosmowska wzięła cyniczność i dowcip od Sawaszkiewicza i jego humoresek o Tatku, rodzinną historię od Musierowicz (inteligentna nastolatka, zaniedbywana przez wiecznie zajętych sobą i swoimi karierami rodziców, z kompleksami - wypisz wymaluj "Szósta klepka"), szczęśliwie odartą z moralizatorstwa i przecukrzenia, dodała błyskotliwe dialogi, świetnego dziadka-hazardzistę, całkiem niezłe tło szkolne, zgrabnie poskładała to w zabawną językowo narrację jak u Bożkowskiego w "Mszy za mordercę" (mam wrażenie, że echa księdza Przeogromnego pojawiają się w osobie księdza Korka, pojawiającego się trzecioplanowo) i dołożyła zgrabny happy-end (bo, jak wspominałam, to książka dla młodzieży).
15-letnia Buba czuje się samotna, piękny Adaś nie zwraca na nią uwagi, w nowej szkole jej nie idzie, dziadek przypomina sobie tylko o niej, jak ma ochotę ograć ją w karty, matka jest znaną a afektowaną pisarką, ojciec - celebrytą telewizyjnym (z zepsutą dwójką i w słabych programach, ale jednak celebrytą). Rodzice z dziadkiem bezustannie sobie dogryzają, Buba tęskni za odrobiną uwagi, ale jedyne, co dostaje, to ciepłe słowo od domowej gospodyni, pani Bartoszowej. W tle pojawia się jej bardziej udana siostra, która wyszła już za mąż, ale przychodzi zrzucać na resztę rodziny swoje problemy.
Fabuła niespecjalnie przeszkadza, ale dla mnie największą zaletą książki była przesmaczna warstwa językowa, nad którą chichotałam co kilka zdań.
Idę szukać drugiego tomu, mam nadzieję, że utrzyma poziom.
Inne książki tej autorki tu.
#33
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 29, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2009
- 1 komentarz
- Skomentuj
Od razu na początku jedno zastrzeżenie - tak, to książka młodzieżowa/o nastolatce. Ale przyznam bez wielkiego wstydu, że dawno mnie nic tak nie zachwyciło (a wygrzebałam ją z półki, bo anglojęzyczny pamiętnik z trasy po Kanadzie Erica Idle'a ciężko czyta się w łóżku). Może to moje zamiłowanie do mieszanek? Kosmowska wzięła cyniczność i dowcip od Sawaszkiewicza i jego humoresek o Tatku, rodzinną historię od Musierowicz (inteligentna nastolatka, zaniedbywana przez wiecznie zajętych sobą i swoimi karierami rodziców, z kompleksami - wypisz wymaluj "Szósta klepka"), szczęśliwie odartą z moralizatorstwa i przecukrzenia, dodała błyskotliwe dialogi, świetnego dziadka-hazardzistę, całkiem niezłe tło szkolne, zgrabnie poskładała to w zabawną językowo narrację jak u Bożkowskiego w "Mszy za mordercę" (mam wrażenie, że echa księdza Przeogromnego pojawiają się w osobie księdza Korka, pojawiającego się trzecioplanowo) i dołożyła zgrabny happy-end (bo, jak wspominałam, to książka dla młodzieży).
15-letnia Buba czuje się samotna, piękny Adaś nie zwraca na nią uwagi, w nowej szkole jej nie idzie, dziadek przypomina sobie tylko o niej, jak ma ochotę ograć ją w karty, matka jest znaną a afektowaną pisarką, ojciec - celebrytą telewizyjnym (z zepsutą dwójką i w słabych programach, ale jednak celebrytą). Rodzice z dziadkiem bezustannie sobie dogryzają, Buba tęskni za odrobiną uwagi, ale jedyne, co dostaje, to ciepłe słowo od domowej gospodyni, pani Bartoszowej. W tle pojawia się jej bardziej udana siostra, która wyszła już za mąż, ale przychodzi zrzucać na resztę rodziny swoje problemy.
Fabuła niespecjalnie przeszkadza, ale dla mnie największą zaletą książki była przesmaczna warstwa językowa, nad którą chichotałam co kilka zdań.
Idę szukać drugiego tomu, mam nadzieję, że utrzyma poziom.
Inne książki tej autorki tu.
#33
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 29, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2009
- 1 komentarz
- Skomentuj
Był taki film, którego wprawdzie nie oglądałam, ale tytuł zapadł mi w pamięć - "Rok niebezpiecznego życia". Od dawna przedkładam krótko nad długodystansowość, powolną turystykę kulinarną nad adrenalinę, pośpiech i odhaczanie zabytków z listy. Bo z jednej strony nie ma się co spieszyć, a z drugiej słyszę nieuchronny szelest piasku przesypującego się w klepsydrze. Dlatego tygodnie zaawansowanej aktywności lubię zamiast zasuszoną lawendą przekładać snuciem bez patrzenia na zegarek. Ostatnio snułam się (wedle sugestii W.) po Ciechocińskiej.
Z jednej strony zachwyt, bo to sielankowe miejsce w zasięgu autobusu (nic to, że idea ławek na niektórych bardziej dzikich przystankach nie mieści się MPK w głowie) - psy biegające po ogródkach, owady unoszące się nad kwitnącymi przy płotach kwiatami, kurki w przydomowej zagrodzie prawie w centrum miasta, prawie że mi brakowało wystającej zza węgła ciekawie zerkającej kozy, pożerającej leniwie wyrzucony wydruk scenariusza i cicho sugerującej, że książka jednak była lepsza. Z drugiej przerażenie, bo nie za wielka działka w tej okolicy kosztuje marne 800-900k zł (ależ oczywiście, że bez domu). W Adsense na jednym z blogów zebrałam w ciągu dwóch lat $91. To nie kupię.
GALERIA ZDJĘĆ.
Tapetę za to bym chętnie (bo akcja z sufitem została zakończona sukcesem, to i się rozbestwiłam). Po obejrzeniu jednego z odcinków dekoratorni zapadłam jaskrawokolorowe meksykańskie pasy. Od paru dni węszę w internecie i nic podobnego w licznych sklepach pieczołowicie wygrzebanych pod odsianiu tapet komputerowych nie znajduję (kilka mniej fajnych typów mam, ale żaden do mnie nie przemawia). Chciałam jak sahib przez przeglądarkę, ale coś czuję, że pojadę w rajd po sklepach naziemnych jak zwierzę. A mówili, że XXI wiek i społeczeństwo zinternetyzowane. Anybody?
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Był taki film, którego wprawdzie nie oglądałam, ale tytuł zapadł mi w pamięć - "Rok niebezpiecznego życia". Od dawna przedkładam krótko nad długodystansowość, powolną turystykę kulinarną nad adrenalinę, pośpiech i odhaczanie zabytków z listy. Bo z jednej strony nie ma się co spieszyć, a z drugiej słyszę nieuchronny szelest piasku przesypującego się w klepsydrze. Dlatego tygodnie zaawansowanej aktywności lubię zamiast zasuszoną lawendą przekładać snuciem bez patrzenia na zegarek. Ostatnio snułam się (wedle sugestii W.) po Ciechocińskiej.
Z jednej strony zachwyt, bo to sielankowe miejsce w zasięgu autobusu (nic to, że idea ławek na niektórych bardziej dzikich przystankach nie mieści się MPK w głowie) - psy biegające po ogródkach, owady unoszące się nad kwitnącymi przy płotach kwiatami, kurki w przydomowej zagrodzie prawie w centrum miasta, prawie że mi brakowało wystającej zza węgła ciekawie zerkającej kozy, pożerającej leniwie wyrzucony wydruk scenariusza i cicho sugerującej, że książka jednak była lepsza. Z drugiej przerażenie, bo nie za wielka działka w tej okolicy kosztuje marne 800-900k zł (ależ oczywiście, że bez domu). W Adsense na jednym z blogów zebrałam w ciągu dwóch lat $91. To nie kupię.
GALERIA ZDJĘĆ.
Tapetę za to bym chętnie (bo akcja z sufitem została zakończona sukcesem, to i się rozbestwiłam). Po obejrzeniu jednego z odcinków dekoratorni zapadłam jaskrawokolorowe meksykańskie pasy. Od paru dni węszę w internecie i nic podobnego w licznych sklepach pieczołowicie wygrzebanych pod odsianiu tapet komputerowych nie znajduję (kilka mniej fajnych typów mam, ale żaden do mnie nie przemawia). Chciałam jak sahib przez przeglądarkę, ale coś czuję, że pojadę w rajd po sklepach naziemnych jak zwierzę. A mówili, że XXI wiek i społeczeństwo zinternetyzowane. Anybody?
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Był taki film, którego wprawdzie nie oglądałam, ale tytuł zapadł mi w pamięć - "Rok niebezpiecznego życia". Od dawna przedkładam krótko nad długodystansowość, powolną turystykę kulinarną nad adrenalinę, pośpiech i odhaczanie zabytków z listy. Bo z jednej strony nie ma się co spieszyć, a z drugiej słyszę nieuchronny szelest piasku przesypującego się w klepsydrze. Dlatego tygodnie zaawansowanej aktywności lubię zamiast zasuszoną lawendą przekładać snuciem bez patrzenia na zegarek. Ostatnio snułam się (wedle sugestii W.) po Ciechocińskiej.
Z jednej strony zachwyt, bo to sielankowe miejsce w zasięgu autobusu (nic to, że idea ławek na niektórych bardziej dzikich przystankach nie mieści się MPK w głowie) - psy biegające po ogródkach, owady unoszące się nad kwitnącymi przy płotach kwiatami, kurki w przydomowej zagrodzie prawie w centrum miasta, prawie że mi brakowało wystającej zza węgła ciekawie zerkającej kozy, pożerającej leniwie wyrzucony wydruk scenariusza i cicho sugerującej, że książka jednak była lepsza. Z drugiej przerażenie, bo nie za wielka działka w tej okolicy kosztuje marne 800-900k zł (ależ oczywiście, że bez domu). W Adsense na jednym z blogów zebrałam w ciągu dwóch lat $91. To nie kupię.
GALERIA ZDJĘĆ.
Tapetę za to bym chętnie (bo akcja z sufitem została zakończona sukcesem, to i się rozbestwiłam). Po obejrzeniu jednego z odcinków dekoratorni zapadłam jaskrawokolorowe meksykańskie pasy. Od paru dni węszę w internecie i nic podobnego w licznych sklepach pieczołowicie wygrzebanych pod odsianiu tapet komputerowych nie znajduję (kilka mniej fajnych typów mam, ale żaden do mnie nie przemawia). Chciałam jak sahib przez przeglądarkę, ale coś czuję, że pojadę w rajd po sklepach naziemnych jak zwierzę. A mówili, że XXI wiek i społeczeństwo zinternetyzowane. Anybody?
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
W zasadzie wystarczyłoby przekleić recenzję kol. Teklaka [http://radkowiecki.blox.pl - link nieaktywny], ale nie ma co iść na łatwiznę. Twardym trzeba być. Hustle to bardzo brytyjski serial o oszustach z klasą, którzy z naciągania chciwych[1] bogaczy zrobili nawet nie tyle sposób na zarabiane, a sport i sposób na życie. Nawet jak ktoś nie lubi gatunku "film z twistem", to oprócz błyskotliwych sposobów na sprytną zamianę walizki z pociętym papierem na okrągłą kwotę w brytyjskich funtach, serial ma do zaoferowania dużo dobrego. A to przepiękny Londyn, do którego aż się chce teraz-zaraz-natychmiast pojechać. A to sympatyczna grupa bohaterów - śliczna (i zawsze uroczo ubrana bądź przebrana) Stacie[2], między którą a Mike'em (liderem grupy) coś od samego początku iskrzy, Ash - spec od podrabiania, mistrz drobnych ról kurierów i specjalistów od naprawy sprzętu biurowo-komputerowego, Albert - dystyngowany i nigdy nie tracący typowo angielskiej zimnej krwi mózg całej grupy i wreszcie Danny - ciągle aspirujący do przywódcy grupy, nerwowy i pełen kompleksów (w 4 sezonie zamiast Mike'a pojawia się inny sympatyczny ciemnoskóry, a w 5 sezonie - zamiast Stacie i Danny'ego - dość nijakie rodzeństwo). A to sztuczki filmowe, pokazujące istotę oszustwa czy ślicznie zagrane przez bohaterów retrospekcje. A to pechowy barman Eddie, którego na każdym kroku bohaterowie na jego prośbę oszukują. Dużo, dużo dobrego i ładnego, zwłaszcza że i warstwa językowa bardzo udana. Zakontraktowany na 6 sezon, więc jeszcze będzie można (mimo tego, że sezony mają tradycyjnie po 6 odcinków) trochę sobie z nimi wieczorów spędzić.
[1] Oczywiście im dalej w las, tym robinhoodowsko - uczciwa teoria, że grifterzy naciągają tylko oszustów, trochę się rozmywa, bo zdarza im się zwyczajnie okraść przypadkowe osoby, ale jako lejtmotiv serialu się dość sprawdza i budzi zaufanie widza.
[2] O, zdecydowanie bardziej Jamie Murray sprawdza się w roli uwodzicielskiej oszustki z piękną garderobą niż psychopatycznej terapeutki uzależnień z "Dextera".
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W zasadzie wystarczyłoby przekleić recenzję kol. Teklaka [http://radkowiecki.blox.pl - link nieaktywny], ale nie ma co iść na łatwiznę. Twardym trzeba być. Hustle to bardzo brytyjski serial o oszustach z klasą, którzy z naciągania chciwych[1] bogaczy zrobili nawet nie tyle sposób na zarabiane, a sport i sposób na życie. Nawet jak ktoś nie lubi gatunku "film z twistem", to oprócz błyskotliwych sposobów na sprytną zamianę walizki z pociętym papierem na okrągłą kwotę w brytyjskich funtach, serial ma do zaoferowania dużo dobrego. A to przepiękny Londyn, do którego aż się chce teraz-zaraz-natychmiast pojechać. A to sympatyczna grupa bohaterów - śliczna (i zawsze uroczo ubrana bądź przebrana) Stacie[2], między którą a Mike'em (liderem grupy) coś od samego początku iskrzy, Ash - spec od podrabiania, mistrz drobnych ról kurierów i specjalistów od naprawy sprzętu biurowo-komputerowego, Albert - dystyngowany i nigdy nie tracący typowo angielskiej zimnej krwi mózg całej grupy i wreszcie Danny - ciągle aspirujący do przywódcy grupy, nerwowy i pełen kompleksów (w 4 sezonie zamiast Mike'a pojawia się inny sympatyczny ciemnoskóry, a w 5 sezonie - zamiast Stacie i Danny'ego - dość nijakie rodzeństwo). A to sztuczki filmowe, pokazujące istotę oszustwa czy ślicznie zagrane przez bohaterów retrospekcje. A to pechowy barman Eddie, którego na każdym kroku bohaterowie na jego prośbę oszukują. Dużo, dużo dobrego i ładnego, zwłaszcza że i warstwa językowa bardzo udana. Zakontraktowany na 6 sezon, więc jeszcze będzie można (mimo tego, że sezony mają tradycyjnie po 6 odcinków) trochę sobie z nimi wieczorów spędzić.
[1] Oczywiście im dalej w las, tym robinhoodowsko - uczciwa teoria, że grifterzy naciągają tylko oszustów, trochę się rozmywa, bo zdarza im się zwyczajnie okraść przypadkowe osoby, ale jako lejtmotiv serialu się dość sprawdza i budzi zaufanie widza.
[2] O, zdecydowanie bardziej Jamie Murray sprawdza się w roli uwodzicielskiej oszustki z piękną garderobą niż psychopatycznej terapeutki uzależnień z "Dextera".
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W zasadzie wystarczyłoby przekleić recenzję kol. Teklaka [http://radkowiecki.blox.pl - link nieaktywny], ale nie ma co iść na łatwiznę. Twardym trzeba być. Hustle to bardzo brytyjski serial o oszustach z klasą, którzy z naciągania chciwych[1] bogaczy zrobili nawet nie tyle sposób na zarabiane, a sport i sposób na życie. Nawet jak ktoś nie lubi gatunku "film z twistem", to oprócz błyskotliwych sposobów na sprytną zamianę walizki z pociętym papierem na okrągłą kwotę w brytyjskich funtach, serial ma do zaoferowania dużo dobrego. A to przepiękny Londyn, do którego aż się chce teraz-zaraz-natychmiast pojechać. A to sympatyczna grupa bohaterów - śliczna (i zawsze uroczo ubrana bądź przebrana) Stacie[2], między którą a Mike'em (liderem grupy) coś od samego początku iskrzy, Ash - spec od podrabiania, mistrz drobnych ról kurierów i specjalistów od naprawy sprzętu biurowo-komputerowego, Albert - dystyngowany i nigdy nie tracący typowo angielskiej zimnej krwi mózg całej grupy i wreszcie Danny - ciągle aspirujący do przywódcy grupy, nerwowy i pełen kompleksów (w 4 sezonie zamiast Mike'a pojawia się inny sympatyczny ciemnoskóry, a w 5 sezonie - zamiast Stacie i Danny'ego - dość nijakie rodzeństwo). A to sztuczki filmowe, pokazujące istotę oszustwa czy ślicznie zagrane przez bohaterów retrospekcje. A to pechowy barman Eddie, którego na każdym kroku bohaterowie na jego prośbę oszukują. Dużo, dużo dobrego i ładnego, zwłaszcza że i warstwa językowa bardzo udana. Zakontraktowany na 6 sezon, więc jeszcze będzie można (mimo tego, że sezony mają tradycyjnie po 6 odcinków) trochę sobie z nimi wieczorów spędzić.
[1] Oczywiście im dalej w las, tym robinhoodowsko - uczciwa teoria, że grifterzy naciągają tylko oszustów, trochę się rozmywa, bo zdarza im się zwyczajnie okraść przypadkowe osoby, ale jako lejtmotiv serialu się dość sprawdza i budzi zaufanie widza.
[2] O, zdecydowanie bardziej Jamie Murray sprawdza się w roli uwodzicielskiej oszustki z piękną garderobą niż psychopatycznej terapeutki uzależnień z "Dextera".
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
"E, pani to taka bardziej wybredna. Nie ma co wybrzydzać specjalnie i tak się znudzi za kilka lat i będzie pani znowu zmieniać." [o tapecie, kafelkach czy innych rozwiązaniach wnętrzarskich]
"A po co większe mieszkanie? Ludzie kupują takie duże, a potem nie wiedzą, co w nich robić..."
"W mieście mieszkać? A nie lepiej ziemię pod Poznaniem i się pobudować?"
"Ile ma pani tych kotów? Trzy? A rasowe? Nie? To jeden nie starczy?"
"Pani, ja to się przy tych remontach to na różne rzeczy napatrzyłem."
"Ludzie są nieodpowiedzialni. Niech pani sobie wyobrazi, robiłem remont u takiej starszej pary i oni wyciągają pieniądze i mi dają, że mam kupić co potrzeba. A jakbym ich oszukał, zabrał kasę i nie wrócił?"
Last but not least, "a pani tak cały dzień przy komputerze? Ja to bym nie mógł."
PS Pomijając to, że pan pracował nieprzerwanie ponad 9 godzin, blokując mi toaletę i gwiżdżąc, to ja bardzo zadowolona jestem. Acz muszę small talk potrenować, bo jednak nie ogarniam.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 25, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
"E, pani to taka bardziej wybredna. Nie ma co wybrzydzać specjalnie i tak się znudzi za kilka lat i będzie pani znowu zmieniać." [o tapecie, kafelkach czy innych rozwiązaniach wnętrzarskich]
"A po co większe mieszkanie? Ludzie kupują takie duże, a potem nie wiedzą, co w nich robić..."
"W mieście mieszkać? A nie lepiej ziemię pod Poznaniem i się pobudować?"
"Ile ma pani tych kotów? Trzy? A rasowe? Nie? To jeden nie starczy?"
"Pani, ja to się przy tych remontach to na różne rzeczy napatrzyłem."
"Ludzie są nieodpowiedzialni. Niech pani sobie wyobrazi, robiłem remont u takiej starszej pary i oni wyciągają pieniądze i mi dają, że mam kupić co potrzeba. A jakbym ich oszukał, zabrał kasę i nie wrócił?"
Last but not least, "a pani tak cały dzień przy komputerze? Ja to bym nie mógł."
PS Pomijając to, że pan pracował nieprzerwanie ponad 9 godzin, blokując mi toaletę i gwiżdżąc, to ja bardzo zadowolona jestem. Acz muszę small talk potrenować, bo jednak nie ogarniam.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 25, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj