W słońcu zawsze lepiej widać. Coraz więcej kolorowych kamienic. Nieśmiało pojawiają się mini-ogródki przed restauracjami. I chodniki jakby równiejsze (chociaż może to efekt tego, że z obuwia mam do wyboru sandałki na rzepy). A między budynkami Arsenału kremowy biustonosz z wiszącym talibem.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 2, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W słońcu zawsze lepiej widać. Coraz więcej kolorowych kamienic. Nieśmiało pojawiają się mini-ogródki przed restauracjami. I chodniki jakby równiejsze (chociaż może to efekt tego, że z obuwia mam do wyboru sandałki na rzepy). A między budynkami Arsenału kremowy biustonosz z wiszącym talibem.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W słońcu zawsze lepiej widać. Coraz więcej kolorowych kamienic. Nieśmiało pojawiają się mini-ogródki przed restauracjami. I chodniki jakby równiejsze (chociaż może to efekt tego, że z obuwia mam do wyboru sandałki na rzepy). A między budynkami Arsenału kremowy biustonosz z wiszącym talibem.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Bardzo źle jest trafić na zdjęcia z książki, zwłaszcza takie, po których nie wystarczy, że po kilku(nastu) dniach puka do drzwi listonosz (a listonosz puka zawsze dwa razy[1]), tylko się zostaje w ręku z książką i zestawem planów[3] na najbliższą dziesięciolatkę. W albumie są zdjęcia loftów, głównie europejskich, ale okazjonalnie i amerykańskich. Od 80 do 2000 metrów kwadratowych, co dowodzi, że "M3 to duże mieszkanie i starczy dla trzypokoleniowej rodziny" niekoniecznie jest tym hasłem, którym warto się oflagować. Przez ostatnie kilkanaście lat miałam wiele wizji tego, jak powinien wyglądać dom idealny - od sielankowego domku z ogródkiem, umeblowanego w stylu prowansalsko-lawendowym do minimalistycznego apartamentu z antresolą, gdzie jedynym kolorowym akcentem będą książki, a i te przeciwkurzowo zamknięte za szybami. Cały czas jednak chcę przestrzeni, wysokiego sufitu i nietypowych detali architektonicznych (witrażowego okna przy wezgłowiu łózka w sypialni jak w "Kruku" [2022 - link nieaktualny], niskiego parapetu wyłożonego poduszkami przy wysokich oknach, wychodzących na pełen zieleni taras, zabudowanych półkami na książki schodów), które można uzyskać tylko przebudowując stare magazyny, kamienice czy fabryki. Nie zależy mi na betonie i cegle, ale na tym, żeby mieć jakąś namiastkę nieba wysoko nad głową.
Album jest solidną cegłą z pięknymi zdjęciami różnych wnętrz. Dla książkolubnych bądź kolekcjonerów płyt - pięknie zaaranżowane regały ze zbiorami, zawierające ciut więcej niż kolekcję pisarzy XX wieku GW, dla fanatyków kąpieli - wanna bądź basen na środku salonu, dla felinofili - malowniczo upozowane koty (bo wnętrzarski album bez kotów to nie album), nietypowe rozwiązania schodów, sypialnie na antresolach, słoneczne loggie i widok na dachy miast z wyższych pięter. Tak jak użyteczność na razie ma podobną jak pięknie wydana książka kucharska z niedostępnymi składnikami, tak przyjemność z oglądania równie duża. Brakuje mi tylko planów apartamentów, bo zdjęcia niekoniecznie pozwalają sobie wyobrazić rozkład pomieszczeń.
[1] No chyba że w ogóle nie zapuka[2], jak tym razem, tylko mimo warowania przy domofonie zostawi awizo, ale licentia poetica.
[2] A jak puka, to z idealnym wyczuciem chwili. Zapewne musi już uważać, że moja odzież robocza to dwa ręczniki. Albo szlafrok.
[3] Bo na twarde iryski to jestem za nerwowa.
#34
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 1, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Bardzo źle jest trafić na zdjęcia z książki, zwłaszcza takie, po których nie wystarczy, że po kilku(nastu) dniach puka do drzwi listonosz (a listonosz puka zawsze dwa razy[1]), tylko się zostaje w ręku z książką i zestawem planów[3] na najbliższą dziesięciolatkę. W albumie są zdjęcia loftów, głównie europejskich, ale okazjonalnie i amerykańskich. Od 80 do 2000 metrów kwadratowych, co dowodzi, że "M3 to duże mieszkanie i starczy dla trzypokoleniowej rodziny" niekoniecznie jest tym hasłem, którym warto się oflagować. Przez ostatnie kilkanaście lat miałam wiele wizji tego, jak powinien wyglądać dom idealny - od sielankowego domku z ogródkiem, umeblowanego w stylu prowansalsko-lawendowym do minimalistycznego apartamentu z antresolą, gdzie jedynym kolorowym akcentem będą książki, a i te przeciwkurzowo zamknięte za szybami. Cały czas jednak chcę przestrzeni, wysokiego sufitu i nietypowych detali architektonicznych (witrażowego okna przy wezgłowiu łózka w sypialni jak w "Kruku" [2022 - link nieaktualny], niskiego parapetu wyłożonego poduszkami przy wysokich oknach, wychodzących na pełen zieleni taras, zabudowanych półkami na książki schodów), które można uzyskać tylko przebudowując stare magazyny, kamienice czy fabryki. Nie zależy mi na betonie i cegle, ale na tym, żeby mieć jakąś namiastkę nieba wysoko nad głową.
Album jest solidną cegłą z pięknymi zdjęciami różnych wnętrz. Dla książkolubnych bądź kolekcjonerów płyt - pięknie zaaranżowane regały ze zbiorami, zawierające ciut więcej niż kolekcję pisarzy XX wieku GW, dla fanatyków kąpieli - wanna bądź basen na środku salonu, dla felinofili - malowniczo upozowane koty (bo wnętrzarski album bez kotów to nie album), nietypowe rozwiązania schodów, sypialnie na antresolach, słoneczne loggie i widok na dachy miast z wyższych pięter. Tak jak użyteczność na razie ma podobną jak pięknie wydana książka kucharska z niedostępnymi składnikami, tak przyjemność z oglądania równie duża. Brakuje mi tylko planów apartamentów, bo zdjęcia niekoniecznie pozwalają sobie wyobrazić rozkład pomieszczeń.
[1] No chyba że w ogóle nie zapuka[2], jak tym razem, tylko mimo warowania przy domofonie zostawi awizo, ale licentia poetica.
[2] A jak puka, to z idealnym wyczuciem chwili. Zapewne musi już uważać, że moja odzież robocza to dwa ręczniki. Albo szlafrok.
[3] Bo na twarde iryski to jestem za nerwowa.
#34
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2009, fotografia, architektura
- 4 komentarze
- Skomentuj
Bardzo źle jest trafić na zdjęcia z książki, zwłaszcza takie, po których nie wystarczy, że po kilku(nastu) dniach puka do drzwi listonosz (a listonosz puka zawsze dwa razy[1]), tylko się zostaje w ręku z książką i zestawem planów[3] na najbliższą dziesięciolatkę. W albumie są zdjęcia loftów, głównie europejskich, ale okazjonalnie i amerykańskich. Od 80 do 2000 metrów kwadratowych, co dowodzi, że "M3 to duże mieszkanie i starczy dla trzypokoleniowej rodziny" niekoniecznie jest tym hasłem, którym warto się oflagować. Przez ostatnie kilkanaście lat miałam wiele wizji tego, jak powinien wyglądać dom idealny - od sielankowego domku z ogródkiem, umeblowanego w stylu prowansalsko-lawendowym do minimalistycznego apartamentu z antresolą, gdzie jedynym kolorowym akcentem będą książki, a i te przeciwkurzowo zamknięte za szybami. Cały czas jednak chcę przestrzeni, wysokiego sufitu i nietypowych detali architektonicznych (witrażowego okna przy wezgłowiu łózka w sypialni jak w "Kruku" [2022 - link nieaktualny], niskiego parapetu wyłożonego poduszkami przy wysokich oknach, wychodzących na pełen zieleni taras, zabudowanych półkami na książki schodów), które można uzyskać tylko przebudowując stare magazyny, kamienice czy fabryki. Nie zależy mi na betonie i cegle, ale na tym, żeby mieć jakąś namiastkę nieba wysoko nad głową.
Album jest solidną cegłą z pięknymi zdjęciami różnych wnętrz. Dla książkolubnych bądź kolekcjonerów płyt - pięknie zaaranżowane regały ze zbiorami, zawierające ciut więcej niż kolekcję pisarzy XX wieku GW, dla fanatyków kąpieli - wanna bądź basen na środku salonu, dla felinofili - malowniczo upozowane koty (bo wnętrzarski album bez kotów to nie album), nietypowe rozwiązania schodów, sypialnie na antresolach, słoneczne loggie i widok na dachy miast z wyższych pięter. Tak jak użyteczność na razie ma podobną jak pięknie wydana książka kucharska z niedostępnymi składnikami, tak przyjemność z oglądania równie duża. Brakuje mi tylko planów apartamentów, bo zdjęcia niekoniecznie pozwalają sobie wyobrazić rozkład pomieszczeń.
[1] No chyba że w ogóle nie zapuka[2], jak tym razem, tylko mimo warowania przy domofonie zostawi awizo, ale licentia poetica.
[2] A jak puka, to z idealnym wyczuciem chwili. Zapewne musi już uważać, że moja odzież robocza to dwa ręczniki. Albo szlafrok.
[3] Bo na twarde iryski to jestem za nerwowa.
#34
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2009, fotografia, architektura
- 4 komentarze
- Skomentuj
A przynajmniej bym chciała. Bo na razie poza pięknymi kamienicami, których tylko mały procent jest odremontowany, na Jeżycach wiele nie ma. Zaniedbane podwórka, osypujące się ślady po prosperity secesyjnych kamienic; łatwiej powiedzieć, czemu nie ma - brakuje małych, klimatycznych restauracji (trochę honor ratują pseudo-cukiernie przy rynku Jeżyckim, ale jednak odczuwam ubóstwo rozwiązania polegającego na wstawieniu trzech stolików do sklepu cukierniczego, nawet bez udawania, że lokalik ma ambicję wystawić stoliki na chodnik), zadbanych ogródków, jakiejś wizji całości pozwalającej przyprowadzać hordy turystów (nie tylko tych zainteresowanych trasą jeżycjadową).
Są za to leniwe koty na parapetach i w trawie, hordy gołębi, lokalny folklor (wczoraj w postaci sympatycznej starszej pani, która zagadnęła naburmuszonego kilkulatka, odymającego się na młodą solarowoblond matkę, przez co sprowokowała rodzicielkę do ochrzanienia nieletniego, że ma nie reagować na zaczepki obcych na ulicy i jak nie przestanie, to mu wtłucze klapkiem na gołą, pozostawiając starszą panią w niejakiej konsternacji), małe przedziwne sklepiki (w których jednak można kupić pasującą do czarnego czajnika z Flo cukierniczkę, bo teraz podobno cukierniczki są nietrendi i się sypie cukier w miskę) czy wreszcie rynek Jeżycki, kopalnię mieczyków w piętnastu kolorach, warzyw i owoców, starych harlequinów czy biustonoszy w jedynym słusznym rozmiarze 75B made in China, przymierzanych na bluzkę. I sklep mięsny Prosiaczek z nabiałem od Cystersów, serem korycińskim i pasztetami domowej roboty.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 30, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
A przynajmniej bym chciała. Bo na razie poza pięknymi kamienicami, których tylko mały procent jest odremontowany, na Jeżycach wiele nie ma. Zaniedbane podwórka, osypujące się ślady po prosperity secesyjnych kamienic; łatwiej powiedzieć, czemu nie ma - brakuje małych, klimatycznych restauracji (trochę honor ratują pseudo-cukiernie przy rynku Jeżyckim, ale jednak odczuwam ubóstwo rozwiązania polegającego na wstawieniu trzech stolików do sklepu cukierniczego, nawet bez udawania, że lokalik ma ambicję wystawić stoliki na chodnik), zadbanych ogródków, jakiejś wizji całości pozwalającej przyprowadzać hordy turystów (nie tylko tych zainteresowanych trasą jeżycjadową).
Są za to leniwe koty na parapetach i w trawie, hordy gołębi, lokalny folklor (wczoraj w postaci sympatycznej starszej pani, która zagadnęła naburmuszonego kilkulatka, odymającego się na młodą solarowoblond matkę, przez co sprowokowała rodzicielkę do ochrzanienia nieletniego, że ma nie reagować na zaczepki obcych na ulicy i jak nie przestanie, to mu wtłucze klapkiem na gołą, pozostawiając starszą panią w niejakiej konsternacji), małe przedziwne sklepiki (w których jednak można kupić pasującą do czarnego czajnika z Flo cukierniczkę, bo teraz podobno cukierniczki są nietrendi i się sypie cukier w miskę) czy wreszcie rynek Jeżycki, kopalnię mieczyków w piętnastu kolorach, warzyw i owoców, starych harlequinów czy biustonoszy w jedynym słusznym rozmiarze 75B made in China, przymierzanych na bluzkę. I sklep mięsny Prosiaczek z nabiałem od Cystersów, serem korycińskim i pasztetami domowej roboty.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 30, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce -
- 2 komentarze
- Skomentuj
A przynajmniej bym chciała. Bo na razie poza pięknymi kamienicami, których tylko mały procent jest odremontowany, na Jeżycach wiele nie ma. Zaniedbane podwórka, osypujące się ślady po prosperity secesyjnych kamienic; łatwiej powiedzieć, czemu nie ma - brakuje małych, klimatycznych restauracji (trochę honor ratują pseudo-cukiernie przy rynku Jeżyckim, ale jednak odczuwam ubóstwo rozwiązania polegającego na wstawieniu trzech stolików do sklepu cukierniczego, nawet bez udawania, że lokalik ma ambicję wystawić stoliki na chodnik), zadbanych ogródków, jakiejś wizji całości pozwalającej przyprowadzać hordy turystów (nie tylko tych zainteresowanych trasą jeżycjadową).
Są za to leniwe koty na parapetach i w trawie, hordy gołębi, lokalny folklor (wczoraj w postaci sympatycznej starszej pani, która zagadnęła naburmuszonego kilkulatka, odymającego się na młodą solarowoblond matkę, przez co sprowokowała rodzicielkę do ochrzanienia nieletniego, że ma nie reagować na zaczepki obcych na ulicy i jak nie przestanie, to mu wtłucze klapkiem na gołą, pozostawiając starszą panią w niejakiej konsternacji), małe przedziwne sklepiki (w których jednak można kupić pasującą do czarnego czajnika z Flo cukierniczkę, bo teraz podobno cukierniczki są nietrendi i się sypie cukier w miskę) czy wreszcie rynek Jeżycki, kopalnię mieczyków w piętnastu kolorach, warzyw i owoców, starych harlequinów czy biustonoszy w jedynym słusznym rozmiarze 75B made in China, przymierzanych na bluzkę. I sklep mięsny Prosiaczek z nabiałem od Cystersów, serem korycińskim i pasztetami domowej roboty.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 30, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Od razu na początku jedno zastrzeżenie - tak, to książka młodzieżowa/o nastolatce. Ale przyznam bez wielkiego wstydu, że dawno mnie nic tak nie zachwyciło (a wygrzebałam ją z półki, bo anglojęzyczny pamiętnik z trasy po Kanadzie Erica Idle'a ciężko czyta się w łóżku). Może to moje zamiłowanie do mieszanek? Kosmowska wzięła cyniczność i dowcip od Sawaszkiewicza i jego humoresek o Tatku, rodzinną historię od Musierowicz (inteligentna nastolatka, zaniedbywana przez wiecznie zajętych sobą i swoimi karierami rodziców, z kompleksami - wypisz wymaluj "Szósta klepka"), szczęśliwie odartą z moralizatorstwa i przecukrzenia, dodała błyskotliwe dialogi, świetnego dziadka-hazardzistę, całkiem niezłe tło szkolne, zgrabnie poskładała to w zabawną językowo narrację jak u Bożkowskiego w "Mszy za mordercę" (mam wrażenie, że echa księdza Przeogromnego pojawiają się w osobie księdza Korka, pojawiającego się trzecioplanowo) i dołożyła zgrabny happy-end (bo, jak wspominałam, to książka dla młodzieży).
15-letnia Buba czuje się samotna, piękny Adaś nie zwraca na nią uwagi, w nowej szkole jej nie idzie, dziadek przypomina sobie tylko o niej, jak ma ochotę ograć ją w karty, matka jest znaną a afektowaną pisarką, ojciec - celebrytą telewizyjnym (z zepsutą dwójką i w słabych programach, ale jednak celebrytą). Rodzice z dziadkiem bezustannie sobie dogryzają, Buba tęskni za odrobiną uwagi, ale jedyne, co dostaje, to ciepłe słowo od domowej gospodyni, pani Bartoszowej. W tle pojawia się jej bardziej udana siostra, która wyszła już za mąż, ale przychodzi zrzucać na resztę rodziny swoje problemy.
Fabuła niespecjalnie przeszkadza, ale dla mnie największą zaletą książki była przesmaczna warstwa językowa, nad którą chichotałam co kilka zdań.
Idę szukać drugiego tomu, mam nadzieję, że utrzyma poziom.
Inne książki tej autorki tu.
#33
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 29, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj