Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Znudziła mi się komoda

Nawet nie tyle znudziła, co - wykazując wrażliwość płyty meblowej - zaczęła się rozkraczać, szuflady rozjeżdżać i ogólnie przestała rokować. Do tego zaczęła być stosunkowo mała w stosunku do zapędów bieliźnianych. Wymyśliłam więc sobie, że z ciężko zarobione dinero kupię nową. Drewnianą, dużą, z mnóstwem szufladek (dla technicznych - 140 szerokości, do góry dowolnie, acz pewnie nie ma sensu więcej niż 120 cm). Już nawet gotowa byłam na ustępstwa, że nie cała z drewna, że nie jedna, a dwie stojące obok siebie, normalnie szłam na rękę jak się da. I kupa. Albo meble gabinetowe z dębu za jedyne 4k zł, albo płyta z VOX-u. Snu mi z powiek nie spędza, jeszcze te skarpetki i niewymowne mam gdzie trzymać, ale z okazji wolnej niedzieli wpadł pomysł pojechania do SPOT-u. Taki współczesny trendny dom kultury, gdzie leżą bookcrossingowane książki, dizajnerskie (czytaj: nie do noszenia, niestety) ciuchy, nietrywialne meble i gadżety wnętrzarskie, minisklepik z winami i restauracja. Do tego wszystko mieści się na Wildzie w odremontowanym ceglanym budynku, zaaranżowanym jak loft. Wildę lubię od zawsze, tym bardziej mnie cieszy, że zamiast burzyć stary dom, można zrobić z niego miłe miejsce na weekendowe popołudnie.

Łatwo się domyślić, komody nie znalazłam, za to spędziliśmy z TŻ miłe popołudnie w przepięknym wnętrzu, ocierając się o czerwoną cegłę, grzebiąc w książkach, siorbiąc lemoniadę z brązowym cukrem i patrząc na świat przez okna wysokie na dwa metry. Królowa była zachwycona. W najbliższą sobotę i niedzielę planowane są dni włoskie [2026 - link nieaktualny] z plażą, filmami Felliniego i włoską kuchnią.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 29, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zbrodnie i wykroczenia + Vicky Cristina Barcelona

Na "Zbrodniach i wykroczeniach" Woody Allen powinien się zatrzymać, a nie powielać tego motywu najpierw we "Wszystko gra", a potem we "Śnie Kasandry". Przeniesienie akcji do Anglii i dołożenie zestawu innych aktorów nie dodało żadnej wartości w stosunku do tego, co Allen opowiedział 20 lat temu. Że w życiu nie jest prosto, jak się weszło w sytuację wątpliwą moralnie, to potem albo trzeba sobie umieć poradzić z wyrzutami sumienia i konsekwencjami własnych decyzji, albo mieć na tyle odwagi, żeby z takich sytuacji wyjść z twarzą. W "Zbrodniach" znany i utytułowany okulista nie umie poradzić sobie z zaborczą kochanką, więc decyduje, że wyasygnuje pewną kwotę na jej uciszenie. W drugim wątku niezbyt udany reżyser (oczywiście Woody Allen, który sprawia, że dość przeciętny film zacznie zyskuje) filmuje dokument o swoim znajomym, apodyktycznym reżyserze (niespodziewanie Alan Alda), głównie zainteresowanym lansowaniem za kulisami wschodzących gwiazdek, zakochując się w międzyczasie w koleżance po fachu (Mia Farrow). Momentem spajającym obie osie jest rozmowa między dręczonym wyrzutami sumienia okulistą, a rozczarowanym życiem i karierą reżyserem, który na podstawie historii na film opowiadanej przez okulistę stwierdza, że gdyby nakręcił taki film, to bohater przyznałby się do tego i poniósł konsekwencje. Nakręcił, dwukrotnie, czy słowa dotrzymał...

Zdecydowanie bardziej przekonała mnie "Vicky Cristina Barcelona", chociaż po obejrzeniu nie czuję w tym filmie ręki Allena. I soczysta, piękna, słoneczna Hiszpania, i pełnokrwista Penelope Cruz, nie wspominając o romantyczno-smacznym Javierze Bardemie to czystej krwi Almodovar. Historia o dwóch Amerykankach, które przyjechały do Barcelony studiować czy to Katalończyków, czy życie erotycznych, została niestety zepsuta przez przeraźliwie kiepskie aktorsko manekiny - drewnianą Rebeccę Hall i plastikową Scarlett Johansson. Nie rozumiem zachwytów Allena i obsadzania jej w kolejnych filmach. Zestaw trzech min, wykrzywianie głowy mające sygnalizować namysł i dodanie narratora, żeby opowiadał o głębokich procesach myślowych, których nie jest w stanie zagrać, zwłaszcza w porównaniu z emocjonalną i uczuciową Penelopą boleśnie pokazuje, że półotwarte usta i ufarbowane na platynę włosy nie starczą. Dowolna inna para aktorek dołożyła by do tego filmu wisienkę na czubek tortu, bo szczęśliwie reszta aktorów i piękna Hiszpania nie pozwoliła filmu położyć. Za dwa lata ja też pojadę sobie do Hiszpanii, może nie po to, żeby nawiązać romans z gorącym malarzem, ale zawsze.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 27, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zbrodnie i wykroczenia + Vicky Cristina Barcelona

Na "Zbrodniach i wykroczeniach" Woody Allen powinien się zatrzymać, a nie powielać tego motywu najpierw we "Wszystko gra", a potem we "Śnie Kasandry". Przeniesienie akcji do Anglii i dołożenie zestawu innych aktorów nie dodało żadnej wartości w stosunku do tego, co Allen opowiedział 20 lat temu. Że w życiu nie jest prosto, jak się weszło w sytuację wątpliwą moralnie, to potem albo trzeba sobie umieć poradzić z wyrzutami sumienia i konsekwencjami własnych decyzji, albo mieć na tyle odwagi, żeby z takich sytuacji wyjść z twarzą. W "Zbrodniach" znany i utytułowany okulista nie umie poradzić sobie z zaborczą kochanką, więc decyduje, że wyasygnuje pewną kwotę na jej uciszenie. W drugim wątku niezbyt udany reżyser (oczywiście Woody Allen, który sprawia, że dość przeciętny film zacznie zyskuje) filmuje dokument o swoim znajomym, apodyktycznym reżyserze (niespodziewanie Alan Alda), głównie zainteresowanym lansowaniem za kulisami wschodzących gwiazdek, zakochując się w międzyczasie w koleżance po fachu (Mia Farrow). Momentem spajającym obie osie jest rozmowa między dręczonym wyrzutami sumienia okulistą, a rozczarowanym życiem i karierą reżyserem, który na podstawie historii na film opowiadanej przez okulistę stwierdza, że gdyby nakręcił taki film, to bohater przyznałby się do tego i poniósł konsekwencje. Nakręcił, dwukrotnie, czy słowa dotrzymał...

Zdecydowanie bardziej przekonała mnie "Vicky Cristina Barcelona", chociaż po obejrzeniu nie czuję w tym filmie ręki Allena. I soczysta, piękna, słoneczna Hiszpania, i pełnokrwista Penelope Cruz, nie wspominając o romantyczno-smacznym Javierze Bardemie to czystej krwi Almodovar. Historia o dwóch Amerykankach, które przyjechały do Barcelony studiować czy to Katalończyków, czy życie erotycznych, została niestety zepsuta przez przeraźliwie kiepskie aktorsko manekiny - drewnianą Rebeccę Hall i plastikową Scarlett Johansson. Nie rozumiem zachwytów Allena i obsadzania jej w kolejnych filmach. Zestaw trzech min, wykrzywianie głowy mające sygnalizować namysł i dodanie narratora, żeby opowiadał o głębokich procesach myślowych, których nie jest w stanie zagrać, zwłaszcza w porównaniu z emocjonalną i uczuciową Penelopą boleśnie pokazuje, że półotwarte usta i ufarbowane na platynę włosy nie starczą. Dowolna inna para aktorek dołożyła by do tego filmu wisienkę na czubek tortu, bo szczęśliwie reszta aktorów i piękna Hiszpania nie pozwoliła filmu położyć. Za dwa lata ja też pojadę sobie do Hiszpanii, może nie po to, żeby nawiązać romans z gorącym malarzem, ale zawsze.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 27, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zbrodnie i wykroczenia + Vicky Cristina Barcelona

Na "Zbrodniach i wykroczeniach" Woody Allen powinien się zatrzymać, a nie powielać tego motywu najpierw we "Wszystko gra", a potem we "Śnie Kasandry". Przeniesienie akcji do Anglii i dołożenie zestawu innych aktorów nie dodało żadnej wartości w stosunku do tego, co Allen opowiedział 20 lat temu. Że w życiu nie jest prosto, jak się weszło w sytuację wątpliwą moralnie, to potem albo trzeba sobie umieć poradzić z wyrzutami sumienia i konsekwencjami własnych decyzji, albo mieć na tyle odwagi, żeby z takich sytuacji wyjść z twarzą. W "Zbrodniach" znany i utytułowany okulista nie umie poradzić sobie z zaborczą kochanką, więc decyduje, że wyasygnuje pewną kwotę na jej uciszenie. W drugim wątku niezbyt udany reżyser (oczywiście Woody Allen, który sprawia, że dość przeciętny film zacznie zyskuje) filmuje dokument o swoim znajomym, apodyktycznym reżyserze (niespodziewanie Alan Alda), głównie zainteresowanym lansowaniem za kulisami wschodzących gwiazdek, zakochując się w międzyczasie w koleżance po fachu (Mia Farrow). Momentem spajającym obie osie jest rozmowa między dręczonym wyrzutami sumienia okulistą, a rozczarowanym życiem i karierą reżyserem, który na podstawie historii na film opowiadanej przez okulistę stwierdza, że gdyby nakręcił taki film, to bohater przyznałby się do tego i poniósł konsekwencje. Nakręcił, dwukrotnie, czy słowa dotrzymał...

Zdecydowanie bardziej przekonała mnie "Vicky Cristina Barcelona", chociaż po obejrzeniu nie czuję w tym filmie ręki Allena. I soczysta, piękna, słoneczna Hiszpania, i pełnokrwista Penelope Cruz, nie wspominając o romantyczno-smacznym Javierze Bardemie to czystej krwi Almodovar. Historia o dwóch Amerykankach, które przyjechały do Barcelony studiować czy to Katalończyków, czy życie erotycznych, została niestety zepsuta przez przeraźliwie kiepskie aktorsko manekiny - drewnianą Rebeccę Hall i plastikową Scarlett Johansson. Nie rozumiem zachwytów Allena i obsadzania jej w kolejnych filmach. Zestaw trzech min, wykrzywianie głowy mające sygnalizować namysł i dodanie narratora, żeby opowiadał o głębokich procesach myślowych, których nie jest w stanie zagrać, zwłaszcza w porównaniu z emocjonalną i uczuciową Penelopą boleśnie pokazuje, że półotwarte usta i ufarbowane na platynę włosy nie starczą. Dowolna inna para aktorek dołożyła by do tego filmu wisienkę na czubek tortu, bo szczęśliwie reszta aktorów i piękna Hiszpania nie pozwoliła filmu położyć. Za dwa lata ja też pojadę sobie do Hiszpanii, może nie po to, żeby nawiązać romans z gorącym malarzem, ale zawsze.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 27, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Miejskie podwórka

Wyjątkowo wpiszę się w trend akcji serwisu Allegro (Zielone Podwórka), ale to jedno z moich miejskich marzeń - oaza w centrum betonowej dżungli. Da się, wystarczy przespacerować się po Amsterdamie czy zerknąć w co drugą bramę w Berlinie. W podwórkach są trawniki, drzewa, doniczki z kwiatami, ławki, letnie ogródki restauracji i kawiarni. W jednym z moich ulubionych filmów - "Przed zachodem słońca" - Celine prowadzi Jesse'ego najpierw po pięknych zakątkach Paryża, żeby pokazać mu w końcu swój dom. Za bramą kamienicy jest duże, zielone podwórko, przyjaźni sąsiedzi siedzący przy ogrodowym stole, słońce i kot wychodzący na powitanie. W Poznaniu jest kilka takich miejsc, gdzie warto się pałętać, zwłaszcza w sobotni poranek. Zwykle podwórka za kawiarniami są skrzętnie schowane dla przypadkiem przechodzących (bo więcej miejsc oferuje coś więcej niż widoczne jest przez witrynę od ulicy - Monidło, Sól i Pieprz, obie Werandy), co jest o tyle niefajne, że nie do każdej kawiarni człowiek wchodzi podczas powolnego spaceru. A warto. Pokazywałam już wnętrze podwórka między ulicami Wielką 21 a Wodną 7, które znalazłam przypadkiem podczas którejś krajoznawczej wyprawy z aparatem w okolice Starego Rynku.

Poza niedzielą dają też tam niedrogie śniadania, tosty, sałatki i wszystko to, czego człowiekowi na śniadanie potrzeba. I jak już jest na tyle ciepło, że można siedzieć na podwórku, patrzeć na przechodzących mieszkańców i grzać nos w promieniach słońca.

Notki *nie* sponsorował kot Szarszyk, albowiem kot Szarszyk przychodzi na kolana, wierci się, wywraca na plecki, kładzie dziób na klawiaturę i ogólnie domaga się czynnego zajmowania miękkim kotem, a nie pisania. I chyba ma rację.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Miejskie podwórka

Wyjątkowo wpiszę się w trend akcji serwisu Allegro (Zielone Podwórka), ale to jedno z moich miejskich marzeń - oaza w centrum betonowej dżungli. Da się, wystarczy przespacerować się po Amsterdamie czy zerknąć w co drugą bramę w Berlinie. W podwórkach są trawniki, drzewa, doniczki z kwiatami, ławki, letnie ogródki restauracji i kawiarni. W jednym z moich ulubionych filmów - "Przed zachodem słońca" - Celine prowadzi Jesse'ego najpierw po pięknych zakątkach Paryża, żeby pokazać mu w końcu swój dom. Za bramą kamienicy jest duże, zielone podwórko, przyjaźni sąsiedzi siedzący przy ogrodowym stole, słońce i kot wychodzący na powitanie. W Poznaniu jest kilka takich miejsc, gdzie warto się pałętać, zwłaszcza w sobotni poranek. Zwykle podwórka za kawiarniami są skrzętnie schowane dla przypadkiem przechodzących (bo więcej miejsc oferuje coś więcej niż widoczne jest przez witrynę od ulicy - Monidło, Sól i Pieprz, obie Werandy), co jest o tyle niefajne, że nie do każdej kawiarni człowiek wchodzi podczas powolnego spaceru. A warto. Pokazywałam już wnętrze podwórka między ulicami Wielką 21 a Wodną 7, które znalazłam przypadkiem podczas którejś krajoznawczej wyprawy z aparatem w okolice Starego Rynku.

Poza niedzielą dają też tam niedrogie śniadania, tosty, sałatki i wszystko to, czego człowiekowi na śniadanie potrzeba. I jak już jest na tyle ciepło, że można siedzieć na podwórku, patrzeć na przechodzących mieszkańców i grzać nos w promieniach słońca.

Notki *nie* sponsorował kot Szarszyk, albowiem kot Szarszyk przychodzi na kolana, wierci się, wywraca na plecki, kładzie dziób na klawiaturę i ogólnie domaga się czynnego zajmowania miękkim kotem, a nie pisania. I chyba ma rację.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2009

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Miejskie podwórka

Wyjątkowo wpiszę się w trend akcji serwisu Allegro (Zielone Podwórka), ale to jedno z moich miejskich marzeń - oaza w centrum betonowej dżungli. Da się, wystarczy przespacerować się po Amsterdamie czy zerknąć w co drugą bramę w Berlinie. W podwórkach są trawniki, drzewa, doniczki z kwiatami, ławki, letnie ogródki restauracji i kawiarni. W jednym z moich ulubionych filmów - "Przed zachodem słońca" - Celine prowadzi Jesse'ego najpierw po pięknych zakątkach Paryża, żeby pokazać mu w końcu swój dom. Za bramą kamienicy jest duże, zielone podwórko, przyjaźni sąsiedzi siedzący przy ogrodowym stole, słońce i kot wychodzący na powitanie. W Poznaniu jest kilka takich miejsc, gdzie warto się pałętać, zwłaszcza w sobotni poranek. Zwykle podwórka za kawiarniami są skrzętnie schowane dla przypadkiem przechodzących (bo więcej miejsc oferuje coś więcej niż widoczne jest przez witrynę od ulicy - Monidło, Sól i Pieprz, obie Werandy), co jest o tyle niefajne, że nie do każdej kawiarni człowiek wchodzi podczas powolnego spaceru. A warto. Pokazywałam już wnętrze podwórka między ulicami Wielką 21 a Wodną 7, które znalazłam przypadkiem podczas którejś krajoznawczej wyprawy z aparatem w okolice Starego Rynku.

Poza niedzielą dają też tam niedrogie śniadania, tosty, sałatki i wszystko to, czego człowiekowi na śniadanie potrzeba. I jak już jest na tyle ciepło, że można siedzieć na podwórku, patrzeć na przechodzących mieszkańców i grzać nos w promieniach słońca.

Notki *nie* sponsorował kot Szarszyk, albowiem kot Szarszyk przychodzi na kolana, wierci się, wywraca na plecki, kładzie dziób na klawiaturę i ogólnie domaga się czynnego zajmowania miękkim kotem, a nie pisania. I chyba ma rację.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 26, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Zbigniew Nienacki - Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic

Listopadowa Praga natchnęła mnie do powrotu do praskich przygód Pana Samochodzika (książki, nie filmu; film pominę wzgardliwym milczeniem mimo udziału w nim Bronisława Cieślaka). Pan Samochodzik jako wzór dla młodzieży i pozytywistyczny bohater dewaluuje się z roku na rok, tutaj jest jedną z najmniej sympatycznych postaci. Apodyktyczny i wiecznie w tonie rozkazującym, najpierw dyryguje grupką młodzieży skoszarowanej, która łyka jego polecenia jak młode pelikany, potem przejmuje dowodzenie sympatyczną praską rodziną. Ma straszliwie szowinistyczny stosunek do młodej czeskiej historyczki i mimo jej wysiłków (no dobrze, niespecjalnie sprytnych) w byciu odbieraną jako fachowiec, a nie atrakcyjna kobieta, uparcie sugeruje, że jego najbardziej interesuje mini, makijaż i obiad na stole. W trakcie tych słownych zabaw cała praska ekipa szuka śladów przemytników ikon i skradzionej ze Złotej Uliczki magicznej blaszki rabina de Loewe, które to dwie sprawy oczywiście się zazębiają.

Po odjęciu nachalnej nienackiej propagandy to całkiem miły przewodnik po turystycznej Pradze - Hradczanach, Złotej Uliczce, Moście Karola i cmentarzu żydowskim na Josefovie (którego nie warto zostawiać do zwiedzania na sobotę, o czym się część listopadowej wycieczki przekonała).

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 25, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2009, mlodziezowe - 10 komentarzy - Skomentuj


Zbigniew Nienacki - Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic

Listopadowa Praga natchnęła mnie do powrotu do praskich przygód Pana Samochodzika (książki, nie filmu; film pominę wzgardliwym milczeniem mimo udziału w nim Bronisława Cieślaka). Pan Samochodzik jako wzór dla młodzieży i pozytywistyczny bohater dewaluuje się z roku na rok, tutaj jest jedną z najmniej sympatycznych postaci. Apodyktyczny i wiecznie w tonie rozkazującym, najpierw dyryguje grupką młodzieży skoszarowanej, która łyka jego polecenia jak młode pelikany, potem przejmuje dowodzenie sympatyczną praską rodziną. Ma straszliwie szowinistyczny stosunek do młodej czeskiej historyczki i mimo jej wysiłków (no dobrze, niespecjalnie sprytnych) w byciu odbieraną jako fachowiec, a nie atrakcyjna kobieta, uparcie sugeruje, że jego najbardziej interesuje mini, makijaż i obiad na stole. W trakcie tych słownych zabaw cała praska ekipa szuka śladów przemytników ikon i skradzionej ze Złotej Uliczki magicznej blaszki rabina de Loewe, które to dwie sprawy oczywiście się zazębiają.

Po odjęciu nachalnej nienackiej propagandy to całkiem miły przewodnik po turystycznej Pradze - Hradczanach, Złotej Uliczce, Moście Karola i cmentarzu żydowskim na Josefovie (którego nie warto zostawiać do zwiedzania na sobotę, o czym się część listopadowej wycieczki przekonała).

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 25, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2009, mlodziezowe - 10 komentarzy - Skomentuj


Zbigniew Nienacki - Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic

Listopadowa Praga natchnęła mnie do powrotu do praskich przygód Pana Samochodzika (książki, nie filmu; film pominę wzgardliwym milczeniem mimo udziału w nim Bronisława Cieślaka). Pan Samochodzik jako wzór dla młodzieży i pozytywistyczny bohater dewaluuje się z roku na rok, tutaj jest jedną z najmniej sympatycznych postaci. Apodyktyczny i wiecznie w tonie rozkazującym, najpierw dyryguje grupką młodzieży skoszarowanej, która łyka jego polecenia jak młode pelikany, potem przejmuje dowodzenie sympatyczną praską rodziną. Ma straszliwie szowinistyczny stosunek do młodej czeskiej historyczki i mimo jej wysiłków (no dobrze, niespecjalnie sprytnych) w byciu odbieraną jako fachowiec, a nie atrakcyjna kobieta, uparcie sugeruje, że jego najbardziej interesuje mini, makijaż i obiad na stole. W trakcie tych słownych zabaw cała praska ekipa szuka śladów przemytników ikon i skradzionej ze Złotej Uliczki magicznej blaszki rabina de Loewe, które to dwie sprawy oczywiście się zazębiają.

Po odjęciu nachalnej nienackiej propagandy to całkiem miły przewodnik po turystycznej Pradze - Hradczanach, Złotej Uliczce, Moście Karola i cmentarzu żydowskim na Josefovie (którego nie warto zostawiać do zwiedzania na sobotę, o czym się część listopadowej wycieczki przekonała).

#11

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 25, 2009

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj