Bo ja tak średnio lubię wiosnę. Bardzo długo trwa ta część błotna, zimna, szaro-brązowa i nijaka. Już się zdążę znudzić, zniechęcić, wkurzyć, jak spadnie okazjonalny śnieg, potem znowu znudzić, zmęczyć i rozczarować. Ale z drugiej strony nagle następuje takie *pac* (zupełnie jak w "W Dolinie Muminków", kiedy Mama Muminka wrzuciła do czarodziejskiego cylindra cebulki bylin i liście) i nagle wszędzie jest zielono i zupełnie dobrze. Tylko czemu nie może być zielono i miło bez tego okresu wcześniej? Ja i tak docenię, nie ma dwóch zdań. Tylko tulipany mi słabo rosną.
A ponieważ mam niedowład intelektualny na wielu polach, to się posłużę wyciągiem ze słów kluczowych:
- nasadki na penisa co myslicie o tym
- czy zelki są kaloryczne
- goldengate cyce
- jak wyglądają puchacze
- kazala mi lizac brudne
- napisy do filmu frywolna lola
- starty i londowania
- chinski bazar w pradze churt
- coś jest sliczne w kilku zdaniach
- jak nauczyć kota żeby przychodził na kolana [a jak namówić, żeby nie cały czas?!]
- jakie som boeing
- jak trzeba otworzyc budke z pieczonymi kurczakami
- film jak robic gladzie na mokro
- piosenki sprośne o rybach
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 17, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Bo ja tak średnio lubię wiosnę. Bardzo długo trwa ta część błotna, zimna, szaro-brązowa i nijaka. Już się zdążę znudzić, zniechęcić, wkurzyć, jak spadnie okazjonalny śnieg, potem znowu znudzić, zmęczyć i rozczarować. Ale z drugiej strony nagle następuje takie *pac* (zupełnie jak w "W Dolinie Muminków", kiedy Mama Muminka wrzuciła do czarodziejskiego cylindra cebulki bylin i liście) i nagle wszędzie jest zielono i zupełnie dobrze. Tylko czemu nie może być zielono i miło bez tego okresu wcześniej? Ja i tak docenię, nie ma dwóch zdań. Tylko tulipany mi słabo rosną.
A ponieważ mam niedowład intelektualny na wielu polach, to się posłużę wyciągiem ze słów kluczowych:
- nasadki na penisa co myslicie o tym
- czy zelki są kaloryczne
- goldengate cyce
- jak wyglądają puchacze
- kazala mi lizac brudne
- napisy do filmu frywolna lola
- starty i londowania
- chinski bazar w pradze churt
- coś jest sliczne w kilku zdaniach
- jak nauczyć kota żeby przychodził na kolana [a jak namówić, żeby nie cały czas?!]
- jakie som boeing
- jak trzeba otworzyc budke z pieczonymi kurczakami
- film jak robic gladzie na mokro
- piosenki sprośne o rybach
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 17, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wszyscy pewnie widzieli, bo to tylko ja jestem 100 lat za Afroamerykanami, więc napiszę tylko, że mnie się bardzo. Wielką faunką Kevina Smitha jestem, a "Zack i Miri" wpisuje się w najlepszy nurt jego historii o ryćkaniu i życiowym popapraniu. Oprócz uroczej Elizabeth Banks, która pojawiła się w Scrubsach przez chwilę, jest i Jay (bez Silent Boba, ale za to chociaż pokazuje stukacza) czy Sock (z Reapera, epizodycznie, ale jako że pojawia się w trakcie kręcenia sceny w pornofilmie, to jest urocze).
Zack i Miri znają się ze szkoły, są tylko przyjaciółmi, z oszczędności wynajmują razem mieszkanie, ale między nimi nic nie zachodzi i nie ma szansy, żeby zaszło. Tymczasem w Pittsburgu kolejna zima stulecia, nie ma pieniędzy na rachunki, w mieszkaniu wyłączają po kolei prąd, wodę i inne dobra. Po mało udanym spotkaniu naszej-kllicealnym Zack wpada na pomysł nakręcenia filmu porno w celu zarobienia na pokrycie długów. Łatwo się domyślić, że film porno jest średnio fachowy, ale za to zabawny, a w trakcie kręcenia sytuacja między nimi się zaczyna powoli zmieniać.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek kwiecień 14, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wszyscy pewnie widzieli, bo to tylko ja jestem 100 lat za Afroamerykanami, więc napiszę tylko, że mnie się bardzo. Wielką faunką Kevina Smitha jestem, a "Zack i Miri" wpisuje się w najlepszy nurt jego historii o ryćkaniu i życiowym popapraniu. Oprócz uroczej Elizabeth Banks, która pojawiła się w Scrubsach przez chwilę, jest i Jay (bez Silent Boba, ale za to chociaż pokazuje stukacza) czy Sock (z Reapera, epizodycznie, ale jako że pojawia się w trakcie kręcenia sceny w pornofilmie, to jest urocze).
Zack i Miri znają się ze szkoły, są tylko przyjaciółmi, z oszczędności wynajmują razem mieszkanie, ale między nimi nic nie zachodzi i nie ma szansy, żeby zaszło. Tymczasem w Pittsburgu kolejna zima stulecia, nie ma pieniędzy na rachunki, w mieszkaniu wyłączają po kolei prąd, wodę i inne dobra. Po mało udanym spotkaniu naszej-kllicealnym Zack wpada na pomysł nakręcenia filmu porno w celu zarobienia na pokrycie długów. Łatwo się domyślić, że film porno jest średnio fachowy, ale za to zabawny, a w trakcie kręcenia sytuacja między nimi się zaczyna powoli zmieniać.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek kwiecień 14, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wszyscy pewnie widzieli, bo to tylko ja jestem 100 lat za Afroamerykanami, więc napiszę tylko, że mnie się bardzo. Wielką faunką Kevina Smitha jestem, a "Zack i Miri" wpisuje się w najlepszy nurt jego historii o ryćkaniu i życiowym popapraniu. Oprócz uroczej Elizabeth Banks, która pojawiła się w Scrubsach przez chwilę, jest i Jay (bez Silent Boba, ale za to chociaż pokazuje stukacza) czy Sock (z Reapera, epizodycznie, ale jako że pojawia się w trakcie kręcenia sceny w pornofilmie, to jest urocze).
Zack i Miri znają się ze szkoły, są tylko przyjaciółmi, z oszczędności wynajmują razem mieszkanie, ale między nimi nic nie zachodzi i nie ma szansy, żeby zaszło. Tymczasem w Pittsburgu kolejna zima stulecia, nie ma pieniędzy na rachunki, w mieszkaniu wyłączają po kolei prąd, wodę i inne dobra. Po mało udanym spotkaniu naszej-kllicealnym Zack wpada na pomysł nakręcenia filmu porno w celu zarobienia na pokrycie długów. Łatwo się domyślić, że film porno jest średnio fachowy, ale za to zabawny, a w trakcie kręcenia sytuacja między nimi się zaczyna powoli zmieniać.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek kwiecień 14, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Krok 1: Znaleźć interesująco i odkrywczo wyglądający przepis, na przykład sernik "Złota rosa" w ostatnim numerze Kuchni.
Krok 2: Kupić składniki. Zapomnieć o mleku, kupić jeszcze raz.
Krok 3: Ugnieść kruche ciasto, poprosić TŻ o wylepienie ciastem formy i wstawić do piekarnika. Formę z ciastem, nie TŻ.
Krok 4: Przygotować masę serową, łapiąc się na tym, że rozpuszczanie 1,5 kostki masła nie jest jednak ekwiwalentem pół szklanki oleju opisanej w przepisie.
Krok 5: W międzyczasie poprosić TŻ o ubicie piany z białek z cukrem.
Krok 6: Zorientować się, że masa składająca się z kilograma twarogu, 3/4 litra mleka, 5 jajek, masła i budyniu nie zmieści się w przygotowanej formie.
Krok 7: Zrobić nową porcję kruchego ciasta na spód, wylepić nową formę i zorientować się, że ciasta jest za dużo, a forma mała.
Krok 8: Poprosić TŻ o wylepienie trzeciej formy.
Krok 9: Zorientować się, że masy serowej nie starczy na trzy formy i zalać dwie, z czego jedną z czubkiem.
Krok 10: Poukładać na wierzchu pianę z białek, która nieco już zdążyła sklęsnąć w czasie rozpaczliwych poszukiwań kolejnych form.
Krok 11: Na cieście w trzeciej formie ułożyć to, co znalazło się w kuchni - rodzynki, orzechy, morele, banany i polać resztą piany z białek, posłodzonej tym razem brązowym cukrem, bo cukier puder wyszedł przy drugiej porcji ciasta.
Krok 12: Po 2 godzinach wyjąć z piekarnika dwa serniki, z czego jeden ze spalonym spodem, a oba z półpłynnym acz smacznym serowym nadzieniem.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 13, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 14 komentarzy
- Skomentuj
Krok 1: Znaleźć interesująco i odkrywczo wyglądający przepis, na przykład sernik "Złota rosa" w ostatnim numerze Kuchni.
Krok 2: Kupić składniki. Zapomnieć o mleku, kupić jeszcze raz.
Krok 3: Ugnieść kruche ciasto, poprosić TŻ o wylepienie ciastem formy i wstawić do piekarnika. Formę z ciastem, nie TŻ.
Krok 4: Przygotować masę serową, łapiąc się na tym, że rozpuszczanie 1,5 kostki masła nie jest jednak ekwiwalentem pół szklanki oleju opisanej w przepisie.
Krok 5: W międzyczasie poprosić TŻ o ubicie piany z białek z cukrem.
Krok 6: Zorientować się, że masa składająca się z kilograma twarogu, 3/4 litra mleka, 5 jajek, masła i budyniu nie zmieści się w przygotowanej formie.
Krok 7: Zrobić nową porcję kruchego ciasta na spód, wylepić nową formę i zorientować się, że ciasta jest za dużo, a forma mała.
Krok 8: Poprosić TŻ o wylepienie trzeciej formy.
Krok 9: Zorientować się, że masy serowej nie starczy na trzy formy i zalać dwie, z czego jedną z czubkiem.
Krok 10: Poukładać na wierzchu pianę z białek, która nieco już zdążyła sklęsnąć w czasie rozpaczliwych poszukiwań kolejnych form.
Krok 11: Na cieście w trzeciej formie ułożyć to, co znalazło się w kuchni - rodzynki, orzechy, morele, banany i polać resztą piany z białek, posłodzonej tym razem brązowym cukrem, bo cukier puder wyszedł przy drugiej porcji ciasta.
Krok 12: Po 2 godzinach wyjąć z piekarnika dwa serniki, z czego jeden ze spalonym spodem, a oba z półpłynnym acz smacznym serowym nadzieniem.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 13, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 14 komentarzy
- Skomentuj
Krok 1: Znaleźć interesująco i odkrywczo wyglądający przepis, na przykład sernik "Złota rosa" w ostatnim numerze Kuchni.
Krok 2: Kupić składniki. Zapomnieć o mleku, kupić jeszcze raz.
Krok 3: Ugnieść kruche ciasto, poprosić TŻ o wylepienie ciastem formy i wstawić do piekarnika. Formę z ciastem, nie TŻ.
Krok 4: Przygotować masę serową, łapiąc się na tym, że rozpuszczanie 1,5 kostki masła nie jest jednak ekwiwalentem pół szklanki oleju opisanej w przepisie.
Krok 5: W międzyczasie poprosić TŻ o ubicie piany z białek z cukrem.
Krok 6: Zorientować się, że masa składająca się z kilograma twarogu, 3/4 litra mleka, 5 jajek, masła i budyniu nie zmieści się w przygotowanej formie.
Krok 7: Zrobić nową porcję kruchego ciasta na spód, wylepić nową formę i zorientować się, że ciasta jest za dużo, a forma mała.
Krok 8: Poprosić TŻ o wylepienie trzeciej formy.
Krok 9: Zorientować się, że masy serowej nie starczy na trzy formy i zalać dwie, z czego jedną z czubkiem.
Krok 10: Poukładać na wierzchu pianę z białek, która nieco już zdążyła sklęsnąć w czasie rozpaczliwych poszukiwań kolejnych form.
Krok 11: Na cieście w trzeciej formie ułożyć to, co znalazło się w kuchni - rodzynki, orzechy, morele, banany i polać resztą piany z białek, posłodzonej tym razem brązowym cukrem, bo cukier puder wyszedł przy drugiej porcji ciasta.
Krok 12: Po 2 godzinach wyjąć z piekarnika dwa serniki, z czego jeden ze spalonym spodem, a oba z półpłynnym acz smacznym serowym nadzieniem.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 13, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Her eyes were cobalt red / Her voice was cobalt blue
I see no purple light / Crashing out of you
So just walk on in / (flowers on the razor wire) / (walk on in)
Po zimowej ascezie odzieżowej, kiedy jedynym bardziej kolorowym elementem są dodatki, a reszta strategicznie zmierza do czerni, fioletu, fuksji czy wiśni, wiosną nie jestem w stanie powstrzymać drżenia karty w portfelu, kiedy wchodzę do kolejnego sklepu. Pewnie, kupuję i ascetyczny, czarno-srebrny naszyjnik i czarne pantofelki, ale do domu wracam z torbami pełnymi kolorów. Zupełnie nie przemawia do mnie argument, że mam tylko dwie nogi i kilkadziesiąt par butów to objaw pewnego rozpasania, bo czy są jakieś racjonalne argumenty (że "nie ma miejsca w domu" uznaję za całkowicie nieracjonalny; co, ja nie znajdę miejsca?!) przeciwko zakupowi lawendowych balerinek? Nie umiem oprzeć się, kiedy w Villi widzę koszulkę w gustowne paseczki czy pastelową żółto-różową tunikę, mówiącą "lato". Albo w M&S znajduję zielono-brązowo-złotą bluzkę w aksamitno-przezroczyste wzory, która patrzy na mnie z ogromnym wyczekiwaniem, a do tego jest już dwa razy przeceniona z kwoty absurdalnej do całkiem przyjemnej? Nie wspominając o Avanti, gdzie z wieszaka łypie na mnie wiosenna sukienka (wprawdzie granatowo-szara, ale w ładnie geometryczne wzorki). Od G. trafiła do mnie kobaltowo-turkusowo-czerwona[1] tunika, w którą mam ochotę się owinąć i tak siedzieć przez najbliższy miesiąc. Tylko co któreś rano nachodzi mnie taka smutna refleksja, że nie mam co na siebie włożyć. Szczęśliwie, nie każde. Ale i tak nachodzi mnie czasem myśl, że przydałaby mi się garderobiana (nawet wirtualna ;->), która by pamiętała, co i gdzie mam, dyskretnie sugerując, że dzisiaj jest dobry dzień na sukienkę w zielono-błękitne kwiaty.
[1] Która przy każdym spojrzeniu kojarzy mi się z "Ribbons" SOM, zupełnie nie wiem, czemu. Dużo piosenek kojarzy mi się z kolorami, zwłaszcza tymi, które miewam na sobie. Trochę niepraktyczne (bo wolałabym chyba zapamiętywać twarze), ale zabawne.
PS Obiecuję, że nie zrobię tutaj szafiarni. To się nosi, a nie pisze o.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 11, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Her eyes were cobalt red / Her voice was cobalt blue
I see no purple light / Crashing out of you
So just walk on in / (flowers on the razor wire) / (walk on in)
Po zimowej ascezie odzieżowej, kiedy jedynym bardziej kolorowym elementem są dodatki, a reszta strategicznie zmierza do czerni, fioletu, fuksji czy wiśni, wiosną nie jestem w stanie powstrzymać drżenia karty w portfelu, kiedy wchodzę do kolejnego sklepu. Pewnie, kupuję i ascetyczny, czarno-srebrny naszyjnik i czarne pantofelki, ale do domu wracam z torbami pełnymi kolorów. Zupełnie nie przemawia do mnie argument, że mam tylko dwie nogi i kilkadziesiąt par butów to objaw pewnego rozpasania, bo czy są jakieś racjonalne argumenty (że "nie ma miejsca w domu" uznaję za całkowicie nieracjonalny; co, ja nie znajdę miejsca?!) przeciwko zakupowi lawendowych balerinek? Nie umiem oprzeć się, kiedy w Villi widzę koszulkę w gustowne paseczki czy pastelową żółto-różową tunikę, mówiącą "lato". Albo w M&S znajduję zielono-brązowo-złotą bluzkę w aksamitno-przezroczyste wzory, która patrzy na mnie z ogromnym wyczekiwaniem, a do tego jest już dwa razy przeceniona z kwoty absurdalnej do całkiem przyjemnej? Nie wspominając o Avanti, gdzie z wieszaka łypie na mnie wiosenna sukienka (wprawdzie granatowo-szara, ale w ładnie geometryczne wzorki). Od G. trafiła do mnie kobaltowo-turkusowo-czerwona[1] tunika, w którą mam ochotę się owinąć i tak siedzieć przez najbliższy miesiąc. Tylko co któreś rano nachodzi mnie taka smutna refleksja, że nie mam co na siebie włożyć. Szczęśliwie, nie każde. Ale i tak nachodzi mnie czasem myśl, że przydałaby mi się garderobiana (nawet wirtualna ;->), która by pamiętała, co i gdzie mam, dyskretnie sugerując, że dzisiaj jest dobry dzień na sukienkę w zielono-błękitne kwiaty.
[1] Która przy każdym spojrzeniu kojarzy mi się z "Ribbons" SOM, zupełnie nie wiem, czemu. Dużo piosenek kojarzy mi się z kolorami, zwłaszcza tymi, które miewam na sobie. Trochę niepraktyczne (bo wolałabym chyba zapamiętywać twarze), ale zabawne.
PS Obiecuję, że nie zrobię tutaj szafiarni. To się nosi, a nie pisze o.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 11, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 6 komentarzy
- Skomentuj