Korporacja Zephyr stawia sobie za cel budowę i konsolidację wiodących pozycji na wybranych rynkach, stwarzając dochodowe szanse wzrostu przez umacnianie współdziałania między wewnętrznymi a zewnętrznymi działami firm i koordynację strategicznego skonsolidowanego podejścia w celu maksymalizacji zysków swoich akcjonariuszy.
Ilu z Was zastanawiało się, czy miejsce, do którego co dzień przychodzicie, to tak naprawdę bezlitosny eksperyment, sprawdzający, ile wysiłku maksymalnie trzeba, żeby wykonać jedną prostą rzecz? Nie na darmo w jednym z rozdziałów książki wspomniany jest eksperyment z małpami, drabiną i bananem. Każdy akapit "Korporacji" uderza boleśnie w miękkie miejsce w dole brzucha każdego, kto przepracował chociaż kilkanaście tygodni w korporacji, usłyszał lub - co gorsze - tworzył pojęcie misji firmy, znał kulisy poważnych decyzji biznesowych podejmowanych na podstawie rzutu kostką (w wersji optymalnej) i wiedział, o jakie kwoty toczy się gra na samej górze. Łezka mi ciekła co drugi akapit, mogłabym ołówkiem dopisać polsko brzmiące nazwiska przy pracownikach poszczególnych działów ("Elizabeth jest inteligentna, bezwględna i emocjonalnie pokręcona, co znaczy, jest przedstawicielem handlowym", zaś "Sydney to bezwzględna żmija. Nie zostaje się kierowniczką działu sprzedaży za kształt noska. Kierownikiem marketingu tak, sprzedaży - nie"), ale znacznie zabawniejsze były mechanizmy, które sprawiają, że łatwo zapanować nad rosnącym tłumem pracowników. Kto nie słyszał magicznych słów "konsolidacja", "outsourcing", "budżetowanie" czy "rozliczenia międzydziałowe" i nie drżał, gdy usłyszał magiczną frazę "jesteś proszony do działu kadr", ten nie wie, ile wysiłku trzeba włożyć w utrzymanie struktur zarządzania.
Piętra są ponumerowane z góry na dół: poziom pierwszy jest na górze panelu ze słowem PREZES, podczas gdy poziom dwudziesty, LOBBY, jest na dole. (...)
- Mówią, że to zwiększa motywację - wyjaśnia Freddy. - Przechodząc do ważniejszych działów, człowiek przenosi się wyżej. (...)
- Dlaczego dział IT jest tak nisko?
- Proszę cię - mówi Freddy. - Niektórzy z nich nawet nie noszą garniturów.
"Jestem nastawiony na stromą krzywą uczenia się - mówi Jones, stosując formułkę, która okazała się pożyteczna podczas rozmowy kwalifikacyjnej". Jones jest pełnym zapału absolwentem, który odkrywa już pierwszego dnia, że w korporacji nie chodzi o pracę, a o utrzymanie tyle władzy, ile udało się wcześniej zagrabić nawet na najniższym stanowisku. A ponieważ jest dociekliwym spryciarzem (w każdym z nas jest taki mały Jones), odkrywa, do czego tak naprawdę służy korporacja Zephyr, co się mieści na 13 piętrze, którego nie ma na panelu w windzie, czy to prawda, że na każdym piętrze są mikrofony i kamery oraz ile tak naprawdę było pączków pierwszego dnia.
Mnie się bardzo, zaczynam ślepo wierzyć w to, co poleca u siebie Kizia [2020 - link nieaktualny], (ale proszę, tylko nie "Samotność w sieci", pięknie proszę).
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 15, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2008
- 7 komentarzy
- Skomentuj
Jeśli ktoś Wam powie, że w maszynie do chleba wystarczy zagnieść ciasto, a potem wystarczy "wyjąć, uformować w ładny kształt i wsadzić do piekarnika, gdzie się upiecze z chrupiącą skórką", to jest to taka prawda jak opisywanie programowania jako "zaimplementować według projektu, wdrożyć". Owszem, ciasto jest wyrobione i urośnięte, ale wyjmowanie wygląda tak, że wkłada się ręce w ciepłą kluchę, która jak żarłoczny obcy oblepia ręce po łokcie i nie chce ani się wyjąć z naczynia, ani uformować w kształty frywolne, jak również oderwać od wspomnianych rąk. Oprócz tego naczynie, w którym się ciasto wyrabiało - mimo że pokryte czymś nie pozwalającym na przyleganie - zostaje radośnie oblepione ciastem i wymaga szorowania, bo surowe ciasto jakoś nie chce schodzić po spłukaniu wodą. Zgadza się tylko ta chrupiąca skórka. Ale chyba jestem za leniwa na chrupiącą skórkę.
EDIT: Niestety, chleb wyszedł wyjątkowo dobry. I co ja mam, biedny leniwy żuczek, zrobić?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 14, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jeśli ktoś Wam powie, że w maszynie do chleba wystarczy zagnieść ciasto, a potem wystarczy "wyjąć, uformować w ładny kształt i wsadzić do piekarnika, gdzie się upiecze z chrupiącą skórką", to jest to taka prawda jak opisywanie programowania jako "zaimplementować według projektu, wdrożyć". Owszem, ciasto jest wyrobione i urośnięte, ale wyjmowanie wygląda tak, że wkłada się ręce w ciepłą kluchę, która jak żarłoczny obcy oblepia ręce po łokcie i nie chce ani się wyjąć z naczynia, ani uformować w kształty frywolne, jak również oderwać od wspomnianych rąk. Oprócz tego naczynie, w którym się ciasto wyrabiało - mimo że pokryte czymś nie pozwalającym na przyleganie - zostaje radośnie oblepione ciastem i wymaga szorowania, bo surowe ciasto jakoś nie chce schodzić po spłukaniu wodą. Zgadza się tylko ta chrupiąca skórka. Ale chyba jestem za leniwa na chrupiącą skórkę.
EDIT: Niestety, chleb wyszedł wyjątkowo dobry. I co ja mam, biedny leniwy żuczek, zrobić?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 14, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Jeśli ktoś Wam powie, że w maszynie do chleba wystarczy zagnieść ciasto, a potem wystarczy "wyjąć, uformować w ładny kształt i wsadzić do piekarnika, gdzie się upiecze z chrupiącą skórką", to jest to taka prawda jak opisywanie programowania jako "zaimplementować według projektu, wdrożyć". Owszem, ciasto jest wyrobione i urośnięte, ale wyjmowanie wygląda tak, że wkłada się ręce w ciepłą kluchę, która jak żarłoczny obcy oblepia ręce po łokcie i nie chce ani się wyjąć z naczynia, ani uformować w kształty frywolne, jak również oderwać od wspomnianych rąk. Oprócz tego naczynie, w którym się ciasto wyrabiało - mimo że pokryte czymś nie pozwalającym na przyleganie - zostaje radośnie oblepione ciastem i wymaga szorowania, bo surowe ciasto jakoś nie chce schodzić po spłukaniu wodą. Zgadza się tylko ta chrupiąca skórka. Ale chyba jestem za leniwa na chrupiącą skórkę.
EDIT: Niestety, chleb wyszedł wyjątkowo dobry. I co ja mam, biedny leniwy żuczek, zrobić?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 14, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Kiedyś często bywałam we Wrocławiu, teraz to pierwsza wizyta po kilku latach. I trochę rozczar, bo po poprzednich razach miałam nieco idylliczny obraz archetypowo Fajnego Miasta. Może kwestia pory roku (w listopadzie to chyba tylko ciepłe kraje dostają punkty za sam udział), może tego, ze przez te ostatnie kilka lat znalazłam w Poznaniu dużo tego, co podobało mi się kiedyś we Wrocławiu, może to przychodzące z wiekiem znudzenie? Wrocław jest miastem starym, ale taką trochę zgrzybiałością emeryta, melancholijnym smuteczkiem rodem z Kabaretu Starszych Panów. Nie mogę się do końca przekonać, mimo że ma wszystko to, czego człowiekowi potrzeba do szczęścia - niezłe restauracje[1], dużo ładnych kamienic i krasnale. O krasnal-spotting słyszałam już od znajomych i przyznaję, że wciąga - po krótkim spacerze Świdnicką znalazłam kilka, a pewnie jest dużo więcej.
Wprawdzie ubolewałam, że nikt nie świeci już neonem moralnego niepokoju, ostrzegającym przed złymi włamywaczami, czyhającymi na mienie niezaradnych Wrocławian, którzy nie ubezpieczyli się w PZU, ale nadrobiło to "Przejście 1977 - 2005" Jerzego Kaliny[3].
U nas u wylotu Półwiejskiej jest Stary Marych ze swoim rowerem, a we Wrocławiu cały tłumek zwykłych ludzi - pani z siatką, z której wygląda butelka z mlekiem, pan z oponą do roweru, staruszka w swetrze z zakupami, młoda matka z wózkiem (tak, brakuje zażywnej jejmości z wianuszkiem papieru toaletowego). Lubię. Więcej zdjęć niebawem.

[1] Odkryłam Ragtime Cafe na Placu Solnym[2] metodą "będę szła, aż znajdę miejsce, które do mnie zagada". Zagadało. W środku wieczorami jazz na żywo, w menu zupy, śniadania, przekąski (boczek z suszonymi śliwkami bdb), dania (polędwica z kurkami podobno nader przyjazna) i drinki (wyjątkowo można chceć mojito i nie usłyszeć, że nie, bo nie ma świeżej mięty).
[2] Dwa Rynki obok siebie to bardzo fajny wynalazek. Na jednym ratusz, na drugim stragany z kwiatami i dwa razy więcej miejsca na knajpki, ławki i nastrojowe zakątki (oraz banki, bo każda reprezentacyjna okolica nie może się obyć bez banków przecież). Dla każdego coś miłego.
[3] Nieustająco ubolewam, że nie umiem generować takich uroczych podpisów pod zdjęciami jak autor trzaskprask blogu [link nieaktualny - 2019], bo te aż się proszą (o, na przykład - "Pani Zdzisława zastanawia się, czy podnieść gazetę, która spadła staruszce")...
GALERIA ZDJĘĆ
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 14, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kiedyś często bywałam we Wrocławiu, teraz to pierwsza wizyta po kilku latach. I trochę rozczar, bo po poprzednich razach miałam nieco idylliczny obraz archetypowo Fajnego Miasta. Może kwestia pory roku (w listopadzie to chyba tylko ciepłe kraje dostają punkty za sam udział), może tego, ze przez te ostatnie kilka lat znalazłam w Poznaniu dużo tego, co podobało mi się kiedyś we Wrocławiu, może to przychodzące z wiekiem znudzenie? Wrocław jest miastem starym, ale taką trochę zgrzybiałością emeryta, melancholijnym smuteczkiem rodem z Kabaretu Starszych Panów. Nie mogę się do końca przekonać, mimo że ma wszystko to, czego człowiekowi potrzeba do szczęścia - niezłe restauracje[1], dużo ładnych kamienic i krasnale. O krasnal-spotting słyszałam już od znajomych i przyznaję, że wciąga - po krótkim spacerze Świdnicką znalazłam kilka, a pewnie jest dużo więcej.
Wprawdzie ubolewałam, że nikt nie świeci już neonem moralnego niepokoju, ostrzegającym przed złymi włamywaczami, czyhającymi na mienie niezaradnych Wrocławian, którzy nie ubezpieczyli się w PZU, ale nadrobiło to "Przejście 1977 - 2005" Jerzego Kaliny[3].
U nas u wylotu Półwiejskiej jest Stary Marych ze swoim rowerem, a we Wrocławiu cały tłumek zwykłych ludzi - pani z siatką, z której wygląda butelka z mlekiem, pan z oponą do roweru, staruszka w swetrze z zakupami, młoda matka z wózkiem (tak, brakuje zażywnej jejmości z wianuszkiem papieru toaletowego). Lubię. Więcej zdjęć niebawem.

[1] Odkryłam Ragtime Cafe na Placu Solnym[2] metodą "będę szła, aż znajdę miejsce, które do mnie zagada". Zagadało. W środku wieczorami jazz na żywo, w menu zupy, śniadania, przekąski (boczek z suszonymi śliwkami bdb), dania (polędwica z kurkami podobno nader przyjazna) i drinki (wyjątkowo można chceć mojito i nie usłyszeć, że nie, bo nie ma świeżej mięty).
[2] Dwa Rynki obok siebie to bardzo fajny wynalazek. Na jednym ratusz, na drugim stragany z kwiatami i dwa razy więcej miejsca na knajpki, ławki i nastrojowe zakątki (oraz banki, bo każda reprezentacyjna okolica nie może się obyć bez banków przecież). Dla każdego coś miłego.
[3] Nieustająco ubolewam, że nie umiem generować takich uroczych podpisów pod zdjęciami jak autor trzaskprask blogu [link nieaktualny - 2019], bo te aż się proszą (o, na przykład - "Pani Zdzisława zastanawia się, czy podnieść gazetę, która spadła staruszce")...
GALERIA ZDJĘĆ
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 14, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, wroclaw
- 3 komentarze
- Skomentuj
Kiedyś często bywałam we Wrocławiu, teraz to pierwsza wizyta po kilku latach. I trochę rozczar, bo po poprzednich razach miałam nieco idylliczny obraz archetypowo Fajnego Miasta. Może kwestia pory roku (w listopadzie to chyba tylko ciepłe kraje dostają punkty za sam udział), może tego, ze przez te ostatnie kilka lat znalazłam w Poznaniu dużo tego, co podobało mi się kiedyś we Wrocławiu, może to przychodzące z wiekiem znudzenie? Wrocław jest miastem starym, ale taką trochę zgrzybiałością emeryta, melancholijnym smuteczkiem rodem z Kabaretu Starszych Panów. Nie mogę się do końca przekonać, mimo że ma wszystko to, czego człowiekowi potrzeba do szczęścia - niezłe restauracje[1], dużo ładnych kamienic i krasnale. O krasnal-spotting słyszałam już od znajomych i przyznaję, że wciąga - po krótkim spacerze Świdnicką znalazłam kilka, a pewnie jest dużo więcej.
Wprawdzie ubolewałam, że nikt nie świeci już neonem moralnego niepokoju, ostrzegającym przed złymi włamywaczami, czyhającymi na mienie niezaradnych Wrocławian, którzy nie ubezpieczyli się w PZU, ale nadrobiło to "Przejście 1977 - 2005" Jerzego Kaliny[3].
U nas u wylotu Półwiejskiej jest Stary Marych ze swoim rowerem, a we Wrocławiu cały tłumek zwykłych ludzi - pani z siatką, z której wygląda butelka z mlekiem, pan z oponą do roweru, staruszka w swetrze z zakupami, młoda matka z wózkiem (tak, brakuje zażywnej jejmości z wianuszkiem papieru toaletowego). Lubię. Więcej zdjęć niebawem.

[1] Odkryłam Ragtime Cafe na Placu Solnym[2] metodą "będę szła, aż znajdę miejsce, które do mnie zagada". Zagadało. W środku wieczorami jazz na żywo, w menu zupy, śniadania, przekąski (boczek z suszonymi śliwkami bdb), dania (polędwica z kurkami podobno nader przyjazna) i drinki (wyjątkowo można chceć mojito i nie usłyszeć, że nie, bo nie ma świeżej mięty).
[2] Dwa Rynki obok siebie to bardzo fajny wynalazek. Na jednym ratusz, na drugim stragany z kwiatami i dwa razy więcej miejsca na knajpki, ławki i nastrojowe zakątki (oraz banki, bo każda reprezentacyjna okolica nie może się obyć bez banków przecież). Dla każdego coś miłego.
[3] Nieustająco ubolewam, że nie umiem generować takich uroczych podpisów pod zdjęciami jak autor trzaskprask blogu [link nieaktualny - 2019], bo te aż się proszą (o, na przykład - "Pani Zdzisława zastanawia się, czy podnieść gazetę, która spadła staruszce")...
GALERIA ZDJĘĆ
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 14, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
polska, wroclaw
- 3 komentarze
- Skomentuj
Nie stoją na fortepianie z tej prostej przyczyny, że nie mam fortepianu. Trywialniej, stoją w kuchni koło pieca, bo to najmniej zachęcające miejsce dla kota czarno-białego, traktującego róże spożywczo. A trochę mi ich żal dla kociej mordy, bo poza krwiście czerwonymi różami pomarańczowe są najbardziej en vogue.
Drugich akapitów napisałam kilka, ale każdy z nich był żałosnym siorbaniem, że ciemno, krótki dzień i że nie mam czasu, bo nie radzę sobie z multitaskingiem. Zamiast tego bezczelnie wkleję otrzymany jakiś czas temu pocztą tekst o tym, jak ciężko być człowiekiem roztargnionym i mało skoncentrowanym (Syndrom Starczego Braku Skupienia Uwagi):
Decyduję się na podlanie ogrodu. Kiedy rozwijam wąż do podlewania ogrodu, patrzę na mój samochód i stwierdzam, że wymaga umycia.
Kiedy udaję się po kluczyki do samochodu zauważam leżącą na stole pocztę i rachunki, które wcześniej wyjąłem ze skrzynki. Postanawiam przejrzeć pocztę przed umyciem samochodu. Kładę kluczyki na stole i wrzucam reklamy do kosza i zauważam, że jest pełny. Decyduję się odłożyć rachunki i opróżnić kosz. Wtedy przychodzi mi na myśl, że wychodząc z koszem do śmietnika będę blisko skrzynki pocztowej więc mogę najpierw wysłać rachunki płatne czekiem. Biorę do ręki leżącą na stole książeczkę czekową i stwierdzam, że został mi jeden czek. Nowa książeczka czekowa jest w biurku w gabinecie. Wchodzę do gabinetu a na biurku stoi puszka Coca Coli, którą niedawno piłem. Stwierdzam, że Coca Cola jest ciepła i trzeba ją wstawić do lodówki. Idąc do kuchni z Coca Colą w ręku zwracam uwagę na kwiaty na parapecie wymagają podlania. Odstawiam Coca Colę na parapet i %u2026 odkrywam leżące tam moje okulary, których szukałem od samego rana. Postanawiam, że lepiej będzie jeżeli je zaraz położę z powrotem na biurko, ale najpierw podleję kwiaty. Odkładam okulary na parapet i idę do kuchni po wodę. Nagle zauważam pilota telewizyjnego. Ktoś zostawił go na stole kuchennym. Zdaję sobie sprawę, że wieczorem kiedy będziemy chcieli oglądać telewizję będę znowu szukał pilota i nie przypomnę, że jest na stole kuchennym. Decyduję się położyć go na miejsce przy telewizorze. Tam gdzie powinien być. Ale najpierw podleję kwiaty. Przy nalewaniu wody do dzbanka wylewa się trochę na podłogę. Odkładam pilota na stół, biorę szmatę i wycieram podłogę. Wracam do pokoju i próbuję sobie przypomnieć co ja właściwie chciałem zrobić.
To ja tak mam. Cud, że jeszcze jestem w stanie opanować poranną toaletę w godzinę (chociaż ostatnio poszłam do pracy w bluzce na lewą stronę), nie wspominając o rzeczach wymagających większej zręczności niż wiązanie sznurowadeł. I jeszcze mi wczoraj jajko spadło na podłogę, jak robiłam naleśniki (nb. małe koty wyliżą żółtko, ale nie ruszają białka). I jeszcze wersja próbna Beleweled Twist mi się skończyła. Co robić? Jak żyć?
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 8, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie stoją na fortepianie z tej prostej przyczyny, że nie mam fortepianu. Trywialniej, stoją w kuchni koło pieca, bo to najmniej zachęcające miejsce dla kota czarno-białego, traktującego róże spożywczo. A trochę mi ich żal dla kociej mordy, bo poza krwiście czerwonymi różami pomarańczowe są najbardziej en vogue.
Drugich akapitów napisałam kilka, ale każdy z nich był żałosnym siorbaniem, że ciemno, krótki dzień i że nie mam czasu, bo nie radzę sobie z multitaskingiem. Zamiast tego bezczelnie wkleję otrzymany jakiś czas temu pocztą tekst o tym, jak ciężko być człowiekiem roztargnionym i mało skoncentrowanym (Syndrom Starczego Braku Skupienia Uwagi):
Decyduję się na podlanie ogrodu. Kiedy rozwijam wąż do podlewania ogrodu, patrzę na mój samochód i stwierdzam, że wymaga umycia.
Kiedy udaję się po kluczyki do samochodu zauważam leżącą na stole pocztę i rachunki, które wcześniej wyjąłem ze skrzynki. Postanawiam przejrzeć pocztę przed umyciem samochodu. Kładę kluczyki na stole i wrzucam reklamy do kosza i zauważam, że jest pełny. Decyduję się odłożyć rachunki i opróżnić kosz. Wtedy przychodzi mi na myśl, że wychodząc z koszem do śmietnika będę blisko skrzynki pocztowej więc mogę najpierw wysłać rachunki płatne czekiem. Biorę do ręki leżącą na stole książeczkę czekową i stwierdzam, że został mi jeden czek. Nowa książeczka czekowa jest w biurku w gabinecie. Wchodzę do gabinetu a na biurku stoi puszka Coca Coli, którą niedawno piłem. Stwierdzam, że Coca Cola jest ciepła i trzeba ją wstawić do lodówki. Idąc do kuchni z Coca Colą w ręku zwracam uwagę na kwiaty na parapecie wymagają podlania. Odstawiam Coca Colę na parapet i %u2026 odkrywam leżące tam moje okulary, których szukałem od samego rana. Postanawiam, że lepiej będzie jeżeli je zaraz położę z powrotem na biurko, ale najpierw podleję kwiaty. Odkładam okulary na parapet i idę do kuchni po wodę. Nagle zauważam pilota telewizyjnego. Ktoś zostawił go na stole kuchennym. Zdaję sobie sprawę, że wieczorem kiedy będziemy chcieli oglądać telewizję będę znowu szukał pilota i nie przypomnę, że jest na stole kuchennym. Decyduję się położyć go na miejsce przy telewizorze. Tam gdzie powinien być. Ale najpierw podleję kwiaty. Przy nalewaniu wody do dzbanka wylewa się trochę na podłogę. Odkładam pilota na stół, biorę szmatę i wycieram podłogę. Wracam do pokoju i próbuję sobie przypomnieć co ja właściwie chciałem zrobić.
To ja tak mam. Cud, że jeszcze jestem w stanie opanować poranną toaletę w godzinę (chociaż ostatnio poszłam do pracy w bluzce na lewą stronę), nie wspominając o rzeczach wymagających większej zręczności niż wiązanie sznurowadeł. I jeszcze mi wczoraj jajko spadło na podłogę, jak robiłam naleśniki (nb. małe koty wyliżą żółtko, ale nie ruszają białka). I jeszcze wersja próbna Beleweled Twist mi się skończyła. Co robić? Jak żyć?
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 8, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Koty, Fotografia+ -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Nie stoją na fortepianie z tej prostej przyczyny, że nie mam fortepianu. Trywialniej, stoją w kuchni koło pieca, bo to najmniej zachęcające miejsce dla kota czarno-białego, traktującego róże spożywczo. A trochę mi ich żal dla kociej mordy, bo poza krwiście czerwonymi różami pomarańczowe są najbardziej en vogue.
Drugich akapitów napisałam kilka, ale każdy z nich był żałosnym siorbaniem, że ciemno, krótki dzień i że nie mam czasu, bo nie radzę sobie z multitaskingiem. Zamiast tego bezczelnie wkleję otrzymany jakiś czas temu pocztą tekst o tym, jak ciężko być człowiekiem roztargnionym i mało skoncentrowanym (Syndrom Starczego Braku Skupienia Uwagi):
Decyduję się na podlanie ogrodu. Kiedy rozwijam wąż do podlewania ogrodu, patrzę na mój samochód i stwierdzam, że wymaga umycia.
Kiedy udaję się po kluczyki do samochodu zauważam leżącą na stole pocztę i rachunki, które wcześniej wyjąłem ze skrzynki. Postanawiam przejrzeć pocztę przed umyciem samochodu. Kładę kluczyki na stole i wrzucam reklamy do kosza i zauważam, że jest pełny. Decyduję się odłożyć rachunki i opróżnić kosz. Wtedy przychodzi mi na myśl, że wychodząc z koszem do śmietnika będę blisko skrzynki pocztowej więc mogę najpierw wysłać rachunki płatne czekiem. Biorę do ręki leżącą na stole książeczkę czekową i stwierdzam, że został mi jeden czek. Nowa książeczka czekowa jest w biurku w gabinecie. Wchodzę do gabinetu a na biurku stoi puszka Coca Coli, którą niedawno piłem. Stwierdzam, że Coca Cola jest ciepła i trzeba ją wstawić do lodówki. Idąc do kuchni z Coca Colą w ręku zwracam uwagę na kwiaty na parapecie wymagają podlania. Odstawiam Coca Colę na parapet i %u2026 odkrywam leżące tam moje okulary, których szukałem od samego rana. Postanawiam, że lepiej będzie jeżeli je zaraz położę z powrotem na biurko, ale najpierw podleję kwiaty. Odkładam okulary na parapet i idę do kuchni po wodę. Nagle zauważam pilota telewizyjnego. Ktoś zostawił go na stole kuchennym. Zdaję sobie sprawę, że wieczorem kiedy będziemy chcieli oglądać telewizję będę znowu szukał pilota i nie przypomnę, że jest na stole kuchennym. Decyduję się położyć go na miejsce przy telewizorze. Tam gdzie powinien być. Ale najpierw podleję kwiaty. Przy nalewaniu wody do dzbanka wylewa się trochę na podłogę. Odkładam pilota na stół, biorę szmatę i wycieram podłogę. Wracam do pokoju i próbuję sobie przypomnieć co ja właściwie chciałem zrobić.
To ja tak mam. Cud, że jeszcze jestem w stanie opanować poranną toaletę w godzinę (chociaż ostatnio poszłam do pracy w bluzce na lewą stronę), nie wspominając o rzeczach wymagających większej zręczności niż wiązanie sznurowadeł. I jeszcze mi wczoraj jajko spadło na podłogę, jak robiłam naleśniki (nb. małe koty wyliżą żółtko, ale nie ruszają białka). I jeszcze wersja próbna Beleweled Twist mi się skończyła. Co robić? Jak żyć?
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 8, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Koty, Fotografia+ -
- 6 komentarzy
- Skomentuj