Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Ludzka inwencja mnie poraża...

... nieodmiennie. Dość fascynuje mnie, jaki ciąg skojarzeń zmusił ludzi do wpisania w wyszukiwarkę tego, co poniżej:

  • chce sie umowic z s.e.x mamuska
  • piosenka towe ragen go go go [never heard]
  • robienie owoców kandyzowanych
  • rozdzieranie majtek[Rejtan inaczej?]
  • rozmowa z immigration na lotnisku
  • co jak w przelewie zle wpisze nr konta [przelew nie dojdzie]
  • gorąca polska nastolatka robi loda [no to żeście się parę desek spóźnili]
  • rosja wwozić jedzenie [może wódkę też?]
  • vanessa pokazuje cycki
  • walenie konia i numery tel [walenie numeru tel?]
  • wygląd kelnera włoskiego

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Śmieszne - - 2 komentarze - Skomentuj


To nie jest kraj dla starych ludzi

Dla młodych po prawdzie też nie. Najnowszy film braci Cohen pokazuje dość trywialną prawdę - jeśli w grę wchodzą pieniądze, narkotyki i najemni mordercy (nawet z kodeksem, którego się trzymają jak pijany płotu), to się nie ma co oglądać, tylko trzeba uciekać tak daleko, jak się da. Llewellyn Moss przez cały film ucieka, usiłując wynieść zgrabną walizeczkę z dwoma milionami dolarów (no, trochę mniej, bo w jednej paczce jest wycięta dziura na zawartość niespodziewaną) z centrum zamieszania na środku pustyni (kilka rozwalonych samochodów, kilka trupów, w tym co najmniej jeden psi). Mimo że Texas ma sporo powierzchni mniej lub bardziej użytkowej i teoretycznie zaszycie się w jakimś miłym zakątku nie byłoby specjalnie skomplikowane, podąża za nim psychopatyczny morderca. I jak mówię, że psychopatyczny, to psychopatyczny - lubi sobie postrzelać czy powybijać otwory w zamkach czy czołach za pomocą butli ze sprężonym powietrzem.

Licznik trupów tyka przez cały film, krew się leje na prerię strumieniami, a częściowo z offu, częściowo z drugiego planu komentuje to wszystko (upadek obyczajów, za naszych czasów to tak nie było, co za gruby nietakt) stary szeryf (bardzo dobry Tommy Lee Jones). Jeśli dla kogoś wartości samej w sobie nie stanowią sielskie, przestrzenne pejzaże amerykańskich pustkowi, route'ów prowadzących po horyzont czy małych miasteczek, a nie przepada za masową i dość nieuzasadnioną rozwałką przestępców, niewinnych przechodniów i wszelkiej żywiny w zasięgu wzroku, to lepiej zainwestować fundusze na bilet w coś innego. Inna rzecz, że film warto w kinie - jest bardzo wizualny i na tyle powolno-leniwy, że poza kinem łatwo stracić skupienie. Nie wiem, czy podobało mi się zakończenie. Nie wiem, czy podobała mi się wymowa tego filmu (i czy tak naprawdę miał mieć jakąś wymowę?). Bardzo w klimacie "Fargo", "Barton Fink" i "Blood Simple", trochę "Big Lebowsky" i zupełnie nie "Okrucieństwo nie do przyjęcia" czy "Hudsucker Proxy".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


To nie jest kraj dla starych ludzi

Dla młodych po prawdzie też nie. Najnowszy film braci Cohen pokazuje dość trywialną prawdę - jeśli w grę wchodzą pieniądze, narkotyki i najemni mordercy (nawet z kodeksem, którego się trzymają jak pijany płotu), to się nie ma co oglądać, tylko trzeba uciekać tak daleko, jak się da. Llewellyn Moss przez cały film ucieka, usiłując wynieść zgrabną walizeczkę z dwoma milionami dolarów (no, trochę mniej, bo w jednej paczce jest wycięta dziura na zawartość niespodziewaną) z centrum zamieszania na środku pustyni (kilka rozwalonych samochodów, kilka trupów, w tym co najmniej jeden psi). Mimo że Texas ma sporo powierzchni mniej lub bardziej użytkowej i teoretycznie zaszycie się w jakimś miłym zakątku nie byłoby specjalnie skomplikowane, podąża za nim psychopatyczny morderca. I jak mówię, że psychopatyczny, to psychopatyczny - lubi sobie postrzelać czy powybijać otwory w zamkach czy czołach za pomocą butli ze sprężonym powietrzem.

Licznik trupów tyka przez cały film, krew się leje na prerię strumieniami, a częściowo z offu, częściowo z drugiego planu komentuje to wszystko (upadek obyczajów, za naszych czasów to tak nie było, co za gruby nietakt) stary szeryf (bardzo dobry Tommy Lee Jones). Jeśli dla kogoś wartości samej w sobie nie stanowią sielskie, przestrzenne pejzaże amerykańskich pustkowi, route'ów prowadzących po horyzont czy małych miasteczek, a nie przepada za masową i dość nieuzasadnioną rozwałką przestępców, niewinnych przechodniów i wszelkiej żywiny w zasięgu wzroku, to lepiej zainwestować fundusze na bilet w coś innego. Inna rzecz, że film warto w kinie - jest bardzo wizualny i na tyle powolno-leniwy, że poza kinem łatwo stracić skupienie. Nie wiem, czy podobało mi się zakończenie. Nie wiem, czy podobała mi się wymowa tego filmu (i czy tak naprawdę miał mieć jakąś wymowę?). Bardzo w klimacie "Fargo", "Barton Fink" i "Blood Simple", trochę "Big Lebowsky" i zupełnie nie "Okrucieństwo nie do przyjęcia" czy "Hudsucker Proxy".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


To nie jest kraj dla starych ludzi

Dla młodych po prawdzie też nie. Najnowszy film braci Cohen pokazuje dość trywialną prawdę - jeśli w grę wchodzą pieniądze, narkotyki i najemni mordercy (nawet z kodeksem, którego się trzymają jak pijany płotu), to się nie ma co oglądać, tylko trzeba uciekać tak daleko, jak się da. Llewellyn Moss przez cały film ucieka, usiłując wynieść zgrabną walizeczkę z dwoma milionami dolarów (no, trochę mniej, bo w jednej paczce jest wycięta dziura na zawartość niespodziewaną) z centrum zamieszania na środku pustyni (kilka rozwalonych samochodów, kilka trupów, w tym co najmniej jeden psi). Mimo że Texas ma sporo powierzchni mniej lub bardziej użytkowej i teoretycznie zaszycie się w jakimś miłym zakątku nie byłoby specjalnie skomplikowane, podąża za nim psychopatyczny morderca. I jak mówię, że psychopatyczny, to psychopatyczny - lubi sobie postrzelać czy powybijać otwory w zamkach czy czołach za pomocą butli ze sprężonym powietrzem.

Licznik trupów tyka przez cały film, krew się leje na prerię strumieniami, a częściowo z offu, częściowo z drugiego planu komentuje to wszystko (upadek obyczajów, za naszych czasów to tak nie było, co za gruby nietakt) stary szeryf (bardzo dobry Tommy Lee Jones). Jeśli dla kogoś wartości samej w sobie nie stanowią sielskie, przestrzenne pejzaże amerykańskich pustkowi, route'ów prowadzących po horyzont czy małych miasteczek, a nie przepada za masową i dość nieuzasadnioną rozwałką przestępców, niewinnych przechodniów i wszelkiej żywiny w zasięgu wzroku, to lepiej zainwestować fundusze na bilet w coś innego. Inna rzecz, że film warto w kinie - jest bardzo wizualny i na tyle powolno-leniwy, że poza kinem łatwo stracić skupienie. Nie wiem, czy podobało mi się zakończenie. Nie wiem, czy podobała mi się wymowa tego filmu (i czy tak naprawdę miał mieć jakąś wymowę?). Bardzo w klimacie "Fargo", "Barton Fink" i "Blood Simple", trochę "Big Lebowsky" i zupełnie nie "Okrucieństwo nie do przyjęcia" czy "Hudsucker Proxy".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dzielna byłam...

... i kot był dzielny. Dzisiaj ostatni dzień z wenflonem w tym miesiącu, wprawdzie kot właśnie zaczął wcześniej wymiotować (zwykle zaczyna o 2 w nocy), ale może szybciej zacznie się lepiej czuć. Nie chwal dnia przez zachodem, ale ten etap leczenia był znacznie lepszy niż poprzedni - bez ataków, bez częstych wymiotów i, co za tym idzie, z mniejszym spadkiem wagi - tym razem pół kilo (jakby mi ktoś powiedział półtora roku temu, że będę chodzić za grubym czarnym kotem z miską, żeby Coś Zjadł, to bym wyśmiała). Marzec - relaks. Kwiecień, czwarty etap. Niestety, nie oznacza to, że po czwartym etapie koniec leczenia i wielki sukces. Sukces jest o tyle, że bez chemioterapii kota by już nie było. Guzy rosną, ale zwalniają znacznie podczas leczenia. Co będzie po kwietniu - zobaczymy po kwietniu.

Kot czarno-biały też dzielny (a w zasadzie egoistycznie olewający - przychodzi mru, ale bardziej interesuje go pełna miska) i nie mogę się doczekać, aż wróci do domu, przyjdzie położyć się obok poduszki i położy na mnie swoją futrzaną łapę.

A ja jestem dzielna, bo poszłam do D. powiedzieć, że nie chcę już popychać klawiatury, pisząc kolejne pętle for w projektach tworzonych ze zgniłych liściów i słomy. Rzygam tym, robię to od siedmiu lat i do białego wkurwu doprowadza mnie, kiedy są przyjmowani nowi, którzy na wejściu zaczynają od rzeczy ciekawszych niż to, w czym ja nieustannie dłubię. Bo-ring. Ziew. Nie chcę. D. się przejął. Bardzo nawet. I powiedział, że musimy coś z tym zrobić, bo nikt nie chce, żeby mi było źle. I czarownie, bo i ja nie chcę, żeby mi było źle.

Wiosnę chcę za to. Teraz już. Żeby ciepło i jasno. Dostanę od dobrego pana trzy nowe obiektywy do aparatu. Pojadę do Edynburga na firmową imprezę integracyjną (to chyba pierwszy raz, kiedy myślę o tym z dość dużą przyjemnością). Pojadę do Warszawy na koncert "Fields of the Nephilim" (dzięki, Iss, za bilety). Chciałabym przełożyć wajchę z pozycji Stagnacja na Lepiej.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dzielna byłam...

... i kot był dzielny. Dzisiaj ostatni dzień z wenflonem w tym miesiącu, wprawdzie kot właśnie zaczął wcześniej wymiotować (zwykle zaczyna o 2 w nocy), ale może szybciej zacznie się lepiej czuć. Nie chwal dnia przez zachodem, ale ten etap leczenia był znacznie lepszy niż poprzedni - bez ataków, bez częstych wymiotów i, co za tym idzie, z mniejszym spadkiem wagi - tym razem pół kilo (jakby mi ktoś powiedział półtora roku temu, że będę chodzić za grubym czarnym kotem z miską, żeby Coś Zjadł, to bym wyśmiała). Marzec - relaks. Kwiecień, czwarty etap. Niestety, nie oznacza to, że po czwartym etapie koniec leczenia i wielki sukces. Sukces jest o tyle, że bez chemioterapii kota by już nie było. Guzy rosną, ale zwalniają znacznie podczas leczenia. Co będzie po kwietniu - zobaczymy po kwietniu.

Kot czarno-biały też dzielny (a w zasadzie egoistycznie olewający - przychodzi mru, ale bardziej interesuje go pełna miska) i nie mogę się doczekać, aż wróci do domu, przyjdzie położyć się obok poduszki i położy na mnie swoją futrzaną łapę.

A ja jestem dzielna, bo poszłam do D. powiedzieć, że nie chcę już popychać klawiatury, pisząc kolejne pętle for w projektach tworzonych ze zgniłych liściów i słomy. Rzygam tym, robię to od siedmiu lat i do białego wkurwu doprowadza mnie, kiedy są przyjmowani nowi, którzy na wejściu zaczynają od rzeczy ciekawszych niż to, w czym ja nieustannie dłubię. Bo-ring. Ziew. Nie chcę. D. się przejął. Bardzo nawet. I powiedział, że musimy coś z tym zrobić, bo nikt nie chce, żeby mi było źle. I czarownie, bo i ja nie chcę, żeby mi było źle.

Wiosnę chcę za to. Teraz już. Żeby ciepło i jasno. Dostanę od dobrego pana trzy nowe obiektywy do aparatu. Pojadę do Edynburga na firmową imprezę integracyjną (to chyba pierwszy raz, kiedy myślę o tym z dość dużą przyjemnością). Pojadę do Warszawy na koncert "Fields of the Nephilim" (dzięki, Iss, za bilety). Chciałabym przełożyć wajchę z pozycji Stagnacja na Lepiej.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Koty - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dzielna byłam...

... i kot był dzielny. Dzisiaj ostatni dzień z wenflonem w tym miesiącu, wprawdzie kot właśnie zaczął wcześniej wymiotować (zwykle zaczyna o 2 w nocy), ale może szybciej zacznie się lepiej czuć. Nie chwal dnia przez zachodem, ale ten etap leczenia był znacznie lepszy niż poprzedni - bez ataków, bez częstych wymiotów i, co za tym idzie, z mniejszym spadkiem wagi - tym razem pół kilo (jakby mi ktoś powiedział półtora roku temu, że będę chodzić za grubym czarnym kotem z miską, żeby Coś Zjadł, to bym wyśmiała). Marzec - relaks. Kwiecień, czwarty etap. Niestety, nie oznacza to, że po czwartym etapie koniec leczenia i wielki sukces. Sukces jest o tyle, że bez chemioterapii kota by już nie było. Guzy rosną, ale zwalniają znacznie podczas leczenia. Co będzie po kwietniu - zobaczymy po kwietniu.

Kot czarno-biały też dzielny (a w zasadzie egoistycznie olewający - przychodzi mru, ale bardziej interesuje go pełna miska) i nie mogę się doczekać, aż wróci do domu, przyjdzie położyć się obok poduszki i położy na mnie swoją futrzaną łapę.

A ja jestem dzielna, bo poszłam do D. powiedzieć, że nie chcę już popychać klawiatury, pisząc kolejne pętle for w projektach tworzonych ze zgniłych liściów i słomy. Rzygam tym, robię to od siedmiu lat i do białego wkurwu doprowadza mnie, kiedy są przyjmowani nowi, którzy na wejściu zaczynają od rzeczy ciekawszych niż to, w czym ja nieustannie dłubię. Bo-ring. Ziew. Nie chcę. D. się przejął. Bardzo nawet. I powiedział, że musimy coś z tym zrobić, bo nikt nie chce, żeby mi było źle. I czarownie, bo i ja nie chcę, żeby mi było źle.

Wiosnę chcę za to. Teraz już. Żeby ciepło i jasno. Dostanę od dobrego pana trzy nowe obiektywy do aparatu. Pojadę do Edynburga na firmową imprezę integracyjną (to chyba pierwszy raz, kiedy myślę o tym z dość dużą przyjemnością). Pojadę do Warszawy na koncert "Fields of the Nephilim" (dzięki, Iss, za bilety). Chciałabym przełożyć wajchę z pozycji Stagnacja na Lepiej.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Koty - - 0 komentarzy - Skomentuj


Andrzej K. Bogusławski - Zemsta wampira

Jeśli socjalistyczny pisarz kryminałów milicyjnych zabiera się za powieść o kontrowersyjnym reżyserze filmów grozy ("- Wygląda, jakby to [scenariusz] spłodził jakiś zaściankowy grafoman - zboczeniec"), do tego pochodzenia polskiego, to wiadomo, że będzie zabawnie. Dzielny polski kontrwywiad w wielkiej tajemnicy dostaje taśmę, na której nagrana jest rozmowa po angielsku ("Wszyscy jak tu siedzicie - uśmiechnął się pod wąsem [pułkownik] - macie w katach wpisaną biegłą znajomość angielskiego w mowie i w piśmie. - Języka, ale nie tego bełkotu! - zaprotestował kapitan. - Co to jest? Jakiś slang, żargon?"); wynika z niej, że na terytorium PRL zostanie zamordowany jeden z jej obywateli, zwykle przebywający za granicą. Będzie to cios dla socjalistycznych służb wywiadowczych, bo obywatel jest znany i ceniony. Jak wychodzi w dalszym ciągu śledztwa, obywatel nazywa się Leśniewski i jest znanym, choć ekscentrycznym reżyserem filmów o wampirach (łatwo się domyślić, ze książka pochodzi sprzed procesu o gwałt na nieletniej). Na szczęście polska milicja i kontrwywiad czuwają, tworzą specjalną komórkę, składającą się z funkcjonariuszy i doktorantki filmoznawstwa, żeby zapobiec temu policzkowi wymierzonemu w system. Wprawdzie wszyscy kwestionują geniusz reżyserski ("Oczywiście, że słyszałem, choć wcale nie podzielam zachwytów czy raczej pseudozachwytów niektórych krytyków, preparujących swoje recenzje w zadymionych kawiarniach dokładnie pod gust sezonowych koneserów, tworzących na jednorazowy użytek własną wizję świata i jego konfliktów. Życie, moim zdaniem, samo pisze o wiele ciekawsze scenariusze, pełnokrwiste i przemawiające autentyzmem bez sztucznego dorabiania wydumanych wampirów czy innych dziwadeł w tym stylu").

Kryminał jest dość nudny - polega na obserwacji zebranych na planie zdjęciowym "Krwawej bestii" (aka "Zemsty wampira") osób i szukaniu potencjalnych zbirów ze zgniłego Zachodu, a przy tym bardzo zabawny przez swoje anty-socjalistyczne i równające kulturę w stronę socrealizmu wypowiedzi (może naiwnie zakładam, że to jedno wielkie mrugnięcie do czytelnika). Ślad prowadzi w przeszłość, zbrodniarzem okazuje się syn wysiedlonego po wojnie pół-Niemca, który wyrósł na sprzedawczyka systemu (bo przecież uczciwy Polak nie byłby zdolny do tak godzącego w ustrój czynu). Zabawne jest przeglądanie książeczki pod kątem filmografii niewysokiego reżysera Leśniewskiego - są tam "Legendy mórz południowych", "Pułapka", "Obrzydzenie" ("kwitowanych przez publiczność okrzykami zdumienia lub eksplozjami śmiechu w zależności od wieku lub temperamentu") czy "Tajemniczy sublokator". Sam reżyser ma też za sobą mroczną tajemnicę, przez którą zapewne (a nie z powodu możliwości kariery) uciekł z Polski.

Inne tego autora:

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 17, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Andrzej K. Bogusławski - Zemsta wampira

Jeśli socjalistyczny pisarz kryminałów milicyjnych zabiera się za powieść o kontrowersyjnym reżyserze filmów grozy ("- Wygląda, jakby to [scenariusz] spłodził jakiś zaściankowy grafoman - zboczeniec"), do tego pochodzenia polskiego, to wiadomo, że będzie zabawnie. Dzielny polski kontrwywiad w wielkiej tajemnicy dostaje taśmę, na której nagrana jest rozmowa po angielsku ("Wszyscy jak tu siedzicie - uśmiechnął się pod wąsem [pułkownik] - macie w katach wpisaną biegłą znajomość angielskiego w mowie i w piśmie. - Języka, ale nie tego bełkotu! - zaprotestował kapitan. - Co to jest? Jakiś slang, żargon?"); wynika z niej, że na terytorium PRL zostanie zamordowany jeden z jej obywateli, zwykle przebywający za granicą. Będzie to cios dla socjalistycznych służb wywiadowczych, bo obywatel jest znany i ceniony. Jak wychodzi w dalszym ciągu śledztwa, obywatel nazywa się Leśniewski i jest znanym, choć ekscentrycznym reżyserem filmów o wampirach (łatwo się domyślić, ze książka pochodzi sprzed procesu o gwałt na nieletniej). Na szczęście polska milicja i kontrwywiad czuwają, tworzą specjalną komórkę, składającą się z funkcjonariuszy i doktorantki filmoznawstwa, żeby zapobiec temu policzkowi wymierzonemu w system. Wprawdzie wszyscy kwestionują geniusz reżyserski ("Oczywiście, że słyszałem, choć wcale nie podzielam zachwytów czy raczej pseudozachwytów niektórych krytyków, preparujących swoje recenzje w zadymionych kawiarniach dokładnie pod gust sezonowych koneserów, tworzących na jednorazowy użytek własną wizję świata i jego konfliktów. Życie, moim zdaniem, samo pisze o wiele ciekawsze scenariusze, pełnokrwiste i przemawiające autentyzmem bez sztucznego dorabiania wydumanych wampirów czy innych dziwadeł w tym stylu").

Kryminał jest dość nudny - polega na obserwacji zebranych na planie zdjęciowym "Krwawej bestii" (aka "Zemsty wampira") osób i szukaniu potencjalnych zbirów ze zgniłego Zachodu, a przy tym bardzo zabawny przez swoje anty-socjalistyczne i równające kulturę w stronę socrealizmu wypowiedzi (może naiwnie zakładam, że to jedno wielkie mrugnięcie do czytelnika). Ślad prowadzi w przeszłość, zbrodniarzem okazuje się syn wysiedlonego po wojnie pół-Niemca, który wyrósł na sprzedawczyka systemu (bo przecież uczciwy Polak nie byłby zdolny do tak godzącego w ustrój czynu). Zabawne jest przeglądanie książeczki pod kątem filmografii niewysokiego reżysera Leśniewskiego - są tam "Legendy mórz południowych", "Pułapka", "Obrzydzenie" ("kwitowanych przez publiczność okrzykami zdumienia lub eksplozjami śmiechu w zależności od wieku lub temperamentu") czy "Tajemniczy sublokator". Sam reżyser ma też za sobą mroczną tajemnicę, przez którą zapewne (a nie z powodu możliwości kariery) uciekł z Polski.

Inne tego autora:

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 17, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2008, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj


Andrzej K. Bogusławski - Zemsta wampira

Jeśli socjalistyczny pisarz kryminałów milicyjnych zabiera się za powieść o kontrowersyjnym reżyserze filmów grozy ("- Wygląda, jakby to [scenariusz] spłodził jakiś zaściankowy grafoman - zboczeniec"), do tego pochodzenia polskiego, to wiadomo, że będzie zabawnie. Dzielny polski kontrwywiad w wielkiej tajemnicy dostaje taśmę, na której nagrana jest rozmowa po angielsku ("Wszyscy jak tu siedzicie - uśmiechnął się pod wąsem [pułkownik] - macie w katach wpisaną biegłą znajomość angielskiego w mowie i w piśmie. - Języka, ale nie tego bełkotu! - zaprotestował kapitan. - Co to jest? Jakiś slang, żargon?"); wynika z niej, że na terytorium PRL zostanie zamordowany jeden z jej obywateli, zwykle przebywający za granicą. Będzie to cios dla socjalistycznych służb wywiadowczych, bo obywatel jest znany i ceniony. Jak wychodzi w dalszym ciągu śledztwa, obywatel nazywa się Leśniewski i jest znanym, choć ekscentrycznym reżyserem filmów o wampirach (łatwo się domyślić, ze książka pochodzi sprzed procesu o gwałt na nieletniej). Na szczęście polska milicja i kontrwywiad czuwają, tworzą specjalną komórkę, składającą się z funkcjonariuszy i doktorantki filmoznawstwa, żeby zapobiec temu policzkowi wymierzonemu w system. Wprawdzie wszyscy kwestionują geniusz reżyserski ("Oczywiście, że słyszałem, choć wcale nie podzielam zachwytów czy raczej pseudozachwytów niektórych krytyków, preparujących swoje recenzje w zadymionych kawiarniach dokładnie pod gust sezonowych koneserów, tworzących na jednorazowy użytek własną wizję świata i jego konfliktów. Życie, moim zdaniem, samo pisze o wiele ciekawsze scenariusze, pełnokrwiste i przemawiające autentyzmem bez sztucznego dorabiania wydumanych wampirów czy innych dziwadeł w tym stylu").

Kryminał jest dość nudny - polega na obserwacji zebranych na planie zdjęciowym "Krwawej bestii" (aka "Zemsty wampira") osób i szukaniu potencjalnych zbirów ze zgniłego Zachodu, a przy tym bardzo zabawny przez swoje anty-socjalistyczne i równające kulturę w stronę socrealizmu wypowiedzi (może naiwnie zakładam, że to jedno wielkie mrugnięcie do czytelnika). Ślad prowadzi w przeszłość, zbrodniarzem okazuje się syn wysiedlonego po wojnie pół-Niemca, który wyrósł na sprzedawczyka systemu (bo przecież uczciwy Polak nie byłby zdolny do tak godzącego w ustrój czynu). Zabawne jest przeglądanie książeczki pod kątem filmografii niewysokiego reżysera Leśniewskiego - są tam "Legendy mórz południowych", "Pułapka", "Obrzydzenie" ("kwitowanych przez publiczność okrzykami zdumienia lub eksplozjami śmiechu w zależności od wieku lub temperamentu") czy "Tajemniczy sublokator". Sam reżyser ma też za sobą mroczną tajemnicę, przez którą zapewne (a nie z powodu możliwości kariery) uciekł z Polski.

Inne tego autora:

#5

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 17, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, prl, 2008, kryminal - 0 komentarzy - Skomentuj