Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Danuta Noszczyńska - Mogło być gorzej

Julia ma 36 lat, dwie córki w wieku lat 7 i 16, męża i wyczerpującą, acz satysfakcjonującą pracę. Mimo że jest zarobiona, wpada na pomysł, żeby wrócić na studia, bo ma poczucie, że mogłaby jeszcze więcej i lepiej. Mąż jest przeciwko, motywując to troską o dobrostan żony, ale kiedy dostaje propozycję kilkumiesięcznego wyjazdu służbowego za granicę, nie waha się. Julia zostaje sama z córkami i niby wszystko jest do ogarnięcia, ale zaczynają się dziać rzeczy dziwne - ktoś robi za nią zakupy, wysyła erotyczne wiadomości do szefa w jej imieniu, anonimowo informuje męża za granicą, że żona się łajdaczy. Niedosypiającą, chorą Julię, skupioną na dowiezieniu grupy dzieci na festiwal, usiłującą unikać swojego szefa, którego się boi, nie dziwi nawet, że straciła kontakt z mężem; bardziej martwi się, że nie umie przeciwstawić się pomocnej sąsiadce, która ofiarnie prowadza jej młodszą córkę na spotkania przygotowawcze do komunii. Finał jest burzliwy, acz z happy endem.

To niestety jest jedna z tych książek reklamowanych jako “dowcipne”, niestety nie udało mi się tego humoru zlokalizować, chyba że należy się śmiać z tego, że bohaterka zapodziała gdzieś komórkę i kilka dni jej zajmuje wymyślenie, że mogłaby zadzwonić do siebie z telefonu stacjonarnego lub - skoro mąż do niej nie dzwoni - ona może zadzwonić do niego. Nietrudno jest zrobić komedię pomyłek, jeśli nikt z nikim nie rozmawia, zamiast cokolwiek wyjaśnić, lepiej się schować pod koc i udawać martwe zwierzę. Śledztwa jako takiego nie ma, chociaż pojawiają się zwłoki i mnóstwo podejrzeń. To, co mnie chyba najbardziej zdziwiło, to umieszczenie - zapewne uzasadnionego akcją - wprowadzenia w pełnej powadze dyskusji o konieczności chodzenia do kościoła i zakazu dyskusji, bo baczność, JESTEŚMY KATOLICKĄ PRAKTYKUJĄCĄ RODZINĄ, spocznij. Nastolatka próbująca wyjaśnić, czy ateiści idą do piekła, bez względu na zachowanie, zostaje zgaszona i wystawiona za drzwi, bo takich dyskusji w oświeconym domu nie będzie. Parafrazując tytuł, mogło być gorzej, ale za dobrze nie wyszło.

#66/#8

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 2, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, kryminal, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


Danuta Noszczyńska - Mogło być gorzej

Julia ma 36 lat, dwie córki w wieku lat 7 i 16, męża i wyczerpującą, acz satysfakcjonującą pracę. Mimo że jest zarobiona, wpada na pomysł, żeby wrócić na studia, bo ma poczucie, że mogłaby jeszcze więcej i lepiej. Mąż jest przeciwko, motywując to troską o dobrostan żony, ale kiedy dostaje propozycję kilkumiesięcznego wyjazdu służbowego za granicę, nie waha się. Julia zostaje sama z córkami i niby wszystko jest do ogarnięcia, ale zaczynają się dziać rzeczy dziwne - ktoś robi za nią zakupy, wysyła erotyczne wiadomości do szefa w jej imieniu, anonimowo informuje męża za granicą, że żona się łajdaczy. Niedosypiającą, chorą Julię, skupioną na dowiezieniu grupy dzieci na festiwal, usiłującą unikać swojego szefa, którego się boi, nie dziwi nawet, że straciła kontakt z mężem; bardziej martwi się, że nie umie przeciwstawić się pomocnej sąsiadce, która ofiarnie prowadza jej młodszą córkę na spotkania przygotowawcze do komunii. Finał jest burzliwy, acz z happy endem.

To niestety jest jedna z tych książek reklamowanych jako “dowcipne”, niestety nie udało mi się tego humoru zlokalizować, chyba że należy się śmiać z tego, że bohaterka zapodziała gdzieś komórkę i kilka dni jej zajmuje wymyślenie, że mogłaby zadzwonić do siebie z telefonu stacjonarnego lub - skoro mąż do niej nie dzwoni - ona może zadzwonić do niego. Nietrudno jest zrobić komedię pomyłek, jeśli nikt z nikim nie rozmawia, zamiast cokolwiek wyjaśnić, lepiej się schować pod koc i udawać martwe zwierzę. Śledztwa jako takiego nie ma, chociaż pojawiają się zwłoki i mnóstwo podejrzeń. To, co mnie chyba najbardziej zdziwiło, to umieszczenie - zapewne uzasadnionego akcją - wprowadzenia w pełnej powadze dyskusji o konieczności chodzenia do kościoła i zakazu dyskusji, bo baczność, JESTEŚMY KATOLICKĄ PRAKTYKUJĄCĄ RODZINĄ, spocznij. Nastolatka próbująca wyjaśnić, czy ateiści idą do piekła, bez względu na zachowanie, zostaje zgaszona i wystawiona za drzwi, bo takich dyskusji w oświeconym domu nie będzie. Parafrazując tytuł, mogło być gorzej, ale za dobrze nie wyszło.

#66/#8

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 2, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, kryminal, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


The Rookie

Ponad 40-letni, właśnie rozwiedziony, John Nolan (Fillion) jest świadkiem napadu na bank i to zmienia jego postrzeganie świata. Z kontraktora budowlanego przekwalifikowuje się na policjanta, przejeżdża pół kraju i rozpoczyna pracę w LAPD. Jest najniższy w hierarchii, a dodatkowo na każdym kroku jest wyśmiewany i zniechęcany ze względu na wiek. Ponieważ jest to jednak Sztandarowy Ulubiony Bohater Pozytywny, wystarczy podejście can-do i zniewalający uśmiech, udaje mu się przezwyciężać kolejne kryzysy i przez 6 sezonów robi w policji nie lada karierę. Oczywiście sam Nolan nie robi serialu, jego siłą jest sympatyczna grupa różnorodnych bohaterów z wydziału Mid-Wilshire w Los Angeles i zaprzyjaźnionych z nimi osób. Na początku są trzy pary świeżaków - Lucy Chen, Nolan i Jackson, potem dołączają kolejni, ale oprócz setek akcji, aresztowań, czasem zabawnych sytuacji z ulic miasta, pojawia się wiele dłuższych wątków: walka z lokalnym szefem mafii narkotykowej, strzelaniny między gangami, dyrygująca światem zza krat zła superłotrzyca, na której usługach może być każdy, skorumpowani czy rasistowscy gliniarze, akcje undercover oraz nawet black-ops za granicą.

Jakkolwiek serial świetnie się ogląda mimo zdarzającego się niezbilansowana między często komediowymi scenkami a realnym dramatem, tak chyba przy każdej próbie wyjścia ze schematu “jedziemy na patrol, co się nam przydarzy” pojawiają się sytuacje idiotyczne i sztuczne. Na każde wezwanie odpowiada sztandarowa grupa naszych znajomych, w prawie każdym odcinku są strzelaniny, kończące się rozwaleniem pół miasta pościgi samochodowe, do byle pierdoły jest wzywane wsparcie z powietrza. Sponsorem jest firma produkująca dla policji body cams i tasery, co odbija się brzydkim marketingowym smrodkiem, z licznymi przemówieniami, jak to kamery poprawiają jakość i komfort pracy w policji, a tylko źli wyłączają kamery i jest to dowód. To w ogóle bolączka tej produkcji - obraz policji jest raczej aspiracyjny niż prawdziwy, sławetna różnorodność oznacza, że niebiali, kobiety i osoby LGBT+ muszą znacznie bardziej się starać, żeby dopasować na maczystowskiej białej kultury. Dumnie prezentowane procedury na wypadek zastrzelenia podejrzanego, korupcji czy czynności nielegalnych przewrotnie pokazują, jak łatwo je obejść i jakkolwiek serial stara się wybielać i idealizować, gloryfikując policję, tak mógłby służyć jako prezentacja “Co jest nie jak z USA”. Oczywiście mam syndrom sztokholmski, nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 1, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


The Rookie

Ponad 40-letni, właśnie rozwiedziony, John Nolan (Fillion) jest świadkiem napadu na bank i to zmienia jego postrzeganie świata. Z kontraktora budowlanego przekwalifikowuje się na policjanta, przejeżdża pół kraju i rozpoczyna pracę w LAPD. Jest najniższy w hierarchii, a dodatkowo na każdym kroku jest wyśmiewany i zniechęcany ze względu na wiek. Ponieważ jest to jednak Sztandarowy Ulubiony Bohater Pozytywny, wystarczy podejście can-do i zniewalający uśmiech, udaje mu się przezwyciężać kolejne kryzysy i przez 6 sezonów robi w policji nie lada karierę. Oczywiście sam Nolan nie robi serialu, jego siłą jest sympatyczna grupa różnorodnych bohaterów z wydziału Mid-Wilshire w Los Angeles i zaprzyjaźnionych z nimi osób. Na początku są trzy pary świeżaków - Lucy Chen, Nolan i Jackson, potem dołączają kolejni, ale oprócz setek akcji, aresztowań, czasem zabawnych sytuacji z ulic miasta, pojawia się wiele dłuższych wątków: walka z lokalnym szefem mafii narkotykowej, strzelaniny między gangami, dyrygująca światem zza krat zła superłotrzyca, na której usługach może być każdy, skorumpowani czy rasistowscy gliniarze, akcje undercover oraz nawet black-ops za granicą.

Jakkolwiek serial świetnie się ogląda mimo zdarzającego się niezbilansowana między często komediowymi scenkami a realnym dramatem, tak chyba przy każdej próbie wyjścia ze schematu “jedziemy na patrol, co się nam przydarzy” pojawiają się sytuacje idiotyczne i sztuczne. Na każde wezwanie odpowiada sztandarowa grupa naszych znajomych, w prawie każdym odcinku są strzelaniny, kończące się rozwaleniem pół miasta pościgi samochodowe, do byle pierdoły jest wzywane wsparcie z powietrza. Sponsorem jest firma produkująca dla policji body cams i tasery, co odbija się brzydkim marketingowym smrodkiem, z licznymi przemówieniami, jak to kamery poprawiają jakość i komfort pracy w policji, a tylko źli wyłączają kamery i jest to dowód. To w ogóle bolączka tej produkcji - obraz policji jest raczej aspiracyjny niż prawdziwy, sławetna różnorodność oznacza, że niebiali, kobiety i osoby LGBT+ muszą znacznie bardziej się starać, żeby dopasować na maczystowskiej białej kultury. Dumnie prezentowane procedury na wypadek zastrzelenia podejrzanego, korupcji czy czynności nielegalnych przewrotnie pokazują, jak łatwo je obejść i jakkolwiek serial stara się wybielać i idealizować, gloryfikując policję, tak mógłby służyć jako prezentacja “Co jest nie jak z USA”. Oczywiście mam syndrom sztokholmski, nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 1, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Granada & Alhambra

[1.07.2024]

O Alhambrze marzyłam od lat, nasiąknięta zdjęciami i legendami, zapewne nie bez związku z Mickiewiczem i Zwierzem Alpuhary (bo to zaraz obok). I doznałam pewnego rozczarowania, bo jakkolwiek to bardzo przyjemny zespół pałacowo-parkowy, tak całość jest stosunkowo nieduża, a wnętrza eksponują jedynie architekturę, czytaj: są puste. I nie zrozumcie mnie źle - to jest naprawdę ładny, zadbany (chociaż z okazjonalnymi remontami) kawałek historii, bo najpierw Maurowie, potem katoliccy królowie, którzy niekoniecznie się przysłużyli temu, co zastali, wreszcie XIX i XX-wieczna restauracja. Przy zakupie biletów na okienko godzinowe należy się umówić do Palacios Nazaries, resztę można sobie oglądać dowolnie, a i to okienko nie jest jakoś bardzo przestrzegane. Architektura pałaców z XIII wieku jest niesamowita, zwłaszcza w zestawieniu z tym, co w katolickiej Europie zostało z tego samego okresu i nie jest to dla katolickiej Europy pochlebne; dość powiedzieć, że kopie kafli znalazłam w Lizbonie, a w Poznaniu odwiedzam Fuente de los Leones. Ominęłam wieżę w IX-wiecznej fortecy Alcazába, ograniczając się do spaceru po murach, bo jednak było lekutko za ciepło na wspinanie się po schodach. W ogrodach Generalife potykałam się o kolejne sesje zdjęciowe w każdym prześwicie, przy każdej fontannie, w każdej arkadzie, nie dziwię się, pięknie jest, ale nie zazdroszczę modelkom odzianym w stylowe i ciężkie stroje. Dla podreperowania sił spożyłam pyszną tartę czekoladowo-pomarańczową i kawę w klimatycznej hotelowej restauracji (WC darmo).

W Granadzie zrobiłam sobie krótki spacer po etnicznej dzielnicy Albaicín, zlokalizowanej tuż przy Alhambrze i zjadłam jeden z lepszych obiadów w marokańskiej restauracji. Potem zabrałam rodzinę na lody opodal, ale to już było za dużo, chociaż lody pyszne.

Adresy:

  • Alhambra - C. Real de la Alhambra, Granada
  • Bab mansour - kuchnia marokańska, C. Elvira, 11, Albaicín, Granada

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 31, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: hiszpania, andaluzja, granada, alhambra - 0 komentarzy - Skomentuj


Granada & Alhambra

[1.07.2024]

O Alhambrze marzyłam od lat, nasiąknięta zdjęciami i legendami, zapewne nie bez związku z Mickiewiczem i Zwierzem Alpuhary (bo to zaraz obok). I doznałam pewnego rozczarowania, bo jakkolwiek to bardzo przyjemny zespół pałacowo-parkowy, tak całość jest stosunkowo nieduża, a wnętrza eksponują jedynie architekturę, czytaj: są puste. I nie zrozumcie mnie źle - to jest naprawdę ładny, zadbany (chociaż z okazjonalnymi remontami) kawałek historii, bo najpierw Maurowie, potem katoliccy królowie, którzy niekoniecznie się przysłużyli temu, co zastali, wreszcie XIX i XX-wieczna restauracja. Przy zakupie biletów na okienko godzinowe należy się umówić do Palacios Nazaries, resztę można sobie oglądać dowolnie, a i to okienko nie jest jakoś bardzo przestrzegane. Architektura pałaców z XIII wieku jest niesamowita, zwłaszcza w zestawieniu z tym, co w katolickiej Europie zostało z tego samego okresu i nie jest to dla katolickiej Europy pochlebne; dość powiedzieć, że kopie kafli znalazłam w Lizbonie, a w Poznaniu odwiedzam Fuente de los Leones. Ominęłam wieżę w IX-wiecznej fortecy Alcazába, ograniczając się do spaceru po murach, bo jednak było lekutko za ciepło na wspinanie się po schodach. W ogrodach Generalife potykałam się o kolejne sesje zdjęciowe w każdym prześwicie, przy każdej fontannie, w każdej arkadzie, nie dziwię się, pięknie jest, ale nie zazdroszczę modelkom odzianym w stylowe i ciężkie stroje. Dla podreperowania sił spożyłam pyszną tartę czekoladowo-pomarańczową i kawę w klimatycznej hotelowej restauracji (WC darmo).

W Granadzie zrobiłam sobie krótki spacer po etnicznej dzielnicy Albaicín, zlokalizowanej tuż przy Alhambrze i zjadłam jeden z lepszych obiadów w marokańskiej restauracji. Potem zabrałam rodzinę na lody opodal, ale to już było za dużo, chociaż lody pyszne.

Adresy:

  • Alhambra - C. Real de la Alhambra, Granada
  • Bab mansour - kuchnia marokańska, C. Elvira, 11, Albaicín, Granada

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 31, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: hiszpania, andaluzja, granada, alhambra - 0 komentarzy - Skomentuj


Zadie Smith - Łowca autografów

Alex Tandem-Li żyje w cieniu śmierci swojego ojca, który kilkanaście lat wcześniej zabrał nastoletniego Alexa z dwójką kolegów - Adamem i Rubenfinem, na słynny mecz zapaśniczy, gdzie poznali spokojnego Josepha. To był ostatni dzień z ojcem, który umarł nagle w czasie meczu, pozostała po tym przyjaźń z Josephem i przejęta od tego ostatniego pasja zbierania autografów. Dorosły Alex jest w związku z Esther, siostrą Adama, ale nie traktuje tego jakoś zobowiązująco, ponieważ głównie zajmuje się ćpaniem i piciem, z rzadka trzeźwiejąc tylko wtedy, kiedy musi coś sprzedać albo zażegnać kolejny kryzys, spowodowany pod wpływem. Ma w życiu dwie misje - napisać książkę o różnicy między rzeczami żydowskimi a gojowskimi oraz dostać autograf ukochanej aktorki, Kitty Alexander. Adam i Joseph zmuszają niechętnego Alexa do odmówienia kadyszu za ojca, w tle mnóstwo pseudofilozoficznych, nietrzeźwych rozmów o Kabale i sensie życia, Alex leci do Nowego Jorku na Festiwal Autografów, skąd wraca z Kitty Alexander, z którą zdołał się psim swędem zaprzyjaźnić. Kadysz, koniec.

Jaka to męcząca, przeintelektualizowana, zmaskulinizowana powieść, niby w klimacie innych książek Smith, która umie zbudować złożony świat niekoniecznie prostolinijnych ludzi, ale tak odstręczająca, że czytałam już po kilka stron. Robi wrażenie poskładanych na siłę kilku historii - fascynacji Kitty Alexander, przepracowywania żałoby przez Alexa, rynku autografów z kilkoma ciekawymi, czasem szemranymi postaciami i wreszcie dziwna, czasem niezbilansowana przyjaźń między czterema chłopakami.

Inne tej autorki tutaj.

#65

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 30, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


Zadie Smith - Łowca autografów

Alex Tandem-Li żyje w cieniu śmierci swojego ojca, który kilkanaście lat wcześniej zabrał nastoletniego Alexa z dwójką kolegów - Adamem i Rubenfinem, na słynny mecz zapaśniczy, gdzie poznali spokojnego Josepha. To był ostatni dzień z ojcem, który umarł nagle w czasie meczu, pozostała po tym przyjaźń z Josephem i przejęta od tego ostatniego pasja zbierania autografów. Dorosły Alex jest w związku z Esther, siostrą Adama, ale nie traktuje tego jakoś zobowiązująco, ponieważ głównie zajmuje się ćpaniem i piciem, z rzadka trzeźwiejąc tylko wtedy, kiedy musi coś sprzedać albo zażegnać kolejny kryzys, spowodowany pod wpływem. Ma w życiu dwie misje - napisać książkę o różnicy między rzeczami żydowskimi a gojowskimi oraz dostać autograf ukochanej aktorki, Kitty Alexander. Adam i Joseph zmuszają niechętnego Alexa do odmówienia kadyszu za ojca, w tle mnóstwo pseudofilozoficznych, nietrzeźwych rozmów o Kabale i sensie życia, Alex leci do Nowego Jorku na Festiwal Autografów, skąd wraca z Kitty Alexander, z którą zdołał się psim swędem zaprzyjaźnić. Kadysz, koniec.

Jaka to męcząca, przeintelektualizowana, zmaskulinizowana powieść, niby w klimacie innych książek Smith, która umie zbudować złożony świat niekoniecznie prostolinijnych ludzi, ale tak odstręczająca, że czytałam już po kilka stron. Robi wrażenie poskładanych na siłę kilku historii - fascynacji Kitty Alexander, przepracowywania żałoby przez Alexa, rynku autografów z kilkoma ciekawymi, czasem szemranymi postaciami i wreszcie dziwna, czasem niezbilansowana przyjaźń między czterema chłopakami.

Inne tej autorki tutaj.

#65

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 30, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


Izabela Sowa - Jagodowe herbatniki

Czerwiec. Jagoda wraz ze współpracownikami w ramach integracji idzie do wróżki i tak, to babcia Maliny i Irka. Wróżba Jagody jest niekorzystna - wszyscy się od niej odwrócą, szpital i głowa w bandażach i wielka zmiana w życiu. Niekorzystna, ale prawdziwa - jej wredna szefowa za dość niewinną uwagę wysyła ją na bezpłatny urlop, a partner, jednocześnie służbowo personalny, oficjalnie jej nie zna, ale proponuje, żeby się do niego przeprowadziła i zajęła domem. Zirytowana Jagoda decyduje się wyjechać do rodzinnego miasteczka i zamieszkać z ojcem i jego dochodzącą odwieczną narzeczoną. Na miejscu się nudzi, bo wyrosła ze wszystkich znajomości, idzie więc na basen, gdzie w tłumie ulega zapowiadanemu przez wróżkę wypadkowi. Ląduje w lokalnym szpitalu, gdzie… zaczyna pracować jako zastępczyni kierowcy, bo zżywa się z wesołą ekipą pogotowia - lekarzem Bolkiem (tym, co leczył studentów w “Cierpkości wiśni”), ekscentryczną pielęgniarką Julią[1], dyrektorem szpitala i innymi, którzy wcale nie wstydzą się pracy w małym miasteczku.

Jest tu trochę rozgrywany koncept dziewczyny, która traktuje powrót do rodzinnych okolic jako porażkę, skoro już robiła karierę w dużym mieście, a ku swojemu zdziwieniu zaczyna cieszyć się z autentyczności ludzi w przeciwieństwie do fałszu, jaki dotychczas ją otaczał. Ale całość jest pozytywistyczna i dość przyjemna, jak już się zamknie oczy na lelawość głównej bohaterki, która pozwala sobą pomiatać w prestiżowej pracy, narzeczonemu i “przyjaciółkom”. Zabawne scenki pojawiają się w związku z hobby jej ojca, teraz można by go nazwać scammerem - a to udaje dziecko, żeby wygrać konkurs plastyczny, a to podaje się za kogoś innego, żeby dostać zapomogi, wreszcie wprowadza zamieszanie w Internecie.

[1] Tu miałam niejaki zgrzyt, bo wtem zupełnie bez żadnych zapowiedzi wyszło, że osoba Julii jest solą w oku jednego z mniej tolerancyjnych lekarzy, ponieważ jest Whyvnarz, pmlyv genafą. Innym to nie robiło różnicy, a Jagoda nic nie zauważyła, więc jednak nieco mnie to zdziwiło.

Inne tej autorki.

#64

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 29, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, beletrystyka, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


Izabela Sowa - Jagodowe herbatniki

Czerwiec. Jagoda wraz ze współpracownikami w ramach integracji idzie do wróżki i tak, to babcia Maliny i Irka. Wróżba Jagody jest niekorzystna - wszyscy się od niej odwrócą, szpital i głowa w bandażach i wielka zmiana w życiu. Niekorzystna, ale prawdziwa - jej wredna szefowa za dość niewinną uwagę wysyła ją na bezpłatny urlop, a partner, jednocześnie służbowo personalny, oficjalnie jej nie zna, ale proponuje, żeby się do niego przeprowadziła i zajęła domem. Zirytowana Jagoda decyduje się wyjechać do rodzinnego miasteczka i zamieszkać z ojcem i jego dochodzącą odwieczną narzeczoną. Na miejscu się nudzi, bo wyrosła ze wszystkich znajomości, idzie więc na basen, gdzie w tłumie ulega zapowiadanemu przez wróżkę wypadkowi. Ląduje w lokalnym szpitalu, gdzie… zaczyna pracować jako zastępczyni kierowcy, bo zżywa się z wesołą ekipą pogotowia - lekarzem Bolkiem (tym, co leczył studentów w “Cierpkości wiśni”), ekscentryczną pielęgniarką Julią[1], dyrektorem szpitala i innymi, którzy wcale nie wstydzą się pracy w małym miasteczku.

Jest tu trochę rozgrywany koncept dziewczyny, która traktuje powrót do rodzinnych okolic jako porażkę, skoro już robiła karierę w dużym mieście, a ku swojemu zdziwieniu zaczyna cieszyć się z autentyczności ludzi w przeciwieństwie do fałszu, jaki dotychczas ją otaczał. Ale całość jest pozytywistyczna i dość przyjemna, jak już się zamknie oczy na lelawość głównej bohaterki, która pozwala sobą pomiatać w prestiżowej pracy, narzeczonemu i “przyjaciółkom”. Zabawne scenki pojawiają się w związku z hobby jej ojca, teraz można by go nazwać scammerem - a to udaje dziecko, żeby wygrać konkurs plastyczny, a to podaje się za kogoś innego, żeby dostać zapomogi, wreszcie wprowadza zamieszanie w Internecie.

[1] Tu miałam niejaki zgrzyt, bo wtem zupełnie bez żadnych zapowiedzi wyszło, że osoba Julii jest solą w oku jednego z mniej tolerancyjnych lekarzy, ponieważ jest Whyvnarz, pmlyv genafą. Innym to nie robiło różnicy, a Jagoda nic nie zauważyła, więc jednak nieco mnie to zdziwiło.

Inne tej autorki.

#64

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 29, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, beletrystyka, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj