Tag:
POLSKA
[27-29.09.2019]
Sarkałam strasznie, bo kto wpada na pomysł, żeby trenować wind- i kitesurfing w ostatni weekend września, zwłaszcza że prognozy były raczej dramatycznie niekorzystne. Na szczęście nikt nie wymagał ode mnie zanurzania się w komfortowych inaczej wodach Bałtyku[1], a pogoda okazała się nader łaskawa. Wind- i kitesurfing z poziomu pomostu jest bardzo malowniczy, a integracja w podgrupach to dobre rozwiązanie[2]. Poza tym, jak zwykle, co w Jastarni, zostaje w Jastarni. Nawet po sezonie.
Ostatni (i chyba jedyny raz) na Helu byłam w 1994 (a może 1995?!) roku, ludzie tyle nie żyją. Niespecjalnie więc pamiętam cokolwiek, poza jakimiś letnimi przebłyskami, że kamienne mury i stragany z wakacyjnym nadmorskim badziewiem. Nie było wtedy na pewno Fokarium ani pewnie połowy restauracji kawiarni, stała za to latarnia morska, aczkolwiek chyba na nią nie wchodziłam, a teraz i owszem. Wadą latarni jest oszklona kabina na górze, nad zdjęciami trzeba się napracować i przy większej liczbie zwiedzających logistyka jest trudna.
W Jastarni zwiedzałam głównie plażę, która - poza meduzami - ma jakąś dziwną anomalię, że jak się wchodzi przy hotelu wejściem na przykład 48, a potem się idzie godzinami wzdłuż wody i wychodzi się wyjściem na przykład 51 i wraca chodnikiem przez całe 10 minut, doliczając zatrzymanie się w sklepie po zakupy. Jest szansa, że wolno szliśmy (bo pyrgaliśmy meduzy), ale ja wolę teorię z zakrzywieniem czasoprzestrzeni. Port o wschodzie słońca nader, a o każdej porze pełno jest kotów.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nie no, oczywiście że sama weszłam, ale do kostek (a wcześniej morze weszło na mnie, jak fotografowałam meduzy). Było ZIMNO. Ale byli tacy, co - wprawdzie w piankach - ale spędzili koło 10 godzin w wodzie.
[2] I gofra jadłam.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 29, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[27-29.09.2019]
Sarkałam strasznie, bo kto wpada na pomysł, żeby trenować wind- i kitesurfing w ostatni weekend września, zwłaszcza że prognozy były raczej dramatycznie niekorzystne. Na szczęście nikt nie wymagał ode mnie zanurzania się w komfortowych inaczej wodach Bałtyku[1], a pogoda okazała się nader łaskawa. Wind- i kitesurfing z poziomu pomostu jest bardzo malowniczy, a integracja w podgrupach to dobre rozwiązanie[2]. Poza tym, jak zwykle, co w Jastarni, zostaje w Jastarni. Nawet po sezonie.
Ostatni (i chyba jedyny raz) na Helu byłam w 1994 (a może 1995?!) roku, ludzie tyle nie żyją. Niespecjalnie więc pamiętam cokolwiek, poza jakimiś letnimi przebłyskami, że kamienne mury i stragany z wakacyjnym nadmorskim badziewiem. Nie było wtedy na pewno Fokarium ani pewnie połowy restauracji kawiarni, stała za to latarnia morska, aczkolwiek chyba na nią nie wchodziłam, a teraz i owszem. Wadą latarni jest oszklona kabina na górze, nad zdjęciami trzeba się napracować i przy większej liczbie zwiedzających logistyka jest trudna.
W Jastarni zwiedzałam głównie plażę, która - poza meduzami - ma jakąś dziwną anomalię, że jak się wchodzi przy hotelu wejściem na przykład 48, a potem się idzie godzinami wzdłuż wody i wychodzi się wyjściem na przykład 51 i wraca chodnikiem przez całe 10 minut, doliczając zatrzymanie się w sklepie po zakupy. Jest szansa, że wolno szliśmy (bo pyrgaliśmy meduzy), ale ja wolę teorię z zakrzywieniem czasoprzestrzeni. Port o wschodzie słońca nader, a o każdej porze pełno jest kotów.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nie no, oczywiście że sama weszłam, ale do kostek (a wcześniej morze weszło na mnie, jak fotografowałam meduzy). Było ZIMNO. Ale byli tacy, co - wprawdzie w piankach - ale spędzili koło 10 godzin w wodzie.
[2] I gofra jadłam.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 29, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[21-22.09.2019]
Celebrując piękne wrześniowe weekendy, zabrałam rodzinę na zachód. Celem właściwym na sobotę było niemieckie przygraniczne, ale o tym niebawem; w drodze - żeby rozprostować nogi - zatrzymaliśmy się w Jeziorach Wysokich, gdzie z wieży widokowej można obserwować i Polskę, i Niemcy. Nie zdradzę tajemnicy, jak powiem, że niewiele się różnią. Wieża widokowa jest bliźniaczą wieżą z podpoznańskiej Dziewiczej Góry, ma również 172 stopnie i galeryjkę na górze. Po bilety (groszowe - 3 i 1,5 zł, ale trzeba mieć gotówkę) trzeba się pofatygować kawałeczek dalej, do biura Ośrodka Edukacji Przyrodniczo-Leśnej, gdzie sympatyczny pan leśnik opowiada o okolicy i o tym, co można w ośrodku. Sporo można, więc jak macie blisko, to jedźcie, póki ciepło.
Zielona Góra zdecydowanie zyskuje po sezonie, poprzednim razem podczas Winobrania były tłumy, tym razem w słoneczną niedzielę łatwiej było zjeść w Palmiarni lody oraz poszukać Bachusków. Zwiedzanie z motywem przewodnim doskonale się u nas sprawdza, młodzież ma motywację i nie jojczy, że daleko jeszcze i czy możemy już wracać do domu. Znaleźliśmy 26 (na chyba 52 z listy, którą znalazłam); trzeba patrzeć w dół, rzadko w górę, czasem są ukryte tak (na przykład Śpioch pod szybą przy ratuszu), że widać je dopiero po zmroku.
Adresy:
- Jazzgot Cafe & Restaurant, aleja Niepodległości 25 - całkiem niezłe śniadanie ze sporym wyborem, tuż przy deptaku, więc dobre miejsce na zaczęcie dnia
- My Secret Place, Konstytucji 3 Maja 5/3 - prześliczny mikro apartament w centrum, acz w dość surowym otoczeniu, na jedną noc idealny, na dłuższy pobyt może być nieco niekomfortowy
Palmiarnia
Krzesełko obok Klema Felchnerowskiego / Kupiecka
Panorama miasta z Palmiarni
Pl. Bohaterów / Niepodległości
Panorama miasta z Palmiarni
Palmiarnia
Mural w jednej z bocznych uliczek przy Niepodległości
Obserwatikus Młodzieńczy / Skrybikus Młodszy / Rzepikus Rogalikus
Questina
Winolubikus / Syndromus Downus / Partnerus Turisticus
Odpadek
W Górzykowie (koło miejscowości o dźwięcznej nazwie Cigacice, skąd pochodzi Kamol z "Potemów") odbywały się dwie imprezy, ale winnicę, schodzącą uroczo po zboczu góry można było obejść i kupić lokalne wino. Widok z tarasu widokowego na dolinkę zdecydowanie eksportowy. Strona hotelu i restauracji tutaj.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 22, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[21-22.09.2019]
Celebrując piękne wrześniowe weekendy, zabrałam rodzinę na zachód. Celem właściwym na sobotę było niemieckie przygraniczne, ale o tym niebawem; w drodze - żeby rozprostować nogi - zatrzymaliśmy się w Jeziorach Wysokich, gdzie z wieży widokowej można obserwować i Polskę, i Niemcy. Nie zdradzę tajemnicy, jak powiem, że niewiele się różnią. Wieża widokowa jest bliźniaczą wieżą z podpoznańskiej Dziewiczej Góry, ma również 172 stopnie i galeryjkę na górze. Po bilety (groszowe - 3 i 1,5 zł, ale trzeba mieć gotówkę) trzeba się pofatygować kawałeczek dalej, do biura Ośrodka Edukacji Przyrodniczo-Leśnej, gdzie sympatyczny pan leśnik opowiada o okolicy i o tym, co można w ośrodku. Sporo można, więc jak macie blisko, to jedźcie, póki ciepło.
Zielona Góra zdecydowanie zyskuje po sezonie, poprzednim razem podczas Winobrania były tłumy, tym razem w słoneczną niedzielę łatwiej było zjeść w Palmiarni lody oraz poszukać Bachusków. Zwiedzanie z motywem przewodnim doskonale się u nas sprawdza, młodzież ma motywację i nie jojczy, że daleko jeszcze i czy możemy już wracać do domu. Znaleźliśmy 26 (na chyba 52 z listy, którą znalazłam); trzeba patrzeć w dół, rzadko w górę, czasem są ukryte tak (na przykład Śpioch pod szybą przy ratuszu), że widać je dopiero po zmroku.
Adresy:
- Jazzgot Cafe & Restaurant, aleja Niepodległości 25 - całkiem niezłe śniadanie ze sporym wyborem, tuż przy deptaku, więc dobre miejsce na zaczęcie dnia
- My Secret Place, Konstytucji 3 Maja 5/3 - prześliczny mikro apartament w centrum, acz w dość surowym otoczeniu, na jedną noc idealny, na dłuższy pobyt może być nieco niekomfortowy
Palmiarnia
Krzesełko obok Klema Felchnerowskiego / Kupiecka
Panorama miasta z Palmiarni
Pl. Bohaterów / Niepodległości
Panorama miasta z Palmiarni
Palmiarnia
Mural w jednej z bocznych uliczek przy Niepodległości
Obserwatikus Młodzieńczy / Skrybikus Młodszy / Rzepikus Rogalikus
Questina
Winolubikus / Syndromus Downus / Partnerus Turisticus
Odpadek
W Górzykowie (koło miejscowości o dźwięcznej nazwie Cigacice, skąd pochodzi Kamol z "Potemów") odbywały się dwie imprezy, ale winnicę, schodzącą uroczo po zboczu góry można było obejść i kupić lokalne wino. Widok z tarasu widokowego na dolinkę zdecydowanie eksportowy. Strona hotelu i restauracji tutaj.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 22, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[11-12.06.2019]
Motywacją do spędzenia ponad 10 godzin w samochodzie (klimatyzowanym, na szczęście, bo temperatura oscylowała powyżej 30 stopni) był koncert dla starych ludzi, którzy lubią słuchać muzyki, znanej od prawie 30 lat. O muzyce nie umiem, umiem za to o mieście.
Kazimierz rozpoczął się dla mnie tradycyjną restauracją indyjską (klimatyzowaną)[1], potem cienia szukałam w synagogach (oraz za pomocą moczenia się w kurtynie wodnej przy posterunku policji na Szerokiej).
Szeroka 16. Synagoga Poppera, w której aktualnie mieści się księgarnia specjalizująca się w kulturze żydowskiej.
Szeroka 40. Synagoga Remu jest niepozorna, ale tuż obok ma piękny i zaciszny XVI-wieczny cmentarz. Wstęp - 10 zł (cegiełka na odbudowę), panowie w ramach biletu dostają czapeczkę.
Miodowa 24. Synagoga Tempel jest stosunkowo nowa, bo XIX-wieczna. Monumentalna i bogato zdobiona. Wstęp - również 10 zł (cegiełka na odbudowę).
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Indus Tandoor, Starowiślna 36. Jak się okazało, najstarszą w Krakowie (podobno).
Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 12, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[11-12.06.2019]
Motywacją do spędzenia ponad 10 godzin w samochodzie (klimatyzowanym, na szczęście, bo temperatura oscylowała powyżej 30 stopni) był koncert dla starych ludzi, którzy lubią słuchać muzyki, znanej od prawie 30 lat. O muzyce nie umiem, umiem za to o mieście.
Kazimierz rozpoczął się dla mnie tradycyjną restauracją indyjską (klimatyzowaną)[1], potem cienia szukałam w synagogach (oraz za pomocą moczenia się w kurtynie wodnej przy posterunku policji na Szerokiej).
Szeroka 16. Synagoga Poppera, w której aktualnie mieści się księgarnia specjalizująca się w kulturze żydowskiej.
Szeroka 40. Synagoga Remu jest niepozorna, ale tuż obok ma piękny i zaciszny XVI-wieczny cmentarz. Wstęp - 10 zł (cegiełka na odbudowę), panowie w ramach biletu dostają czapeczkę.
Miodowa 24. Synagoga Tempel jest stosunkowo nowa, bo XIX-wieczna. Monumentalna i bogato zdobiona. Wstęp - również 10 zł (cegiełka na odbudowę).
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Indus Tandoor, Starowiślna 36. Jak się okazało, najstarszą w Krakowie (podobno).
Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 12, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[23-24.02.2019]
Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.
SPA z zewnątrz / Basen o poranku
SPA z boku (hotel wygląda podobnie)
Basen wieczorem / Hall SPA
Koń z bliży / Stajnia
Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł)
Dokładny adres / Wolter
Pałac Mielżyńskich
Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal
Park
Oficyna w zespole pałacowym / W drodze
Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.
W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).
Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem
Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.
[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 24, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[23-24.02.2019]
Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.
SPA z zewnątrz / Basen o poranku
SPA z boku (hotel wygląda podobnie)
Basen wieczorem / Hall SPA
Koń z bliży / Stajnia
Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł)
Dokładny adres / Wolter
Pałac Mielżyńskich
Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal
Park
Oficyna w zespole pałacowym / W drodze
Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.
W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).
Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem
Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.
[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 24, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[14.10.2018]
W piękny, ciepły (#nabosenogi) dzień wyciągnęłam rodzinę na podziwianie złotej jesieni. Na wieży byliśmy już wcześniej, ale wiosną. Tym razem nikt nie spadł i nie oskrobał sobie pleców oraz nie doznał uszczerbku na dumie, za to następnego dnia absolutnie bolały mnie uda. Bardziej niż po wrocławskich schodach na wieżę kościelną.
Studnia Napoleona o nieco szemranej genezie rzeczywiście jest o krok od wieży widokowej, a konkretnie o 500 metrów spaceru przez mosińską uliczkę oraz piękne okoliczności przyrody. Majut obraził się, bo bynajmniej nie ma w niej wody, tylko na poziomie gruntu jest zasypana liśćmi krata.
W Muzeum Arkadego Fiedlera (i wcześniej na lodach u Kostusiaka) byliśmy po raz kolejny. Tym razem Santa Maria miała ścięte maszty, a pod głównym budynkiem muzeum pojawiła się piwnica z indiańskimi płaskorzeźbami i rysunkami (trochę strach!). Kudłaty piesek się nie zmienił, za to moje kudłate dziecko trochę urosło.
Dyniobranie w Łęczycy wcale nie było przedwczesne - zestaw na klatkę schodową ma się dobrze do dziś, chociaż może nie konweniuje z wieńcem świątecznym.
Poprzednie wyprawy: 2008 (Rogalin i Puszczykowo), 2012 (Puszczykowo), 2016 (WPN i Mosina) i 2017 (Łęczyca).
[22.12.2018]
I jako wisienka na czubku - świeżo (na początku grudnia) otwarta wieża widokowa na Szachtach, z obłędnym - nawet zimą - widokiem na jeziora. W odległości samochodowej, zdecydowanie na letnie zachody słońca.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 22, 2018
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[14.10.2018]
W piękny, ciepły (#nabosenogi) dzień wyciągnęłam rodzinę na podziwianie złotej jesieni. Na wieży byliśmy już wcześniej, ale wiosną. Tym razem nikt nie spadł i nie oskrobał sobie pleców oraz nie doznał uszczerbku na dumie, za to następnego dnia absolutnie bolały mnie uda. Bardziej niż po wrocławskich schodach na wieżę kościelną.
Studnia Napoleona o nieco szemranej genezie rzeczywiście jest o krok od wieży widokowej, a konkretnie o 500 metrów spaceru przez mosińską uliczkę oraz piękne okoliczności przyrody. Majut obraził się, bo bynajmniej nie ma w niej wody, tylko na poziomie gruntu jest zasypana liśćmi krata.
W Muzeum Arkadego Fiedlera (i wcześniej na lodach u Kostusiaka) byliśmy po raz kolejny. Tym razem Santa Maria miała ścięte maszty, a pod głównym budynkiem muzeum pojawiła się piwnica z indiańskimi płaskorzeźbami i rysunkami (trochę strach!). Kudłaty piesek się nie zmienił, za to moje kudłate dziecko trochę urosło.
Dyniobranie w Łęczycy wcale nie było przedwczesne - zestaw na klatkę schodową ma się dobrze do dziś, chociaż może nie konweniuje z wieńcem świątecznym.
Poprzednie wyprawy: 2008 (Rogalin i Puszczykowo), 2012 (Puszczykowo), 2016 (WPN i Mosina) i 2017 (Łęczyca).
[22.12.2018]
I jako wisienka na czubku - świeżo (na początku grudnia) otwarta wieża widokowa na Szachtach, z obłędnym - nawet zimą - widokiem na jeziora. W odległości samochodowej, zdecydowanie na letnie zachody słońca.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 22, 2018
Link bezpośredni -
Tag:
polska
- 0 komentarzy
- Skomentuj