42
Rok odpowiedzi na wszystkie pytania?
(zdjęcie - TŻ)
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Rok odpowiedzi na wszystkie pytania?
Rok odpowiedzi na wszystkie pytania?
[20-27.08.2017]
Podobno ulubiona letniskowa miejscowość Wisławy Szymborskiej; typowo turystyczna, takie sycylijskie Mielno. Deptak, po jednej stronie marina i plaże, po drugiej hotele i sklepy, rejsy po zatoce[1], wieczorem w klubach mecze na telebimach i głośna muzyka. Nasz hotel był kawałek w głębi, do plaży był spory spacer, ale wieczorem słychać było tylko morze. To tak naprawdę dwie miejscowości - młodsze włoskie Giardini i starsze greckie Naxos, zbudowane na helleńskich ruinach[2], z piękną zatoką i widokami a to na Etnę, a to na Taorminę na wzgórzach. Miejsce, w którym warto wstać o wschodzie słońca.
Marina / Nike w porcie
Deptak
Imponujący wycieczkowiec / Avatar
Skrystalizowana sól na wulkanicznych skałkach / Plażing
Widok na Giardini-Naxos z serpentyny do Taorminy
Krótką chwilę po wschodzie słońca
Dłuższą chwilę po wschodzie słońca
[1] Rejs zdecydowanie warto, chociaż to rozrywka typowo turystyczna, widoki niesamowite, okażę niebawem.
[2] Muzeum Archeologiczne warto również, aczkolwiek może nie w najgorętszy dzień sierpnia. Również niebawem.
[20-27.08.2017]
Podobno ulubiona letniskowa miejscowość Wisławy Szymborskiej; typowo turystyczna, takie sycylijskie Mielno. Deptak, po jednej stronie marina i plaże, po drugiej hotele i sklepy, rejsy po zatoce[1], wieczorem w klubach mecze na telebimach i głośna muzyka. Nasz hotel był kawałek w głębi, do plaży był spory spacer, ale wieczorem słychać było tylko morze. To tak naprawdę dwie miejscowości - młodsze włoskie Giardini i starsze greckie Naxos, zbudowane na helleńskich ruinach[2], z piękną zatoką i widokami a to na Etnę, a to na Taorminę na wzgórzach. Miejsce, w którym warto wstać o wschodzie słońca.
Marina / Nike w porcie
Deptak
Imponujący wycieczkowiec / Avatar
Skrystalizowana sól na wulkanicznych skałkach / Plażing
Widok na Giardini-Naxos z serpentyny do Taorminy
Krótką chwilę po wschodzie słońca
Dłuższą chwilę po wschodzie słońca
[1] Rejs zdecydowanie warto, chociaż to rozrywka typowo turystyczna, widoki niesamowite, okażę niebawem.
[2] Muzeum Archeologiczne warto również, aczkolwiek może nie w najgorętszy dzień sierpnia. Również niebawem.
[26.08.2017]
Poza uroczym miasteczkiem, o którym poprzednio, w Taorminie są żelazne punkty turystyczne, których nie warto ominąć. Pierwszy to Castelmola, ruiny zameczku na skale jeszcze wyżej nad Taorminą (ponad 500 m n.p.m.), do której i tak już wjeżdża się na górę. Wjechać można albo autobusem Hop on (czerwonym, 10 euro za dzień bez względu na liczbę przejechanych przystanków, fajny na całodzienne zwiedzanie różnych miejsc), albo lokalnym (niebieskim, 1,8 euro za przystanek, 3 euro w dwie strony, sensowny, jak robi się do trzech przystanków dziennie). Teoretycznie można zejść z górki piechotą - trasa ma ok. 4 km, ale jest stroma, wąska i niespecjalnie polecam, zwłaszcza z dziećmi, chociaż widoki niewątpliwie przepiękne, a lokalne wioseczki, wciśnięte między szosę a skałę, są urocze. Z samego zamku zostało w zasadzie niewiele - resztki murów, do których doklejony jest punkt informacyjny z maleńkim muzeum marionetek (wstęp do całości bezpłatny), ale to fantastyczny punkt widokowy na całą Taorminę, zatokę i Etnę. Po zamku oprowadzał nas puchaty przewodnik z pędzlem na ogonie, zalegając co jakiś czas na ciepłym murku. Poniżej zamku jest wioska, w której mieszka koło 1000 mieszkańców - kościół, kilka restauracji, placyk, na którym zawracają bocianyautobusy, brak parkingów (z wjazdem samochodem może być kłopot).

Punkt drugi to Teatr Grecki, już w samej Taorminie. Wstęp 10 euro (dorosły, dzieci do 18 lat i osoby obchodzące urodziny[1] nie płacą(!), a do 26 lat mają zniżki, jeśli są z terenów EU). Od starożytności (300 BC) zachowały się spore kawałki, sporo uzupełniano aż do współczesności (m. in. dodając plastikowe krzesła, których dwadzieścia lat temu jeszcze nie było[2]), ale efekt i tak jest niesamowity. Może to efekt zmęczenia upałem i końcem wakacji, ale właśnie tam poczułam, że jest za ładnie. Gdzie nie spojrzę - pięknie, ale to takie męczące tak podziwiać cały czas; przestałam się dziwić obojętnym na wdzięki okoliczności przyrody i historii mieszkańcom. Małe muzeum (chłodniej!) z artefaktami znalezionymi w okolicy, Dees zawiesiła się nad tabliczką z księgami rachunkowymi, wykutymi dłutem w kamieniu (Ctrl-Z nie działa, jaka to presja, żeby się nie pomylić, a 2000 lat później ktoś może odszyfrować, że Patrokles kupił od Andromachy krowę za 50 drachm, kompletne zdzierstwo).


Trzecim punktem jest klasztor Madonny Della Roca ("Na skale") oraz mieszczący się nad nim zamek Saracenów, do którego się idzie schodami z klasztoru. Nie dotarłam tam, źródła są sprzeczne, czy aktualnie można zamek zwiedzać, czy nie. Żałuję, następnym razem.
GALERIA ZDJĘĆ (cała Taormina, również z poprzedniej notki).
[1] Zasiorbałam żałośnie przy kasie, że taki pech - pojutrze mam urodziny, ale już będę w samolocie powrotnym, kasjer zawinszował sobie okazania dokumentu, po czym wręczył mi bilet gratis. Profit!
[2] Co widać na przykład na początku "Jej Wysokości Afrodyty" Woody Allena.
[26.08.2017]
Poza uroczym miasteczkiem, o którym poprzednio, w Taorminie są żelazne punkty turystyczne, których nie warto ominąć. Pierwszy to Castelmola, ruiny zameczku na skale jeszcze wyżej nad Taorminą (ponad 500 m n.p.m.), do której i tak już wjeżdża się na górę. Wjechać można albo autobusem Hop on (czerwonym, 10 euro za dzień bez względu na liczbę przejechanych przystanków, fajny na całodzienne zwiedzanie różnych miejsc), albo lokalnym (niebieskim, 1,8 euro za przystanek, 3 euro w dwie strony, sensowny, jak robi się do trzech przystanków dziennie). Teoretycznie można zejść z górki piechotą - trasa ma ok. 4 km, ale jest stroma, wąska i niespecjalnie polecam, zwłaszcza z dziećmi, chociaż widoki niewątpliwie przepiękne, a lokalne wioseczki, wciśnięte między szosę a skałę, są urocze. Z samego zamku zostało w zasadzie niewiele - resztki murów, do których doklejony jest punkt informacyjny z maleńkim muzeum marionetek (wstęp do całości bezpłatny), ale to fantastyczny punkt widokowy na całą Taorminę, zatokę i Etnę. Po zamku oprowadzał nas puchaty przewodnik z pędzlem na ogonie, zalegając co jakiś czas na ciepłym murku. Poniżej zamku jest wioska, w której mieszka koło 1000 mieszkańców - kościół, kilka restauracji, placyk, na którym zawracają bocianyautobusy, brak parkingów (z wjazdem samochodem może być kłopot).

Punkt drugi to Teatr Grecki, już w samej Taorminie. Wstęp 10 euro (dorosły, dzieci do 18 lat i osoby obchodzące urodziny[1] nie płacą(!), a do 26 lat mają zniżki, jeśli są z terenów EU). Od starożytności (300 BC) zachowały się spore kawałki, sporo uzupełniano aż do współczesności (m. in. dodając plastikowe krzesła, których dwadzieścia lat temu jeszcze nie było[2]), ale efekt i tak jest niesamowity. Może to efekt zmęczenia upałem i końcem wakacji, ale właśnie tam poczułam, że jest za ładnie. Gdzie nie spojrzę - pięknie, ale to takie męczące tak podziwiać cały czas; przestałam się dziwić obojętnym na wdzięki okoliczności przyrody i historii mieszkańcom. Małe muzeum (chłodniej!) z artefaktami znalezionymi w okolicy, Dees zawiesiła się nad tabliczką z księgami rachunkowymi, wykutymi dłutem w kamieniu (Ctrl-Z nie działa, jaka to presja, żeby się nie pomylić, a 2000 lat później ktoś może odszyfrować, że Patrokles kupił od Andromachy krowę za 50 drachm, kompletne zdzierstwo).


Trzecim punktem jest klasztor Madonny Della Roca ("Na skale") oraz mieszczący się nad nim zamek Saracenów, do którego się idzie schodami z klasztoru. Nie dotarłam tam, źródła są sprzeczne, czy aktualnie można zamek zwiedzać, czy nie. Żałuję, następnym razem.
GALERIA ZDJĘĆ (cała Taormina, również z poprzedniej notki).
[1] Zasiorbałam żałośnie przy kasie, że taki pech - pojutrze mam urodziny, ale już będę w samolocie powrotnym, kasjer zawinszował sobie okazania dokumentu, po czym wręczył mi bilet gratis. Profit!
[2] Co widać na przykład na początku "Jej Wysokości Afrodyty" Woody Allena.
Archipelag Wysp Liparyjskich (zwanych Eolskimi[1]) składa się z siedmiu wysp i całego mnóstwa mniejszych skałek i wysepek. Dopłynąć można w miarę szybko (w 1,5 godziny[2]) wodolotem z Mesyny (a wcześniej wstać o 5:45, żeby o 6:30 stać na przystanku na autokar; wakacje to czas odpoczynku, ale przy okazji widać wschód słońca[3]).
Lipari to największa z wysp, najbardziej cywilizowana (chociaż nie bardzo wierzę w zapewnienia z przewodnika, że na większości jedynym środkiem lokomocji są zwierzęta). Wąskie uliczki, schody, a na wzgórzu (mnóstwo schodów!) normańska katedra Św. Bartłomieja, muzeum archeologiczne i pocztówkowy widok na okolicę. Z wielką lubością wchodzę do kościołów latem, nie dość, że w środku bywa obłędnie ładnie, to jeszcze czasem należycie chłodno. Oprócz pozostałości po maleńkim klasztorze normańskim (za drobną opłatą), Maj zachwycił się kościelnym kotem, który nie zwracając na nikogo uwagi usiłował umościć się w konfesjonale. Udało nam się znaleźć ekskluzywną restaurację na Piazza Mazzini (Ristorante Filippino), ze świetnym jedzeniem i kelnerem z Polski (przez co nie mogłam udawać światowca z google translate, że niby wiem, co jest w daniu).
Port w Mesynie
Salina
Czarny piasek z Vulcano / Wodolot / Port w Mesynie
Salina
Sufit w katedrze Św. Bartłomieja / Lokales / Klasztor normański
Katedra Św. Bartłomieja
Pasta z tuńczyka i miecznika z lokalnymi kaparami / Restauracja Filippino
Wąskie uliczki / Lokalne badziewko / Budynki Muzeum Archeologicznego
Wyspa Vulcano jest raczej czysto rekreacyjna - wulkaniczne źródła siarki, w których się można obłożyć śmierdzącym błotem i czarna plaża, którą - ze względu na upał i brak czarownego zapachu nieświeżych jajek - wszyscy jednogłośnie wybrali. Zrobiłam kilka (naprawdę kilka) zdjęć, bo siedziałam przez ponad 2 godziny w płytkiej wodzie, a jakbym mogła, to bym i została na dłużej. W ramach egzotyki - TŻ z wody zaobserwował przejście mikro-trąby powietrznej przez plażę. Z brzegu było tylko widać przewracające się leżaki i ludzi (ale to może z ekscytacji).
Baia Negra / Skała z Totoro
Fumarola - wulkan plujący siarkowym dymem / Port na Vulcano

[1] Normalnie czuję, jakbym się "Mitologią" Parandowskiego pocierała.
[2] Albo krócej, płynęliśmy na Lipari dużym łukiem, żeby obejrzeć po drodze mniejsze wyspy - Salinę, Panareę i Filicudi i Alicudi.
[3] Chyba że się jest nadgorliwym fotografem i wstaje o 6:15, żeby fotografować marinę o świcie, BTDT.
Archipelag Wysp Liparyjskich (zwanych Eolskimi[1]) składa się z siedmiu wysp i całego mnóstwa mniejszych skałek i wysepek. Dopłynąć można w miarę szybko (w 1,5 godziny[2]) wodolotem z Mesyny (a wcześniej wstać o 5:45, żeby o 6:30 stać na przystanku na autokar; wakacje to czas odpoczynku, ale przy okazji widać wschód słońca[3]).
Lipari to największa z wysp, najbardziej cywilizowana (chociaż nie bardzo wierzę w zapewnienia z przewodnika, że na większości jedynym środkiem lokomocji są zwierzęta). Wąskie uliczki, schody, a na wzgórzu (mnóstwo schodów!) normańska katedra Św. Bartłomieja, muzeum archeologiczne i pocztówkowy widok na okolicę. Z wielką lubością wchodzę do kościołów latem, nie dość, że w środku bywa obłędnie ładnie, to jeszcze czasem należycie chłodno. Oprócz pozostałości po maleńkim klasztorze normańskim (za drobną opłatą), Maj zachwycił się kościelnym kotem, który nie zwracając na nikogo uwagi usiłował umościć się w konfesjonale. Udało nam się znaleźć ekskluzywną restaurację na Piazza Mazzini (Ristorante Filippino), ze świetnym jedzeniem i kelnerem z Polski (przez co nie mogłam udawać światowca z google translate, że niby wiem, co jest w daniu).
Port w Mesynie
Salina
Czarny piasek z Vulcano / Wodolot / Port w Mesynie
Salina
Sufit w katedrze Św. Bartłomieja / Lokales / Klasztor normański
Katedra Św. Bartłomieja
Pasta z tuńczyka i miecznika z lokalnymi kaparami / Restauracja Filippino
Wąskie uliczki / Lokalne badziewko / Budynki Muzeum Archeologicznego
Wyspa Vulcano jest raczej czysto rekreacyjna - wulkaniczne źródła siarki, w których się można obłożyć śmierdzącym błotem i czarna plaża, którą - ze względu na upał i brak czarownego zapachu nieświeżych jajek - wszyscy jednogłośnie wybrali. Zrobiłam kilka (naprawdę kilka) zdjęć, bo siedziałam przez ponad 2 godziny w płytkiej wodzie, a jakbym mogła, to bym i została na dłużej. W ramach egzotyki - TŻ z wody zaobserwował przejście mikro-trąby powietrznej przez plażę. Z brzegu było tylko widać przewracające się leżaki i ludzi (ale to może z ekscytacji).
Baia Negra / Skała z Totoro
Fumarola - wulkan plujący siarkowym dymem / Port na Vulcano

[1] Normalnie czuję, jakbym się "Mitologią" Parandowskiego pocierała.
[2] Albo krócej, płynęliśmy na Lipari dużym łukiem, żeby obejrzeć po drodze mniejsze wyspy - Salinę, Panareę i Filicudi i Alicudi.
[3] Chyba że się jest nadgorliwym fotografem i wstaje o 6:15, żeby fotografować marinę o świcie, BTDT.
Nie umiem powiedzieć, które miejsca na Sycylii są a must have, bo - zaskoczenie - wszędzie jest pięknie. Syrakuzy są jednym z większych miast, ale komfortowo dla zwiedzających taką typową starówkę mają wydzieloną na wyspie Ortigii. Całość można obejść wybrzeżem wolnym krokiem w niecałą godzinę, ale warto zacząć błądzić w labiryncie wąskich uliczek. Uroczy jest konglomerat kultur - tu starożytna grecka świątynia Ateny została zaadoptowana na chrześcijańską bazylikę, tam obok nowożytna grecka twierdza Maniace (do której spóźniliśmy się o 15 minut, bo przecież 13:00 to najlepsza pora na zamknięcie muzeum). Mnóstwo sklepów, restauracji, obiecujące (ale obietnicy nie dotrzymujące[1]) muzeum lalek, fantastyczny widok na zatokę, zwłaszcza w okolicy Źródła Aretuzy, jednego z niewielu miejsc w okolicy, gdzie rosną papirusy. Już poza wyspą jest podobno wielkie i ciekawe muzeum archeologiczne oraz dobrze zachowany grecki amfiteatr, następnym razem.
Widok na zatokę
Wszechobecny oleander / Źródło Aretuzy
Kościół Św. Jana Chrzciciela
Marionetki, te są całkiem estetyczne
Pozostałości świątyni Apollina
Posadzka w bazylice #ihavethisthingwithfloors / Bazylika
Marina
Źródło Aretuzy, to pierzaste to papirus

[1] Muzeum jest płatne (niedramatycznie, ale i nie groszowo), składa się z dwóch salek, w których jest kilkadziesiąt marionetek, z czego niektóre mocno kwestionowalne estetycznie. Całość ogląda się w minut 10, a za dodatkową opłatą odbywają się przedstawienia po włosku. Można ominąć, młodzież 8-9 lat nie była zachwycona.
Nie umiem powiedzieć, które miejsca na Sycylii są a must have, bo - zaskoczenie - wszędzie jest pięknie. Syrakuzy są jednym z większych miast, ale komfortowo dla zwiedzających taką typową starówkę mają wydzieloną na wyspie Ortigii. Całość można obejść wybrzeżem wolnym krokiem w niecałą godzinę, ale warto zacząć błądzić w labiryncie wąskich uliczek. Uroczy jest konglomerat kultur - tu starożytna grecka świątynia Ateny została zaadoptowana na chrześcijańską bazylikę, tam obok nowożytna grecka twierdza Maniace (do której spóźniliśmy się o 15 minut, bo przecież 13:00 to najlepsza pora na zamknięcie muzeum). Mnóstwo sklepów, restauracji, obiecujące (ale obietnicy nie dotrzymujące[1]) muzeum lalek, fantastyczny widok na zatokę, zwłaszcza w okolicy Źródła Aretuzy, jednego z niewielu miejsc w okolicy, gdzie rosną papirusy. Już poza wyspą jest podobno wielkie i ciekawe muzeum archeologiczne oraz dobrze zachowany grecki amfiteatr, następnym razem.
Widok na zatokę
Wszechobecny oleander / Źródło Aretuzy
Kościół Św. Jana Chrzciciela
Marionetki, te są całkiem estetyczne
Pozostałości świątyni Apollina
Posadzka w bazylice #ihavethisthingwithfloors / Bazylika
Marina
Źródło Aretuzy, to pierzaste to papirus

[1] Muzeum jest płatne (niedramatycznie, ale i nie groszowo), składa się z dwóch salek, w których jest kilkadziesiąt marionetek, z czego niektóre mocno kwestionowalne estetycznie. Całość ogląda się w minut 10, a za dodatkową opłatą odbywają się przedstawienia po włosku. Można ominąć, młodzież 8-9 lat nie była zachwycona.