Tag:
wlochy
[23.08.2017]
Jest wiele sposobów, żeby wejść na sam szczyt Etny. Zwykle podjeżdża się autem albo autobusem do schroniska Rifugio Sapienza (1900 m n.p.m.), gdzie się parkuje[1] i wychodzi na lokalny odpowiednik Krupówek (mnóstwo sklepików z badziewkiem i standów z lokalnymi specjałami[2]). Stąd można iść piechotą do góry po osypującej się ścieżce z drobniutkiego żużlu (co wyjaśnia sugerowane wszędzie buty za kostkę[3], długie spodnie i rękawiczki), wjechać terenówką czy innym busem albo podjechać kolejką linową, Funivia dell'Etna. Ostatnia opcja ma zdecydowany wow factor dla młodzieży płci dowolnej mimo dość słonej ceny (ok. 30 euro w górę i w dół). Z górnej stacji (2500 m n.p.m.) można iść piechotą (jeszcze stromiej) lub w ramach droższego biletu przesiąść się na busik do góry. Ponieważ nasza wesoła wycieczka składała się z jednego dorosłej osoby ze szwankującym kolanem oraz dwóch kapryśnie chętnych lub niechętnych do wspinania się dzieci, ograniczyliśmy się do spaceru po księżycowej okolicy i powrotu ostatnią kolejką w okolicach 17.
(obowiązkowe pamiątki lepiej kupować niżej / wagonik kolejki)
Umówmy się, że - poza pięknymi (choć często mglistymi) widokami - warto na Etnę ogromnie, bo jest tam w sierpniu chłodniej niż na reszcie wyspy. Z 30 stopni (a czasem i upiornych ponad 35) i pełnego słońca wchodzi się w absolutnie przyjemne 15-18 stopni, można skorzystać z bluzy, którą się wlekło pół Europy ze sobą (oraz kupić bluzę z sycylijską sówką dziecku, bo się nie spakowało odzieży dla dziecka, bhawo ja).
Z pewnym zażenowaniem przyznam, że Etna nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak pobliski krater Silvestriego, który można obejść w kilkanaście minut, zejść na dół i wrócić bez zadyszki. W przeciwieństwie do Etny, która jest czarno-szara (aczkolwiek porośnięta tu i ówdzie), krater jest raczej kolorowy - zielonkawo-rudy, porośnięty mchami, trawami i drobnymi kwiatuszkami. Na dole ktoś ułożył z kamieni spiralę, przedni pomysł, kosmici mają gdzie lądować. Dodatkowo na zdjęciach widać, jak często zmienia się pogoda - od szaroburej mgły do błękitnego nieba bez śladu chmur.
(ludzie fotografujący NIC)
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Pozdrawiam uczynnego dżentelmena, który stwierdził, że właśnie odjeżdża i bez sensu, żebyśmy płacili za parking, skoro już jest prawie 16, więc oddał nam swoją kartę parkingową.
[2] Jak niechętna jestem kupowaniu dla samego kupowania, tak ogromnie mnie ujął sprzedający na stoisku z miodami, biegle operujący w wystarczającym zakresie ponad 10 językami. Proszę, łyżeczka, krem z pistacji, dobre, dobre, bardzo dobre? Miód z castagna! Dobre? Bardzo dobre? W efekcie wyszłam ze słoiczkiem kremu z pistacji i miodami (cytrynowym, eukaliptusowym, pomarańczowym i kasztanowym). Zupełnie nie żałuję, jak i reszty mojego nadbagażu, o czym niebawem.
[3] Czy weszłam na kawałek Etny w sandałach? Ależ. Bez skarpet, ale miałam w zanadrzu[4], jakby co.
[4] Nawet nie swoje, podkradłam parę skarpetek Majowi, z Anką i Elzą.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 23, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
wlochy
- 3 komentarze
- Skomentuj
[23.08.2017]
Jest wiele sposobów, żeby wejść na sam szczyt Etny. Zwykle podjeżdża się autem albo autobusem do schroniska Rifugio Sapienza (1900 m n.p.m.), gdzie się parkuje[1] i wychodzi na lokalny odpowiednik Krupówek (mnóstwo sklepików z badziewkiem i standów z lokalnymi specjałami[2]). Stąd można iść piechotą do góry po osypującej się ścieżce z drobniutkiego żużlu (co wyjaśnia sugerowane wszędzie buty za kostkę[3], długie spodnie i rękawiczki), wjechać terenówką czy innym busem albo podjechać kolejką linową, Funivia dell'Etna. Ostatnia opcja ma zdecydowany wow factor dla młodzieży płci dowolnej mimo dość słonej ceny (ok. 30 euro w górę i w dół). Z górnej stacji (2500 m n.p.m.) można iść piechotą (jeszcze stromiej) lub w ramach droższego biletu przesiąść się na busik do góry. Ponieważ nasza wesoła wycieczka składała się z jednego dorosłej osoby ze szwankującym kolanem oraz dwóch kapryśnie chętnych lub niechętnych do wspinania się dzieci, ograniczyliśmy się do spaceru po księżycowej okolicy i powrotu ostatnią kolejką w okolicach 17.
(obowiązkowe pamiątki lepiej kupować niżej / wagonik kolejki)
Umówmy się, że - poza pięknymi (choć często mglistymi) widokami - warto na Etnę ogromnie, bo jest tam w sierpniu chłodniej niż na reszcie wyspy. Z 30 stopni (a czasem i upiornych ponad 35) i pełnego słońca wchodzi się w absolutnie przyjemne 15-18 stopni, można skorzystać z bluzy, którą się wlekło pół Europy ze sobą (oraz kupić bluzę z sycylijską sówką dziecku, bo się nie spakowało odzieży dla dziecka, bhawo ja).
Z pewnym zażenowaniem przyznam, że Etna nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak pobliski krater Silvestriego, który można obejść w kilkanaście minut, zejść na dół i wrócić bez zadyszki. W przeciwieństwie do Etny, która jest czarno-szara (aczkolwiek porośnięta tu i ówdzie), krater jest raczej kolorowy - zielonkawo-rudy, porośnięty mchami, trawami i drobnymi kwiatuszkami. Na dole ktoś ułożył z kamieni spiralę, przedni pomysł, kosmici mają gdzie lądować. Dodatkowo na zdjęciach widać, jak często zmienia się pogoda - od szaroburej mgły do błękitnego nieba bez śladu chmur.
(ludzie fotografujący NIC)
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Pozdrawiam uczynnego dżentelmena, który stwierdził, że właśnie odjeżdża i bez sensu, żebyśmy płacili za parking, skoro już jest prawie 16, więc oddał nam swoją kartę parkingową.
[2] Jak niechętna jestem kupowaniu dla samego kupowania, tak ogromnie mnie ujął sprzedający na stoisku z miodami, biegle operujący w wystarczającym zakresie ponad 10 językami. Proszę, łyżeczka, krem z pistacji, dobre, dobre, bardzo dobre? Miód z castagna! Dobre? Bardzo dobre? W efekcie wyszłam ze słoiczkiem kremu z pistacji i miodami (cytrynowym, eukaliptusowym, pomarańczowym i kasztanowym). Zupełnie nie żałuję, jak i reszty mojego nadbagażu, o czym niebawem.
[3] Czy weszłam na kawałek Etny w sandałach? Ależ. Bez skarpet, ale miałam w zanadrzu[4], jakby co.
[4] Nawet nie swoje, podkradłam parę skarpetek Majowi, z Anką i Elzą.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 23, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
wlochy
- 3 komentarze
- Skomentuj
Jeśli Giardini-Naxos to Mielno (zachowując proporcję), to Taormina to połączenie Sopotu i Międzyzdrojów, bogato okraszone dobrze zachowanymi pozostałościami po starożytnych Grekach[1]. Do Taorminy się wjeżdża serpentynami, albowiem w większości jest na górze[2], co gwarantuje z jednej strony mnóstwo schodków, zaułków i ukosów, z drugiej - obłędny widok z klifów na turkusową wodę zatoki. Pierwszego dnia pokręciliśmy się po starówce, leniwie i bez przygód po dość burzliwym poranku, gdzie to zaliczyliśmy kryzys wynikający z przegrzania i kapiących lodów.
O tym, czemu Taormina była obowiązkowym punktem wycieczki, napisała już Dees. Ja tylko mogę dodać nieśmiertelne -
obraz wart 1000 słów.
Widok na wschód / Trinacria - symbol wyspy / Widok na zachód
Malowniczy zaułek / Lokales ze sklepu z wyborami glinianymi
Funivia
Detale
Widok z kolejki
Porcelanki
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nie padło pytanie, choć paść powinno, czemu nie Włochach. Albowiem pierwsi byli Fenicjanie (Palermo), ale po nich niewiele zostało, potem Grecy, po których zostało dużo (Syrakuzy, Katania, Mesyna i wszystko, co na wschodnim wybrzeżu), następnie Kartagińczycy (zachodnie wybrzeże), aż wreszcie na to wszystko weszli starożytni Rzymianie, którzy zagarnęli całość (oprócz małej wioski w Galii, ale to inna opowieść). Potem byli Wandalowie, Ostrogoci, Arabowie, Normanowie, Hiszpanie, Niemcy i Francuzi, a na końcu mafia.
[2] Za pierwszym razem kilkukilometrową drogę wąskimi serpentynami, wzdłuż których radośnie parkują sobie mieszkańcy, a autobus[3] pokonuje czasem zwisając kawałkiem na kilkudziesięciometrową przepaścią, pokonuje się chyba na jednym wdechu. Następnym razem już się częściej oddycha, nawet wyrażając zachwyt widokiem. Za kolejnymi nawet wyrabia się pewną blazę, dopóki się nie spojrzy w dół. W sumie do Taorminy wjeżdżaliśmy trzy razy (raz tranzytem), zjeżdżając o raz mniej, bo skorzystaliśmy z kolejki wagonikowej[4].
[3] Lokalne autobusy na Sycylii to oddzielna historia. Rozkład jazdy jest delikatną sugestią, albo przyjedzie, albo nie. Jeden autobus z właściwą miejscowością na tablicy podjechał, zatrzymał się, wysiadł rosły ciemnoskóry i machając rękami oraz mówiąc głośne "NONONONO" zatarasował wejście, po czym autobus odjechał. W kolejnym autobusie okazało się, że ponieważ na tym konkretnie przystanku są sprzedawane bilety w budce, kierowca ich nie sprzeda (mimo że na przystanku bez budki by sprzedał); mimo emitowania "SI SI" na propozycję, że ja podejdę, kupię i wrócę, kierowca zamknął drzwi i odjechał. Dla odmiany na szczycie góry z Castelmola[5] kierowca wjechał, wydał pasażerów, ale nie pobrał nowych, tylko oznajmił, że ma przerwę i pusty zjechał na dół, informując, że "będzie następny". Niewypada niepolecić.
[4] Wagonikami (Funivią) zjeżdża się z Taorminy górskiej do Taorminy na poziomie morza, gdzie luksusowe hotele, plaże i Isola Bella, o której w następnym odcinku. Kolejka kosztuje podobnie jak autobus, więc jak kto wrażliwszy, mniej strasznie się wjeżdża wyciągiem niż zakrętami. Jak przystało na #nieustającepasmosukcesów, kiedy weszliśmy na stację kolejki, okazało się, że aktualnie nie jeździ, bo lata helikopter medyczny, co transport linowy czemuś zawiesza. Po półgodzinie całość ruszyła, ale co się młodzież namarudziła, to ich.
[5] Castelmola obowiązkowo, ale o tym - a jakże - w następnym odcinku. I o teatrze greckim.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 22, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
wlochy
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Jeśli Giardini-Naxos to Mielno (zachowując proporcję), to Taormina to połączenie Sopotu i Międzyzdrojów, bogato okraszone dobrze zachowanymi pozostałościami po starożytnych Grekach[1]. Do Taorminy się wjeżdża serpentynami, albowiem w większości jest na górze[2], co gwarantuje z jednej strony mnóstwo schodków, zaułków i ukosów, z drugiej - obłędny widok z klifów na turkusową wodę zatoki. Pierwszego dnia pokręciliśmy się po starówce, leniwie i bez przygód po dość burzliwym poranku, gdzie to zaliczyliśmy kryzys wynikający z przegrzania i kapiących lodów.
O tym, czemu Taormina była obowiązkowym punktem wycieczki, napisała już Dees. Ja tylko mogę dodać nieśmiertelne -
obraz wart 1000 słów.
Widok na wschód / Trinacria - symbol wyspy / Widok na zachód
Malowniczy zaułek / Lokales ze sklepu z wyborami glinianymi
Funivia
Detale
Widok z kolejki
Porcelanki
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nie padło pytanie, choć paść powinno, czemu nie Włochach. Albowiem pierwsi byli Fenicjanie (Palermo), ale po nich niewiele zostało, potem Grecy, po których zostało dużo (Syrakuzy, Katania, Mesyna i wszystko, co na wschodnim wybrzeżu), następnie Kartagińczycy (zachodnie wybrzeże), aż wreszcie na to wszystko weszli starożytni Rzymianie, którzy zagarnęli całość (oprócz małej wioski w Galii, ale to inna opowieść). Potem byli Wandalowie, Ostrogoci, Arabowie, Normanowie, Hiszpanie, Niemcy i Francuzi, a na końcu mafia.
[2] Za pierwszym razem kilkukilometrową drogę wąskimi serpentynami, wzdłuż których radośnie parkują sobie mieszkańcy, a autobus[3] pokonuje czasem zwisając kawałkiem na kilkudziesięciometrową przepaścią, pokonuje się chyba na jednym wdechu. Następnym razem już się częściej oddycha, nawet wyrażając zachwyt widokiem. Za kolejnymi nawet wyrabia się pewną blazę, dopóki się nie spojrzy w dół. W sumie do Taorminy wjeżdżaliśmy trzy razy (raz tranzytem), zjeżdżając o raz mniej, bo skorzystaliśmy z kolejki wagonikowej[4].
[3] Lokalne autobusy na Sycylii to oddzielna historia. Rozkład jazdy jest delikatną sugestią, albo przyjedzie, albo nie. Jeden autobus z właściwą miejscowością na tablicy podjechał, zatrzymał się, wysiadł rosły ciemnoskóry i machając rękami oraz mówiąc głośne "NONONONO" zatarasował wejście, po czym autobus odjechał. W kolejnym autobusie okazało się, że ponieważ na tym konkretnie przystanku są sprzedawane bilety w budce, kierowca ich nie sprzeda (mimo że na przystanku bez budki by sprzedał); mimo emitowania "SI SI" na propozycję, że ja podejdę, kupię i wrócę, kierowca zamknął drzwi i odjechał. Dla odmiany na szczycie góry z Castelmola[5] kierowca wjechał, wydał pasażerów, ale nie pobrał nowych, tylko oznajmił, że ma przerwę i pusty zjechał na dół, informując, że "będzie następny". Niewypada niepolecić.
[4] Wagonikami (Funivią) zjeżdża się z Taorminy górskiej do Taorminy na poziomie morza, gdzie luksusowe hotele, plaże i Isola Bella, o której w następnym odcinku. Kolejka kosztuje podobnie jak autobus, więc jak kto wrażliwszy, mniej strasznie się wjeżdża wyciągiem niż zakrętami. Jak przystało na #nieustającepasmosukcesów, kiedy weszliśmy na stację kolejki, okazało się, że aktualnie nie jeździ, bo lata helikopter medyczny, co transport linowy czemuś zawiesza. Po półgodzinie całość ruszyła, ale co się młodzież namarudziła, to ich.
[5] Castelmola obowiązkowo, ale o tym - a jakże - w następnym odcinku. I o teatrze greckim.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 22, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
wlochy
- 5 komentarzy
- Skomentuj
W trzeciej części Elena - młoda mężatka, publikuje odważną książkę, rodzi dwie córki, po czym wraca do swojej młodzieńczej miłości - Nina, dawnego kochanka Lili. Zostawia dla niego męża, wraca do Neapolu, odważnie - jak na przełom lat 60. i 70. - prowadzi rodzinę patchworkową, współdzieląc opiekę nad córkami. Niestety, Nino nie dość, że nie zostawia swojej żony i dzieci, to jeszcze jest niewierny w zasadzie z kimkolwiek. Po części dzięki temu Lena wraca do przyjaźni z Lilą, zwłaszcza że obie, prawie jednocześnie, zachodzą w ciążę i rodzą córki - Immę i Tinę.
Część czwarta - ostatnia - była dla mnie rozczarowaniem. Dygresyjna narracja nie przyniosła wyjaśnień - skupiła się na polityce w dzielnicy, śmierci braci Solarów, aresztowaniu "terrorysty" - przyjaciela z dzieciństwa, Pasquale'a. Nie wiadomo, czemu nagle Lila zniknęła, nie wiadomo, jaki los spotkał jej młodszą córkę. Wiem, autorce wolno tak prowadzić opowieść, jak chce, ale mnie - jako czytelnikowi - wolno pozostać z poczuciem braku fabularnego.
Inne tej autorki.
#46-#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 31, 2016
Link bezpośredni -
Tag:
włochy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W trzeciej części Elena - młoda mężatka, publikuje odważną książkę, rodzi dwie córki, po czym wraca do swojej młodzieńczej miłości - Nina, dawnego kochanka Lili. Zostawia dla niego męża, wraca do Neapolu, odważnie - jak na przełom lat 60. i 70. - prowadzi rodzinę patchworkową, współdzieląc opiekę nad córkami. Niestety, Nino nie dość, że nie zostawia swojej żony i dzieci, to jeszcze jest niewierny w zasadzie z kimkolwiek. Po części dzięki temu Lena wraca do przyjaźni z Lilą, zwłaszcza że obie, prawie jednocześnie, zachodzą w ciążę i rodzą córki - Immę i Tinę.
Część czwarta - ostatnia - była dla mnie rozczarowaniem. Dygresyjna narracja nie przyniosła wyjaśnień - skupiła się na polityce w dzielnicy, śmierci braci Solarów, aresztowaniu "terrorysty" - przyjaciela z dzieciństwa, Pasquale'a. Nie wiadomo, czemu nagle Lila zniknęła, nie wiadomo, jaki los spotkał jej młodszą córkę. Wiem, autorce wolno tak prowadzić opowieść, jak chce, ale mnie - jako czytelnikowi - wolno pozostać z poczuciem braku fabularnego.
Inne tej autorki.
#46-#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 31, 2016
Link bezpośredni -
Tag:
włochy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Dwa lata temu wyzłośliwiłam się w kwestii tego, jak wygląda według WP (kto zna, ten wie) świat z samolotu. I złośliwość swoją podtrzymuję, albowiem lecąc w klasie biznes ma się zdecydowanie więcej powodów do radosnego zachwytu. Mimo że w małych samolotach b-klasa to te same siedzenia i miejsce, ale ma się nad głową stewardesę (a konkretnie turecko wyglądającego stewarda o bogatym owłosieniu, który co chwila coś proponuje - a to wodę, a to czasopismo, a to może torbę przełożyć, wina, czekoladkę czy co tam sobie pasażer winszuje). Dodatkowo zamiast plastikowych pojemników posiłek serwowany jest na porcelanie. Wzruszyło mnie bardzo zaangażowanie, z jakim są dobierane elementy brunczyku czy lanczyku: na trasie Poznań-Monachium serwowano przekąskę z kuchni heskiej, a między Monachium a Rzymem - cuda z winogron. Kuchnia heska mnie nie zachwyciła specjalnie, bo ani gruene soese, ani pasta z marynowanego sera (Schneegestoeber) za smaczna nie była, a przeraźliwie twarda bułeczka i średnia suszona szynka całości nie ratowała, najprzyzwoitszy był deser - Frankfurter Kranz (biszkopt z kremem maślanym, obsypany migdałami).
Przekąska winogronowa z kolei była przeurocza - pikantna sałatka z winogron, ziół, kaparów i czegoś ostrego ze stekami z tuńczyka (zanim nie przeczytałam w dołączanej do posiłku ulotce - czyż to, swoją drogą, nie słodkie? - co jem, byłam przekonana, że to jakiś lokalny analog wędzonej polędwicy), kozi i pleśniowy ser z winogronowym chutneyem (yummi!) i winogronową musztardą (yuck!) z wisienką na czubku w postaci galaretki winogronowej.
Ciekawa jestem, ile jeszcze regionów Lufthansa ma opracowanych (i czy w kuchni bawarskiej serwują takie tycie-tycie goloneczki?) i, oraz kiedy PLLot dorobią się czegoś tak uroczego?
Oczywiście że mnie kusiło, żeby skrzętnie zachomikować metalowe sztućce z logo Lufthansy, ale posiadam jednak na tyle przyzwoitości, żeby tego nie robić (tak, po części też dlatego, że nie wiedziałam, że do samego końca nie będę już przeczołgiwana przez bramki w celu obmacania mnie pod kątem posiadanych metali[1], a zwłaszcza elementów metalowych z ostrzem) - jak widać, dodatkowa kontrola już skontrolowanych pasażerów konieczna jest tylko w drodze do Krainy Wolności.
Zastanawiam się, czemu jeden z pierwszych zauważonych samolotów na rzymskim lotnisku miał oznaczenie D-ADHD. Przypadek? Nie wydaje mi się.
Poza tym zwiedziłam biegiem trzy lotniska, bo miałam raptem po 50 minut między samolotami. W Monachium bez zmian (szaro, śnieg, lód), w Rzymie mieli prześliczny wybór kolorowych skórzanych rękawiczek (mimo że tam wiosna, ciepło i zielono). Lot do Buenos w zasadzie przespałam z przerwami na forsowne karmienie, którego jednak unikałam. Uczę się na już hiszpańskiego, bo "habla inglese" bardzo słabo, ale bardzo się starają i na pokazywanego też się da dogadać (naranja - pomarańcza, leche - mleko, gracias - wiadomo, muchos - bardzo wiadomo). Nad Brazylią trochę trzęsło (z Rzymu samolot leciał przez Majorkę, Madryt, Maderę, Kanary, Cayenne, Sao Paolo, a przed samym Buenos nad Porta Allegre[2]). Jak widać - dopłynęłam, idę spać i wstaję po sjeście. Zdjęcia będą, jak znajdę w bagażu myszkę, bo bez myszki jak bez ręki. Hola!
GALERIA ZDJĘĆ
[1] Ależ oczywiście, że zapiszczałam na bramce mimo oddania mojej Gwiazdy Śmierci panu celnikowi do ręki, bo polar z na pierwszy rzut oka plastikowym suwakiem okazał się być źródłem generowania dźwięku, co wesoły celnik skwitował, że jakbym piszczała po zdjęciu polara, to wziąłby mnie na osobistą, bardzo zabawne.
[2] Zbieżność niezamierzona. TSD, czy Was też tak jak mnie bawi miejscowość San Hose con Majo? Święty Józefie na grzance (z majonezem). Fun!
EDIT: Dodałam zdjęcia.
.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 26, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
wlochy
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Dwa lata temu wyzłośliwiłam się w kwestii tego, jak wygląda według WP (kto zna, ten wie) świat z samolotu. I złośliwość swoją podtrzymuję, albowiem lecąc w klasie biznes ma się zdecydowanie więcej powodów do radosnego zachwytu. Mimo że w małych samolotach b-klasa to te same siedzenia i miejsce, ale ma się nad głową stewardesę (a konkretnie turecko wyglądającego stewarda o bogatym owłosieniu, który co chwila coś proponuje - a to wodę, a to czasopismo, a to może torbę przełożyć, wina, czekoladkę czy co tam sobie pasażer winszuje). Dodatkowo zamiast plastikowych pojemników posiłek serwowany jest na porcelanie. Wzruszyło mnie bardzo zaangażowanie, z jakim są dobierane elementy brunczyku czy lanczyku: na trasie Poznań-Monachium serwowano przekąskę z kuchni heskiej, a między Monachium a Rzymem - cuda z winogron. Kuchnia heska mnie nie zachwyciła specjalnie, bo ani gruene soese, ani pasta z marynowanego sera (Schneegestoeber) za smaczna nie była, a przeraźliwie twarda bułeczka i średnia suszona szynka całości nie ratowała, najprzyzwoitszy był deser - Frankfurter Kranz (biszkopt z kremem maślanym, obsypany migdałami).
Przekąska winogronowa z kolei była przeurocza - pikantna sałatka z winogron, ziół, kaparów i czegoś ostrego ze stekami z tuńczyka (zanim nie przeczytałam w dołączanej do posiłku ulotce - czyż to, swoją drogą, nie słodkie? - co jem, byłam przekonana, że to jakiś lokalny analog wędzonej polędwicy), kozi i pleśniowy ser z winogronowym chutneyem (yummi!) i winogronową musztardą (yuck!) z wisienką na czubku w postaci galaretki winogronowej.
Ciekawa jestem, ile jeszcze regionów Lufthansa ma opracowanych (i czy w kuchni bawarskiej serwują takie tycie-tycie goloneczki?) i, oraz kiedy PLLot dorobią się czegoś tak uroczego?
Oczywiście że mnie kusiło, żeby skrzętnie zachomikować metalowe sztućce z logo Lufthansy, ale posiadam jednak na tyle przyzwoitości, żeby tego nie robić (tak, po części też dlatego, że nie wiedziałam, że do samego końca nie będę już przeczołgiwana przez bramki w celu obmacania mnie pod kątem posiadanych metali[1], a zwłaszcza elementów metalowych z ostrzem) - jak widać, dodatkowa kontrola już skontrolowanych pasażerów konieczna jest tylko w drodze do Krainy Wolności.
Zastanawiam się, czemu jeden z pierwszych zauważonych samolotów na rzymskim lotnisku miał oznaczenie D-ADHD. Przypadek? Nie wydaje mi się.
Poza tym zwiedziłam biegiem trzy lotniska, bo miałam raptem po 50 minut między samolotami. W Monachium bez zmian (szaro, śnieg, lód), w Rzymie mieli prześliczny wybór kolorowych skórzanych rękawiczek (mimo że tam wiosna, ciepło i zielono). Lot do Buenos w zasadzie przespałam z przerwami na forsowne karmienie, którego jednak unikałam. Uczę się na już hiszpańskiego, bo "habla inglese" bardzo słabo, ale bardzo się starają i na pokazywanego też się da dogadać (naranja - pomarańcza, leche - mleko, gracias - wiadomo, muchos - bardzo wiadomo). Nad Brazylią trochę trzęsło (z Rzymu samolot leciał przez Majorkę, Madryt, Maderę, Kanary, Cayenne, Sao Paolo, a przed samym Buenos nad Porta Allegre[2]). Jak widać - dopłynęłam, idę spać i wstaję po sjeście. Zdjęcia będą, jak znajdę w bagażu myszkę, bo bez myszki jak bez ręki. Hola!
GALERIA ZDJĘĆ
[1] Ależ oczywiście, że zapiszczałam na bramce mimo oddania mojej Gwiazdy Śmierci panu celnikowi do ręki, bo polar z na pierwszy rzut oka plastikowym suwakiem okazał się być źródłem generowania dźwięku, co wesoły celnik skwitował, że jakbym piszczała po zdjęciu polara, to wziąłby mnie na osobistą, bardzo zabawne.
[2] Zbieżność niezamierzona. TSD, czy Was też tak jak mnie bawi miejscowość San Hose con Majo? Święty Józefie na grzance (z majonezem). Fun!
EDIT: Dodałam zdjęcia.
.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 26, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
wlochy
- 6 komentarzy
- Skomentuj