Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: 2016

Connie Willis - Crosstalk

Prawie współcześnie; Apple ma wypuścić nowy, rewolucyjny model iPhone'a. Konkurencyjna firma, Commspan, usiłuje znaleźć rozwiązanie równie rewolucyjne, a przynajmniej na tyle dobre, żeby zaistnieć na rynku. Pracująca w firmie Briddey, oprócz mnóstwa spotkań związanych ze strategią dla nowego produktu, ma na głowie skomplikowaną sprawę prywatną do przeprowadzenia - musi poinformować bardzo tradycyjną, irlandzką rodzinę, że jej narzeczony - Trent, rzutki menedżer z tej samej firmy, obiekt zazdrości wszystkich korporacyjnych plotkarek - zaproponował wspólne przejście przez procedurę EED jako preludium do zaręczyn. EED jest drobną, aczkolwiek wymagającą narkozy operacją mózgu, dzięki której której zakochani mogą czuć empatycznie swoje uczucia. Briddey jest zachwycona (rzadko który dżentelmen zgadza się na taki dowód miłości), ale też zaniepokojona, bo wie, że jej rodzina będzie przeciw. Okazuje się, że nie tylko rodzina - po piskach zachwyconych, rozplotkowanych korporacyjnych koleżanek, słyszy głos przeciw od biurowego nerda, C.B., świetnego specjalisty o dziwnych zwyczajach (chyba śpi w swoim laboratorium w piwnicy, a na pewno się nie czesze). Mimo silnej grupy zniechęcającej, w wielkiej tajemnicy (uniknąć plotkarek, uniknąć moralizującej rodziny) Briddey rzuca się głową naprzód w nowe perspektywy związku, tyle że kiedy budzi się z narkozy, okazuje się, że nie wszystko poszło jak trzeba. Zamiast czuć uczucia Trenta, słyszy w głowie głos C.B. Od tego momentu kończy się jej spokój - boi się, że Trent odbierze to jako zdradę, chociaż wcale z C.B. nic jej nie łączy; gorzej - do głosu C.B. zaczynają dołączać inne, więc nawet w swoim umyśle Briddey nie może być sama.

To nie jest tylko historia o skomplikowanym romansie (ale jakimż - Willis konstruuje niesamowity nastrój, zaraz zaczynam czytać ponownie wszystkie sceny w bibliotece!), a o prywatności. W epoce ciągłego bycia on-line trudno się ukryć i móc planować tylko w oparciu o swoje potrzeby. Ba, ukrywanie się oznacza dla wielu ściśle obserwujących, że ktoś ma kłopoty i jeszcze trudniej się od nich odgonić. Owszem, Briddey jest bezwolna jak owca - nie umie odłożyć dzwoniącego telefonu, nie umie nie reagować na kilkadziesiąt sms-ów i wiadomości na komunikatorach, nie umie zamknąć drzwi przed wpychającą się wszędzie rodziną, a Trentowi - który obiektywnie wcale nie zachowuje się jak nieprzytomnie zakochany, a raczej jak kontrolujący policjant - pozwala na zarządzanie jej czasem; nie zmienia to faktu, że to celna obserwacja nurtu społecznego epoki smartfonów.

To, co potencjalnie może przeszkadzać, to objętość książki, mocno nasycona powtarzającymi się motywami (kolejna ucieczka, nadopiekuńcza siostra naruszająca prywatność 9-letniej córki, setka przeszkadzających ludzi po drodze) - akcja raczej się wlecze, pewnie bez straty można by ją skoncentrować. Za to koniec jest nagły i taki... ale jak to. Na tle innych książek nazwałabym tę udanym crossoverem "Nie licząc psa", "Przejścia" i Przewodnika stada" (na szczęście z happy endem).

Inne tej autorki autorki.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 26, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 0 komentarzy - Skomentuj


Joanna Jodełka - Grzechotka

Weronika, psycholożka, oderwana od kanapy w deszczową niedzielę, niechętnie jedzie na spotkanie z policją. Irytujący policjant prosi ją o ocenę poczytalności młodej kobiety, Edyty, którą pogotowie przywiozło do szpitala w trakcie ataku paniki - podobno (a badania lekarskie to potwierdziły) była w ciąży, ale już nie jest, a nie ma dziecka. Weronika jest niechętna, bo sytuacja nakłada się na jej prywatną traumę - rok wcześniej urodziła dziecko, które zmarło po kilku godzinach, ale - po różnych zwrotkach akcji - decyduje się Edycie (i jednocześnie policji, która podejrzewa dzieciobójstwo) pomóc. W dusznej atmosferze ciasnych poznańskich domów psycholożka i policjant nie tylko rozwiązują sprawę, ale i nawiązują bardziej bliskie kontakty.

W tle dokładny geograficznie Poznań - szpital na Polnej, szpital Raszei, kancelaria notarialna na Matejki, domek w podpoznańskiej Dąbrówce, Stare Miasto, plomby na Ogrodowej i Zwierzynieckiej. Nie spodobał mi się dziwny wątek kotki Weroniki, rodzącej kocięta, zapewne niebagatelny dla akcji, ale rozwiązany w sposób dla mnie nieprzyjemny. Klimat raczej mroczny, zdecydowanie nie na końcówkę ciąży i połóg.

Inne tej autorki tutaj.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 22, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 0 komentarzy - Skomentuj


Ryszard Ćwirlej - Śliski interes

Grudzień 1983. Mieszkańcy Poznania głównie interesują się tym, co przed świętami "rzucą" do sklepów, chyba że są dozorcami, wtedy interesują się tym, ile śniegu napadało, bo muszą sprzątnąć. Albo Teosiem Olkiewiczem, który nade wszystko pragnie dostać śledztwo w sprawie chrzczonej wódki w poznańskim Polmosie, bo po pierwsze od wódki jest ekspertem, a po drugie liczy się dobro obywateli (i może przy okazji coś skapnie do schowania w piwnicy przed żoną, która niszczy alkohol, robiąc z niego ajerkoniak). Problem w tym, że bardziej nagląca jest sprawa wypatroszonych zwłok, znalezionych w kupie śniegu pod Modeną, które przypadkiem wpadają Olkiewiczowi, zastępującemu na dyżurze kolegę. Na Mirka Brodziaka nie można chwilowo liczyć, bo pojechał ostrzec swojego kumpla, Grubego Rycha, że SB się na niego szykuje. Nie żeby Teofil jakoś specjalnie narzekał - udaje mu się napić przy każdej chyba okazji, a dodatkowo najpierw poznaje (w sensie biblijnym) ochoczą kierowniczkę sklepu, która pod kitelkiem ma czerwoną bieliznę, a potem zacieśnia przyjaźń z młodą sąsiadką z Wildy. Szczęśliwie wszystkie sprawy - wódka, tajemnicze zwłoki z importu i ścigający Grubego Rycha bandyci - splatają się ze sobą, żeby zakończyć się szczęśliwym finałem.

Do łez ubawiło mnie wplecenie powieści, pisanej przez porucznika Marjańskiego na konkurs (oczywiście w serii niebieskich zeszytów "Ewa wzywa 07"), w której na podstawie opowieści Teosia konstruuje pięknego produkcyjniaka, opisującego, jak naprawdę wyglądało śledztwo. Prawie tak bardzo mnie to rozbawiło, jak to, że główna kwatera konkurencji Grubego Rycha - bandy Żurawia - mieści się tuż koło mojej pracy, na styku ulic Kujawskiej i Mazowieckiej. Dwa razy dziennie przejeżdżam, dwa razy dziennie się uśmiecham.

Inne tego autora.

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 16, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 2 komentarze - Skomentuj


Martha Grimes - Fadeaway Girl

Napisaną po 5 latach kontynuację "Hotelu Belle Rouen" przeczytałam 3 lata po poprzednim tomie i fakt, że napisałam o tym notkę upewnia mnie po raz kolejny, że mam absolutną (i jakże ekonomiczną) umiejętność zapominania fabuły, bo dałabym się pokroić, że w życiu książki na oczy nie widziałam. A jednak. U mnie minęły trzy lata, a akcja zaczyna się jakiś tydzień po zakończeniu poprzedniego tomu - Emma pisuje do lokalnej gazety kolejne reportaże o tym, co się jej przydarzyło. A raczej nie pisuje, bo po napisaniu dwóch części straciła wenę i skupia się na wyjaśnieniu tajemnicy zaginięcia dziecka w hotelu Belle Rouen metodą opisaną w poprzednich tomach - chodzi od człowieka do człowieka (również obcych), zadaje pytania nie wprost i - co ciekawe - dociera do sedna. Pomaga jej w tym przypadek - do La Porte przyjeżdża po ponad 20 latach ojciec zaginionego dziecka, a w hotelu Paradise pojawia się cwaniakujący młodzieniec, któremu Emma nie ufa. Sprawa kończy się krwawo, na szczęście omijając dziewczynkę; nie wiem, czy autorka nie szykuje kolejnego (albo i kolejnych dwóch) tomu.

Jak nie dla wyjaśnienia tajemnicy, tak dla dusznego, letniego klimatu małych amerykańskich miasteczek i ich czasem ekscentrycznych mieszkańców warto spędzić czas na czytaniu. W tle 90-letnia ciotka Aurora popija kolejne koktaile, przyrządzone przez Emmę z kradzionego alkoholu (chętni mogą wyłuskać przepisy). Brat Emmy - Will - ze swoim przyjacielem Millem przygotowują kolejne przedstawienie, chociaż nie ma wielkiego wpływu na akcję; jest za to pół samolotu, chmury, a lokalne dziewczęta pląsają w strojach baletowych na próbach. Pani Graham pysznie gotuje, co autorka pieczołowicie wylicza każdego dnia, niezadowolona jest tylko chimeryczna rezydentka, panna Bertha, której Emma psuje każdą potrawę za pomocą ostrych papryczek i sosu rokforowego. Kiepską matką okazuje się tym razem współwłaścicielka hotelu, pani Davidow, która swoją dziwnie się zachowującą córkę Ree-Jane każe odwieźć do szpitala psychiatrycznego.

Inne tej autorki.

#64-65

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 10, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 0 komentarzy - Skomentuj


O greckich kotach

[18-24.08.2016]

Długołape, długonose, raczej szczupłe. Zwykle czyste i zadbane, czasem zdarza się poszarpane ucho, czasem niestety ewidentnie nie leczone infekcje oczu. W restauracjach, w hotelu, przy progach domów. Najwięcej spotkałam w Retymno (o którym w następnym, ostatnim, odcinku niebawem), po kilkunastu przestaliśmy liczyć.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 2, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 0 komentarzy - Skomentuj


Kruszwica

W drodze do dziadków-bez-ogrodu (Maja rozróżnia dziadków i babcie lokalizacyjnie - są ci-z-ogrodem i ci-bez-ogrodu) wreszcie udało się zrobić pit-stop przy Mysiej Wieży. Wreszcie, bo mimo że kursujemy obok kilka razy do roku, to jakoś nigdy się nie składało. W sezonie jest tłumnie, bo i autokary, i przejażdżka statkiem po Gople, turystyczne pamiątki made in China, jesienią już spokojniej. Bilety w kiosku pod wieżą (6,5 zł dorosły, 5,5 zł nieletnia). W środku drewno, kamień, 102 schody[1], okolicznościowa wystawa zdjęć z plenerów "Starej baśni", zdjęć flory i fauny oraz tzw. sztuki naiwnej (zmutowane myszy nękają zażywnego acz spanikowanego Popiela z małżonką).

Na szczycie widoki za miliony dolarów, mocno podkręcone fantazyjną kompozycją chmur.




Wisienką na czubku był przejazd przez strefę estetycznego gore - Skibin, gdzie w ramach ludycznych obchodów (Codename Dożynki) na poboczu poustawiano figury ze słomy. Bolek, Lolek i Tola są z tego wszystkiego całkiem niezłe. Minionki, smurfy, gąsienica czy największy hit - chyba 4-metrowa ofoliowana butelka wódki z pijakami malowniczo upozowanymi u podstawy - mogą się przyśnić w nocy.

[1] Ha, służbowa lokalizacja zapewnia mi codzienny trening - #pokawę mam 45 stopni w jedną stronę, a zdarza mi się schodzić do kuchni kilka razy dziennie. TŻ po wejściu i zejściu doznał zakwasów w łydkach.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 26, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 5 komentarzy - Skomentuj


J. K. Rowling - Harry Potter i Zakon Feniksa

Wakacje przed 5. rokiem Harry'ego w Hogswarcie. Harry, z depresją po śmierci kolegi i spotkaniem oko w oko z Voldemortem, odizolowany od pozostałych czarodziejów i przyjaciół, kiśnie na Privet Drive. I kisłby tak całe wakacje, jakby nie pojawili się nagle Dementorzy; Harry'emu udało sie udaremnić ich atak na Dudleya, ale w konsekwencji wuj z ciotką się wściekli, a do tego z Ministerstwa Magii przyszło wezwanie na przesłuchanie. Cała ekipa magów wyjmuje Harry'ego z domu wujostwa i eskortuje go do tajnej kwatery Zakonu Feniksa, mieszczącej się w domu Syriusza Blacka. Przesłuchanie kończy się sukcesem, Harry wraca do Hogwartu, chociaż jest wściekły na cały świat, bo nikt - poza Zakonem Feniksa i ignorującym go - nie wiadomo czemu - Dumbledorem.

Nowy rok upływa na walce z przysłaną przez Ministerstwo Magii nową nauczycielką - panią Umbridge, która zamiast obrony przed czarną magią każe im czytać książkę, Harry'ego brutalnie karze za krnąbrność, a całą szkołę zaczyna na mocy przyznanej władzy skutecznie niszczyć. Nie pomaga, że Dumbledore jest niedostępny, a Hagrida najpierw nie ma, a potem wraca z tajemnicą i niespecjalnie ma dla młodzieży czas. Dodatkowo z polecenia Dumbledore'a ciągle nielubiany Snape uczy Pottera ochrony umysłu, ponieważ Harry ma sny, w których widzi to, co widzi Voldemort; niestety niechęć jest silniejsza niż rozsądek, a ciekawość zmusza Harry'ego do zagłębiania się w sny.

W tym tomie równie silnie odczuwałam irytację zachowaniem Harry'ego (o, jakże nie jestem gotowa na wiecznie nakręconego nastolatka w domu), co znużenie prowadzeniem akcji metodą "każdy zna kawałek, ale nikt nikomu nic nie mówi".

Inne tej autorki.

#63

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 25, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 0 komentarzy - Skomentuj


Kira Gałczyńska - Jeszcze nie wieczór

Sonia Gasztołd, z TYCH Gasztołdów, wiedzie ustabilizowane życie - tu inspirujące spotkanie, tu intelektualna rozmowa, tu ciekawa propozycja pracy w prestiżowym zawodzie scenografki, uczynna córka (potem pojawia się ta mniej miła), w odwodzie cierpliwy kochanek (nic to, że z prawowitą małżonką), do momentu, kiedy w trakcie rekreacyjnego pobytu w sanatorium łamie nogę. Noga połamana paskudnie, lokalny chirurg z kurortu odmawia leczenia, ale Sonka się nie poddaje i przez prawie 2 lata walczy o to, żeby nogę uratować.

I jak samą akcję bym wytrzymała, tak to, co dzieje się dookoła, jest nie do zniesienia, bo jest pretekstem do podzielenia się opiniami (choć może lepszym określeniem są "rozrachunki") Sonki/alter ego autorki o wszystkim dookoła; ocena pojawia się w przemyśleniach bohaterki lub w dialogach, zamaskowana jako fikcja. Rzadko kiedy czytanie sprawia mi przykrość, a tutaj brnęłam w kolejne rozdziały coraz bardziej zniesmaczona. "Sonka" tęskni za cudownymi układami z PRL-u (nawet mimo tego, że jeden z jej byłych mężów był tzw. wywiadowcą, co wtedy ją strasznie bawiło, później już mniej), wspomina ludzi znanych, z którymi się stykała, zostawia laurki ulubieńcom, a znienawidzonych wymienia z nazwiska wraz z ich przewinami. Współcześni raczej się jej nie podobają - nie cierpi Fotygi, sarka na autorów książki o "Wierze Gran" ("po co było taką książkę pisać?") oraz nieustająco ubolewa nad upadkiem obyczajów. W tle snuje się katastrofa w Smoleńsku, dająca asumpt do opowiedzenia "wspomnienia", jak to były prezydent Kaczyński zaprosił ją na spotkanie z ambasadorem Litwy, co jadła, o czym rozmawiała z księdzem Indrzejczykiem. Ponieważ sporo czasu spędza w szpitalach i sanatoriach, bogato opisuje i NFZ, lekarzy, księdza-kapelana i współpacjentów. Tym ostatnim dostaje się najwięcej - narzeka na staruszki, na głośne msze, brak higieny i smród. Klinika w Konstancinie - fujka, prywatne sanatorium w Ciechocinku - perełka.

Dłuższą recenzję, którą mogłabym w całości skopiować, przeczytałam na lubimyczytac.

#62

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 20, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 5 komentarzy - Skomentuj


Robert Galbraith - Jedwabnik / Żniwa zła

Tytułowy Jedwabnik to tytuł rękopisu mało znanego i raczej niespecjalnie poważanego pisarza, który zapowiedział, że będzie o nim głośno, po czym zniknął. W książce opisał wszystkich swoich znajomych (oraz żonę) w sposób przerażający i paskudny. Mimo to do Cormorana Strike'a z prośbą o znalezienie zwróciła się właśnie opuszczona małżonka, której zaczęło brakować dostarczanych przez pisarza pieniędzy; nie ma co ukrywać, Strike zgodził się tylko dlatego, że był niewyspany i wściekły na gburowatego klienta. Sprawa okazała się prestiżowa, bo odnalezienie zmasakrowanych (w sposób szczegółowo opisany w książce) zwłok pisarza, a następnie pewna indolencja policji, pozwoliły Strike'owi z niebagatelną pomocą asystentki/partnerki Robin znaleźć zbrodniarza.

Poza intrygą większość książki upływa na tym, że detektyw forsuje kikut swojej uszkodzonej wojną nogi oraz przepracowuje się z braku życia osobistego, zaś Robin jako ta sosna na skale jest rozdarta między aprobatą swojego narzeczonego (a konkretnie jej brakiem) a chęcią zyskania szacunku szefa.

W Żniwach zła autorka robi przegląd przez teksty skądinąd bardzo ciekawego zespołu Blue Öyster Cult, umieszczając je przed każdym rozdziałem, a że rozdziałów jest dużo, to można się poczuć jak w latach 70. Głównym zawiązkiem intrygi jest fakt, że cytat z BÖC matka Strike'a miała wytatuowane nad wzgórkiem łonowym i że ktoś - tajemniczy morderca przysyłający odciętą, kobiecą nogę do agencji detektywistycznej - traktuje jakąś zadrę z przeszłości bardzo osobiście. Cameron szybko typuje czterech rokujących psychopatów - lokalnego mafiozo, na którego doniósł, swojego ojczyma, którego obwinia o śmierć matki i dwóch eks-kolegów z wojska, którym pomógł dostać się za kratki po odkryciu paskudnych sprawek. Policja skupia się tylko na tropie pierwszym, a ponieważ agencja z dnia na dzień traci klientów, Robin pomaga wyśledzić pozostałych.

Wątki obyczajowe tutaj już dość mnie znużyły - Robin zostawia narzeczonego, bo wyznał, że ją zdradził, a do tego był zazdrosny o Camerona, Cameron z kolei zaprzecza przed sobą, że czuje coś do Robin. Asystentka najpierw obrywa od przestępcy, potem - w wyniku podjęcia przez nią samodzielnej akcji - zostaje wyrzucona przez Camerona z pracy. W międzyczasie godzi się z narzeczonym i jedzie na ślub, gdzie potwierdza przez ołtarzem, patrząc na Camerona. Trochę ckliwe.

Inne tej autorki.

#60-61

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 13, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 1 komentarz - Skomentuj


Colin Dexter - Ktokolwiek widział... / Tajemnica pokoju nr 3

Ktokolwiek widział...

Morse dziedziczy po nagłej śmierci inspektora Ainleya bardzo skomplikowane śledztwo - 3,5 roku wcześniej zaginęła młoda dziewczyna, wyszła rano do szkoły i od tej pory mimo szeroko zakrojonych poszukiwań nikt jej nie widział. Teoretycznie nie ma szans, żeby ją teraz odnaleźć, ale tuż przed śmiercią inspektor otrzymał list napisany ręką zaginionej, żeby jej nie szukać. Morse ma wiele koncepcji (tyle że po kolei się falsyfikują w trakcie dochodzenia), ale zakłada, że dziewczyna od dawna nie żyje i prawdopodobnie jest pogrzebana na miejskim śmietnisku, gdzie pracuje jej ojczym. Podejrzanych wiele - dyrektor szkoły, wicedyrektor szantażysta, nauczyciel - kochanek nieletniej, a nawet matka; sytuacja nieco się komplikuje, kiedy ktoś morduje dyrektora. Rozwiązanie jest - nawet dla Morse'a - bardzo zaskakujące.

Się je: ser i piwo w pubie, orientalne danie w chińskiej restauracji, żona Lewisa umie "gotować frytki", ale Lewis woli smażone ziemniaki.

Tajemnica pokoju nr 3

Tytułowy pokój mieści się w aneksie hotelu Haworth, gdzie odbywał się kostiumowy Sylwester. Impreza była przednia, co stwierdzili wszyscy łącznie z recepcjonistką i właścicielem hotelu, ale wszystko siada, kiedy w pokoju numer 3 znajdują się zwłoki dżentelmena przebranego za rastafarianina. Morse i Lewis najpierw okupują hotel, co pozwala im znaleźć całkiem niezły ślad, a potem ruszają w poszukiwaniu mieszkańców hotelu, którzy zwiali (czasem bez płacenia) podając fałszywe adresy. Nie wiadomo czemu Morse ignoruje umizgi uroczej panny recepcjonistki, a od nocy pełnej płatnego seksu ratuje go tylko to, że w hotelu nie ma dwuosobowego apartamentu.

Autor niestety dodaje cytat na rozpoczęcie każdego rozdziału, który czasem nie ma kompletnie związku z rozdziałem. Na szczęście też dość kwieciście używa przenośni:

Domy te, zbudowane z żółtawobrązowej cegły i pokryte fioletowymi i niebieskimi dachówkami, mogą się współczesnym wydawać raczej surowe i pozbawione fantazji. Nie jest to jednak właściwa ocena, gdyż atrakcyjne ornamenty z pomarańczowej cegły biegnące wzdłuż budynków łagodzą surowy charakter wielu z nich, a ostre łuki obwiedzione są wzorami w kolorze pomarańczowym i fioletowym, co wygląda tak, jak gdyby stara ladacznica znad Morza Śródziemnego nałożyła na powieki zbyt jaskrawy makijaż.

Inne tego autora.

#58-59

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 11, 2016

Link bezpośredni - Tag: 2016 - 0 komentarzy - Skomentuj