Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: 2025

Gabrielle Zevin - Jutro jutro i znów jutro

Sadie i Sam spotykają się przypadkiem w szpitalu. Alice, siostra Sadie choruje na nowotwór, Sam z kolei ma stopę potrzaskaną w wypadku, do tego nie mówi. Sadie nawiązuje z nim kontakt, grają razem w gry komputerowe; nastolatka zirytowana na rodzinę zajmującą się siostrą, korzysta z wolności w szpitalu, a że jeszcze przy okazji wpisuje sobie te wizyty jako wolontariat - tym lepiej. Do czasu, kiedy Sam się o tym dowiaduje od nieco złośliwej Alice, wtedy zrywa wszelkie kontakty z osobą, którą uważał za jedyną przyjaciółkę. Mija kilka lat, oboje spotykają się przypadkiem w Nowym Jorku, mimo początkowej sztywności zaczynają razem pracować nad grą komputerową i chwilę potem dołącza do nich współlokator Sama, Marx i Dov, wykładowca MIT, on-and-off toksyczny kochanek Sadie, ale też utalentowany projektant gier. I nagle jest lawina, której się nie da zatrzymać - pierwsza gra jest sukcesem, druga psuje stosunki między Samem i Sadie, a do tego klinem, który się wbija między współpracowników, jest związek Sadie i Marxa; ale są kolejne gry, firma Unfair Games jest liderem. Z nielinearnej narracji - na przykład z informacji udzielanych post factum w wywiadach - wiadomo, że stanie się coś, co zachwieje i tak już kruchym zawodowo-prywatnym, platonicznym związkiem między Sadie i Samem. Czy się rozejdą po tragedii, czy jednak znajdą sens w tym, żeby iść obok siebie?

To brzmi drętwo, ale to moja najlepsza książka przeczytana w tym roku. Wzruszałam się tak chyba ostatnio na “Poddanych Microsoftu” i to chyba właśnie taki klimat jest najbliższy powieści Zevin. To opowieść o pasji, nerdach, feminizmie, związkach, zazdrości i wsparciu, dziedzictwie kulturowym i przywłaszczeniu, rodzinie - biologicznej i przysposobionej, przyjaźni, zaufaniu i nieufności. I o grach komputerowych - nie jestem gamerką (zatrzymałam się na etapie “Match 3”), ale czuć, że autorka jest, a przynajmniej dobrze odrobiła lekcję na temat pisania gier, marketingu, silników, warstwy graficznej i grywalności. Ale mimo tego, że to opowieść o entuzjastach gier, nawet jeśli kogoś gry nie interesują, mocno osadzona w znanej mi popkulturze, a do tego o tym, co niezmienne od czasów Szekspira - byciu razem mimo przeciwności losu.

Inne tej autorki:

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 17, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 1 komentarz - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny

Na Złotej 21 DC[1] gospodarz domu przygotowuje się do wizyty komisji porządkowej, zagląda więc do dawno nie odwiedzanych lochów za piwnicami. Kiedy czuje charakterystyczny zapach, wie, że to nie będzie jego najlepszy dzień - w odległym zakamarku znajduje zwłoki kobiety w stanie daleko posuniętego rozkładu. Milicja przybywa szybko, porucznik Szczęsny zarządza techników i patologa. Z pomocą gospodarza analizuje listę lokatorów, dzięki czemu niedługo potem wiadomo, że Kowalikówna, która miała od kilku tygodni spędzać urlop u rodziny, nigdy tam nie dotarła. Udaje się odtworzyć przebieg ostatniej nocy, kiedy ją widziano, przy okazji wychodzi sprawa nielegalnego handlu mięsem, szaber mienia poniemieckiego, konflikty na tle uczuciowym, pijaństwo, wtykę na posterunku milicji, a w finale - już po wyeliminowaniu innych podejrzanych - zostaje sprytny morderca, który próbuje się zasłonić chorobą psychiczną. Dodatkowo, ma za sobą epizod u Śjvnqxój Wrubjl, jvęp wrfg anmljnal frxpvnemrz v gb frxgę jfmlfpl jvavą, żr wrfg rebgbznarz (“retmanem”).

To jedna z pierwszych, jak nie pierwsza, historia śledztwa prowadzonego przez atrakcyjnego blondyna z ciemnymi oczami, najpierw porucznika, na końcu już majora Szczęsnego. To służbista, szczególarz, nad życie prywatne przedkłada pracę. Kobiety na niego lecą, młode czy stare, ale w tym tomiku jest raczej oziębły, nie interesuje się żadną z pań; nie że konflikt interesów, raczej jest zbyt zmęczony i zaangażowany w śledztwo. Książka była wydana w 1957 roku, pojawiają się drobne przytyki do “starych porządków” typu

– W każdym przypadku przestępstwa pomoc społeczeństwa jest dla nas bardzo ważna. Ludzie muszą nauczyć się traktować zbrodniarzy i bandytów jako zakałę społeczną, jako coś, co fatalnie przeszkadza im w spokojnym, normalnym życiu. A tymczasem wciąż jeszcze pokutuje u nas niechęć do munduru milicyjnego i bierna postawa wobec przestępcy.
Antosiak poruszył się i chrząknął:
– To zostało sprzed wojny — odparł. — Ja sam nie znosiłem widoku policji i właściwie często byłem bardziej po stronie złodzieja niż policjanta. No, nie mówię o mordercach.
– Ma pan rację, to pozostałość z okresu sanacji… Ale nie przyszedłem tu na dyskusję polityczną.

Humor: Cieć wyraża się brzydko, gdzie ma komisję; patolog opowiada polityczne dowcipy i zachęca do śmiania się, wszak nie są na komisariacie; sekretarz partii ma stare nawyki, więc nadużywa Jezus-Maria nadaremno.

Szowinizm powszechny: Babom trzeba mówić kłamstwa typu “znaleziono bombę” zamiast informacji o zwłokach, żeby nie panikowały. I tak się dowiedziały, bo nie są głupie i nic się nie działo. Żeby kobieta była traktowana jako ładna, to musi się uśmiechać. Kobieta jest odsądzana od czci po tym, jak umówiła się z żonatym majstrem, ojcem sześciorga dzieci - to ona chce coś ciałem uzyskać, to nie tak, że majster ją wabi lepszą posadą. Baby od razu ryczą, nie da się z nimi rozmawiać. Kobieta, która w nocy idzie do domu obcego mężczyzny, sama się prosi o kłopoty.

Się dba o zdrowie: zasadniczo się nie dba - major przychodzi z katarem do pracy, a Szczęsny zarywa nocki, nie myśli o jedzeniu, a w domu zostaje tylko na dzień, żeby wykurować się po otrzymaniu ciosu w głowę.

Się pali: wczasowe (Szczęsny), sporty (na przesłuchaniu).

Się wykłada kosz na śmieci: Trybuną Ludu.

Się je: kanapki z kiełbasą jałowcową, konserwy (podstawa diety Szczęsnego), podsmażaną kaszankę z kapustą.

Się pije: kawę (Szczęsny na litry), zmrożoną wódeczkę (pod kaszanką).

Się otwiera: windę kluczykiem do konserw.

Bawiąc uczyć: jak wykrywać krew chemicznie czy biologicznie.

[1] DC = Default City = Warszawa.

Inne tej autorki.

#68/#16

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 15, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Heidi Sopinka - Słownik języków zwierzęcych

Ivory ma prawie 90 lat, ale ciągle pracuje - jej życiową misją jest zebranie tytułowego słownika języków zwierząt, przy czym, nie tylko o dźwięki chodzi, ale o kształt, kolor, formę, ruch. Zależy jej na tym, bo czasem może to być ostatnia szansa na uchwycenie czegoś zanim zniknie na zawsze. Jednocześnie dowiaduje się dwóch rzeczy - uczelnia cofa jej grant i nalega, żeby przeszła wreszcie na emeryturę, przy czym nie gwarantują kontynuacji badań oraz została odnaleziona jej wnuczka. Problem w tym, że Ivory nie miała dziecka. Z mnóstwa dygresji, oszczędnie dawkowanych przez narratorkę, wyłania się nietypowy życiorys - zakała bogatej rodziny oddana do klasztoru, studia w Paryżu tuż przed drugą wojną światową, surrealistyczna bohema, poznanie Lwa - rosyjskiego dysydenta, wielka, niszcząca miłość, wojna, aresztowania, ucieczka, śmierć przyjaciółki, rozstanie, zastąpienie pędzla notesem. Współczesność przeplata się z przeszłością, kariera naukowa zastępuje miłość i rodzinę, czy upór jest normalny, czy jednak dowodzi początków demencji?

Dziwna książka, nadmiernie skomplikowana i dygresyjna, bardzo trudno mi było się na niej skupić, nie wspominając o śledzeniu fabuły. Zmęczyłam się czytając, to chyba nie jest taki typ pisania, jaki lubię. I nie wiem czemu, podobały mi się tego typu książki, gdzie z kolejnych epizodów czytelniczka sobie konstruuje historię. Jest napisana ładnym językiem, miewa celne frazy i przemyślenia na temat codzienności, aktualne i dziś. Do tego jest książką o miłości, zatracaniu się w związku, oddawaniu kawałka siebie i rezygnacji, bardzo to ładnie opowiedziane. Ale w całości czegoś zabrakło albo było za dużo. Nie mówię, że to zła książka, ale dziwna.

#67

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 14, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Pensjonat na Strandvägen

Rok 1967, początek czerwca. Rzecz się dzieje egzotycznie, bo w Szwecji. W małej nadmorskiej miejscowości w luksusowej willi mieszkają zamożni wczasowicze, spędzają czas na spacerach, brydżu i rozmowach. Wtem jedna z lokatorek, milionerka Jansson, zostaje znaleziona martwa. Okazuje się, że dama była z pochodzenia Polką, a na ramieniu miała wytatuowany numer, co wskazywało, że była więźniarką z Oświęcimia. O śledztwie, prowadzonym przez bardzo młodego policjanta, opowiada w swoich notatkach jeden z mieszkańców pensjonatu, dokooptowany do śledztwa ze względu na zawód - jest lekarzem policyjnym. Policja wraz z dziennikarzami analizuje różne tropy, pada nieodłączna sugestia, że to dzicy obcokrajowcy, w tym Polacy, bo przecież żaden szanujący się Szwed itd. Ginie kolejny Polak mieszkający w okolicy, również po przejściach obozowych, a niedługo potem jeden z policjantów z lokalnego posterunku. Narrator podkpiwa sobie z młodego śledczego, ale ten dowiaduje się zaskakująco dużo rzeczy o zamordowanej i idzie jak po sznurku do zbrodniarza wojennego, który myślał, że się nie wywinie.

Nie czytałam wcześniej tej książki, ale tropy pozostawione przez autora były oczywiste, zwłaszcza że to nie jedyna książka Edigeya, gdzie intryga jest oparta o ten sam charakterystyczny motyw, co u pewnej znanej autorki kryminałów. Miejsce akcji jest dość pretekstowe, równie dobrze mógłby to być jakiś polski kurort, bo realia są dość ubogie[1]; może był to pretekst do bawiąc-uczyć o Folke Bernadotte i jego powojennej akcji wsparcia dla więźniów obozów. Klasycznie, morderca złapany jest za pomocą odcisku na szkle oraz dzięki sprytnej prowokacji, której ten nawet nie zauważa. Trochę polityki - zamieszanie na Bliskim Wschodzie oraz dywagacje o równowadze w Szwecji, gdzie wzajemnie na siebie wywiera nacisk rząd, prasa i opozycja, a jak coś pójdzie nie tak, to zwalniany zostaje personel niższego szczebla.

Się kupuje: tani alkohol na polskim promie, tańsze masło i ser w Kopenhadze.

Się nie pije: herbaty, jak kto pije - gwarantowanie obcokrajowiec.

Się pije: doskonały koniak.

Seksizm: właścicielka pensjonatu sugeruje zapieczętowanie pokoju denatki, pomysł oczywiście przypisuje sobie lekarz policyjny. Pokojówka jest określana tylko jako apetyczna, śliczna i urocza, a podczas przesłuchania, kiedy okazuje się, że coś przemilczała, śledczy bynajmniej nie jest dla niej bardzo uprzejmy.

[1] Potencjalnie egzotyczną jak na lata 60. rzeczą jest opcja pójścia do nocnego klubu na striptiz w celu rozrywki. Wprawdzie panie są ponętnie krągłe, ale całość jest nudna. Dodatkowo elementem intrygi jest kradzież i przy okazji szczegółowe wyjaśnienia, jak działają czeki, których w Polsce nie było wtedy (nie narzekam, mam w pamięci krótki epizod z próbą korzystania z czeków w okresie przed posiadaniem konta, nie polecam, nikt tego badziewia nie honorował, a próba wypłaty była karkołomna).

Inne tego autora.

#66/#15

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 12, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 4 komentarze - Skomentuj


Izabela Tadra - Hotel ZNP

Narratorka, czasem zwana przez wiarołomnego męża Wilhelma Belcią, snuje monolog. O swojej matce, włosach jako znaku rozpoznawczym, które jednak goli na zapałkę, bo jej mąż wtedy się nią zachwyca, o tym, że mąż kupił jej pieska po tym, jak urodziła martwe dziecko, a potem zatrudnił do opieki nad pieskiem Niańkę, z którą miał romans. O wcześniejszych związkach, o historii romansu, który Niańka w tym rzadkim momencie, kiedy zawarły sojusz przeciw Wilhelmowi, opowiadała przy papierosach w łazience, a który to romans miał miejsce w tytułowym hotelu. W tym samym hotelu, w którym narratorka spotyka się z panem, któremu tę opowieść snuje.

Wierzę, że jest to głos pokolenia, głos kobiet, które godzą się na kompromisy w imię tradycji, mąż, dziecko, a potem pozostałą z pustką i niespełnieniem, wypełniając niewygodną rolę, narzuconą przez nie wiadomo co - poczucie obowiązku, lojalność, posłuszeństwo. Ale jednocześnie to bardzo męczący utwór, zapewne bardziej sceniczny niż powieściowy, nie ma fabuły, nie ma rozwiązania i finału, jest tylko opowieść w opowieści, która zawiera kolejne opowieści. Przeczytałam, Wy nie musicie.

#65

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 10, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Karel Čapek - Inwazja jaszczurów

Kapitan Van Toch, Czech udający Holendra, odkrywa w tropikach inteligentne jaszczury - uczą się szybko mówić i kreratywnie korzystają z narzędzi. Na początku wymienia drobne elementy uzbrojenia za perły - zyskuje drogie klejnoty, za które może urządzić się do końca życia, a jaszczury mają czym bronić się przed dziesiątkującymi je rekinami. Sytuacja szybko eskaluje, drobne przedsiębiorstwo poszukiwawcze po śmierci kapitana przeradza się w ogólnoświatowe konsorcjum, które szkoli jaszczury, rozwozi po całym świecie i sprzedaje do czasem morderczych prac podwodnych. Ma to oczywiście wpływ na światową gospodarkę, pojawia się konsekwencje - konflikty dyplomatyczne, często nieludzkie warunki traktowania jaszczurów budzą z jednej strony współczucie (i dyskusje, czy salamandry mają duszę), z drugiej zmuszają do coraz większej hodowli i zastępowania zużytych, panoszą się piraci, odławiający dzikie osobniki, dostarczanie zwierzętom broni i ładunków wybuchowych prowadzi do niespodziewanego finału.

Rzuciłam się na Čapka jak Reksio na szynkę, bo wreszcie jakiś klasyk, który nie dość, że jest świetnie napisany, to jeszcze nie irytujący i zabawny. Doskonałą frazę i nie irytującą treść podtrzymuję do samego, ale im dalej w las, tym bardziej mi rzedła mina. Nie że nie ma humoru - jest, mnóstwo, a oprócz często używanej ironii jest sporo zabawy formą - cytowane są celne komentarze, artykuły, depesze; bohaterowie absolutnie nie zdają sobie sprawy z wagi tego, co robią, a autor to bezlitośnie punktuje. Problem w tym, że to zabawna książka o niewolnictwie, wyścigu zbrojeń, wojnie i metodycznym niszczeniu grupy stworzeń w celu zaspokojenia demona kapitalizmu. Więc heheszki heheszkami, ale szybko miałam gęsią skórkę podczas słuchania, a uśmiech mi zamierał na ustach. Uprzedzając pytania, to książka o ludzkości o tym, jak szybko i zręcznie jesteśmy w stanie zniszczyć coś, co bez nas dobrze funkcjonowało oraz jak bardzo jesteśmy nienasyceni; dlatego nie możemy mieć ładnych rzeczy. Świetne, chcę więcej Čapka, ale może niekoniecznie o takim ciężarze gatunkowym.

#64/#14

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 8, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 2 komentarze - Skomentuj


Holly Gramazio - Mężowie

Lauren widzi, jak z drabiny na strych w domu, który współodziedziczyła z siostrą po babci, schodzi jej mąż. Tyle że nigdy nie miała męża! Mężczyzna nie jest obrzydliwy, decyduje się więc zrobić dobrą minę i udaje żonę, a w międzyczasie dyskretnie - posługując się telefonem - orientuje się, że żyje w innej rzeczywistości niż zapamiętana. Szybko odkrywa się, że kiedy mąż wchodzi na strych, następuje dziwne wyładowanie i ze strychu wraca ktoś inny, kolejny mąż, a świat dookoła niej ulega resetowi i zmianie. W pracy - często innej niż wcześniej - może wziąć dzień wolny, stan konta nie zależy od poprzednich zakupów, jej siostra ma dzieci albo nie, jej przyjaciele są w związkach, a mężowie są albo w porządku, albo zupełnie nie, meble i mieszkanie się zmienia, jedyną stałą jest to, że ona pamięta. Na początku zmienia więc ich jak rękawiczki, czasem z dość trywialnych powodów, potem z tymi, którzy są fajniejsi, zostaje na dłużej. Bardzo lubi Cartera, ale Carter niespodziewanie znika, zostawiając ją z rozdartym sercem. Spędza stosunkowo dużo czasu z super zamożnym Feliksem, ale luksus przestaje jej przesłaniać to, że jej mąż to hochsztapler i palant. Czasem bywa dramatycznie, czasem brutalnie, ale Lauren planuje kontynuować bez poczucia celu do momentu, kiedy ze strychu nie schodzi Bohai, który - tak jak ona - skacze między światami. Miłości między nimi nie ma, ale dogadują się, że po kolejnych przeskokach będą się ze sobą spotykać. Po prawie 200 mężach Lauren zaczyna myśleć o tym, czy podoba jej się takie życie i w którym momencie będzie wreszcie idealnie.

Arcyciekawy pomysł, zupełnie mnie nie dziwi, że już robi się ekranizacja. Nieco podobny klimat do ”The Time Traveler’s Wife”, tyle że zamiast zabawy z czasem jest multiverse. Lauren każdorazowo analizuje, w jaki sposób się z nowym mężem spotkała, co się dzieje z jej przyjaciółmi i rodziną, ale niespecjalnie się zastanawia, co się stanie, kiedy mąż “wróci na strych”, wyskakuje z kolejnych światów bez konsekwencji. Nieco bardziej świadomym “podróżnikiem” jest Bohai, który ucieka od razu, kiedy widzi dzieci lub zobowiązania, bo obawia się, że pozostawienie tego będzie trudniejsze niż tylko ucieczka od kolejnych partnerów. Dramatyczna jest historia związku Lauren, który zaczyna się od tego, że mąż schodząc ze strychu spada i łamie kręgosłup - tak, technicznie trudno jest połamanego człowieka zmusić do ponownego wejścia na strych, nawet jak się okazuje, że wymaga opieki (butelki z moczem!) i jest… zwyczajnie nudny. Czy to sprawia, że Lauren jest złym człowiekiem i bez skakania między światami również by bez wahania odeszła od męża, bo głośno żuje jedzenie, ma duże stopy czy dlatego, że w domu jest za czysto? Niekoniecznie. Ale tu ma wybór, chociaż czasem to wybór kosztowny. Finał jest całkiem zgrabny, aczkolwiek nie wiem, czy optymalny.

#63

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 5, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 1 komentarz - Skomentuj


Ursula Le Guin - Ziemiomorze 3-4

Mam wrażenie, że “Najdalszy brzeg” jeszcze czytałam, dawno temu. Magia zanika, pozostawiając nie tylko czarnoksiężników, ale też zwykłych ludzi bez poczucia sensu. Młody następca tronu w Havnorze, Arren, dociera do szkoły na Roke, gdzie alarmuje arcymaga Geda, że świat się degeneruje wszędzie. Razem ruszają w stronę zachodzącego słońca, do końca nie wiedząc, gdzie. Młodzieniec jest nieco zaskoczony zwyczajnością Geda, który najlepiej wspomina pasanie kóz, a nie rozmowy ze smokami czy wyprawy, o których opowiadane były legendy. Wędrują, wędrują, przeżywają chwile załamania, spotykają się z coraz drastyczniejszymi sytuacjami, gdzie realność nie daje żadnej nadziei, wreszcie docierają do tytułowej najdalszej krainy i Ged stacza ostateczną walkę z Cobem, zarozumialcem z pierwszego tomu, który doprowadził do wycieku magii. I to nie jest zły tom, ale jest dość statyczny, taki quest, przegląd przez krainy i pomost do ostatniego tomu.

Znacznie bardziej podobała mi się nieczytana wcześniej ”Tehanu”. Tenar, aktualnie zwana Gohą (sic!), wdowa po gospodarzu Krzemieniu - bo zamiast wielkiego świata i zaszczytów, które mogła mieć po odzyskaniu pierścienia Erretha-Akbe - wolała spokojne, wiejskie życie żony i matki na wyspie Gont, udaje się na wezwanie umierającego maga Ogiona. Zabiera ze sobą Therru, cudem uratowaną od śmierci poparzoną dziewczynkę, skrzywdzoną przez rodziców. Mała prawie nie mówi, boi się wszystkich oprócz Tenar; gorzej, nawet zwykle łagodni mieszkańcy wsi unikają jej i uważają za przeklętą. Ogion umiera, nie doczekawszy Geda, po którego posłał. Ged się pojawia na plecach smoka Kalessina, ale to cień człowieka - utracił swoją magię, odzyskując jej zasoby dla świata, do tego utracił nadzieję i siły. Wtem się dzieje - pojawiają się posłańcy młodego króla, zarozumiały mag Osika i szemrany mężczyzna, dawny towarzysz opiekunów Therru. Ci pierwsi szukają Geda, pozostali krzywo patrzą na przeklętą babę Gohę i jej paskudnego bękarta. Na tym dramatycznym gruncie rozwija się zajawiana dwa tomy wcześniej miłość Tenar i Geda, Therru odkrywa swoje pochodzenie (spodziewałam się od pierwszej opowieści o ludziach i smokach), a źli zostają ukarani. To zdecydowanie bogatsza i bardziej dojrzała historia o przemijaniu, życiowych decyzjach, miłości i zaufaniu. Tyle że według mnie jest za krótka - po brutalnym finale w zasadzie kończy się wielkim odkryciem i żyli-długo-i-szczęśliwie stronę przed końcem.

Inne tej autorki.

#61-62

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 2, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 3 komentarze - Skomentuj


Kristin Hannah - Zdarzyło się nad jeziorem Mystic

Annie odprowadza 17-letnią córkę na samolot do Londynu, dziewczyna spędzi tam trzy miesiące przed studiami. Wraca do pięknego domu w Malibu, zastanawiając się, czym zapełni pustkę po byciu przede wszystkim matką, wtem dostaje od ukochanego, choć zapracowanego męża prosty komunikat: kocha inną, zostawia ją, ma nie robić scen. Po początkowym szoku Annie wraca do rodzinnego miasteczka w stanie Waszyngton, do swojego owdowiałego od lat ojca. Ojciec wysyła ją do psychiatry, wjeżdża prozak, Annie zaczyna zmiany od obcięcia włosów na krótko. W salonie dowiaduje się, że jej najlepsza przyjaciółka z liceum umarła, pozostawiając małą córeczkę i męża Nicka, który przed ślubem był pierwszym chłopakiem Annie. To wystarczy, żeby kobieta odzyskała poczucie sensu, bo kto jak nie ona naprawi 6-latkę i alkoholika z nieprzepracowaną żałobą. Tyle że w pewnym momencie nie dość, że jej wiarołomny mąż przegląda na oczy i chce ją z powrotem, to jeszcze okazuje się, że tuż przed rozstaniem zaszła z nim w ciążę.

Mam takie mieszane uczucia w związku z książkami tej autorki. Są sprawnie napisane, postaci barwne, historie ciekawe, ale nie każda książka przynosi coś wartościowego. Podobały mi się ”Firefly Lane” i “Słowik”, inne mniej; ta należy do tych, co mniej. Fabuła jest dość łopatologiczna, trochę na coelhowskiej zasadzie “wszechświat sprzyja dobrym, a złych karze”, osoba dobra wyjdzie obronnie z każdej opresji, nawet jeśli jest to tak sobie wiarygodne psychologicznie. Niekoniecznie do ponownego czytania.

Inne tej autorki.

#60

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 1, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Louisa May Alcott - Małe kobietki

Po ogromnym zmęczeniu materiału ze słuchaniem Dostojewskiego, stwierdziłam, że na odtrutkę wezmę sobie ukochaną książkę amerykańskich dziewcząt, niedawno odświeżoną chwaloną ekranizacją Grety Gerwig z bombową obsadą. Little did I know. Słuchałam i oczy robiły mi się coraz większe, bo absolutnie nie dociera do mnie, jak z tego szkodliwego paszkwilu specjalnej troski można czerpać współcześnie wzruszenie i określać to jako ukochaną książkę feel good, do której się regularnie wraca.

Tytułowe małe kobietki to cztery siostry March - 16-letnia Małgosia (w oryginale Meg, ale słuchałam w wersji polskiej), 15-letnia Ludka, 13-letnia Elżunia i 12-letnia Amelka; mieszkają razem z matką w zubożałym domu, ojca-kapelana nie ma, bo wyjechał służyć krajowi w wojnie secesyjnej. W skrócie - tęsknią za ojcem oraz za dawną zamożnością, z zazdrością patrzą na bogate otoczenie, matka je nieustająco napomina, że inni mają gorzej, bo Marchowie nie dość, że mają siebie, to jeszcze mają możnych protektorów - zgryźliwą ciotkę i sąsiada - którzy je wspomagają w kryzysie. Ojciec chory, matka wyjeżdża, ciężko choruje Elżbieta, ale wszystko się dobrze kończy. I nie czepiałabym się, takie czasy, ale jakim cudem jest to książka określana jako feministyczna, kiedy normalne, żywe dziewczęta są na siłę wtłaczane do zaszczytnej roli żony i matki, ich “rewolucyjne” ciągoty - muzyka, literatura, podróże, chęć zabawy, czy nawet bardzo specyficznie postrzegana “próżność” - są powodem do ciągłego łajania. W prezencie dostają pobożne broszurki, pochwalana zabawa to pielgrzymowanie z pokutnymi workami, chwalebna jest pomoc ubogim, czyli ich celem w życiu ma być poświęcenie i zapomnienie o sobie. Z miłości do matki uprawiają samobiczowanie przy każdej okazji, a już finał, kiedy wraca ojciec i z wysokiego konia chwali ich samoudręczenie, wzbudził mój niesmak. Rozumiem, że to klasyka, rozumiem, że mogła się postarzeć dramatycznie, ale nie rozumiem, czemu dalej jest wyciągana z lamusa.

#59/#13

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 27, 2025

Link bezpośredni - Tag: 2025 - 1 komentarz - Skomentuj