Tag:
kryminal
Inspektor Grant pozytywnie wyróżniał się wśród innych pracowników Scotland Yardu, ponieważ był zamożny, pracował dla przyjemności, a do tego był niesamowicie taktowny i uprzejmy. Dzięki temu niechętni przesłuchaniom świadkowie o czasem nie do końca legalnym trybie życia udzielali nieocenionej pomocy. Dodatkowo miał ofiarnych współpracowników, którzy chętnie przebierali się za kogoś innego (a to domokrążcę z błyskotkami na handel, a to byłego żołnierza, szukającego miejsca w życiu) i byli bezbłędni w wyciąganiu pikantnych detali od służących i kucharek, zwłaszcza dotyczących chlebodawców. A do tego Grant miał intuicję, która nie pozwalała mu zatrzymać śledztwa, mimo że znalazł potencjalnego mordercę.
Pod jednym z londyńskich teatrów w ciasnej kolejce stoi pół Londynu, bo dostępne są jeszcze bilety na ostatni spektakl znanej śpiewaczki rewiowej. Stoi, stoi, aż wreszcie rusza do kasy i wtedy się okazuje, że stojący sztywno młody mężczyzna jest rzeczywiście sztywny, bo pchnięty sztyletem ze skutkiem śmiertelnym. Nie wiadomo kto to, bo nie ma dokumentów ani innych oznak ułatwiających identyfikację (poza - jak się okazuje - krawatem); wiadomo tylko, że zabił go ktoś stojący w kolejce. Ponieważ kilku świadków wspomina o młodym, śniadym mężczyźnie, takiego delikwenta szuka właśnie inspektor Grant.
Zaletą prowadzenia śledztwa w latach 20. XX wieku jest to, że wszystkie banknoty 5-funtowe są namierzalne, krawaty wychodzą w bardzo krótkich seriach, a w ramach grupy społecznej wszyscy się znają nawet w takim mieście jak Londyn.
Inne tej autorki, inne z tej serii.
#51
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 11, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 2 komentarze
- Skomentuj
W miejscu publicznym, znienacka, zostaje zastrzelony znany biznesmen. Do jednej z bardziej znanym i renomowanych restauracji w Malmö wchodzi mężczyzna, strzela do przemawiającego do swoich gości Victora Palmgrena i wyskakuje przez okno. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ale inspektor Månsson i z tego potrafi coś wycisnąć. Tym razem to on jest gospodarzem, a na gościnne występy ze Sztokholmu przyjeżdża Martin Beck ze współpracowniczką z wydziału obyczajowego. W Sztokholmie zostaje Kollberg i znany z poprzedniego tomu buc Larsson i mimo niechęci wszystkich do tego ostatniego, przynosi sporo cennych dla śledztwa informacji, bo okazuje się, że jego siostra mieszka obok jednego z podejrzanych. Uroczym motywem jest agent służb bezpieczeństwa, który odziany w gustowną i widoczną z daleka marynarkę w pepitkę oraz żółte buty usiłował przez 3/4 akcji zachować incognito w holu hotelu Savoy, a potem przyszedł wypłakać się w mankiet Becka, jaka to jego praca ciężka i że nie ma efektów.
W przeciwieństwie do wszystkich CSI, tutaj jest bez fajerwerków, analiza pocisku wystrzelonego z broni daje listę kilkudziesięciu modeli, a nie prowadzi do konkretnego właściciela. Tu ktoś znajduje pudełko po karabinku, wyrzucone przez morze, tu pani przypomniała sobie, że widziała człowieka na rowerze (i jest rozczarowana, że nie dostanie z tego tytułu żadnej nagrody), a z tych klocków składa się rozwiązanie.
A młodszy policjant śledczy Skacke dzwoni do swojej dziewczyny na koszt podatników.
Inne tych autorów: tu.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 11, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ja rozumiem, że nikt nie szanował milicji w kryminałach z PRL-u. Ale że w dość chyba praworządnym szwedzkim społeczeństwie ten szacunek był jeszcze mniejszy i to komunikowany wprost nie tylko przez niziny społeczne, to już mi się w głowie nie mieści.
Wreszcie zaczęły się w cyklu te kryminały, które pamiętam. Z bogatym tłem prywatnym, barwnymi i różnorodnymi postaciami i uruchamianiem całej machiny śledczej do rozwiązania sprawy. Martin Beck jest melancholijny, nieco hipochondryczny i niespecjalnie lubi swoją rodzinę, więc bez większych skrupułów wysyła ich na weekend, a sam zostaje, żeby pracować - a to przy piwie z kolegą, a to z wędką w plenerze. Gunvald Larsson jest bucowatym snobem, który nie ma oporów, żeby obsobaczyć czy to przesłuchiwanego, czy to niespecjalnie mądrego początkującego policjanta. Współpracujący z nimi Månsson z Malmö jest niesamowicie spostrzegawczy, a do tego ma łatwość w nawiązywaniu kontaktów, również intymnych, co znacznie ułatwia przesłuchiwanie. Lennart Kollberg jest refleksyjny i mimo tuszy zbyt delikatny do pracy policyjnej (a poza tym ma atrakcyjną żonę i małą córeczkę).
Policja otrzymuje polecenie pilnowania podejrzanego o handel kradzionymi samochodami delikwenta, po czym - mimo że nikt nie wychodził do domu - dom delikwenta wybucha. Gunvald Larsson, który przypadkiem obserwował dom, ratuje 8 z 11 przebywających w domu osób i zostaje zaangażowany do śledztwa, kiedy okazuje się, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, a sprytne podpalenie. Śledztwo jest dość mozolne, popełniane są błędy, a ostatecznie policjanci mają dużo szczęścia, że po wielu tropach, po wyjazdach i dzięki kontaktom z Interpolem trafiają na rozwiązanie zagadki morderstwa.
Inne tych autorów: tu.
#49
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 10, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ten kryminał jest doskonały, bo wielostronnie zły - zaczynając od kulejącej akcji (w której przestępca się łapie na drodze pecha i zbiegu okoliczności), od znaku równości między przestępstwami gospodarczymi, prostytucją i morderstwem (bo skoro ktoś już kradł na wielką skalę, to nie zawaha się stuknąć niewygodnego świadka), a kończąc na języku. Co jakiś czas autorce zbiera się na elaboraty filozoficzne, okraszone metaforami i przenośniami, dzięki czemu można przeczytać na przykład, że:
Należał on mianowicie do tej kategorii ludzi, którzy przyrodzoną bystrość swych umysłów lubią obracać na rozwiązanie problemu: jak najwięcej zarobić, pracując jak najmniej. Ta kategoria ludzi jak pleśń, jak złośliwa rdza osadza się na skrajach społecznego życia nie dość dobrze zabezpieczonych, rzec by można - nie wietrzonych należycie lub po prostu, jak źle wytopiona stal, podatnych uszkodzeniom.
Władysław Kotym w czasie wojny wykonał skok klasowy - z niedojadających nizin społecznych, z potencjalnego czeladnika szewskiego bez perspektyw został za pomocą najpierw drobnych, a potem nieco grubszych szachrajstw bardzo ważnym panem dyrektorem. Nie że sam chciał, ale jego próżna żona Zuzanna - żądna luksusów, kawioru, toalet od projektantów i biżuterii - domagała się, żeby zapewnił jej należytą stopę życiową. Więc okradał i skarb państwa, i ludzi prywatnych, malwersował, korumpował, zmuszał podległych mu pracowników do oszustw i stworzył imperium zła. Zło polegało na tym, że brał towar i nie płacił, a kierowniczka podległego mu komisu wpisywała to jako towar zniszczony albo wprowadzał do obrotu towar od prywaciarzy bez faktury. A jak coś się zaczynało sypać, to wyniośle się odcinał i wychodził bez skazy, a nawet chętnie pomagał tzw. organom. Zły to człowiek był, zły.
Akcja trwa raptem dwa i pół dnia - pierwszego dnia aresztowana jest kierowniczka komisu, a Kotym wprowadza w życie plan zatarcia śladów. Wieczorem po raz kolejny kłóci się z żoną, a potem spotyka się z tajemniczym panem Pirką. Drugiego dnia zostają znalezione zwłoki w bajorku pod Piasecznem, Zuzanna Kotymowa i pan Pirko znikają, a trzeciego dnia po wielkiej a nieudanej obławie w Gdyni sprawa się rozwiązuje.
Do tego są piękne akcenty prospołeczne. Kapitan Jastko z wydziału gospodarczego i kapitan Chmura z wydziału zabójstw prowadzą dyskurs o kondycji socjalistycznego człowieka, oczywiście prowadzący do krzepiących wniosków:
Funkcja, jaką spełnia on, Chmura, jaką spełnia Jastko (...) polega na tym, ze muszą się stykać z takimi ludźmi, z takimi zjawiskami. Stykać się po to, by zwalczać, by udaremniać ich działanie, ograniczać zasięg. To stałe stykanie się jednak sprawia, że obraz rzeczywistości staje się zdeformowany. Jak w powieści kryminalnej, może się wydawać, że społeczeństwo składa się w przeważającej części z Kotymów, Dzietrzyków [malwersującej kierowniczki sklepu i jej męża pijaka i łobuza], "Złotych Jolek" [proweniencja oczywista] i innych im podobnych. A to nieprawda. Bo jest [...] wielu, wielu zwykłych, porządnych ludzi, pragnących powodzenia życiowego zdobytego nie kanciarstwem, lecz własną pracą, pragnących osobistego szczęścia nie kupionego za ukradzione czy zrabowane pieniądze, okupionego czyjąś śmiercią - lecz polegającego na zaufaniu jednego bliskiego człowieka do drugiego bliskiego człowieka. To wielka otucha dla Chmury - taka myśl. Myśl o tym, że Kotymowie - to margines, a nie reguła.
Książka z 1969 roku, autorka pokazuje, co wtedy oznaczał luksus: piękne futro z brajtszwanców i pierścionek ze szmaragdem, wczasy w Jugosławii, bo na Krymie nudno, a na proszoną kolację kawior, łosoś, francuski koniak i pieczyste z bażanta.
Inne z tej serii, inne tej autorki:
#48
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 4, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 4 komentarze
- Skomentuj
Przeraźliwie słaba i męcząca książka. Po wciągającym wstępie, opisującym brutalne masowe morderstwo w jednej ze szwedzkich wsi, jest wypełniacz - pamiętniki z XIX wieku, najpierw Szweda, potem Chińczyka, których los zetknął podczas morderczej budowy kolei na Dzikim Zachodzie, a następnie mnóstwo maoistowskiej ideologii i długi rzut oka na współczesne Chiny. I żeby przedrzeć się do wyjaśnienia morderstwa, trzeba przerzucić setki stron o tym, jak ciężko było i jest być Chińczykiem, jak bardzo główna bohaterka (a zgaduję, że i sam Mankell) była jako studentka zachwycona Mao i jego Czerwoną Książeczką, jak działają mechanizmy rządzące chińskim społeczeństwem (jest nawet streszczenie pięciogodzinnego przemówienia jakiegoś chińskiego naukowca o perspektywach przed narodem). Nuda i przerwa na reklamy.
Najgorsza z tego wszystkiego jest główna bohaterka, sędzia Birgitta Roslin. Kiedy dowiaduje się, że to przybrana rodzina jej matki zginęła w masakrze, wchodzi w śledztwo nie dość, że prywatnie, to jeszcze z gracją pancernika. Wpycha się na komisariat, zabiera ukradkiem z miejsca zbrodni pamiętniki, rozpytuje i jest nieco zdziwiona, że policja traktuje jej odkrycia chłodno[1]. Metodą kolejnych niesamowitych zbiegów okoliczności znajduje w koszu pekiński adres zleceniodawcy mordu, przypomina sobie, że jej najlepsza przyjaciółka zna się na Chinach i pac, nagle leci z nią do Pekinu. Metodą czołgową pcha pod oczy zdjęcie potencjalnego mordercy, zostaje napadnięta, trafia na siostrę przestępcy - przypadkiem ważną funkcjonariuszkę w chińskim rządzie i wraca, starając się wszystko przed wszystkimi ukryć. A już rozwiązanie historii, w którym uchodzi z życiem tylko dlatego, że przypadkowy Chińczyk wygląda jak przestępca, jest prawdziwie zaskakujące.
[1] Policja też nie rokuje. Roslin podsuwa im co chwila ciekawe tropy, które pieczołowicie ignorują. Niby śledztwo prowadzą, niby zbierają plon śledztwa Roslin, ale są tak niemrawi, że nic z tego nie wynika.
Inne książki tego autora tutaj.
#45 (chyba nie zdążę wyrobić rocznej normy do końca czerwca, foch)
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 26, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tym razem w życiu Kinsey znienacka pojawia się jej pierwszy mąż - policjant, którego została kilkanaście lat wcześniej po krótkim pożyciu, kiedy poprosił ją o fałszywe alibi w sprawie o pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Odmówiła, a mąż zrezygnował z pracy w policji, po czym się rozstali. Eks pojawia się w formie biernej, bo leży w szpitalu w śpiączce po postrzale, a Kinsey dociera do sprawy sprzed kilkunastu lat za sprawą dokumentów sprzedanych jej przez chciwego dekarza, który kupił na licytacji zawartość schowka eks-męża. Wśród niedojedzonej pasty do zębów, krążka antykoncepcyjnego i starych świadectw szkolnych Kinsey znajduje list od przyjaciółki męża, która wyjaśnia, że prośba o fałszywe alibi wynikała stąd, że mąż był rzeczywiście niewinny, a nie chciał jej informować o tym, że ją z ową przyjaciółką zdradza.
Kinsey wprawdzie ma żal, bo eks-mąż i tak okazał się palantem, ale uważa, że jest mu winna wyjaśnienie tej sprawy. I podjadając obrzydliwe żarcie (albo ćwierćfunciaka z McDonalda, albo siedmiozbożowy chleb, obficie posmarowany masłem orzechowym i obłożony piklami, z rzadka kolacja w zaprzyjaźnionej knajpce węgierskiej U Rosie), odwiedza znajomych sprzed lat - kochankę eks-męża, przyjaciół z policji i knajpę, w której wtedy wszyscy się spotykali. Finał jak zwykle ryzykowny - morderca atakuje ją w szkółce ogrodniczej i tylko dzięki użyciu ciężkiego sprzętu udaje się mordercę uszkodzić.
Inne tej autorki tutaj.
#41
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 13, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W szabatowy poranek jeden z adeptów psychiatrii, szkolących się w Izraelskim Towarzystwie Psychoanalitycznym, znalazł swoją mentorkę zamordowaną. Na miejscu zbrodni szybko pojawił się błyskotliwy i dociekliwy inspektor o dźwięcznym nazwisko Ochajon i niestety zaczyna prowadzić śledztwo. Niestety, bo zanim ujawni się morderca, Ochajon odpyta połowę Instytutu o metody analizy psychiatrycznej, system superwizji, uzyskiwania dyplomów oraz czemu w jednych gabinetach stoi fotel, a w innych leżanka, popełni trochę zaniedbań, pozwalając na nieautoryzowane przeszukanie domu zamordowanej oraz porwanie jej dokumentów z księgowości, wykona ze swoim zespołem mnóstwo pracy śledczej oraz odbędzie kawałek życia osobistego z synem, eks-żoną i kochanką. I dla inspektora Ochajona mogę przeczytać następne tomy, bo to miły i myślący glina.
I jak bardzo lubię bardziej egzotyczne kryminały, tak w tym zmęczyło mnie wszystko - wolno rozkręcająca się akcja, liczne wykłady o psychiatrii, taki trochę bezużyteczny rzut oka w środowisko arabskie i wreszcie wprowadzanie każdego z bohaterów prawie że z drzewem genealogicznym. Jerozolima jest nijaka, jak każde inne miasto, w zasadzie jedynymi oznakami potwierdzającymi lokalizację są nazwiska, świętowanie szabatu i pobrzmiewające dość wyraźnie wątki państwa militarnego.
#39
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek czerwiec 9, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 3 komentarze
- Skomentuj
Fantastycznie gładko napisany kryminał, z sensownymi psychologicznie bohaterami, dodatkowo z ładnie splatającą się fabułą, odsłanianą kolejno przez różnych uczestników akcji. Dość brutalny, jak to u Rosjan, niskie poszanowanie życia ludzkiego (trochę nie polecam rodzicom małych dzieci), duża łatwość obejścia prawa dzięki korupcji i nieuczciwości na dowolnych szczeblach. I - o dziwo - nieskorumpowany milicjant, który z własnej woli podejmuje śledztwo w sprawie oficjalnie uznanej za wypadek. Bardzo miła odmiana po niezorganizowanej bohaterce Doncowej i psychopatycznej i irracjonalnej pani detektyw u Polakowej.
Nikita Rakitin jest znanym pisarzem kryminałów i z dziwnych przyczyn podejmuje się pracy nad biografią dawnego znajomego, dziś znanego dygnitarza. I nagle musi uciekać, bo dokopał się do rzeczy strasznych a niejawnych, więc wisi nad nim wyrok śmierci. Śledztwo oprócz Nikitina prowadzi jednocześnie ojciec poszkodowanego przez tajemniczą sektę syna, wegetujacego w szpitalu psychiatrycznym, wspomniany uczciwy milicjant (mimo konsekwencji służbowych) i - po tajemniczej śmierci pisarza - żona dygnitarza, dawna miłość Rakitina.
#37
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 30, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ostatnia książka o Wallanderze. I jest mi przykro, że się skończyło, bo polubiłam gderliwego i dociekliwego komisarza, przez całe życie walczącego z tym, żeby nie być takim jak jego ojciec. Ostatnia sprawa, tym razem bardzo osobista - znika niedoszły teść Wallanderowej córki Lindy i dziadek Wallanderowej wnuczki, eks-generał marynarki. Wallander po części na zwolnieniu lekarskim, po części na urlopie (i odrobinę z powodu incydentu z bronią z konsekwencjami służbowymi) szuka go półprywatnie, bo oficjalnie sprawę prowadzi zaprzyjaźniony komisarz Ytterberg ze Sztokholmu. Ale tak naprawdę mniej ważne jest śledztwo, ale walka ze starością. Wallander czuje się mentalnie 35-latkiem, a w lustrze widzi zmęczonego 60-latka, cukrzyka z zanikami pamięci. Dużo rozważań o tym, czy warto, czy jest sens i - w przypadku wyjaśnienia ostatecznej tajemnicy zniknięcia teścia i teściowej córki - co można opowiedzieć niby-zięciowi o jego rodzicach, żeby aż tak nie zabolało.
Gdzieś z tyłu głowy cały czas pobrzmiewało mi podczas czytania "Hurt" Johnny'ego Casha [1]. Że starzenie się to sprawdzenie, czy jeszcze można coś czuć. I że wszyscy, których znasz, w końcu umrą.
Epilog, dodam, trochę mną zamiótł. Nie zostałam z poczuciem krzywdy, nie pójdę wybijać Mankellowi okien, ale mam wrażenie niesprawiedliwości. Jak to w skandynawskim kryminale, gdzie wystarczy wyjaśnić zagadkę, ale niekoniecznie wymyślić satysfakcjonujące zakończenie.
[1] Wiem, że "Hurt" jest Trenta Reznora. Ale, jak ktoś pod jutubką napisał, "if johnny cash covers your song it aint yours no more".
Inne tego autora:
#36
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 28, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 5 komentarzy
- Skomentuj
W międzyczasie przeczytałam ponad 10 kolejnych tomów, ale zaniedbałam haniebnie notowanie tego, bo albo mogłam kopiować notki z okładki, albo jechać schematem "Kot Koko naprowadza Qwillerana na mordercę, zrzucając książkę". Więc mi się nie chciało. Ale ta konkretna osłabiła mnie głupotą bohatera, niesklejonym wątkiem uzasadniającym tytuł i wpychaniem w książkę elementów edukacyjnych. W Pickax z okazji obchodów 150-lecia miasta Qwill przygotowuje słuchowisko w stylu Wojny Światów o wielkim sztormie z 1913 roku, humor psują mu dwa morderstwa, z czego jedno na jego plaży. Wykrywa, kto zabił, zimnokrwisty morderca przychodzi do jego ogrodowej altany, a ten baran zostawia go z kotem Koko i idzie dzwonić po prawnika, po czym słyszy strzał i dopiero teraz wpada w panikę, że morderca zastrzelił mu kota. Naprawdę, jak na błyskotliwego detektywa-amatora, który rozwiązał 25 spraw, logika porażająca.
Tytułowe indyki nie mają żadnego związku z akcją powiastki, bo powieścią nazwać tego nie można, ot - podobno wyginęły, a przechodzą przez ogród felietonisty. Dodatkowo treść jest rozepchana zacytowanymi dwiema historyjkami, napisanymi przez Qwilla i całą treścią spektaklu o Wielkim Sztormie. Owszem, to literatura łatwa, przyjemna i tania, typowo dla zabicia czasu w autobusie czy na brzegu piaskownicy, ale słabo. Coraz słabiej.
Z zalet - na końcu książeczki dwa przepisy - na magicznego tosta z kiszoną kapustą, serem i pieczenią oraz na ciasteczka z melasą. Pewnie dobre, acz pierwszy przepis zaczyna się od tego, że jedną kromkę chleba smarujemy z obu stron. Jakoś mnie to rozbawiło.
Inne tej autorki tutaj.
#35
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 26, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
kryminal
- 1 komentarz
- Skomentuj