Korba
Zdarzało mi się bywać w czeskiej części Czechosłowacji w latach osiemdziesiątych i porównywać ich niedobory z naszymi niedoborami. Generalnie: chętnie bym się wtedy zamienił. W przygranicznym miasteczku bez problemu i kolejki można było kupić jakieś mięso (na pierwszy rzut oka jadalne), że o nabiale, dżemach i konserwach rybnych(!) nie wspomnę. W ciągłej sprzedaży był też na przykład trudno dostępny w Polsce krem Nivea (z RFN, nie ten twardy z Poznania) i węgierskie dezodoranty. No i towary, które można było stracić na granicy: buty, śpioszki dla dzieci itp.
Bardzo kiepski był natomiast dostęp do świeżych warzyw i owoców, z którymi u nas, dzięki badylarzom i powszechnie występującym warzywniakom, nie było kłopotu. Widać było, że akurat z tym aspektem zaopatrzenia rynku uspołecznione rolnictwo naszych południowych sąsiadów kiepsko sobie radziło.
Bardzo kiepski był natomiast dostęp do świeżych warzyw i owoców, z którymi u nas, dzięki badylarzom i powszechnie występującym warzywniakom, nie było kłopotu. Widać było, że akurat z tym aspektem zaopatrzenia rynku uspołecznione rolnictwo naszych południowych sąsiadów kiepsko sobie radziło.