Tag:
niemcy
[28-30.08.2020]
Berlin w czasie pandemii jest jak najbardziej przyjazny w ramach rozsądnych ograniczeń - trzeba maseczki we wnętrzach (i jest to przestrzegane, chyba że patrz poniżej[1]), w restauracjach goście są proszeni o podanie danych pozwalających na kontakt w razie zakażenia personelu lub współgościa. Nie wiem, czy można nie podać i zostać mimo to, nie miałam z tym problemu. Mieszkałam na Wilhelmstrasse, tuż przy Bramie Brandenburskiej i
Pomniku Pomordowanych Żydów Europy, świetne miejsce do rozpoczęcia spacerów po centrum. Większość restauracji, w których jedliśmy, była w tym miejscu, bo traf chciał, że wylądowaliśmy w kulinarnym zagłębiu. Jak wspominałam na stories, w Viale dei Tigli kelner dosadził nas do zbierającej się właśnie przemiłej pani weterynarz z Kilonii, która przyjechała poprotestować przeciwko upadkowi demokracji (patrz poniżej[1]), więc pozostaliśmy ostrożnie przy small talku. Niebawem w restauracji pojawił się Gerhard Schröder, co nie wzbudziło mojej żadnej reakcji, albowiem mam prozopagnozję (TŻ mi wskazał i objaśnił), ale bardzo pobudziło pasywno-agresywną elokwencję jednej z pań przy stoliku opodal, na tyle mocno, że aż ją kelner pacyfikował; niestety nie zrozumiałam, czemu tym razem Kartagina powinna zostać zburzona.
Restauracje:
- Ram - Wilhelmstraße 79, indyjska
- Maya - Wilhelmstraße 94, meksykańska [zamknięta]
- Viale dei Tigli - Wilhelmstraße 75, włoska
- Five Elephant Mitte - Alte Schönhauser Str. 14, kawiarnia/piekarnia (ale nie śniadania!)
- Haagen-dazs - Potsdamer Platz 5, lodziarnia
- Eiffel - Kurfürstendamm 105, śniadania
- Taverna Berkis - Winterfeldtstraße 45, grecka
Rodzina obiecała mi - po chyba trzech latach, kiedy się to nie udawało - że wejdziemy na Siegessaeule latem, bez konieczności wleczenia ciepłych kurtek. I mimo że chęci były, to plany pokrzyżowała mi nie pandemia jako taka, ale [1] licznie zgromadzeni w sierpniowy weekend protestujący, którym maseczka kagańcem, a szczepionka narzędziem do wszczepienia chipa. Bo zapewne z powodu tłumów na kolumnę nie było opcji na spacer 270 stopni w górę (czy rodzina głośno emitowała radość? Ależ). Highlightem wyjazdu dla mojej córki był oczywiście widok jednego z demonstrantów, który podążał rześkim krokiem w kierunku Grosse Sterne obuty w sandały i z torbą-listonoszką na ukos. Przeczytajcie ostatnie zdanie ponownie, jest precyzyjne. Nie wiem, czy pomylił protesty z Love Parade, w każdym razie nie zmarzł, bo dzień był ciepły, a szedł krokiem dumnego kocura, więc nie przypuszczam, żeby spojrzenia mu robiły. Jako że cała okolica była zamknięta dla ruchu samochodowego, zrobiliśmy dużo kroków #pieszopomieście oraz trafiliśmy na przebogaty pchli targ na Str. des 17. Juni, gdzie sama się odciagnęłam od stołu z kilkudziesięcioma geometrycznymi wazonami ze szkła Murano (próbuję w minimalizm, ale cały czas żałuję!).
Celowo już uderzyłam na Schöneberg po kilka murali (i obiad, przy czym znalazłam must-have na kolejną wycieczkę, a konkretnie otwarte od 2/10/2020 Urban Nation Museum For Urban Contemporary Art) oraz na Steglitz, żeby zobaczyć budynek o dźwięcznej nazwie Bierpinsel (Piwny Pędzel). Do samego budynku nie da się wejść, ponieważ od kilku lat stoi opustoszały, po bezpośredniej okolicy też raczej trzeba ostrożnie, bo miejsce przypomina szalet. Ale jaki on jest śliczny! Ogromnie się cieszę, moja czarne serduszko się wzruszyło. Oraz to nie jest tak, że zawsze wszystko się udaje - szukając śniadania na podstawie polecanek evrdtrp nie udało mi się zjeść śniadania w Father Carpenter, bo nie dało się nigdzie zaparkować, a polecane Five Elephant Mitte okazało się pretensjonalną, hipsterską kawiarnią, gdzie - owszem - dobra kawa, ale do jedzenia przedrożone pieczywo francuskie i raczej na wynos, bo w środku blat i trzy stołki. Więc niekoniecznie jest tak, że warto wszystkim ufać. Mnie oczywiście należy, wiadomo.
Wilhelmstrasse, totalnie zachwyt pomnikiem Elsera[2]
Bülowstraße 11 / Siegessaeule
Wilhelmstrasse
Miś / Mall of Berlin
Landwehrkanal
Mall of Berlin[3] / Gertrud-Kolmar-Straße
Tiergarten
Pomnik Elsera[2] / Miś!
Bierpinsel
Bülowstraße
Bierpinsel
Bülowstraße
Meksykańska / Unter den Linden / Grecka
Indyjska / Urodzinowy aperol we włoskiej / Eiffel Berlin
GALERIA ZDJĘĆ.
[2] Georg Elser, człowiek, który prawie zmienił losy świata.
[3] A co można w Mall of Berlin? Można widoki, zwłaszcza z kładki na wysokości Gertrud-Kolmar-Straße, można Teslę, jak kto zasobny, ale można też pyszną herbatę Kusmi Tea, pachnące pianki kąpielowe w Rituals, czekoladki Lindta ze sklepu firmowego oraz zrobić zakupy #paperporn w Idee. I nie tylko, oczywiście.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 30, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 3 komentarze
- Skomentuj
[29.08.2020]
To nie tak, że trafiłam do dzielnicy Marzahn (a konkretnie
Marzahn-Hellersdorf) śladami serialu ”Dogs of Berlin [1]; okazało się, że przypadkiem właśnie tu mieszczą się Ogrody Świata, całkiem świeży obiekt rekreacyjny dla dużych i małych. Celowo podjechaliśmy od strony Hellersdorfer Strasse, żeby zacząć od kolejki gondolowej - wejść jest więcej, ale wtedy kolejka jest typowo rekreacyjna; bilet na kolejkę jest w dwie strony z opcją przystanku przy wieży widokowej i torze saneczkowym (warto zachować do wyjścia z obiektu, bo inaczej może być smutno). Na wieżę widokową można windą w opcji dla leniwych, ze szczytu przepięknie widać blokowiska Marzahn i Hellersdorf, w tym najdłuższy mural świata (przejeżdżałam obok, przepiękny!). Młodzież oczywiście nie odpuściła zjazdu saneczkami (takimi korytkami na szynach), ja nie jestem fanką przeżyć ekstremalnych, ale wyraziłam ostrożną chęć - nie było dramatu, trochę panikowałam przy zakrętach, na szczęście projektanci byli lepszymi inżynierami niż ja. Młodzież oczywiście zachwycona, choć narzekała, że można było szybciej, więcej i bez powolnego powrotu pod górę.
Same ogrody, do których można albo ponownie przejechać kolejką, albo przejść się piechotą ze wzgórza widokowego, są spore i mają mnóstwo prześlicznych zakątków. Niektóre kawałki były zamknięte (oranżeria balijska czy labirynt), niektóre ominęłam, bo wycieczka była głodna, więc muszę wrócić za rok, zwłaszcza że w 2021 mają otworzyć dwa nowe ogrody. Najciekawszy chyba był Ogród Chrześcijański (Christlicher Garten) ze złotym płotem z biblijnych wersetów, piękny Ogród Japoński, nader przyjemny zwłaszcza w upalny dzień Ogród Wodny i pachnące obłędnie Rozarium. Dla młodzieży młodszej plac zabaw, dla starszych kawiarnie.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Za to już zupełnie celowo pojechałam zobaczyć budynek zwany Bierpinsel, ale o tym w następnym odcinku.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 19, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 1 komentarz
- Skomentuj
[30.08.2020]
Mam oczywiście poczucie, że majówka na Rugii i wakacje w Chorwacji anulowane z powodu pandemii to problemy pierwszego świata, jednak było mi z tego powodu dość markotno. Tym bardziej ucieszyłam się, że już można na zachód, więc na urodziny zawinszowałam sobie Berlin. Aktualnie - ale oczywiście to się może zmienić, bo idziemy w górę w statystykach - nie ma problemu z przejechaniem granicy, na ulicach nie trzeba nosić maseczek, ale w sklepach i muzeach już tak. Pewnym novum może być konieczność podania danych osobowych w restauracji na wypadek zachorowania pracownika lub gościa. Starałam się wybierać jedzenie na zewnątrz i takież atrakcje (poza muzeum poniżej, ale w muzeum poza nami była tylko obsługa).
Muzeum Neonów mieści się pod wiaduktem S-bahnu, tuż obok stacji Bellevue. Jest otwarte w dość okrojonym czasie (13-17), więc, jako że przyjechaliśmy ciut za wcześnie, bo plany nam skomplikowała demonstracja przeciwników restrykcji okołopandemicznych (o czym niebawem), to poszliśmy na lody na pobliską Flensburger Strasse. I po wizycie w bogatym, ale beznamiętnym (i drogim) Haagen-Dazsie przy Potsdammer Platz zdecydowanie wolę małe, przydomowe lodziarnie. Miałam tam atak zachwytu pięknymi kamieniczkami (fraza dnia: “tak mogłaby wyglądać Wilda”) do momentu, kiedy wszystko się nie zatrzęsło, bo akurat po wiadukcie przejechał pociąg. Drgania i hałas czuć też w muzeum, tam to jednak mniej przeszkadza mimo ciekawej akustyki - całe muzeum to ciąg połączonych pomieszczeń, z echem i reagującą na kroki betonową podłogą. Muzeum nie jest duże, ale bogate - to zbiór usuniętych z budynków neonów z różnych epok, posortowanych kolorystycznie (ukłon dla tych z OCD), działających lub nie. Fantastyczne miejsce dla fanów typografii, dla nie-fanów też przyjemne, młodzieży lat 11 się podobało (może dlatego, że da się obejrzeć w 20 minut).
Adresy:
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 8, 2020
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[22.12.2019]
Wnikliwy obserwator zauważy w poprzedniej notce adres, o którym nie wspomniałam. Co niedzielę przy Mauerparku rozkłada się Pchli Targ (Flohmarkt); latem pewnie przyjemniej niż w grudniu, więc na czerwiec plan jest taki, że rodzina idzie do parku, a ja zostaję. Mnóstwo wszystkiego, rarytasy przemieszane z badziewkiem, chińszczyzna i współczesność z XIX wiekiem. Bywa stara, nietypowa biżuteria, ale trzeba czasu, żeby ją znaleźć w zalewie byle jakiej. Są ubrania, niektóre nowe, niektóre zdecydowanie vintage. Winyle i książki, niestety raczej w języku sąsiadów. Bywa drogo, bywa za centy.
Pojechałam po porcelanę, w założeniu Churchill Blue Willow/Brook Pink/Brook Green, wróciłam z wymieszanym zestawem talerzy i filiżanką różnych firm.
- Filiżanka, spodek i talerzyk Spode z różowymi rysunkami (seria Pink Tower z mostem Salaro w Rzymie).
- Łudząco podobne talerze Villeroy Boch Rusticana Red
- Masons Vista Pink
Spode Pink Tower
Mason's Vista Pink
Spode
Villeroy Boch Rusticana Red
Mason's / Villeroy Boch x 2 / Spode
Przychodźcie na kawę, można gościom.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 22, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[20-22.12.2019]
TŻ stwierdził, że najbardziej w Berlinie podobało mu się czyste powietrze. Mnie - przypadkowa architektura. Przy okazji losowego wyboru greckiej restauracji na niedzielny lancz przejechałam przez Schöneberg obok elfiego Sporthalle der Spreewald-Grundschule Hinricha Ballera i brutalistycznego Pallaseum; pierwsze wygląda na nigdy nie używane, drugie - na używane zbyt mocno (wyobraźcie sobie, że pod Waszym domem przejeżdżają samochody). Uwielbiam Berlin za kontrasty.
Wybór noclegu w pięknej dzielnicy Prenzlauer Berg pozwolił na zwiedzanie okolic Alexander Platz na piechotę (i pogoda! cały dzień słońce i ponad 10 stopni). Illuseum (Muzeum Iluzji) nieco rozczarowało - jest malutkie (czytaj: cztery pomieszczenia, w jednym szatnia, w drugim recepcja), iluzje są świetne, ale obejrzenie całości zajmuje 20 minut, wliczając czekanie, aż inni odwiedzający wyjdą z kadru. Odcięta głowa na talerzu, kalejdoskop z twarzami, złudzenia perspektywy i wielkości, ukośne podłogi i ściany w paski czy kratkę (to załatwiło mój błędnik - spadłam na ścianę i mózg odmówił chodzenia prosto) czy pokój do góry nogami cieszą młodzież, ale to miejsce na jednorazową wizytę. Więcej czasu spędziliśmy na pobliskim Weihnachtsmarkt am Roten Rathaus, gdzie karuzela i diabelski młyn. Zdjęcia z muzeum w galerii, jako że zawierają lokowanie rodziny.
Torstrasse
Mozaika na Berlin Congress Center / Spreewald-Grundschule Ballera
Volksbühne
Rose Garden Berlin / Torstrasse
Berlin Wall Memorial na Bernauer Strasse
Niedźwiadek / Karuzela na Weinachsmarkt am Roten Rathaus
Berlin wieczorem / Kościół Mariacki
Kościół Mariacki
Ponieważ młodzież narzeka, że wybieram same nudne i dla dorosłych (oczywiście, tak jak Muzeum Iluzji w sobotę i w niedzielę Muzeum Techniki, do którego naprawdę już nie chcę chodzić, bo znam je na pamięć), w ramach niespodzianki był basen miejski (Stadtbad) w hotelu Oderberger. Nie trzeba być gościem hotelu, ale trzeba zapłacić za wejście. Fantastyczne wnętrze, woda akurat w takiej temperaturze, żeby na początku zimno, a potem nie. Korzystne światło, wieczorem nie widać, że się pominęło kilka włosków przy depilacji. Taras jest ogrzewany, latem można wyjść na świeże powietrze (zimą niekoniecznie, chociaż była przestrzeń z namiotem dla palaczy). Są dodatkowo płatne sauny, ale to może następnym razem.
A o niedzieli niebawem.
Restauracje i miejsca:
- Mama India - Schönhauser Allee 10, indyjska [2022 - zamknięta]
- Rose Garden Berlin - Alte Schönhauser Str. 61, śniadania, z tych droższych, ale pyszne i dużo!
- Berkis - Winterfeldtstraße 45, grecka
- Illuseum - Karl-Liebknecht-Str. 9.
- Hotel Stadtbad Oderberger, Oderberger Str. 57 - można wybrać pakiet 2 godzin na samym basenie albo droższy basen z saunami, za opłatą dodatkową można wypożyczyć ręcznik; uwaga - gotówka albo karta maestro
- Flohmarkt am przy Mauerpark, Bernauer Str. 63-64
Rose Garden Berlin, śniadanie
Berkis, lancz / Pallaseum
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 22, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[21.09.2019]
O tym, którędy dojechałam i wróciłam na niemieckie przygranicze było tutaj. Do Forst pojechałam w czerwcu na Festiwal Róż, ale równie pięknie - jak się okazało - jest we wrześniu. Bez szaleństwa motyli i pszczół, ale równie kolorowo i nie tak gorąco. Młodzież utknęła na świetnie zrobionym placu zabaw, ja - w daliach i różach.
Obiad w Gut Neu Sacro, jak poprzednio. Po raz pierwszy piłam Federweißer, strasznie mi się podobało (aczkolwiek nie wiem, czy nie przysłużył mi się do migreny-giganta na równi z okularami do dali). Pierwszy raz też karmiłam zwierzynę płową (nie podejmuję się oceniać, czy tylko daniele, czy też inne gatunki) marchwią. Ją marchew jak złe i wyrażają uznanie pochrząkiwaniem.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 21, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[26-27.08.2019]
Tym razem podróż była nieco niesymetryczna - pierwszego dnia planowałam dotrzeć pod Innsbruck, do małej miejscowości Patsch, do hotelu obiecującego widok na Alpy (ignorując myśl, że na następny dzień zostaje do przejechania 1000 km do dużego pokoju). Włoskie autostrady przejechaliśmy bez problemów[1], podobnie austriackie[2], hotel - poproszony mailem o zakup urodzinowego tortu dla Majuta - spisał się idealnie, więc 10. urodziny młodzieży (kiedy to minęło? Chwilę temu była w żłobku!) zostały wycelebrowane należycie. Co do widoków - wyprzedziły moje oczekiwania. Krótki spacer po wsi, catspotting: 3 (ogromna chemia między mną a czarnym kotem, leniwe futro na dachu oraz psotne czarno-białe stworzenie w konflikcie terytorialnym z czarnym), mały kościół, ukwiecone domy malowane w medaliony ze świętymi oraz soczyście zielone łąki pod linijkę.
Panorama, wieczór
Widok z hotelu / Nawet polna ściezka za stodołą ma nazwę
Panorama o poranku
Przydomowa kolekcja kaktusów / Przykościelny cmentarzyk
Tyrolska architektura
Kościół, wnętrze (nikt nie pilnuje) / Hotel
Kaktusy
Zmrok zapadł / Lokalne murale
Zachód słońca
Alpy o poranku
Po śniadaniu
Wbrew obawom, przez Niemcy i Polskę przemknęliśmy jak nóż przez masło, patrząc ze sporą schadenfreude na mega korki, stojące w przeciwną stronę (bo wypadek). Po jednej nieudanej próbie znalezienia restauracji w Bayreuth (fantastyczna nazwa), trafiliśmy do mocno rustykalnej, ale zacnej Berg Hütte.
Zabawne nazwy po drodze: Gnadenwalde, Biebersdorf, Zehnzenhof, Klein Marzehns, Niemegk, Triptis i Lederhosen.
GALERIA ZDJĘĆ. Dodałam też kilka zdjęć do poprzedniej notki.
PS Będą jeszcze Włochy, spokojnie. Ale jak widzę, ile mam zdjęć do przejrzenia, to jednak oddalam się poleżeć.
[1] Tym razem zbrojni w wiedzę o godzinach restrykcji kulinarnych nawet przy autostradzie i z doświadczeniem, żeby omijać lokale “Hermes”, niechcący zjechaliśmy z autostrady i trafiliśmy do Roadhouse’u z przyzwoitą i niewiele droższą od autostradowych przybytków kuchnią.
[2] O winietkach pisałam poprzednio, ale upierdliwością jest płatna dodatkowo i każdorazowo (mimo winietki) Autostrada Brennerska; niedużo, bo 9,5 euro, ale to więcej niż koszt przejazdu pozostałymi autostradami. Żeby wjechać do hotelu, trzeba też z autostrady zjechać (albo nadłożyć ponad 100 km), a wjazd w Patsch kosztuje dodatkowe 2.5 euro.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 27, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[18-19.08.2019]
Słowem wstępu - zwykle docieraliśmy na wakacje samolotem. Bo jednak szybciej, chociaż z ograniczeniami (a to walizki trzeba ważyć, czegoś nie wolno do podręcznego, wodę za 9 zł trzeba kupić na lotnisku, a na samym końcu lądujemy na wyspie, co sprawia, że TŻ czuje się niepewnie, bo wpław jakby co nie wrócimy), a na miejscu i tak samochód. Tym razem idea była taka, żeby zapakować samochód po korek, wziąć rowery i nie spiesząc się ruszyć w Europę. Rowery odpuściłam, bo jednak 1600 km z rowerami na dachu to jest wyzwanie (a poza tym gospodyni obiecywała, że są na miejscu; nie kłamała, tylko jest jakby za ciepło na jazdę na rowerze, ale o tym w następnych odcinkach).
Etap pierwszy podróży - Poznań-Ingolstadt szybko mnie naprostował. Teoretycznie według Google Maps miało być to 7 godzin spokojnej jazdy, z czego 515 km autostradą. I tak było do polskiej granicy, gdzie okazało się, że latem AD 2019 niemieckie autostrady składają się z mega korka. Przy samej granicy straciliśmy godzinę, kolejna rozeszła się na zwężenia i korki wzdłuż trasy i krótki postój na obiad w niemiecko-amerykańskim dinnersie w Linthe. W efekcie do Ingolstadt, miasteczka z pięknym ryneczkiem, kolebki Iluminatów Bawarskich, dobiliśmy o 21:00. Z całego zwiedzania została nam sauna w hotelu (świetna, aczkolwiek Majut po minucie stwierdził, że wychodzimy) oraz lokalny Saturn, albowiem w momencie wsiadania do samochodu padł mi telefon. Tak znienacka, na oko sprzętowo, co pozbawiło mnie jako kierownika wycieczki dostępu do informacji, o którą się co chwila dopytywała wycieczka (Daleko jeszcze? A ile od zjazdu do autostrady? A czy w hotelu jest wifi?).
Etap drugi to kontynuacja walki przez niemieckie korki, już ze świadomością, że jednak trzeba się pospieszyć, bo łatwo nie będzie. Winietkę na Austrię można było kupić na wielu stacjach na autostradzie, więc nie było się co stresować, że przez internet się czeka 18 dni na aktywację (srsly!). Sama Austria (pierwszy raz!) zmiotła mnie z nóg. Jedzie się nie za szybko, bo górki i wszyscy uczciwie jadą limitem, za to widoki takie, że chyba w skali dotychczas widzianych miejsc daję 9.5 (przy czym nie pamiętam, co ma 10). Zamki w absurdalnych miejscach na skałach, pasemka mgły na zielonych górkach, puchate beżowe krówki, tu rzeczka, tam pociąg. Pełna obaw wjechałam do Włoch na Autostradę Słońca, ale wyszło, że jak już Włosi ogarnęli, że lewy pas szybko i raczej do wyprzedzania, a nie że oba pasy jadą tak samo wolno, że to jedna z lepszych i przepustowych autostrad (chociaż czasem jakości ekspresówki). Cena autostrady z tych grubszych (w okolicach 40 euro), dodatkowo dopadła nas włoskach sjesta, gdy okazało się, że nawet na autostradzie (bo zjeżdżać do jakiejś restauracji tym bardziej nie ma sensu) w ciągu dnia wydawane jest pieczywo i słodkie, z zamkniętą sekcją obiadową. Long story short, do docelowego Castigliano del Lago dobiliśmy już po zmroku.
Wiatraki! / Dinners w drodze (Niemcy)
Niemieckie pobocza
Widok z hotelu w Ingolstadt / Kratownica w kształcie kozy
Tęczowa chmurka
Winnica / Tablice z atrakcjami i rude krówki
Austria, górki
Jeden z kilkudziesięciu tuneli / Przydrożna architektura
EDIT: GALERIA ZDJĘĆ (również z powrotu).
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 19, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 4 komentarze
- Skomentuj
[29.06.2019]
Ogromną sympatię do terenów tuż-przygranicznych miałam już po wizycie w Mużakowie/Kromlau dwa lata temu, wizyta w Dreźnie i okolicach w tym roku mi tylko tę skłonność ugruntowała. Forst to małe miasteczko tuż przy granicy[1], w zasadzie nazywa się Forst (Lausitz) po niemiecku, a po łużycku Baršć (Barszcz albo Barść). Samo miasteczko jest urocze - niewielkie, schludne, pełne zadbanej architektury (chociaż i kilka malowniczych ruinek na sprzedaż się znajdzie), ale głównym celem był Wschodnioniemiecki Ogród Różany, w którym w ostatni weekend czerwca odbywa się Różany Festyn. Ogród ma ponad 100 lat (założony został w 1913 roku) i jest przepięknym zadbanym ogrodem botanicznym, w którym oprócz róż jest mnóstwo letnich kwiatów i - automatycznie - powietrze drży od zapachu, motyli, pszczół i innych trzmieli. Oczywiście nie warto czekać na festyn, żeby Ogród obejrzeć (tym bardziej, jeśli nie jesteście zainteresowany dwukrotnie wyższą ceną za wstęp, zakupami egzotycznych odmian róż, występami zespołów[2] czy pokazami musztry lokalnego Bractwa Kurkowego), można jechać w dowolnym momencie rozkwitu róż.
Lokalna specjalność / Latolistek cytrynek
Biali / Klomb / Niebiescy[3]
Suche, ale ładne / Rzeczka przez ogród / Wtem granica nad Nysą
Na specjalne życzenie TŻ na obiad znalazłam niemiecką restaurację w leżącej opodal miejscowości Sacro (Zakrjow), a w zasadzie Neu Sacro. W zasadzie to znalazłam dwie obok siebie, bo w pierwszej stała tabliczka “jesteśmy na urlopie od 27.06 do 14.07”, za to droga do drugiej prowadziła koło pola z młodymi danielami. Przypadek? Nie sądzę. Najpierw były trzy, ale WTEM pojawiło się ich kilkadziesiąt i bardzo rozczarowane były, że mam do dyspozycji tylko pogłaskanie, a nie kosz warzyw i owoców. Przepraszam.

Adresy:
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Granicę przekraczaliśmy w Zasiekach (dawniej części Forst, zwanej przed wojną Berg), co oczywiście spowodowało mnóstwo żartów pt. mamy Zasieki na granicy z Niemcami. Tyle że nie, nie ma zasieków, za całą granicę jest mostek na Nysie Łużyckiej i trójkolorowe słupki przy rzece.
[2] Pełen wybór - Antonia aus Tirol albo Fools Garden, autorami jednego hitu. Pierwsze nie dziwi, drugie jednak zaskakuje, bo nie wiedziałam, że to niemiecki zespół.
[3] Przymiotnik od Forst to Foster, strasznie mnie to bawi.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 29, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jednym z polecanych turystycznych miejsc jest Pfunds Molkerei (Bautzner Straße 79), mleczarnia założona przez braci Pfund w 1880 roku. "Najpiękniejsza mleczarnia świata" według wpisu w księdze rekordów Guinnessa, początkowo była odpowiedzią na brak świeżego mleka w mieście - zamiast sprowadzać mleko z okolicznych wsi, przedsiębiorczy bracia przywieźli do miasta krowy i doili je na oczach klientów. Aktualnie krów nie ma, jest za to obszerny sklep z nabiałem, kosmetykami i czekoladą, na bogato (i jak mówię, że na bogato, to jest wszystkiego mocno) ozdobiony ręcznie malowanymi w style neorenesansowym kafelkami Dresdner Steingutfabrik Villeroy und Boch. Do zakupów można szklaneczkę zimnej maślanki (trochę brr, ale na przykład TŻ lubi), albo bardziej tradycyjnie kawę i ciastko w restauracji na pięterku (ale tu już bez kafelków). Sklep, co nietypowe dla Niemiec, jest otwarty też w niedzielę (ale krócej, do 15).
Pfund Milkerei
Drugim w pewnym sensie kulinarnym miejscem w Dreznie, które chciałam odwiedzić, był Pasaż Artystycznych Dziedzińców (Kunsthofpassage, z wejściami od ulic Görlitzer Strasse 23/25 albo Alaunstrasse 70). Cała okolica pełna jest etnicznych restauracji, a w samym pasażu, składającym się z kilku połączonych ze sobą przejściami podwórek, są sklepiki z rękodziełem i kawiarenki. Ale to, co mnie przyciągnęło, to architektura, nieco przypominająca projekty Hundertwassera.
Kunsthofpassage
Ale że nie chodzi tylko o zwiedzanie i restauracje (o czym poniżej), będzie i o sklepach. Ponieważ zauważyłam piekarenkę tuż obok apartamentu, który wynajęłam[1], wygodniej i sprawniej było iść rano po zakupy niż szukać śniadaniowej kawiarni. W piekarence pani już trzeciego dnia witała mnie jak stałego klienta, czego tu nie lubić. Poza tym Niemcy mają Lidla, który nie różni się wiele od polskiego, bardziej egzotyczne są zakupy w delikatesowych REWE czy w Konsumie (sic!), mieszczącym się w Centrum Galerie Dresden (gdzie się wybrałam, bo jest Primark i Rituals[2]).
Przystawki ze Sweet Greece / Fontanna przy Centrum Galerie Dresden
Restauracje:
- Little India, Louisenstraße 48, mała indyjska restauracja, wieczorami pełna
- O Português, Bürgerstraße 30, domowa kuchnia portugalska
- Sweet GREECE, St. Petersburger Straße 32, kuchnia grecka (wybrana głównie dlatego, że czynna w środku dnia, co bywa trudne w Niemczech)
- Enotria da Miri, Kleine Brüdergasse 1, kuchnia włoska (wybrana jak wyżej plus bardzo blisko Zwingera, a bez cen dla turystów)
- Café Vis-á-Vis, An der Frauenkirche 5, kawiarnia tuż przy Tarasach Bruehla
- Restaurant Olympia, Altmarkt 21, Chociebuż, kuchnia grecka (w zasadzie grecko-niemiecka, jedzenie w porządku, ale każda potrawa utopiona w dziwnym sosie typu tysiąca wysp).
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Apartament okazało się być przestronnym poddaszem, czyściutkim i świeżo wyposażonym, w wyremontowanej kamienicy z widokiem z jednej strony na ulicę, z drugiej na szereg połączonych ze sobą podwórek. Na podwórkach mini-kurnik (kury i przepiórki!) oraz koty. Naliczyłam co najmniej siedem (jasno-szary brytopodobny, biały długowłosy, dwa pręgowane szare, łaciaty biało-szary, dystyngowany rudowłosy i szczupły egzotyczny), z czego kilka przychodziło bezczelnie się domagać uwagi, a szary pręgowaniec na sam koniec władował nam się do apartamentu i oświadczył, że on (ona) tu mieszka. Gorąco polecam, aczkolwiek trzecie piętro bez windy, więc się trochę trzeba nachodzić.
Widok z okna / Kościół opodal / okolice Louisenstrasse
Lokalesi
[2] W Primarku głównie skupiliśmy się na haulu dla młodzieży, bo ja próbuję uprawiać minimalizm (nie będę recenzować, tylko powiem, że koszulka z Minecraftem zawsze na propsie), a do Rituals TŻ wybrał się po wodę toaletową, która okazała się być sezonowa i już nie. Nic to, zawsze z R. wracam z obłędnie pachnącymi żelami pod prysznic w piance.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 26, 2019
Link bezpośredni -
Tag:
niemcy
- 0 komentarzy
- Skomentuj