Tag:
panowie
Narrator, dla ułatwienia nazwę go Nico, chociaż chyba żadne imię nie pada, zaczyna college, nie ciągnie go jednak specjalnie do nauki, lubi sobie za to zarzucić jakieś wesołe narkotyki i dobrze się bawić. Poznaje Emily, szaleńczo się zakochują, razem rekreacyjnie biorą, niestety Emily wybiera pracę w rodzinnej miejscowości. Zirytowany Nico impulsywnie zaciąga się do wojska jako sanitariusz, planuje łatwo zarobić na spokojne życie z Emily. Tyle że nie. Po pseudoszkoleniu ląduje w Iraku z innymi nieudacznikami, a czasem zwykłymi psychopatami i przestępcami, udającymi żołnierzy. Kiedy nie ma patroli, gra w karty, pali, wdycha sprężone powietrze, przemyca psychotropy i leki przeciwbólowe i ogląda coraz bardziej brutalne porno. Jeśli czytałyście “Paragraf 22” czy “Na Zachodzie bez zmian”, możecie się spodziewać, co będzie dalej. Ale możecie się nie spodziewać, jak bardzo trudne są bezrefleksyjne opisy kolejnych niepotrzebnych śmierci żołnierzy, prowadzonych przez dowódców idiotów, bezkarność źle zaopatrzonych oddziałów, utrzymujących krwawy “porządek” wśród lokalnych mieszkańców. Po roku na misji Nico wie, że jedynym celem wysyłania wojska do Iraku są pozory, a on i jemu podobni są zwyczajnym mięsem okopowym, tylko o stopień wyżej niż nikogo nie obchodząca lokalna ludność. Wraca, ale nie jest w stanie funkcjonować normalnie, do tabletek dochodzi heroina i crack, wyniszczają się wzajemnie z Emily, zarobione pieniądze znikają szybko, więc zostaje dilerka i okradanie banków.
Książka nie ma finału, autor zostawia bohatera w drodze na kolejny partacki napad. Z posłowia i notki na okładce wiadomo, że Nico finalnie wylądował w więzieniu i tam napisał tę książkę. Nie wiem, która część jest bardziej przerażająca - “misja” w Iraku, która dobitnie pokazuje, jak bardzo niezasłużona jest sława amerykańskiej armii, czy okres po, gdzie wszystko kręci się wokół narkotyków i postępującego wyniszczenia. Nie wiem, czy chcecie to czytać. Ja niekoniecznie chciałam.
#8
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 5, 2024
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 4 komentarze
- Skomentuj
Doktor Sanders, patolog, zostaje zaproszony na weekend przez znajomego do Fourways, domu Miny i Sama Constable, poczytnej autorki i jej męża-zgryźliwca. Jak się okazuje, oprócz niego zaproszono też dwójkę przyjaciół - Larry’ego i jego narzeczoną Vicky oraz niejako Pennika, niepozornego człowieka, który twierdzi, że umie czytać w myślach. Oczywiście Sanders, jako człowiek nauki, neguje te umiejętności, ale sytuacja się zagęszcza, kiedy Pennik przewiduje śmierć gospodarza i jego ostrzeżenie, początkowo obśmiane przez Constable’a, okazuje się prawdą. W posiadłości w krytycznej chwili znajduje się 6 wspomnianych osób plus dwie dochodzące, służby nie było, bo tego dnia miał miejsce wypadek samochodowy, który - wprawdzie bez ofiar - ale zmusił całą służbę do pozostania w szpitalu. Nadinspektor Scotlandu Yardu Masters włącza się do śledztwa, ale się poddaje, bo nie ma żadnego sposobu, żeby Pennik rzeczywiście zabił Sama. Do śledztwa dołącza sir Henry Merrivale, człowiek o wielkiej przenikliwości i równie wielkim ego[1], dla którego sprawa jest priorytetowa, bo jeśli jej nie rozwiąże, “ każą mi wystroić się w togę i hrabiowską koronę, skóra na mnie cierpnie! Jeżeli to nie są plotki, że ta sępia zgraja czyha na mnie i czeka tylko na pierwszy lepszy pretekst, żeby mnie wsadzić do Izby Lordów”. Kiedy Pennik zapowiada kolejną śmierć i znowu jego przewidywania się spełniają, zaczyna pławić się we własnym sukcesie, twierdząc, że panuje and tzw. Teleforce, największą zdalną bronią ludzkości. H.M. planuje więc prowokację, w wyniku której morderca zostaje ujęty na gorącym uczynku.
Ech, jaka to zła i pretensjonalna historia. Oczywiście nie ma czegoś takiego jak Teleforce, a moc, jaką nadaje sobie Pennik jest efektem jego wychowania - wrfg Zhyngrz v jlpubjljnal olł an fmnznan, fgąq tłęobxn jvnen jr jłnfar fvłl v jpubqmravr j genaf. Morderca sprytnie korzysta z zadufania Pennika, żeby załatwić swoje prywatne porachunki, a jest trudny do wykrycia, bo gb xbovrgn. N xbovrgl fą molg tłhcvr, żrol olć ołlfxbgyvjlzv moebqavnexnzv. Narrator kilkukrotnie wyzywa czytelnika na pojedynek dedukcji, twierdząc iż można się domyślić, kto zabił. Tyle że nie.
[1]
Potem, po starej znajomości mówię: słuchaj, Tom, przesuń się i daj mi poprowadzić to pudło. Tom na to: „A wiesz jak?” Na to ja: „Oczywiście, że wiem”. Obaj musicie przyznać, że mam mechaniczne zdolności, co, a może nie? No to Tom powiedział: „Dobra, tylko prowadź ją jak karawan, powolutku”.
Masters wpatrywał się w niego zafascynowany.
— Chyba nie rozwalił pan pociągu, sir?
— Oczywiście, że nie rozwaliłem! — powiedział H. M. tak, jak gdyby to był właśnie najważniejszy powód do żalu. — Stuknąłem tylko jakąś głupią krowę.
Inne z tej serii.
#5
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 29, 2024
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tak jak podobała mi się “Kobieta w bieli”, tak “Księżycowy kamień” to wielkie rozczarowanie i wielokrotne zadawanie sobie pytania, jakim cudem ta nudna ramota wylądowała na wszelkich top listach powieści kryminalnych. Czytałam to autentycznie kilka tygodni, po kilka kartek, bo nuda-nuda-nuda. Oraz wielokrotnie przywoływany szowinizm, rasizm i pogarda dla niższych statusem lub zwyczajnie brzydkich.
Ileś lat wcześniej przed akcją właściwą, brytyjski wojak, krewny lady Verinder, kradnie z hinduskiej świątyni tytułowy żółty diament, mordując pilnujących go braminów. Trochę wstyd, ale kiedy córka lady V. dostaje kamień na 18 urodziny, to jakoś nikt się nie kwapi, żeby zwrócić go oryginalnym właścicielom, mimo że po okolicy krąży grupa Hindusów, ewidentnie w związku z kamieniem. Problem w tym, że kamień ginie tuż po wręczeniu, a jubilatka zaczyna zachowywać się na tyle dziwnie, m.in. odrzucając ukochanego, że posądzający ją o kradzież super detektyw zostaje odprawiony przed rozwiązaniem sprawy. Sprawa wyjaśnia się niejako mimochodem w ciągu następnego roku - kradzieży nieświadomie dokonała osoba pod wpływem narkotyku, podanego jej dla żartu, ale zanim to nastąpi, brzydka służąca zakochana w pięknym paniczu popełnia samobójstwo, umiera lady Verinder (bez związku), do młodej panny ustawia się interesowny absztyfikant, co motywuje do działania odrzuconego ukochanego.
Jedynym ciekawym zabiegiem jest urozmaicona narracja - kolejne części książki opisują wierny, acz cyniczny służący lady V., szukający natchnienia w czytaniu “Robinsona Kruzoe”; jej kuzynka, nachalna dewotka; śmiertelnie chory lekarz-morfinista; wreszcie przepiękny kuzyn Franklin Blake, zakochany w córce lady. Podsumowując - jest wiele ciekawszych książek, na tę szkoda czasu.
Inne z tej serii, inne tego autora:
#2
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 18, 2024
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
1959, Harlem. Czarny Ray Carney, syn pijaka i przestępcy, ukończył studia, ożenił się z bielszą od niego żoną z tzw. dobrej rodziny i za wszelką cenę chce odciąć się od szemranych korzeni. Rozkręca biznes - sklep meblowy - wprawdzie za pieniądze, które ukradł ojciec, ale od tej pory pracuje uczciwie, żeby utrzymać żonę i dzieci, żeby teść-klasista (czarny, ale jaśniejszy) go zaakceptował, żeby został przyjęty do klubu biznesmenów, gdzie o wejściu decyduje stan konta (chociaż czasem też test brązowej torby). I w zasadzie udaje mu się, mimo że czasem sprzedaje też rzeczy, które spadły z ciężarówki. Tyle że krew nie woda, pojawia się jego kuzyn Freddie i wciąga go w skok, co owocuje dywersyfikacją dochodów z paserki; Carney jest oczywiście niechętny, ale z drugiej strony sklep przynosi umiarkowane dochody, a on chciałby zapewnić rodzinie lepszy dom, a dzieciom lepszy start. To opowieść o aspiracjach, ale i o trudności wyjścia z getta, w czym skorumpowana policja i mocno trzymający się swoich pozycji ci “lepsi” czarni nie pomagają.
Można “Rytm” czytać jako powieść historyczną, ale sporo zjawisk jest ciągle obecnych - profilowanie po kolorze skóry, brutalność policji, nietykalność białych lub tych, co dają łapówki, zamieszki, kiedy władza jednak przekroczy pewien próg przyzwoitości. Autor chce, żebym lubiła Carneya, mimo jego związków z przestępcami czy zawziętości w zrealizowaniu wyjątkowo wyrafinowanej zemsty. Tak samo chce, żebym czuła współczucie dla Freddiego, uwikłanego w kolejne skoki czy dla innych przestępców, którzy nie wahają się zabić i zdeponować zwłok w bezpiecznym miejscu. Doskonale się to udaje, lubię inteligentnych, nieco sarkastycznych bohaterów, są ludzcy i wielowymiarowi, mimo że przykładając współczesną moralność, w zasadzie nie powinnam.
Inne tego autora.
#1
Napisane przez Zuzanka w dniu środa styczeń 10, 2024
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lata 50. W tytułowych ruinach zostają znalezione zwłoki Janette Worek, młodej repatriantki z Francji. Akcja milicji jest dość chaotyczna - młody prokurator Jacek Trzebiński, niewyspany po nocy nad brydżem[1] prowadzi sprawę, bo jako jedyny ma telefon[2], a zgon i wstępną ocenę ciała robi internistka z łapanki. Akcja prowadzona jest dwutorowo: opis śledztwa, które głównie skupia się na Janie Worku (it’s always a husband) przeplatają relacje z procesu, gdzie młodego prokuratora, przekonanego o winie męża bezlitośnie punktuje z zaniedbań w śledztwie stary wyga, adwokat Wisłocki. Sam oskarżony przyznaje się do tego, że planował niewierność (Moja żona była chorowita, w nocy była zawsze zmęczona, senna, nie dała się obudzić i dlatego miałem zamiar ją zdradzić…), ale wystarczyło skłamać, a nie mordować. Wtem książeczka kończy się słowami “Sędzia podejmie decyzję”. I tyle, bez wyjaśnienia, co się stało i kto zabił. Tak się nie robi.
Się nosi: angielski battle-dress.
Się pali: wczasowe, chesterfieldy i caporale (dla świadków, bo jak zapalą dobry papieros, to chętniej mówią).
Się je: krem sułtański (Janette), czarny chleb z formy i bułki paryskie, które Janette przywozi z drugiego końca miasta, kiełbasę, wędlinę i ogórki (na szkolnej imprezie).
Się pije: kawę i herbatę, wino (na szkolnej potańcówce). Za kulisami się pije więcej, bo zwłoki znajduje zbierająca butelki staruszka.
Humor codzienny:
- On [Jan Worek] tam rozumów za wiele nie zjadł. A jak się taka mądra na niego zezłości, to mu coś powie takiego, że nie zrozumie i wstyd mu będzie powiedzieć, że nie rozumie. To się zezłości i babę zleje. Mówię, jak myślę, bo sam bym taką zlał. A ta jego Żanieta, czy jak, to i do bicia się nie nadaje.
Na sali rozległy się tłumione chichoty. Sędzia Lepiński też nieco poczerwieniał na twarzy. Jego grdyka wykonywała ruchy, jakby połykał śmiech.
[1] Powodem zarwanej nocy był bridge - jedyna naganna słabostka młodego prokuratora o proletariackim sumieniu i piastowanej w zetempowskiej duszy wrogości dla wszystkiego, co choć trochę pachniało „zachodnim stylem życia”. (...) Więc nawet, w dobie bezpardonowej walki klasowej młody prokurator pozwalał sobie czasem na spędzenie nocy w składzie dobranej czwórki. (...) Cóż tu bowiem ukrywać — Jacek grał już znakomicie, a że dawni koledzy ojca posiadali jeszcze resztki przedwojennych fortun, a w brydża grali ostro, taka spędzona przy kartach noc przynosiła mu niejednokrotnie więcej , niż cały miesiąc spędzony przy biurku podprokuratora dzielnicowego.
[2] (...) tę pierwszą poważną sprawę dostał prokurator Trzebiński tylko dzięki nie najlepszemu pochodzeniu społecznemu. Znakomita bowiem większość młodzieży z zespołu prokuratury Warszawa-Praga pochodziła z mocnych klasowo, robotniczych rodzin. A takie rodziny - jak wiadomo - telefonu w domu nie posiadały.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#112
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 28, 2023
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wszyscy czytali i/lub oglądali “Ślepnąc od świateł”, tak? Bo jak nie, to lepiej nie czytajcie, w kontynuacji losów “etycznego” dealera Jacka od samego początku pojawiają się detale, które powinny zaskoczyć w finale pierwszej części.
Minęło 5 lat. Jacek ostatecznie wylądował w Argentynie, chociaż niekoniecznie w taki sposób, o jakim myślał. Żyje, chociaż raczej właściwie się ukrywa, bo odciął się od Polski, od znajomych i rodziny, jedynie z siostrą, Pauliną, z rzadka rozmawia. Na miejscu zaskakująco łatwo wchodzi w dawne tory - jego zrozumienie kanałów dystrybucji i substancji psychoaktywnych przechodzi płynnie przez barierę językową, co oczywiście kończy się w wiadomy sposób - robi sobie wrogów i traci poczucie sensu życia. Mimo że przygarnął psa przybłędę, planuje iść na koniec świata i nie wracać, dosłownie. Z ostatniej drogi zawraca go telefon - ktoś zastrzelił jego siostrę i jej męża na oczach dwójki dzieci. Niby leci na pogrzeb, ale tak naprawdę szuka zemsty, bo wie, że to była jego wina. Nie dziwi go, kiedy w słuchawce odzywa się głos psychopaty Daria, nie dziwi go, że policja chce, żeby poszedł na współpracę i Daria im podał na tacy. W drugim wątku narratorką jest Pazina, również wrak człowieka, ale próbuje naprawiać życie tym, którym jest jeszcze ciężej - zbudowała Azyl dla osób LGBT+, które nie miały gdzie się podziać. Kiedy jedno z jej podopiecznych, Lucek, zostaje znalezione skatowane na śmierć, Pazina też szuka zemsty. Trzeci głos to Kurtka, drobny, chociaż cwany dealer, który zaskakująco dużo wie o wszystkim - nowym super uzależniającym narkotyku o uroczej nazwie świetlik, powrocie Jacka i o tym, kto torturował i zabił Lucka.
Z jednej strony, to jest przerażająca książka o przemocy, ponownie. Taka, po której chcę sobie wyczyścić mózg szczotką, bo tak realne wydaje mi się to, co Żulczyk opisał. Z drugiej, mimo precyzji fabuły, nie ma tu nic nowego, czego nie było w “Ślepnąc”, albo może nie ma nawet udawania, że ktokolwiek z gangsterów ma jakieś wyższe pobudki, nawet jeśli jest coś, co jest dla nich cenne (nawet Dario ma taki czuły punkt!). Obrywają ci, którzy są blisko - rodzina Jacka, Pazina, zagubione dzieciaki, które mają ograniczone opcje i albo zginą, albo przetrwają, uszkodzone. Ale jest jedna unikalna płaszczyzna, dla której to książka przełomowa - wiernie i brutalnie pokazuje czas, w którym dzieje się akcja - rok 2020, pierwszy rok pandemii. Nieudolne radzenie sobie z kryzysem, rosnąca liczba zachorowań, dezinformacja rządowa, lockdown i obchodzenie nieudolnych przepisów, jeszcze więcej rzeczy przeniesionych do podziemia i ludzie, dla którym pozwalająca na chwilę zapomnienia kapsułka ze świetlikiem to nowy cel w życiu, bo innych - być może - już nie dożyją. I mimo że nie wciągnęła mnie emocjonalnie aż tak, jak pierwsza część, zakończenie mnie zaskoczyło.
Inne tego autora.
#111
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 27, 2023
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Rodzice Andrew wyemigrowali ze Związku Radzieckiego, kiedy ten miał 6 lat, a jego starszy brat Dima - 16. Andrew został w Stanach, próbując wejść w świat akademicki, Dima - bardziej obrotny - zdecydował się wrócić i robić już w Rosji interesy. Kariera akademicka niespecjalnie wypaliła, kryzys 2008, Andrew zgadza się na propozycję brata, żeby “na jakiś czas” przeniósł się do Moskwy, bo ich babcia wymaga opieki. Planuje napisać książkę i uważa, że rozmowy z babcią, kobietą inteligentną i wykształconą, dadzą mu świeżą perspektywę. Na miejscu okazuje się, że Dima uciekł i nie planuje wrócić, bo może czekać los Chodorkowskiego, babcia ma pogłębiającą się demencję i twierdzi, że nic z przeszłości nie jest ważne i w ogóle to nie pamięta, za to wymiata w anagramach, nie ma pracy dla kogoś, kogo jedynymi umiejętnościami są znajomość języka angielskiego i kiepska gra w hokeja. Andrew, aktualnie Andriej, próbuje, ale każdym kroku podcina mu skrzydła rzeczywistość - Moskwa jest absurdalnie droga, nie ma przyjaciół, gra w hokeja w mocno amatorskiej drużynie, a próby napisania jakiejkolwiek publikacji nie przynoszą nic odkrywczego. Nawiązuje kontakty z lewicową grupą antyreżimową, po części dlatego, że w grupie jest śliczna Julia, nie do końca zdając sobie sprawę, że nawet pokojowe protesty mogą być odebrane jako antyputinowskie i wpędzić go w kłopoty.
Nie jest to bynajmniej przyjemna ani zabawna książka, jak sugeruje okładka i recenzje. Nawet nie dlatego, że Rosja lat 2008-2010 to trudny kraj, ale dość posępna się czyta opowieść niespecjalnie błyskotliwego bohatera, który - rzucony na głęboką wodę innej kultury i realiów - nie daje sobie rady i nie odnosi sukcesu. Sporo dramatycznych rzeczy jest ledwo zaznaczonych - antysemityzm, pozostawienie sobie samym starych ludzi, osuwająca się w demencję babcia, którą na sam koniec życia Dima planuje przeprowadzić do tańszego mieszkania, bo akurat jest koniunktura, bezkarność pogrobowców KGB, wreszcie dość czarno odmalowana jest rzeczywistość uniwersytecka, gdzie wygrywają pieczeniarze, cwaniacy i ludzie z kontaktami.
#110
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 21, 2023
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Berliński rzeźnik Külz, analog boomera z początku XX wieku, ucieka z domu, żeby odpocząć od prozy prowadzenia sklepu i robienia kiełbas. Trafia do Kopenhagi, gdzie poznaje pannę Trübner, oczywiście śliczną, która zwierza mu się - bo najlepiej zwierzyć się świeżo poznanej osobie - że ma ze sobą cenną malarską miniaturę i boi się, że ją okradną. Zaiste, obserwuje ją, a zatem i rzeźnika, cała szajka sarkastycznych rzezimieszków. Wtem pojawia się jeszcze gładkolicy Rudi Struve, który niezbyt sprytnymi metodami usiłuje pannę poderwać. Po nieudanej próbie upicia Külza i wybadania, czy jest rzeczywiście naiwniakiem czy jednak super cwaniakiem, gang podąża za naszą trójką pociągiem i promem do Warnemünde, gdzie dochodzi do kradzieży najpierw kopii, a potem oryginału miniatury. Akcja przenosi się do Berlina, gdzie w czasie licznych pościgów i zaskakujących zwrotów akcji okazuje się, kto ma oryginalną miniaturę, jak zareagowała żona na powrót rzeźnika, kim jest pan Struve oraz że oczywiście młodzi się w sobie zakochali.
To bardzo leciutki, zabawny kryminał, trochę w stylu cyklu Waltariego. Nikomu nie dzieje się krzywda poza okazjonalnym poturbowaniem w zamieszaniu. Gang profesora Holza jest dość niezdarny, ale za to zabawny:
— Szybciej! — rozkazał. — Nie wszyscy mają tyle czasu co pan.
— Jak wpadniemy na drzewo, nie będziemy szybciej w Warnemünde — zauważył szofer.
— Szybciej! — przynaglał siwobrody pan. — Bez gadania! Zwrócę panu koszt drzewa.
— Po czym poznałeś, że to kobieta, przecież było ciemno?
— Po imieniu — oświadczył pan Achtel cynicznie.
Pan Külz to taki wąsaty wuja z wesela, dzięki czemu jest cała porcja ówczesnego - jakże komicznego, boki zrywać - szowinizmu:
— Nie chciałaby się pani podpisać [na pocztówce]? Moja Emilia będzie zazdrosna, a to jest zawsze bardzo komiczne.
— Niezupełnie. Henryk IV był cesarzem Niemiec, a Henryk VIII królem Anglii. Najbardziej znany był z tego, że często się żenił i kazał stracić kilka żon.
— To były czasy! — powiedział pan Külz i mlasnął językiem.
— Ale kazał swoje żony nie tylko tracić, ale i malować.
— Chyba przedtem! — Külz zaśmiał się głośno i uderzył dłońmi po impregnowanych zielonych spodniach.
— Pan wprawdzie sądzi, że moje przeczucia przeszłyby po pierwszym dziecku. Ale ja już panu powiedziałam…
— Że nie jest pani w stanie tak długo czekać.
Się nosi: pantofelki rozmiar 35.
Się pije: żytniówkę, piwo jasne, beaujolais, koniak, rosół z jajkiem.
Się je: wszystko, od homarów po szwedzkie owoce ze śmietaną (w bufecie na promie), ponczowy tort i placek z czereśni (na balu w Warnemünde).
Się pali: cygara, Lucky Strike.
Się wciera: spirytus mrówczany w bolące nogi.
Rudi Struve powiedział:
— Powinniśmy tu zostać. Moglibyśmy zbudować trzy szałasy. Co pani o tym sądzi? Pan Külz robiłby z dzikich królików cielęcą wątrobiankę i sznycle po wiedeńsku. Pani mogłaby zbierać jagody i gotować herbatę z lipowego kwiatu. A z owoców buczyny można podobno piec bułeczki.
— A pan? — zapytała Irena Trübner. — Pan by nic nie robił?
— Ja przynosiłbym węgorze i flądry.
— Łowi pan ryby? — zapytał Külz.
— Nie. Jeździłbym codziennie tramwajem do Warnemünde i kupował ryby w wędzarni.
Roześmieli się i było im bardzo wesoło. Dopóki nie zauważyli, że siedzą w mrowisku.
Inne z tej serii.
#104
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 3, 2023
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Immanentną cechą Gruza jest nienawiść. Nienawidzi każdego, kto jest wrogiem katolickiego rządu i/lub nie jest prawdziwym, białym, heteroseksualnym Polakiem, nie ma problemu więc, żeby zabić czy zniszczyć każdego, jeśli dostanie takie polecenie. Tak naprawdę jednak Gruz może zabić każdego nawet i bez polecenia, bo zwyczajnie lubi przemoc. Jest tylko jedna osoba, którą Gruz bezwarunkowo kocha - to Suchy, jego kamrat i jedyny człowiek na świecie, który w Gruzie wyzwala łagodność i czułość. Tyle że Suchego już nie ma. Ale tego się czytelnik dowiaduje z licznych dygresji, podczas gdy właściwą akcję zaczyna akcja naprawcza - Gruz z ekipą ma wyprostować ideologiczne pewnego reżysera-degenerata. Prostują nawet nieco za mocno, robi się chryja, ekipa ginie, a sam Gruz trafia do więzienia. Dostaje od swojego “prowadzącego” ostatnią szansę - ma przywieźć tajemniczą przesyłkę z obozu dla uchodźców w Republice Karpackiej. Kiedy dociera do niego, co to za przesyłka, jego życie się zmienia. Nie że chce, tylko zostaje założona na niego smycz, której pierwszy raz w życiu nie może zerwać.
To nie tak, że inne książki Żulczyka są miłe, przyjemne i łatwe. Bo nie. To nie pierwszy raz też, kiedy główny bohater wcale nie jest sympatyczną osobą, bynajmniej. Albo gdzie świat przedstawiony to przerażająca, przegięta dystopijna wizja Polski, w której w imię Chrystusa giną ludzie. Ale w innych książkach nie ma: autora, Jakuba Żulczyka, łysola w dresie, jako głosu w głowie głównego bohatera; Matki Boskiej i Jezusa (oraz innych bytów) jako pełnoprawnych bohaterów; wielokrotne sugerowanie, że może te rzeczy się wcale nie dzieją czy rozbijania czwartej ściany. Wierzę, że to - jak sam autor mówi - jego magnum opus, najlepsza książka, z której jest dumny. Ale mnie się może nie podobać, bo serdecznie nie lubię realizmu magicznego, nawet jeśli doceniam wymowę i przymus podzielenia się przerażającą wizją, którą można wyekstrahować z tego, co dochodzi codziennie z mediów. Tak może być, jeśli nikt nie zablokuje nacjonalistów, przemocowców, pieczeniarzy; jestem pełna podziwu (nie zachwytu, oczywiście), jak bardzo mocne są wizje Żulczyka, mocne i niestety prawdziwe. Szanuję, nie rozumiem. Przemęczyłam się czytając, odkładałam i wracałam po kilku minutach, ale finalnie skończyłam i jednak żałuję czasu na lekturę. Z innymi książkami tego autora tak nie miałam, nawet jeśli mi nie leżały tematem.
Inne tego autora.
#103
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 30, 2023
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Barbara, zwana Pyszczydełkiem, jest ładna, ma dobrą pracę, mieszkanie w stolicy, pieniądze, ale nie ma po co żyć - jej ukochany mąż zginął w wypadku (spokojnie, informacja o tym pojawia się na stronie 11). Buja się tak w tytułowej wszystkojedności przez kilka lat, łyka kolejne nie działające leki, wreszcie po półtora roku oczekiwania trafia na Podlasie do “Prałdy”, nietypowego ośrodka dla kobiet. A tu jest dziwnie. Nie ma terapii jako takiej, jest za to praca w kuchni, w ogrodzie, w pralni, codzienne, męczące czynności, każdy, na zmianę. Z rzadka z “pustelni” schodzi gura (feminatyw od “guru”), 18-letnia córka założycielki i mówi rzeczy z jednej strony oczywiste, tu wstaw przewracanie oczami, Barbie już słyszała to setki razy w swojej nieprzepracowanej ciągle żałobie, z drugiej strony - patrząc na wszystkie pokiereszowane życiowo kobiety i jednego geja, którym tradycyjna medycyna nie pomaga, może jest w tym metoda. W leczeniu jednak przeszkadza to, co dzieje się dookoła ośrodka, który - mimo że pośrodku niczego - jest solą w oku lokalnych mieszkańców, bo wcale nie chcą ośrodka u siebie. Nie będą lizbijki pluły im w twarza, więc zdarzają różne szykany, a podczas pierwszej nocy Barbie w ośrodku ktoś podpala przed bramą ludzkie zwłoki. Nie żeby lokalesi narzekali na brak wrogów - tuż obok mieszka Jerzy Majer, aktywista-ekolog, który ma takie hobby, żeby nie wycinać Puszczy Białowieskiej, za nim ciągnie się całe stado wspierających go wolontariuszy oraz nienawidząca go żona i córka. Kolejne zwłoki, z Białegostoku przybywa całkiem niegłupi podkomisarz Ćwik i zaczyna rozplątywać problemy dookoła lokalnych układów.
Już nawet nie będę się egzaltować zbiegiem okoliczności miejsca akcji[1], ale jaka to jest pyszna książka. Napisana świetnym, bezpretensjonalnie ironicznym językiem, a mimo że autor jest mężczyzną, fantastycznie oddaje perspektywę kobiecą na wiele spraw - miłość, rodzinę, odpowiedzialność, cel w życiu. Nawet zniekształcona perspektywa wiecznie pijanego Majera, który chce dobrze, ale wychodzi jak zwykle, doskonale pasuje do dezorganizacji środowisk ekologicznych, które walczą o słuszną sprawę, ale niekoniecznie sensownymi metodami. Oraz o nierówności stron, bo nikt nie obiecywał, że druga strona nie użyje przemocy, kłamstwa czy oszustwa. Idźcie czytać, nie rozczarujecie się.
[1] Otóż rzecz się dzieje tuż obok miejscowości Zwierzyniec i Teremiski, kilka kilometrów od miejsca, gdzie swoje dzieciństwo przeżyła moja matka.
Inne tego autora.
#100
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 20, 2023
Link bezpośredni -
Tag:
panowie
- 0 komentarzy
- Skomentuj