Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: panowie

Ewa wzywa 07 17-19

Stanisław Goszczurny - Sylwestrowa noc #17

Lista osób:

  • Zofia Soja - zaginiona, lubi się zabawić, ale niekoniecznie z mężem
  • Adam Soja - niezbyt stroskany mąż, lubi wypić z każdym
  • Marta Zawada - koleżanka Zofii, stateczniejsza mężatka
  • major Wyzga - prowadzi śledztwo
  • kapital Kowal - jak wyżej
  • Sierżant Sitek - ma nastroszone brwi, ale pogodną twarz
  • Matysik - dozorca w Domu Kultury, czasem wykidajło
  • kapitan Kazimierz Mazur - komendant z Nowego Portu, kolega Kowala
  • Ian Bergsen - Szwed, marynarz z Ingeborgi, lubi polskie dziewczęta
  • Elżbieta Fryc - koleżanka Sojowej, pielęgniarka
  • Aniela Kraś - sprzątaczka na dworcu, znalazła torebkę zaginionej
  • Antoni Kawka - dozorca z cukrowni, nie odmawia, jak ktoś przynosi alkohol
  • Józefa Kawkowa - mąż pijak, syn siedzi w więzieniu, takie życie

10 stycznia. Na komisariat w trójmiejskim Nowym Porcie zgłasza się obywatel Soja i z zaniepokojeniem informuje, że zaginęła mu w Sylwestra małżonka, Zofia (również Soja). Wyszli z potańcówki pokłóceni, on przysnął na stacji, a jak się obudził, to jej już nie było. Major Wyzga i kapitan Kowal rozpoczynają poszukiwania - odpytują wspólnych znajomych pary, szukają marynarza, z którym Zofia tańczyła, ale co ciekawe, nie sprawdzają w miejscu pracy zaginionej, czy nie ma od niej żadnej wiadomości. Mimo mocno ograniczonych możliwości (nie ma kamer, telefonów komórkowych czy śladów płatności) udaje im się wyśledzić, co naprawdę zdarzyło się 10 dni wcześniej. Przestępca, któremu rzucono w twarz fakty, opuszcza głowę i się przyznaje.

Się pali: giewonty.
Się nosi w torebce: pantofle (na zmianę), szalik, chusteczkę, kosmetyczkę, gumkę od weka i dowód osobisty.

Adam Hauert - Dlaczego pan zabił moją mamę? #19

Lista osób:

  • kapitan Zbigniew Bolski - taki polski James Bond, tylko lepszy
  • kapitan Syk - humorzasty jak baba
  • Barbara Kułacka (24) - aktorka z Łodzi, raczej wulgarna
  • Blanka - nieudana podrywka Bolskiego, pojawia się anegdotycznie
  • Dorotka Kostrzewska - szuka mamy
  • Joanna Kostrzewska (29) - aktorka, rozwiedziona i zaginiona
  • sierżant Ryszard Wronik - ekspert od załatwiania spraw, ma instynkt
  • Henryk Jakubiak - zalewa robaka przy barze, dawna miłość Kostrzewskiej
  • Tino Ferretti (38) - żonaty Włoch, aktualna miłość Kostrzewskiej
  • Alfred Tobrucki - alter ego Bolskiego
  • pani Ferretti - rasowa Włoszka

Zwykle nie mam problemu z wywęszeniem propagandy w peerelowskich kryminałkach, ale w przypadku tego tomiku zdecydowanie węszę ewidentną szyderę. Śledztwo w sprawie utopionej (a wcześniej otrutej) kobiety oraz pisanych dziecięcą ręką anonimów, przeplatane jest dygresjami o dawnych sprawach kapitana Bolskiego, który dzięki błyskotliwej inteligencji, znajomości życia wyższych sfer, urokowi osobistemu[1] oraz wykształceniu prawniczemu (przed wstąpieniem do milicji był prawnikiem) rozwiązał, na przykład kradzieży ryb w transporcie czy skrywanej ciąży u psów.

Kapitan Bolski był dandysem: “elegancki, zawsze ogolony; major podejrzewał go o używanie wyłącznie angielskich perfum; Bolski zresztą sam bardzo się sobie podobał. Opowiadano o nim w komendzie, że kiedy dostał nagle, nie wiadomo dlaczego, kostropatej wysypki - przestał nawet pić w trosce o urodę. Na szczęście okazało się, że to nie od jarzębiaku, w związku z czym mógł dalej pić bez przeszkód, co zresztą wcale mu nie przeszkadzało w doskonałym wywiązywaniu się z obowiązków służbowych”. Jego współpracownik, plutonowy Wronik, to z kolei odpowiednik Sancho Pansy - doskonały kierowca, bokser, często w pracy pomagał mu prawy sierpowy. I ten duet dostał do rozpracowania tzw. delikatną sprawę - ktoś rozesłał do kilku większych hoteli w polskich miastach (w tym do poznańskiego Merkurego) anonim z tytułową treścią.

Bolski zaczął od analizy gości hotelowych z hotelu w Warszawie, wykluczając np. aktora skazanego za bigamię, bo ten raczej się ponownie ożeni niż kobietę zamorduje. Potem odwiedził Poznań, gdzie koperta od anonimu skierowała go do Szczecina, gdzie rozpoczął wędrówkę od szkoły do szkoły, pokazując list nauczycielom i już trzeciego dnia znalazł autorkę listu. Połączenie jej matki z jednym z egzotycznych gości warszawskiego hotelu nie było trudne, więc obaj panowie w pożyczonym z komendy milicji krążowniku szos rozpoczęli pogoń przez pół Polski za przestępcą.

[1]

Korzystając ze swego znakomitego wyglądu, rozkochał kiedyś młodą dziewczynę, przy pomocy której usiłowano wywieźć z Polski większą ilość bezcennej, starej biżuterii. Dziewczyna doszła do wniosku, że lepsze parę dni miłości w kraju niż nie wiadomo jakie losy za granicą. (...) Bolski zresztą od pierwszej chwili oświadczył dziewczynie, że jest oficerem MO.

Na podstawie książki nakręcono jeden z odcinków “07 zgłoś się”.

Inne z tego cyklu tutaj.

#53

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 29, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Jakub Żulczyk - Zrób mi jakąś krzywdę

Dawid, student ostatniego roku prawa, poznaje na popijawie u kumpla jego młodszą siostrę, Kaśkę. Kaśka ma 15 lat, nie jest w żaden sposób kobieca, nosi zamiast sukienek koszulki metalowych zespołów podebrane bratu, a bardziej niż Dawidem interesuje się konsolą do gier. Dawid, który ma świadomość, że za chwilę skończy studia i nieuchronnie stanie się dorosły (praca, żona, kredyt na mieszkanie, dzieci, siwizna, śmierć), zakochuje się w młodszej od niego o 10 lat dziewczynie, traktując ją jako marzenie o powrocie do świata, w którym nie musiał podejmować decyzji. Jedzie za Kaśką do domu jej matki i proponuje jej ucieczkę w Polskę, na co 15-latka się zgadza, tylko poczekaj, zapakuję konsolę. Zanim dwoje uciekinierów zgarnie literacki analog detektywa Rutkowskiego, okradną staruszkę, będą udawać świadków Jehowy[1], trafią na bandyckich dresiarzy, festiwal muzyki alternatywnej, kręcenie amatorskiego filmu porno czy wreszcie zaprzyjaźnią się z Wiktorem, człowiekiem z dredem (oraz dwa razy zgubią Kaśkę). Historia miłosna, a w zasadzie wielopiętrowa miłosna intryga, dziejąca się w głowie Dawida, jest skontrowana cynicznymi, acz celnym obserwacjami społecznymi.

Książkę poniekąd znałam z egzaltowanych cytatów, często pojawiających się u nastolatek w wieku dowolnym. Nie jest to najlepsza książka Żulczyka, chociaż oczywiście czyta się świetnie, bo język i obserwacja. Trochę doskwierała mi perspektywa rodzica, którego dziecko za kilka lat może zawrócić w głowie komuś starszemu o prawie że pokolenie, nieco za mocno, żeby zachwycić się kiełkującym uczuciem czy potraktować całość jako quasi-groteskę.

[1] No ale serio - przecież nie celowo ją wzięłam z półki! Przypadek!

Inne tego autora tutaj.

#51

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 24, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Robert Rient - Świadek

Łukasz od zawsze czuł się inny - dorastał w zborze Świadków Jehowy. Wytykany palcami w szkole, pomijany przy obchodzeniu urodzin i rozmów o świątecznych prezentach (ze względu na restrykcyjną doktrynę kwestii świętowania, zwłaszcza uroczystości świeckich), chciał zrealizować się jako człowiek przez wiarę. Mimo euforii związanej z akceptacją we wspólnocie i poczuciem spełnienia przy głoszeniu dobrej nowiny, nie był jednak w stanie przejść nad ograniczeniami ciała - dojrzewanie i zakazana fascynacja własnym ciałem sprawiły, że miał poczucie rozdarcia i grzechu, jednego z cięższych. Opresyjna religia wymagająca absolutnego podporządkowania się hierarchii, wykluczająca kwestionowanie zasad przez członków wspólnoty za pomocą wzajemnej inwigilacji, doprowadziła Łukasza na skraj załamania nerwowego, zwłaszcza gdy przyznał się przed sobą, że jest homoseksualistą. Po długiej walce z samym sobą, stopniowo przestając negować swoje potrzeby i przykrawać je do wymagań wspólnoty, analizując krytycznie wszystkie wartości, wśród których wzrastał, dojrzał do odejścia (a w zasadzie do zostania usuniętym) ze zboru, zataczając koło ponownego wykluczenia. Umarł Łukasz - skazany na piekło grzesznik, pełen lęku i frustracji, a narodził się Robert - spełniony człowiek, choć z musu bez korzeni.

Książka to autobiograficzny reportaż, pisany przez dwóch autorów - Łukasza i Roberta. Poza dramatyczną historią dojrzewania w skrajnie nieprzyjaznym dla wrażliwej i analitycznej osoby środowisku, jest to dokument pokazujący skrywane wewnętrzne zasady wspólnoty Świadków Jehowy. Czytałam kolejne rozdziały w tramwaju w drodze do pracy, mijając codziennie ustawiony przed Szpitalem Ortopedycznym stand z kolorowymi czasopismami, obstawiany przez parę sympatycznych, wizytowo ubranych ludzi w średnim wieku. To dość drastycznie współgra z opisywaną przez Rienta religią wybiórczego miłosierdzia (tylko ci, co przyjęli Dobrą Nowinę i weszli do wspólnoty, mają szansę na życie wieczne), braku empatii, archaicznych zasad rodem z XIX wieku, masońskiej hierarchicznej struktury i absurdu, który nakazuje żyć ze świadomością rychłej eksterminacji.

Inne tego autora tutaj.

#48

Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 18, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Ryszard Ćwirlej - Masz to jak w banku

1989. Obraduje Okrągły Stół.

W Pniewach pod Poznaniem ginie w wypadku obcokrajowiec, lokalne służby porządkowe (a konkretnie dwóch cwanych milicjantów) plądrują bagażnik samochodu, a znalezione walory w dolarach skrzętnie zagospodarowują do celów prywatnych.

Miesiąc później. W Poznaniu jednocześnie ginie dwóch mężczyzn związanych ze środowiskiem cinkciarzy (z czego jeden nosi nazwisko Krzyżaniak, przypadek?) oraz pojawia się plotka, że już za chwilę handel walutą będzie legalny.

Obydwa wątki splatają się za sprawą Grubego Rycha, nieopanowanego pociągu Teosia Olkiewicza do alkoholu i płci pięknej (w tej kolejności) oraz mody, a konkretnie marmurkowych dżinsów, produkowanych w manufakturze Krzyżaniaka na Podolanach. Jak w kilku innych tomach, do gry wkraczają aktywni i emerytowani członkowie SB, którzy w aktualnej sytuacji politycznej są zdeterminowani do zapewnienia sobie godnej emerytury.

To, co spodobało mi się w tym tomie, to silne postaci kobiet - właścicielka butiku na Głogowskiej, Magda Jankowska, narzeczona ajenta motelu w Pniewach, Zosia Pietruszka czy pojawiająca się już wcześniej Marylka, eks-flama Olkiewicza. Tak naprawdę one rozwiązują całą sprawę i wymierzają sprawiedliwość, nawet najbardziej ogarnięty Mirek Brodziak jest tutaj postacią drugoplanową (bo kapitana Marjańskiego, który w tym tomie odkrywa prawdziwe uczucie, czy Teosia raczej nie można brać pod uwagę jako spiritus movens).

Inne tego autora tutaj.

#47

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 10, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Yann Martel - Życie Pi

Jak to się ładnie określa, to powieść szkatułkowa. Zablokowany twórczo pisarz odwiedza Indie i tam dostaje kontakt do mieszkającego w Kanadzie Pi Patela, któremu udało się przeżyć katastrofę statku oraz przez 227 dni utrzymać przy życiu na oceanie w szalupie ratunkowej z tygrysem bengalskim na pokładzie. Dorosły już Pi chętnie opowiada pisarzowi historię sprzed ponad 30 lat.

Piscine (zwany na własną prośbę Pi po tym, jak rówieśnicy przezwali go Pissingiem) Patel wychował się w niewielkim miasteczku w Indiach, tuż przy zoo, którego właścicielem był jego ojciec. Jako chłopiec zafascynowany był na równi zwierzętami i religią - po wielu poszukiwaniach wyznawał jednocześnie chrześcijaństwo, hinduizm i islam. Gdy miał 16 lat, wraz z rodziną i większością zwierząt, sprzedanych do zoo w Ameryce Północnej, rozpoczął wielką podróż statkiem do Kanady, która całkowicie zmieniła jego życie. Po nocnym zatonięciu statku uratował się tylko on, hiena, samica orangutana, ranna zebra i tygrys (zwany Richardem Parkerem), wspólnie zaludniający szalupę. Hiena szybko zabiła i zjadła zebrę, potem - mimo większego wyrównania szans - orangutana, aby ostatecznie stanąć do przegranej walki z tygrysem. Pi udało się przeżyć dzięki sprytowi godnemu Pomysłowego Dobromira, znajomości psychiki zwierząt i - głównie - faktowi, że tygrys cierpiał na chorobę morską. Dalsza opowieść to wahanie między chęcią pozbycia się tygrysa a zatrzymaniem go, wizyta na magicznej wyspie z algami i surykatkami, a wreszcie przybiciu resztek szalupy do brzegów Meksyku.

Tę historię pisarz konfrontuje z wywiadem nagranym niedługo po tym, jak nieomal zagłodzony na śmierć Pi trafił do meksykańskiego szpitala. Przedstawiciele firmy ubezpieczeniowej japońskiego armatora nie wierzą w historię opowiedzianą przez Pi, opowiada im więc inną wersję, w której nie ma zwierząt. Zarówno pracownicy firmy ubezpieczeniowej, pisarz i wreszcie czytelnik sami powinni wybrać wersję, w którą wierzą, co w jakiś pokrętny sposób ma być metaforą wiary w bliżej nie określonego boga.

Gdzieś przeczytałam, że książka to zlepek różnych historii (z plagiatem w tle), łączących realizm magiczny Marqueza, przygodowość Defoe i Verne’a i mistyczność C. S. Lewisa. Nie porwała mnie specjalnie, reklamowany jako absolutnie zaskakujący zwrot akcji był dość oczywisty (avr oneqmb jvremę j ernyabść gltelfn, fłhpunwąp b żnełbpmalpu nytnpu gjbemąplpu zbeqrepmą jlfcę), najciekawszy jest wątek inżyniersko-zoologiczny (przypominający mi z kolei powieści Durrella). Podobno ekranizacja robi wrażenie.

#45

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 5, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 3 komentarze - Skomentuj


Frank W. Abagnale - Złap mnie, jeśli potrafisz

Beletryzowana biografia jednego z bardziej znanych amerykańskich oszustów finansowych z lat 60., który wsławił się przede wszystkim fałszowaniem czeków na ogromną skalę i bezczelnością, pozwalającą mu na udawanie pilota PanAm, lekarza-pediatry czy adwokata. Abagnale rozpoczął swoją karierę jako 15-latek, korzystając z karty kredytowej ojca, dzięki której zawierał fikcyjne transakcje na stacjach benzynowych, pozyskując gotówkę (na spotkania z kobietami). Po rozwodzie rodziców uciekł z domu do Nowego Jorku, gdzie okazało się, że życie niewykwalifikowanego nastolatka oznacza głodowe stawki i ciężką pracę (i zupełny brak pieniędzy na życie, nie wspominając o funduszach na spotkania z kobietami). Stąd naturalnym wydał mu się pomysł udawania kogoś starszego o wyższych kwalifikacjach, który szybko przerodził się w udawanie drugiego pilota.

Większość fałszerstw i oszustw, dokonywanych przez Abagnele’a była możliwa dzięki niedoskonałości systemu finansowego, w większości kontrolowanego przez ludzi, z małą (i niedoskonałą automatyzacją). Częściowo pomagała też oczywiście bezczelność, bo zaskakująco łatwo było wszędzie wejść, jeśli szło się z pewnością, która doskonale pokrywała niedoskonałość podrobionych identyfikatorów. Książka kończy się dość znienacka, kiedy po szeregu oszustw, odsiedzeniu wyroku w dramatycznie ciężkim więzieniu we Francji oraz zupełnie przyjemnym pobycie w półotwartym więzieniu w Szwecji, Abagnale dwukrotnie ucieka spod opieki FBI. Dygresyjnie przemycone są informacje, że w pewnym momencie wielka ucieczka zakończyła się i Abagnale rozpoczął karierę jako tester zabezpieczeń bankowych i ceniony konsultant, ale tego już w powieści nie ma.

#44/#9

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 2, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Stephen King - Zielona mila

Uwaga - poniższa notka zdradza fabułę; książka ma ponad 30 lat oraz była ekranizacja, którą chyba wszyscy widzieli. Jeśli nie czytałaś/-eś, nie kontynuuj.

Współcześnie (lata 90. XX wieku). Paul Edgecombe, był strażnik więzienny, aktualnie mieszkaniec "ośrodka wypoczynkowego dla starszych" (czytaj: domu starców), opowiada historię, głównie dziejącą się w 1932 roku, kiedy na blok śmierci, gdzie pracował, przywieziono Johna Coffeya, skazanego na krzesło za gwałt i morderstwo dwóch 9-latek. Ogromny, ale łagodny, ewidentnie niesprawny intelektualnie mężczyzna okazuje się mieć lecznicze moce - usuwa u Edgecombe'a ostre zapalenie pęcherza. To i kilka innych sytuacji daje strażnikowi przyczynek do rozważań, czy rzeczywiście Coffey jest przestępcą.

Według kilku przedmów książka pisana była eksperymentalnie jako powieść w sześciu odcinkach, zdarzają się powtórzenia i opisy tych samych sytuacji oraz na końcu każdej "części" następuje mniej lub bardziej dramatyczne zdarzenie. Ze względu na formę pamiętnika, narrator ma o wiele szerszą wiedzę niż podczas opisywanych wydarzeń, dodatkowo opisuje historię nieliniowo, bogato ją obudowując dygresjami. Absolutnie nie przeszkadza to w lekturze, bo proza jest soczysta, dialogi żywe. King jest świetnym obserwatorem, jego postaci są przemyślane od postaw, a do tego doskonale umie zbudować napięcie.

Inne tego autora tutaj.

#42/#8

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 24, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 4 komentarze - Skomentuj


Hakan Nesser - Jedenaście dni w Berlinie

Szwed Arne Murberg, nieco opóźniony w rozwoju (często zapomina wielu słów, wolno się uczy, często nie rozumie związków przyczynowo-skutkowych), ale bardzo rezolutny 30-latek dostaje od umierającego ojca misję. Ma odnaleźć swoją matkę, Violettę, która - jak się okazuje, wcale nie umarła, kiedy miał rok, tylko znudzona życiem rodzinnym zwiała z, jak to określił poetycznie ojciec, wędrownym trubadurem do Berlina. Po odnalezieniu matki ma przekazać jej zamknięte pudełko z nieznaną zawartością. Arne, wyposażony przez nadopiekuńczego wuja w dobre rady, zapas gotówki i pobieżną znajomość niemieckiego wsiada do samolotu i rozpoczyna przygodę. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z rodzinnego miasteczka, wszystko jest nowe - ludzie, zapachy, jedzenie, ulice. Odkrywa restauracje, próbuje alkoholu nie zdając sobie sprawy ze skutków, gubi telefon komórkowy (jedyny kontakt z wujem i ciotką), ktoś kradnie mu buty, bo drzemka na ławce w Tiergarten to nie jest jeden z najlepszych pomysłów. Absurdalnie, Arne wcale nie traci ducha - każde z tych zdarzeń jest przyczynkiem do czegoś dobrego: kupna żółtych butów w KaDeWe, przypadkowego spotkania matki czy wreszcie poznania Beate, mówiącej po szwedzku Niemki.

To zupełnie inny typ książki niż wszystkie inne tego autora. W zasadzie to powieść obyczajowa z elementem mistycyzmu, brak w niej śledztwa i fabuła jest raczej drugorzędna (oczywiście cały czas szukałam tropów i czekałam, aż do akcji włączy się bardziej rzeczywisty detektyw niż wyimaginowany Perry Mason). Arne odkrywa, jak przyjemne może być życie, kiedy nikt mu nie organizuje czasu; owszem, nie jest najbystrzejszy, bywa łatwowierny, ale ostatecznie zaczyna wierzyć we własne siły. Drugoplanowa Beate, od dziecka traktowana jako słaba, jeżdżąca na wózku, uwolniła się spod presji ultra-religijnej rodziny już wcześniej; teraz pokazuje Arnemu, że mimo choroby jest mądrą, umiejącą się samodzielnie utrzymać osobą.

Pozostaje ten nieszczęsny element mistyczny, który, mam wrażenie, został wprowadzony nieco na siłę, żeby wszystkie elementy układanki się zazębiły. Wypuszczony z zakłady psychiatrycznego profesor Litvinus, wynajmujący mieszkanie w domu, w którym mieszkała matka Arnego, planuje wykonanie rytuału, dzięki któremu przeniesie się w czasie. Hipnotyzuje Arnego, który podczas hipnozy trafia do XVI wieku, gdzie - jako wiejski chłopak Aron - ma uratować skazaną na stos Beate, uznaną za czarownicę. Do uratowania przydaje się pudełko, które ma przekazać matce; rzeczywistość miesza się tu ze snami, Arne przemieszcza się w magiczny sposób między zagrożonym mieszkaniem profesora a Kolumną Zwycięstwa, gdzie budzi się z hipnotycznego snu po wykonaniu zadania.

Inne tego autora tutaj.

#41

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 17, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 0 komentarzy - Skomentuj


Andrzej Sapkowski - Boży wojownicy

Ponieważ okrutnie ciekawiło mnie, co się stało z wesołą ekipą po zakończeniu tomu pierwszego, rzuciłam się na tom drugi jak świnia na obierki. W przeciwieństwie do świni rozczarowałam się, bo jednak "Boży wojownicy" głównie skupiają się na opisie wojny podjazdowej, miotając bohaterami z południa na północ i odwrotnie. Reynevan, Szarlej i Samson Miodek rozczarowani polityką na Śląsku (i zapewne strwożeni nieco możliwościami i brakiem skrupułów Świętego Oficjum) oficjalnie opowiadają się po stronie Husytów i lądują w Pradze. Podczas dwuletniego pobytu lokalni czarnoksiężnicy próbują odwrócić rytuał, który zamontował ducha Samsona w ciele przygłupa, a kiedy się to nie udaje, sugerują ekipie wycieczkę w stronę Śląska, do zamku Troski, gdzie podobno żyje jedyny znany mag, który potrafi ducha wymontować. Reynevan jest tym bardziej chętny, bo dowiaduje się, że Katarzyna Biberstein, z którą zapoznał się cieleśnie podczas sabatu na Grochowej Górze, powiła syna niespełna rok później. Jest jedno zaskoczenie, trochę miłości, znacznie więcej zdrady i trupów, drugoplanowo pojawiający się mamun; niestety poza tym głównie są opisy bitew i mordów oraz przekrzykiwanie się, czyja wiara jest bardziej.

Znużył mnie ten tom, powiedzcie, proszę, że trzeci naprawi kiepskie wrażenie. Przecież muszę przeczytać, nie będę szukać streszczenia.

Inne tego autora tutaj.

#39

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 11, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 6 komentarzy - Skomentuj


Andrzej Sapkowski - Narrenturm

Na wstępie powiem, że trochę mi zajęło oswojenie się z audiobookiem, który był połączeniem audiobooka właściwego (dokładną treścią książki) a słuchowiskiem (ponoć setka aktorów, w tle odgłosy np. bitwy czy spółkowania); podziwiam zamach przedsięwzięcia, ale na przyszłość dziękuję, wolę sam tekst.

XV wiek, w centralnej Europie szaleje krucjata antyhusycka. Reinmar z Bielawy, student medycyny i - jak się okazuje - adept sztuk magicznych, zostaje nakryty podczas pozamałżeńskich uciech z Adelą von Stercza, żoną śląskiego szlachcica. Chwilę później goni go cała rodzina von Sterczów, a że podczas pogoni jeden z prześladowców ginie w wypadku, niebawem tropem młodzieńca ruszają wynajęte zbiry. Z pomocą spowinowaconego kanonika wrocławskiego młodzian otrzymuje eskortę w postaci ekscentrycznego eks-zakonnika, zwanego przez siebie Szarlejem i w zasadzie zamierza posłuchać kanonika, żeby ukryć się na Węgrzech i przeczekać, ale serce nie sługa - najpierw planuje odwiedzić brata, a potem porwać ukochaną z klasztoru i na Węgry udać się razem, bo miłość i te sprawy. Problem w tym, że brata Reinmara właśnie ktoś zabił, a jego samego zaczyna ścigać Święte Oficjum. Podczas coraz bardziej chaotycznej ucieczki (przerywanej oczywiście doskonałymi dialogami, potyczkami, spotkaniami barwnej galerii postaci, również historycznych) do wspomnianej dwójki dołącza Samson Miodek, istota z innego wymiaru w ciele klasztornego idioty, przywołana podczas niezbyt udanego egzorcyzmu. I tak jeżdżą sobie po Śląsku, trup ściele się gęsto, czasem pojawia się i magia, i miłość, nad wszystkim krążą mroczne pomurniki, kilka tajemnic się wyjaśnia (chociaż, umówmy się, Reinmar nie jest bardzo błyskotliwy) gdy WTEM po ponad 700 stronach książka się kończy.

Zaskakujące dla mnie jest, czemu tak długo unikałam tego cyklu. Zdecydowanie nie ma spadku formy w stosunku do cyklu o Wiedźminie, zwłaszcza w kwestii dialogów czy postaci. Doskonale odrobione tło historyczne, wcale nie delikatna krytyka kościoła katolickiego i jego aktywności podczas wojen husyckich, szczypta magii i epicki rozmach, których każe mi teraz rzucić wszystko i czytać kolejne tomy.

Inne tego autora tutaj.

#36/#7

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 30, 2018

Link bezpośredni - Tag: panowie - 3 komentarze - Skomentuj