Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: podroze

Magdalena Mrugalska-Banaszak - Nocny Poznań w blasku neonów

Trudno nazwać ten tom pełnoprawną książką, to raczej opracowanie albumu ze zdjęciami. Opisuje historię świetlnej reklamy w Poznaniu od połowy XIX wieku do współczesności - skąd się neony brały, ile się ich zachowało, czemu w PRL-u były takie popularne i czemu zaczęły z czasem odchodzić. Trochę anegdot, trochę historycznej topografii Poznania i dużo ciekawych zdjęć. Na marginesie - świetnie widać, jak wybiórcza jest po latach ludzka pamięć, nie wspierana materiałem fotograficznym; zacierają się dokładne treści reklam, nie zawsze wiadomo, pod jakim numerem coś się znajdowało, kto stworzył. Podejrzewam, że tak samo będą odbierały nasze dzieci próbę przypomnienia sobie, jakie plakaty wisiały gdzie.

#88

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 23, 2015

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Palin - Brazylia

Większość podróżniczych relacji Palina ma podobną strukturę - podzielone są na umowne dni, niekoniecznie związane z realnym czasem, autor z ekipą przemieszcza się wcześniej zaplanowaną trasą, mocno wspomagany przez lokalne znane osoby ze świata sztuki czy polityki. Konsekwencją tego jest pewna pobieżność i - ze względu na funkcje osób, z którymi się Palin spotyka - oficjalność. To nie jest zwiedzanie turystyczne ani "plecakowe", tylko wizyta w miejscach, które Brazylia chce pokazać. To nie jest wada - wiadomo, że ekipa z kamerą nie wejdzie "na dziko" do faveli czy nie będzie zagadywać losowo wybranych ludzi na ulicy. Bo "Brazylia" to przede wszystkim opowieść o Brazylijczykach - i tych natywnych, z lasów deszczowych, i tych napływowych postkolonialnie i powojennie. Jest trochę historii, trochę techniki, sporo sztuki i pasji oraz - oczywiście - dużo piłki nożnej. Najsympatyczniejsza sytuacja - Michael Palin na paradzie równości w Rio de Janeiro.

Inne tego autora.

#28

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 17, 2015

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Alec Le Sueur - Hotel na dachu świata

Alec zostaje szefem reklamy jednego z hoteli sieci Holiday Inn przez przypadek. Trafia do Lhasy, która nie jest bardzo priorytetową i łatwą placówką, a potrzeba reklamy jest chyba najmniejszą z potrzeb tego hotelu. Nie jest łatwo, bo... nie ma faksu, drukarki, kserokopiarki są cztery, ale żadna nie jest sprawna, poczta nie chce przyjąć do wysyłki tysiąca listów, a żeby przykleić znaczek, trzeba kupić klej. Telefony też niespecjalnie działają (rzecz się dzieje na początku lat 90., stąd nieobecność internetu). Zimą nie ma 20% zajętych pokoi, więc nie można włączyć ogrzewania, a jak się włączy ogrzewanie, to truchełka szczurów w kanałach wentylacyjnych zaczynają odmarzać. Do kuchni przybywają żywe jaki (Bos grunniens, parzystokopytne) zamiast poporcjowanych steków, a oprócz normalnych dla lokalizacji i wysokości problemów logistycznych dochodzi nieustający problem z Chińczykami, którzy okupują od lat 50. terytorium dawnego Tybetu. Zagraniczna załoga hotelu (Partia B) nieustająco ściera się z narzuconymi przez Chiny zarządcami partyjnymi (Partia A), którzy nie myślą ekonomicznie. Są podejrzenia, że w ogóle nie myślą. Najlepiej oddaje absurd sytuacji konfiskata VHS-ów z odcinkami "Hotelu Zacisze", puszczanego lokalnym pracownikom w ramach szkolenia. W jednym z wydań przedmowę pisał Michael Palin, co dobrze książkę rekomenduje.

Z jednej więc strony to doskonała i lekka lektura o tym, że w Tybecie z niczym nie jest łatwo, nawet z dolotem, a nieistniejący już przewoźnik CAAC jest mniej wiarygodny niż karawana jaków po szczytach Himalajów. Z drugiej - bardziej minorowo - to obserwacje z pierwszej ręki kraju pod niszczącą okupacją. Kraju, w którym stopniowo zabijana jest kultura, demolowane i równane z ziemią klasztory, przyroda ofiarnie asfaltowana, a każde zamieszki tłumione są szybkimi strzałami z karabinów. Śmiałam się z browaru postawionego opodal Lhasy przez rumuńskich braci w komunizmie, w którym (browarze, nie ustroju) butelki były myte ręcznie w błotnistej kałuży, bo nikt nie umiał obsłużyć maszyny myjącej, z taksówkarzy żujących czosnek czy hotelowej pralni, z której większość odzieży wychodziła w postaci brudnej, szarej i pomarszczonej szmaty czy przygotowań do wyborów Miss Tybetu, przekształconych przez Partię A w "pokaz mody tybetańskiej". Już mniej ze smutnej rzeczywistości, w którą nagle wpadł prawie że średniowieczny Tybet, "uwolniony" przez braci Chińczyków.

Można posłuchać audiobooka na YouTube [2021 - już nie można].

#12/#4

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 25, 2015

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Robert Makłowicz - Cafe Muzeum

Niewielka objętościowo dygresyjna relacja z wyjazdów Makłowicza do tej części Europy, która kiedyś należała do Austro-Węgier - Dalmacji, Transylwanii, Węgier i krajów byłej Jugosławii. Niewielka, ale pyszna, zarówno kulinarnie, jak i językowo. Kilka historii nostalgicznie hrabalowskich w duchu (o tym, że świniobicie jednak lepiej wypada w literaturze niż w rzeczywiści), o radości z zacierania się granic między kulturami i pokojowym współistnieniu, o nadużywaniu alkoholu i skutkach sypiania w podłym hotelu. Lubię zwłaszcza ten cytat:


Gdy już sam mogłem decydować o miejscu własnego pobytu, a los sprawił, że granice stały się przekraczalne, podejmowałem nieraz wyprawy bez konkretnie określonego celu, byle tylko usłyszeć inny język, zjeść inny rodzaj zupy, spróbować innego alkoholu, zobaczyć inny krajobraz. By zobaczyć własne odbicie w innym lustrze.

W zasadzie nie ma przepisów (poza "weź dobre i świeże").

Inne tego autora.

#74

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 22, 2014

Link bezpośredni - Tag: podroze - 3 komentarze - Skomentuj


Katarzyna Pakosińska - Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska.

O romansie z Gruzją Kasi Pakosińskiej czytałam już u duetu Meller-Dziewit, więc zaskoczenia (również tym, że Kasia ma więcej twarzy niż kabaretowa śmieszka) nie miałam. Byłam nastawiona pozytywnie, bo i kraj ciekawy, i historie niebanalne, jeśli się jeździ z lokalnymi inteligentnymi rozmówcami i wiedzą, co interesującego obejrzeć (nie wspominając o gruzińskiej gościnności, której autorka na każdym kroku doświadczała). I jakby książka składała się tylko z pierwszej części - opowieści o miłości między 15-latką z PRL-u a 18-latkiem z jednej z dawnych republik, którzy spotkali się w zespole tanecznym w Gori, historii spotkania po latach oraz reportażu z kręcenia 6-odcinkowej serii "Tańcząca z Gruzją", ładnie ilustrowanej kolorowymi zdjęciami (również samej Kasi) oraz delikatnych aluzji, że i po latach Polka odnalazła w Gruzji miłość, to uznałabym ją za godną polecenia. Bo są i szczegółowe opisy poszczególnych gruzińskich krain i stolicy, trochę przepisów kulinarnych, dramatyczna narracja wojny o Osetię, której wybuch zaskoczył ekipę "Tańczącej", trochę wskazówek dla turystów, czyli to, co w wydawnictwie "Pascal" przyciąga. Niestety. To, co zgrzytało mi w skądinąd sympatycznej części pierwszej - język pasujący do pogawędki, bloga!, nieco humorystycznego auto-wywiadu, ale nie do beletrystyki - jest małą wadą w części drugiej.

Część druga to na poły wyimaginowana, na poły ubrana w nieco bajkowe ramy gruzińskiej supry - wykwintnej biesiady - seria wywiadów z ciekawymi Gruzinami. Tymi, którzy w Gruzji mieszkają - ludowymi twórcami, autorami poezji i prozy, artystami oraz tymi, którzy z Gruzji pochodzą, ale rozwijają się poza nią - DJ-ami, muzykami, fotografami. Maniera rozmowy - aluzyjna i pełna niedopowiedzeń - męczy, przewracanie kolejnej kartki nuży, bo mogę tylko pogratulować każdej kolejnej osobie, jak twórczo przetwarza swoje gruzińskie dziedzictwo na sztukę europejską, ale są to rzeczy, o których zapominam tuż po zamknięciu książki. Dodatkowo w drugiej części nie ma już zdjęć, są tylko reprodukcje obrazów gruzińskiego malarza, którego sobie autorka ulubiła, bez związku z treścią.

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 11, 2013

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Wojciech Mann, Krzysztof Materna - Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami

Nie mam pretensji do autorów, że napisali tę książkę, zwłaszcza że skrupulatnie wyjaśnili, dlaczego to zrobili[1]. I nie mam pretensji do siebie, że chciałam tę książkę przeczytać, bo podróżowanie w okresie późnego PRL-u i stanu wojennego to kawałek historii, z gastarbajterką artystów nie tylko na polu występów dla Polonii. Jest trochę anegdot, trochę postaci z lat 80., trochę miejsc. Niestety, całość książki jest jak egzamin z nudnego przedmiotu - zajrzeć, zdać, zapomnieć. Dwugłos autorów się nie sprawdził, nie ma pasjonujących przygód, jest wygładzona czasem dość beznamiętna narracja, trochę laurek i smutny obraz Polaka Za Granicą, który do dzisiaj niestety jest ciągle aktualny.

[1] Powód "dla pieniędzy" akceptuję bez mrugnięcia okiem, sama chętnie pisuję dla pieniędzy[2].

[2] I sławy.

Inne tego (w połowie) autora:

#8

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 23, 2012

Link bezpośredni - Tag: podroze - 6 komentarzy - Skomentuj


Anthony Bourdain - Świat od kuchni

Indyki nie są od kurczaków mądrzejsze - potrafią zadławić się deszczem, bo stoją na podwórku, patrzą w górę na spadające krople i zapominają zamknąć dzioby (trochę jak fani Bon Jovi).

I jak lubię Bourdaina za język, tak książka mnie mocno zniechęciła. To w zasadzie zbiór historii z różnych regionów świata, w których pyskaty szef nowojorskiego Les Halles opisuje poszukiwania smaku. Smaku z dzieciństwa, zaskakującego, kojącego, egzotycznego, niebezpiecznego, ryzykownego, świeżego i pełnego; takiego, żeby było co pamiętać. Ale czyta się tak sobie, bo to w zasadzie wspomnienia z planu kręconego w podróży serialu i część rzeczy nie wypływa z chcenia autora, a ze scenariusza. I nie zachwyca mnie detaliczny opis zabijania świni, polowania na króliki, nurzania się w azjatyckich owocach morza i innych owocach fermentacji (chociaż N. pewnie by przeszedł śladami japońskiej kuchni i zamieszkał na japońskim targu rybnym). I wprawdzie Bourdain o jedzeniu opowiada ładnie, ale tak jakoś nie chwyta.

Bardziej przemawiały do mnie wtrącone mimochodem zachwyty nad Edynburgiem, architekturą Fezu czy grą światłocieni na pustyni. Raczej #chcetam (a i to nie wszędzie) niż #gastrofaza.

Inne tego autora:

#66

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 14, 2011

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Piotr Paziński - Dublin z Ulissesem

Jest sporo przewodników i po Irlandii, i po samym Dublinie. Ten pożyczony od B., zawierający 18 tras związanych z poszczególnymi rozdziałami powieści Joyce'a, jest nietypowy i ciekawy, zwłaszcza jeśli się do Dublina trafi na obchody Bloomsday. Wieża Martello w Sandycove, cmentarz w Glasnevin i kilkanaście znanych dublińskich ulic, wszędzie tam, gdzie Leonard Bloom odbywał swoją wyprawę 16 czerwca. Może do następnego wyjazdu (bo wrócę) przeczytam wreszcie Ulissesa?

I kilka panoramek:


Kilruddery


Cashel


Dublin (jak z teledysku do "Pride")


Dun Laoghaire


Dun Laoghaire (^eloy)


Dun Laoghaire, widok na Sandycove z wieżą Martello

(większe po kliknięciu)

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 28, 2011

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Ferenc Máté - Winnica w Toskanii

Poprzednio węgierski pisarz i podróżnik kupował dom we Włoszech, zaprzyjaźniał się z sąsiadami, jadł i pił i oglądał skąpane we włoskim słońcu krajobrazy. Teraz zdecydował się kupić zrujnowane opactwo wraz z przynależną do niego winnicą, wyremontować średniowieczne domostwo (i to jeszcze tak, żeby wyglądało odpowiednio staro) oraz zapuścić kilka szczepów winorośli i produkować doskonałe wino. Sądząc z umieszczonych na końcu książki recenzji z prasy fachowej - udało się.

Jest sielsko i zabawnie - fachowcy remontujący hacjendę to mili, różnorodni i pracowici ludzie, zdarza się mała demolka traktorem czy złe rozplanowanie, ale wszyscy się lubią i jedzą sobie wspólnie toskańskie specjały (lista kilku dość rozbudowanych przepisów na końcu książki). Máté ciepło i często autoironicznie opowiada o tym, że tworzenie od podstaw winnicy, planowanie zakupów, wybór szczepów winorośli, sadzenie, podlewanie i winobranie to ciężki kawałek chleba, ale warto. Mimo poczucia pewnego chaosu w opisywanej historii, dygresyjności, wplatania opowieści o rzeczach codziennych, znajomych i rzeczach przypadkowych, przez co książka robi wrażenie zbeletryzowanych notatek z życia, a nie przemyślanej powieści, zostawia takie miłe ciepełko po przeczytaniu. I jak ostatnio narzekałam na tłumaczenia, tak ta jest przetłumaczona świetnie, z żywym językiem, zgrabnymi frazami i zwyczajnie gładko.

Inne tego autora:

#31

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 14, 2011

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj


Ferenc Máté - Wzgórza Toskanii

Węgiersko-kanadyjski pisarz wraz z amerykańską żoną-malarką po raz kolejny przyjechali do Toskanii, tym razem po to, żeby kupić dom, obsadzić ogródek warzywami i spędzać niespiesznie życie w małym, włoskim miasteczku, zaprzyjaźnieni z sympatycznie sielskimi mieszkańcami Włoch. I tak też zrobili.

Jak nie jedzą, to podróżują, zwiedzając kilkusetletnie domy, kościoły i miasteczka i smakując koloryt lokalny. Máté opisuje to tak zgrabnie, że widzę kolory i cienie, czuję zapachy i nawet, gdzieś tam pod językiem, czuję smak potraw, których nie jadłam. I już, już rzucam się, żeby spakować małą walizkę i pojechać tą samą trasą, kiedy dociera do mnie, że tamtej Toskanii z lat 80. już pewnie nie ma. Jest za to strona internetowa autora [2021 - link nieaktualny], gdzie można - oprócz historii jego włoskiej winnicy - zobaczyć to, czego w książce brakuje - zdjęcia pięknych włoskich okolic:

Inne tego autora:

#24

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 22, 2010

Link bezpośredni - Tag: podroze - 0 komentarzy - Skomentuj