Tag:
prl
O tym, jak to drzewiej bywało, nie zawsze najlepiej opowiada historia czy polityka, a znacznie bliżej rzeczywistości jest to, co i za ile ludzie kupują. Przybylik pisywał swoje felietony do "Życia Warszawy", podając ceny rzodkiewek, spisując asortyment targowisk, wyliczając, gdzie taniej (i gdzie w ogóle) bywa schab z kością, a gdzie drożej masło. Opisywał ówczesne lokale uspołecznione, drobne afery handlowo-spekulacyjne czy imprezy mniej lub bardziej masowe (ot, taką licytację koni czy imprezę z okazji polskiego wydania Playboya) Felietony są raczej warszawo-centryczne (bo jak o Bazarze Różyckiego czy Hali Mirowskiej słyszałam, tak o Polnej czy innych - niespecjalnie) z włączeniem okolic. Kilka opowiada malowniczo o tym, jakie ciężkie było życie w kryzysie u Szwajcarów czy Francuzów. Mnóstwo anegdot z czasów, kiedy wódka kosztowała 103 zł ("Czemu Waryński jest smutny? Bo mu zabrakło 3 zł do flaszki").
Warto mieć w domu chociażby po to, żeby korzystając ze słowniczka trudniejszych pojęć (asygnata, kartki na benzynę, kraje demokracji ludowej) wyjaśniać urodzonym po roku 1989 fenomen epoki, w której nic w sklepach nie było, a wszyscy czymś się żywili i w coś się odziewali.
#6, też trochę awansem, ale czytywałam po kilka stron w wolnej chwili.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 31, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 3 komentarze
- Skomentuj
Są lektury, za które trzeba się wziąć wcześnie. Mnie jakoś Hłasko zupełnie ominął, pewnie dlatego, że w szkole "do matury" robiło się do II wojny światowej, a potem to "sobie doczytacie, bo współczesnej i tak nie będzie". Nie było, więc Hłasko mi odpadł zupełnie.
I mam teraz problem. Bo "Baza Sokołowska" jest tak bolesnym produkcyjniakiem, że mi aż oko łzawi. Nie czuję tego etosu pracy, przezwyciężania trudności, walki o każdy kilometr i samodzielnego rozkładania silnika na mrozie, żeby tylko dojechać, a nie prosić kolegów o pomoc. Wiem, tak hartowała się stal, ale teraz każdy ma telefon komórkowy i wklepany numer do Assistance czy innego helpdesku.
Z "Pierwszym krokiem w chmurach" problem mam inny. Poczytałam sobie o Hłasce i jego życiu, że polski James Dean i buntownik. Tyle że minęło 60 lat i nawet jeśli wtedy to, co pisał, było mocne i odkrywcze, teraz już zostało przemielone przez 10 innych pisarzy. I owszem, w "Pierwszym kroku" widzę świat zgorzkniałych ludzi, którzy rozmienili swoje życie na drobne i chętnie zniszczą wokół siebie wszystko, co ładne; taki "Rezerwat" bez lukru. Tylko zastanawiam się, czy chcę dalej czytać Hłaskę. A jak chcę, to co?
#4
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 25, 2011
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Zupełnie nie rozumiem, czemu nikt w tzw. aparacie władzy nie przeczytał ze zrozumieniem książek Edigeya, który rozwiązał problem z wizerunkiem służb mundurowych w społeczeństwie. Wystarczyło zatrudniać do milicji mężczyzn przystojnych i z charyzmą, żeby połowa społeczeństwa szła na rękę, nie popełniała przestępstw i chętnie donosiła, jeśli coś wie. Specjalnie do tego celu został zatrudniony major Kaczanowski: Ten dobiegający pięćdziesiątki, wysoki i smukły mężczyzna o pociągłej twarzy, włosach ciemnych, krótko przystrzyżonych, aby ukryć srebrne nitki zjawiające się na skroniach, i jasnoniebieskich oczach, w których zapalały się czasami figlarne ogniki, ale które umiały również zamieniać się w dwa sztylety, mógł niejednej zawrócić w głowie. Miał opinię zaprzysięgłego kawalera, o jego flirtach chodziły w Pałacu Mostowskich całe legendy, ale nigdy nie zwracał najmniejszej uwagi na wszystkie przesyłane mu tu uśmiechy i spojrzenia. Widocznie przyjął zasadę, że nie poluje się we własnym rewirze. Od razu więc wiadomo, że jeśli jakaś pani coś wie, to do majora się zgłosi nader chętnie.
W milicji zawrzało, bo okradziono samochód wiozący do podwarszawskiej fabryki 7 milionów na wypłaty, a bezczelnej kradzieży dokonał ktoś przebrany za milicjanta (że przebrany to było wiadomo bardzo szybko, bo miał nowy mundur, a "teraz przecież nie wydawano »sortów« "). I sprawa by się wlokła, bo kradzież była wyjątkowo sprytna i bezczelna, a długie śledztwo tradycyjnymi metodami (kto się nagle wzbogacił, kto ma przestępczą przeszłość) nie dawało efektu, gdyby nie fakt, że - jak to Edigey błyskotliwie zauważył - za mundurem panny sznurem. A to major Kaczanowski poznał "na fabryce" uroczą pannę Elżbietę, a to na pogrzebie jednego z podejrzanych wywiadowca zaprzyjaźnił się z również uroczą panną Wisią i dzięki temu udało się wykryć złoczyńców, bo obie panny dzielnie kolportowały usłyszane informacje (a przy okazji przygotowywały smaczne obiadki, robiły porządki i bynajmniej nie dopraszały się o ślub).
Akcenty lokalne: podejrzany, aby ukryć zmianę statusu majątkowego, przeprowadza się do Poznania, gdzie leniwie studiuje na Politechnice, a pozyskane drogą grabieży walory wydaje na wynajem eleganckiej willi w jednej z bocznych ulic od Grunwaldzkiej (oraz niebieskie BMW).
Akcenty statusowe: major Kaczanowski spotyka się przy okazji śledztwa z bogatym biznesmenem, który w tzw. martwym sezonie wyjeżdża na wakacje i sugeruje majorowi, że nie ma to jak Cypr. Major w głowie przelicza, jak daleko poleciałby za oficjalnie dostępne do zakupu 130 dolarów i nie cieszy go ta myśl jakoś specjalnie.
Akcenty idylliczne: okradzione Zakłady Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie to raj. Pracownicy dostają mieszkania dla siebie i rodzin, żeby nie musieli dojeżdżać z Warszawy, samochód służbowy jest dostępny chociażby do odwiezienia chorej żony do szpitala, a dobry dyrektor na własny koszt sprowadza zwłoki syna zasłużonej pracowniczki, żeby zrobić starej sprzątaczce przyjemność.
Inne tego autora, inne z tej serii.
#47
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 26, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 2 komentarze
- Skomentuj
Nie ukrywam, że tym chętniej sięgnęłam po tę pozycję, że umieścił ją w "Książkach najgorszych" Barańczak, zachwycony między innymi tym, że jego nazwisko nosi jeden z bandytów, człowiek niechlujny, zły i występny, szmugler i morderca.
Kryminał opowiada o szajce podłych ludzi, oczywiście z szefostwem w tych gorszych Niemczech, którzy mordując i okradając naród PRL, szmuglowali platynę do niemieckiego fabryki przemysłu zbrojeniowego. Opowiada też o sile przypadku, bo trzeba było nielichego zbiegu okoliczności, żeby sprawę rozwikłać. Gdyby nie przyjaźń majora Lityckiego z węgierskim jubilerem czy dobre kontakty majora Szczęsnego z pułkownikiem wywiadu, śledztwo w sprawie tajemniczych zwłok w piżamie na trasie nocnego do Zebrzydowic oraz napadu na strażnika w poznańskich zakładach E-15, trafiłoby do działu spraw nierozwiązanych.
Kłodzińska obdarza swoich bohaterów najlepszymi cechami (w przeciwieństwie do przestępców, którzy noszą się niedbale, wzrok mają plugawy, a włosy w strąkach i brudne). Głównym bohaterem jest sztandarowy przystojniak Kłodzińskiej, major Feliks Szczęsny. Niestety dla pięknych pań, major miał tylko jedną miłość - pracę: "Sekretarka wniosła na tacy kawę i koniak. Obdarzyła Szczęsnego powłóczystym spojrzeniem, podobała się jej oryginalna uroda majora, jasne włosy przy śniadej cerze i czarnych, wąskich oczach. Szczęsny nie zareagował, miał głowę zaprzątniętą ważniejszymi sprawami". Oczywiście wspomniany koniaczek miał miejsce w biurze fabryki, nie na komendzie, bo na komendzie była tylko kawa z fusami i papierosy. Na komendzie też żaden z pracowników nie pozwoliłby sobie na to, co zrobił tęgi blondyn w okularach na widok Szczęsnego: "powiedział dość opryskliwie jednym tchem: - O co chodzi, teraz nie przyjmujemy interesantów, ma pan przecież wyraźnie napisane na wywieszce, czytać pan nie umie czy co, proszę stąd wyjść". Oczywiście, głupio mu się zrobiło, jak Szczęsny zamachał legitymacją. Wprawdzie zdarzało się, że Szczęsny prowadził śledztwo wbrew woli przełożonego, ale tylko dlatego, że Wiedział Lepiej: "Pułkownik Toporski wyraził wątpliwość, że jednak od urodzenia był sceptykiem, a ostatnio cecha ta zaczęła wysuwać się u niego na pierwszy plan, Szczęsny nie przejął się. Wiedział, co robi. Pułkownik szykował się do szpitala na operację kamieni żółciowych i trzeba mu było wiele wybaczyć". Ba, tkanka milicyjna była wrażliwa i pełna współczucia, bo gdy przypadkiem otwarto wyniki badań informujące o zmianach w nerkach i skrzepach krwi, do Szczęsnego ustawił się sznureczek ludzi współczujących i dzielny major musiał wyprowadzać ich z błędu, bo wyniki należały do denata.
Sam przemyt też był tematem wdzięcznym. Major Litycki, człowiek doświadczony, zdziwił się nagłym pojawieniem się platyny polskiego pochodzenia na niemieckim rynku, bo do tej pory przemycano wszystko od biustonoszy i końcówek długopisów po obrazy i cenne meble, od brylantów i złota w sztabkach i wyrobach - po plusze i krem "Nivea". Gdyby przestępcy nie byli tępymi pachołkami w służbie imperializmu, zatrudniliby majora jako mózg operacji, bo był pomysłowym spryciarzem: "[platyna] Może sobie leżeć na dnie kanistra, pełnego benzyny. Albo w baku. Platynowe blaszki w termosie z kawą, w butelkach z piwem czy oranżadą. Gdziekolwiek". Dzielnie sekundował mu w tym kolega po fachu, major Horny: "- Zdaje się, że eksportujemy kiszone ogórki? W takich wielkich beczkach świetnie można przewieźć nawet 20 kilo platyny".
Jest kilka wątków prywatnych i turystycznych - między innymi major Horny miał bogaty księgozbiór - "chyba ze trzysta tomów o najróżniejszej treści, od wspomnień wojennych i zagadnień politycznych, poprzez reportaże ze wszystkich stron świata, na "Kubusiu-Puchatku" kończąc". Miał też uczynną żonę, która wciągając gumkę do dziecięcych rajstop, podsuwała mu celnie informacje o platynie. Pomagający w śledztwie inżynier Kawecki zapełnia lodówkę czyhającemu w jego mieszkaniu Szczęsnemu, bo w jego domu nikt nie będzie się żywił suchym prowiantem przyniesionym przez siebie! (a zaopatrzenie inżynier miał niezłe, bo i konserwy mięsne, rybne, ser, masło, pieczywo, prawie jak obywatel Winnicki w "Alternatywy 4"). W ramach śledztwa milicja mieszka w poznańskim hotelu Merkury, słynnym z doskonałej kuchni ("Szczęsny (...) barszcz z pasztecikiem, a potem sandacza z wody. Horny wybrał bryzol, piwo i kawę"). Potem diet im nie starczyło na hotelowe śniadanie, bo jednak ceny hotelowe były na kieszeń bogatego turysty z Niemiec (przypadkiem był to nasz szef gangu, "gęba taka, wiecie, mało przyjemna. Kojarzy się z dawnymi, niedobrymi wspomnieniami. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był aktywny działacz NPD" - referował Szczęsny), a nie socjalistycznego milicjanta.
Na samym końcu obserwujemy wielką akcję, angażującą mnóstwo zasobów milicji, która niestety kończy się pytaniem, zadanym drwiącym głosem jednego z milicjantów: - A dokąd to, panowie?..., pozostawiając wiernego czytelnika z niedosytem. Czy wszyscy złoczyńcy zostali ujęci? Czy platyna wróciła do polskich fabryk? Czy wyremontowano zamek w Poniecu (Pońcu?!)? Czy morderca sprzed lat został skazany kilka dni przed terminem przedawnienia? Pytania, pytania, pytania...
Inne tej autorki:
#44
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 26, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wszystko zaczęło się od tego, że major Downar pojechał na urlop do Kazimierza nad Wisłą, nie palił, nie pił i "unikał spotkań ze znajomymi, które zazwyczaj kończyły się przy wódce", tylko spacerował i jadł soczyste jesienne owoce. Po czym wrócił do pracy do Warszawy i wpadł w melancholię, bo nie trafiała mu się żadna ciekawa sprawa - "zwykłe nadużycia gospodarcze, nieudolna próba szantażu, drobna afera w przemyśle włókienniczym, prymitywne morderstwo rabunkowe". I tak (przepraszam, że tak cytatami, ale są naprawdę smaczne) "którejś soboty dal się namówić Walczakowi na koncert symfoniczny, co było dowodem pewnej depresji psychicznej". Koncert nie pomógł, za to rzucona przez kolegę sugestia, że Downar mógłby sobie przygruchać jakiegoś kociaka, padła na żyzny grunt.
Po czym wysypał się worek ze zbrodniami. Najpierw urocza sekretarka pułkownika poprosiła o pomoc w sprawie trupa w piwnicy sąsiada jej wuja, a chwilę później morderstwo ekspatrianta z Londynu wprowadziło Downara w sfery dyplomatów i zamożnych mieszczan. Mam wrażenie, że od Zborowskiego uczyli się współcześni serialowi scenografowie - hall jak z żurnala, pokłócone małżeństwo wracające o 3 w nocy z imprezy pije sok pomidorowy przelany z puszek do *ładnego* szklanego dzbanka (oraz rozważa zjedzenie kanapek z serem tylżyckim). Pani domu w różowym szlafroczku i czepeczku przyjmuje Downara w złoconym saloniku, ozdobionym akwarium z rybkami. Na szczęście Downar jest twardy jak Roman Bratny i woli prowadzić śledztwo niż słuchać poezji Leopolda Staffa w wykonaniu podstarzałej lolitki. Zen i siła spokoju, nawet kiedy przesłuchuje krnąbrnego zbrodniarza: "A ja nie znoszę kanalii - odpowiedział ciągle spokojnie Downar - a jednak staram się uprzejmie rozmawiać z panem. Mógłbym oczywiście dać panu po pysku, ale na razie tego nie zrobię". Zbrodnię udaje się rozwiązać z pomocą samego Scotland Yardu, a wszyscy z dumą zasiadają na naradzie u pułkownika, paląc swoje carmeny i ekstra mocne i popijając wyjęty z pułkownikowej szafy winiak. A Downar z uroczą sekretarką oddala się na urlop do Zakopanego.
Inne tego autora:
#34
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 5, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 1 komentarz
- Skomentuj
W tym tomie mało polityki, bo w roku 1985 ważniejsza była gospodarka. Najpierw na Śląsku zostaje znaleziony kolejarz, któremu odcięto rękę. Po jakimś czasie tak samo okaleczonego pracownika PKP znajdują w pociągu berlińskim na dworcu w Poznaniu. Pechowo zwłoki znaleziono 8. marca, kiedy wszyscy, również milicja, świętują za pomocą goździków i kolejnych setek, więc padło na Teosia Olkiewicza, który w zasadzie nie prowadził jeszcze samodzielnie śledztwa i zupełnym przypadkiem, idąc do melino-zamtuzu, trafił na podejrzanego w mundurze i rudowłosą melę. Po trochę słabszym drugim tomie ten jest równie ładny co pierwszy. Dodatkowy smaczek dla Ślązaków - część akcji dzieje się w Katowicach.
Uwielbiam Ćwirleja za język, bogato przetykany zarówno gwarą poznańską (i śląską), jak i słownictwem ogólnie uznawanym za emocjonalne. Za żywe dialogi realnych ludzi, a nie drętwe i gładkie zdania typu "Umyj ręce, bo obiad stygnie". Za dokładną mapę poznańskich wyszynków, domów pań negocjowalnego afektu i miejsc czy ulic, których już nie ma. Za celne (chociaż oczywiście metodą ze "Zmienników" antycypowane) obserwacje PRL-owskiej rzeczywistości. I za to, czego i mnie żal:
Rynek Łazarski to osobliwe miejsce. Gdyby ten otoczony z trzech stron secesyjnymi kamienicami plac, którego południowo-zachodnia część otwiera się szerokim wyjściem na ulicę Głogowską, znajdował się na przykład w Antwerpii czy nawet bliżej, w Kolonii, mógłby z powodzeniem stanowić centrum ekskluzywnej dzielnicy. Niestety... Był to Poznań.
Inne tego autora tutaj.
#23
Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 30, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Trochę pretensjonalny tytuł, a chodziło o to, że nocą mordowani byli ludzie związani ze skarbem odkrytym na dawnych Ziemiach Odzyskanych - najpierw młody doktorant historii gospodarczej, potem bogaty prywaciarz i równie bogaty starszy mężczyzna o nieustalonych dochodach. Prowadzący śledztwo są sympatyczni, podczas prac czasem sobie docinają, głównie pod kątem palenia, co w latach 70. było czynnością towarzysko właściwą, a nawet mile widzianą:
Podporucznik wszedł do gabinetu i chowając za plecami ogromne, kopcące cygaro, przepisowo stuknął obcasami.
- Zupełnie nie rozumiem, jak ty możesz palić takie świństwo - rzucił Ambroziak.
- Melduję, że to jest znacznie lepsze niż te wasze papierosy. Mogę cię poczęstować.
- Truj się sam - powiedział i ze zmiętej paczki wyłuskał ostatniego ekstramocnego.
- Na zdrowie - mruknął Gawlik podając porucznikowi ogień.
Podał dziewczynie paczkę carmenów, które nosił przy sobie na wypadek, gdyby któryś z jego rozmówców nie tolerował ekstramocnych.
A ponieważ kryminały, jak już wspomniałam, miały za zadanie również uczyć, autor sprzedał trochę przysłów i cytatów z wieszcza:
Major Aleksander Batorski z wydziału kryminalnego Komendy Stołecznej MO miał słabość do ludowych porzekadeł. (...) Bo ja, jak wiesz - Batorski zwrócił się bezpośrednio dla Gawlika - jestem człowiekiem, jak to się mówi, starej daty. "Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko".
Ale nie tylko przysłowia są mądrością narodów; jakby ktoś szukał, to można znaleźć i cenny namiar na potencjalną podrywkę:
- Czy kiedy był pan na kawie na Placu Trzech Krzyży, zauważył pan kogoś, kto pana, być może, obserwował?
- Nie, ale wychodząc z kawiarni spostrzegłem kilku mężczyzn. Podobno w tej okolicy spotykają się panowie o niezdrowych skłonnościach.
#11
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 6, 2010
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 1 komentarz
- Skomentuj
Spodziewałam się po tytule czegoś innego (odsłony serwisu o kultowych rzeczach [2021 - link nieaktywny] z okresu PRL-u - relaksach, gumie Donald czy kasetach Stilon Gorzów), ale taka już uroda książek branych "na tytuł" z podaj.net. Zamiast oczekiwanych anegdotek przedmiotowych książka zawiera zestaw felietonów - i politycznych (które przekartkowałam ze względu na brak zainteresowania i wiedzy na temat polityki, jak kogoś interesuje historia okrągłego stołu czy Solidarności Walczącej, to znajdzie coś dla siebie), i społecznych. Te drugie przejrzałam z większym zainteresowaniem, bo i historia "Wojny domowej", zaproszenia "Rolling Stones" na koncert czy kariery Połomskiego i Ireny Dziedzic dość dobrze pokazują wpływ ustroju na kulturę masową w tych czasach. Niespecjalnie mam jednak przekonanie, że warto książkę mieć, bo literacko nie wciąga, a w niektórych tekstach brakuje jakiejś takiej myśli przewodniej, sensu, dla którego powstały. Nie jest to zła lektura, ale taka nijaka.
#46
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 21, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Teraz cały wysiłek, jaki kibic wkłada w uczestniczenie w zawodach Formuły 1 bądź analogów, to zwykle konieczność wczesnego wstawania, żeby obejrzeć wyścig na płaskim monitorze o odpowiednio dużej przekątnej. W 1978 roku, kiedy wyszło "Góralskie tango", można było sobie o tym jak przebiega wyścig (i to raczej ten polski, a nie jakiś wyuzdany Monte Carlo czy inny Paryż-Dakar) przeczytać po jakimś czasie w czasopiśmie bądź posłuchać w radio, a i to niekoniecznie. Wyścig też jest dość przaśny - żeby uruchomić niektóre klasy pojemności silnika, na listę uczestników wciągane są prywatne samochody i kierowcy, których jedyną zaletą jest to, że w ogóle wystartują. Kiedy szlag trafia miskę olejową w jednym z rajdowych aut, rajdowcy przekupują lokalnego właściciela warsztatu, żeby wymontował potrzebną im część z oczekującego na naprawę auta sekretarza, którego się i tak nie da naprawić (auta, nie sekretarza), bo nie ma innych potrzebnych części. Nagrody w rajdzie to też gratka, ponieważ za pierwsze miejsce przysługiwał puchar Automobilklubu i komplet najnowszym opon, za za drugie - komplet pokrowców na siedzenia i kierownicę ("A tu widzę, że było się o co ścigać. Takie porządne pokrowce, panie, na lata. I to futro, panie, na kierownicę, żeby się ręce nie ślizgały. Takiego to nawet hrabia Potocki z Łańcuta nie miał. - Podoba się panu? - spytał Piekarski. - Panie Eugeniuszu, toć ja musiałbym oczu nie mieć, żeby mnie się to nie podobało. Takie różowe, ulubiony kolor mojej ślubnej"), a za trzecie - pasek antystatyczny.
Wyścig odbywa się w okolicach Zakopanego, na trasie co jakiś czas pojawia się pijany góral. I to on jest pierwszym podejrzanym, kiedy jeden z samochodów nie dojeżdża do końca zamkniętego odcinka specjalnego, a następnie zostaje znaleziony rozbity na zboczu góry. Potem podejrzanych jest więcej, bo jeden z dziennikarzy przegrywa nieswoje pieniądze na wyścigach, jeden z kierowców bierze mnóstwo pieniędzy od swojego sponsora-badylarza na pokrycie tajemniczych długów, żona opuszcza drugiego kierowcę po awanturze, jaką ten zrobił odkrywając, że połowica się puściła z jednym z pilotów. Milicja jednakowoż jest dość mało aktywna i oprócz robienia za narratora nie odkrywa tajemnicy. Trafia na nią przypadkiem jeden z uczestników rajdu, redaktor Dymek.
Ubolewam, że nie jestem w stanie rozpoznać żadnego z bohaterów książki, bo podobno byli znani. Niestety, w 1978 roku miałam małe rozeznanie w kwestiach rajdowych, prędzej w okolicach krokodyla Gieny czy misia Puchatka.
Ponieważ PRL-owskie kryminały miały misję (jak dziś publiczna telewizja) "bawiąc-uczyć", można się dowiedzieć na przykład tego, że polski przemysł zapałczany współpracował z monopolowym i pudełko zapałek postawione pionowo obok standardowej szklanki (tej takiej do koszyczka) oznaczało 100 g wódki, a 50 g i 25 g odpowiednio na niższym boku i na płasko. Bardzo wygodne do spędzania czasu w pracy. Podobnie cenną nauką była obserwacja, że ładne panny z hotelowego salonu piękności będą wolały w negliżu pobaraszkować ze znanymi rajdowcami i dziennikarzami, którzy w ramach igraszek oblepią biust panny pożądaną przez młodzież naklejką Castrol niż czekać, aż jakaś fanaberyjna mieszkanka hotelu zawinszuje sobie strzyżenie czy manicure (nie oszukujmy się, kto w PRL-u jeździł po hotelach).
PS PRL 4/4 jeszcze będzie, ale to trudny kryminał i nie wiem, jak ugryźć.
#24
Napisane przez Zuzanka w dniu środa czerwiec 17, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Lubię sprawdzać, jak się starzeją książki, którymi zachwycałam się w czasach nastoletnich. I, co miłe, ta się mało zestarzała. Oczywiście, jest przeraźliwie politycznie poprawna - zapisywanie się do ZSMP, impresje powojenne i nachalna propaganda "ucz się, dziecko, ucz", ale mimo wszystko to całkiem dobra historia dojrzewania nastolatki zaraz po wojnie. Nie oszukujmy się, mimo wzniosłych idei i bogatego życia wewnętrznego, w większości przypadków chodzi o płeć przeciwną i układanie sobie stosunków z rodzicami.
Inne tej autorki tutaj.
#20
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 24, 2009
Link bezpośredni -
Tag:
prl
- 3 komentarze
- Skomentuj