Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: san-francisco

Autobusem, nie tramwajem, bo pada

A pada. A mówili, że tutaj sucho. Na szczęście ciepło, więc opcja permanentnego zmoknięcia jest dość akceptowalna, bo zaraz jest szansa wyschnąć w jakimś przyjaznym otoczeniu.

W środę na takim +/- pożegnalnym spotkaniu Gil powiedział, że udało mu się nauczyć nowego fajnego polskiego słowa - "zajebiste". To dobrze oddaje cele spotkania jak również plany na czwartek: zwiedzanie San Francisco, wieczór w Crab House w Fisherman's Wharf i przejażdżkę autobusem po barach, której przyświecało kolejne polskie hasło: "Najebmy się". Hasło zostało szybko zmemoryzowane przez zagranicznych kolegów, po początkowej niepewności, czy aby nie znaczy to "mam małego penisa", bo każdorazowe wymówienie witaliśmy śmiechem.

Po zdjęciach widać, że lało (i leje). Z Twin Peaks (punkt widokowy, na który lokalesi przyjeżdżają, żeby make-out, bo wzbudziło spory entuzjazm wśród głównie męskiej obsady autobusu), skąd przy ładnej pogodzie jest wyrąbisty widok na miasto, widać było przeważnie mgłę, chmury i krople deszczu na aparacie.

Z Golden Gate podobnie - krople deszczu, wiało i moczyło (ale i tak impressive - nie mogliśmy się powstrzymać przed serią turystyczną, a krople się wytoszopuje).

Lombard Street - ulica o prawie 30-stopniowym nachyleniu - jest dość karkołomna do przejścia (ale bardzo, bardzo ładna).

Fisherman's Wharf to teoretycznie przystań statków, a w praktyce potwornie wielka masa sklepów dla turystów (mydło i powidło, koszulki, czekoladki, ciuchy, czapki, biżuteria), zagłębie knajpiowe i mini ostoja uchatek. Uchatki są prześliczne, są głośne, tłuką się wzajemnie, gadają, skaczą do wody, wczołgują się na pomosty i ogólnie są rozkoszne.

Uwielbiam kraby. It's a dirty job, but someone's gonna do it. Dostaje się fartuszek, bo krab tłusty i chlapie, łamacza skorupy (wygląda jak dziadek do orzechów) i taki krab-like widelczyk do wygarniania mięsa ze skorupki. A mięso jest absolutnie boskie. I masełko czosnkowe. I chlebek. Boskie. Robimy zakłady, ile przytyłam?

A potem pojechaliśmy pić. First soldier down po pierwszym barze, chyba nie pomógł fakt, że na pokładzie autobusu-rockendrolowej-limuzyny (własność firmy Google, gratz :->) była wódka, whisky, rum i amerykańskie sparkling wine. W pierwszym barze było miło, acz szybko się zmyliśmy, bo barman nie chciał dać sobie zarobić i upierał się, żeby kasować za każdego drinka, a nie wziąć $500 i dawać każdemu, nawet z ulicy. Drugi bar (Trader's Sam) był niesamowity, drinki w miskach mrożące mózg, parasolki i szafa grająca. Uwielbiam. Chyba nawet specjalnie nie dziwiło nikogo, bo przy szafie się tańczy, nie? Jedyny 19-latek wszedł na paszport drugiego kolegi, bo dość restrykcyjnie sprawdzali. Niestety, zanim zdążyłam się sponiewierać jak szpadel i zanim zdążył polecieć kawałek OST z Pulp Fiction (4 kawałki za $1, świetna inwestycja), poszliśmy do trzeciego baru. Podobnież najbardziej trędnego w SF, ale było tragicznie boring. Lasie ze sztucznymi cyckami, lustra, cuda na kiju, lans, lans, lans. I zgubiłam parasoleczkę. W planach był jeszcze jeden bar, ale wyszło, że zespół przy dużym współudziale grupy z Polski został mocno osłabiony, więc to by było na tyle. No, pomijając bardzo wesołą drogę powrotną, na końcu której kolega, któremu się film urwał, został wyniesiony przez silnych chłopa i osadzony w wózku inwalidzkim...

GALERIA ZDJĘĆ:

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 10, 2007

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 2 komentarze - Skomentuj


Sami zobaczcie (4.02.2007)

Wrzuciłam trochę absolutnie nieprzebranych fotek - posprzątam, jak wrócę do domu. Na razie mam lenia ;-)

Ławica i lot Poznań - Monachium - GALERIA ZDJĘĆ. Mały samolot, może ktoś pozna po śmigle, jaki. Niestety głównie było zachmurzenie, więc niewiele poza białymi chmurkami było widać. Już nad Niemcami ciut się poprawiło, więc było widać takie maciupkie domki, pola i highwaye. Zdjęć kobylastego lotniska w Monachium nie mam, takoż z lotu Airbusem, bo w zasadzie co za fun robić fotki w samolocie, jak się nie ma dostępu do okna. Inna rzecz, że żal, bo zachód słońca był prześliczny.

Hotel Holiday Inn Express. Pewnie straszne beleco, ale mnie się podoba. Mydełka uzupełniają jak w dowcipie o Włochu, co to miał własne, ale i tak mu przynieśli. Tutaj rozpakowaliśmy jedno i następnego dnia - bach, rozpakowane zostawili, ale dołożyli świeżutkie. Tsd, widać, skąd Amerykanie mają takie ładne zęby - do pokoju przysługują dwie pasty do zębów, guma dentystyczna do żucia (po smaku sądząc, pewnie z fluorem) i inne cuda.

San Mateo - GALERIA ZDJĘĆ; przedmieścia SF, tutaj jest Wikia HQ, w pasażu handlowym. Śliczne uliczki, zagłębie knajpowe, Citibank, który twierdzi, że mogę gotówkę bez prowizji i pokazuje mi zarówno przelicznik wypłaty, jak i stan konta w PLN! Wot United World. Tak, właśnie jest wiosna i wszystko kwitnie.

W Wikiowym ofisie strasznie bawią mnie stickety w różnych miejscach. "Sauna" na pomieszczeniu, w którym jest klimatyzator i rzeczywiście jest upiornie gorąco, "Recycle - cans, bottles, paper" nad trzema koszami w różnych kolorach czy najsympatyczniejsza pod pokrętłem klimy, mówiąca "Don't".


Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 6, 2007

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 7 komentarzy - Skomentuj


Orzeł wylądował

Ja wiem, że stracę cały au-torytet, ale normalnie pierwszy raz latam ("latam, gadam, full serwis") i się czuję jak w podstawówce. Ciężko być cool, jak się nie ma sombrero. Wychodzi na to, że mam do wyboru dwa zestawy - albo bycie całkiem na "nie", albo - jak dzisiaj - całkiem na "tak". Ale spokojnie, wyląduję, wrócę i będę dalej kontestowała.

Kochamy McIntosha. Nie dość, że nie ma szans na pliterki (a przynajmniej żadna kombinacja jabłko + cokolwiek nie daje efektu), to jeszcze edytorek ma undo na jeden krok. Tyle o komputerach. A nie, przepraszam. Eloy mi podpiął pliterki, ale pod ten drugi prawy ctrl, which is fun, bo próba zrobienia klasycznej pliterki czasem owocuje jakimś cudem typu "ostatni akapit poszedł w powietrze". Japko+s - zapisz.

Lot Ławica-Monachium wpyteczkę. Nie trzęsło, dali kanapeczkę z serkiem i ogórem i/oraz toblerona. W Monachium ciepło, lotnisko wykurwiście wielkie, na bramce piszczy niewiele, za to wszystko piszczy przy przemiłej pani z ręcznym terminalem do wykrywania kontrabandy. Najśmieszniej jest, jak piszczy stanik i pani jeździ po człowieku ręczną maszynka do robienia "ping". Chciałam wklikać na dżo noteczkę "Wuj Matt z podroży na lotnisku w Munchen", ale ichnie wifi płatne, więc nie wklikałam.

Opis samolotowy będzie niestety nudny, bo mamy miejsca w środku Airbusa, wiec widzę tylko pasażerów po bokach (buce pod oknem maja pozasłaniane okienka i gapią sie w laptopy; co za marnacja, ja to bym chociaż patrzyła). W zasadzie niby nic, ale w godzinkę przelecieliśmy nad cała Europa, aktualnie mijamy Manchester-England-England. Idę (no, siedzę ;-)) jeść.

5:51 do lądowania, zaraz pewnie będziemy mijać Montreal (dość sprytnie wyświetla się mapka z namalowanym samolocikiem). Wprawdzie nie szło nic zobaczyć, ale chyba minęliśmy Grenlandię. Szło poznać, bo samolot miał turbulencje (taki odpowiednik globusa). Wspominałam kiedyś, że chciałabym pojeździć na rollercosterze? To chyba już nie chcę. Było całkiem śmiesznie, przemiłemu panu po tej drugiej lewej poleciał laptop, jak tak skakaliśmy w górę i w dół z tyłu poleciało wino (skarpetki pomoczyłam później, jak szlam do kibelka, bo z tyłu na ogonie było więcej zniszczeń). Szczęśliwie eloy udzielał komentarzy w języku natywnym ("ciekawe, czy już odpadł ogon"), bo siedzącą obok niego potwornie spanikowana Włoszka byłaby jeszcze bardziej spanikowana. Tak tylko trzymała eloya za nogę i rękę i pytała cichutko, czy może (trzymać za nogę) i co się dzieje, czy już spadamy? Może mam za mało wyobraźni, ale jakoś trudno mi się było tym przejmować i nawet poleciałabym jeszcze kawałek z tymi śmiesznymi podskokami. Na szczęście nie pamiętam żadnych ciekawych kawałków z Losta ;->

Swoja droga zawsze mnie zastanawiało, jak samoloty wiedzą, którędy lecieć. Jak są chmury, to nie ma szans - pod spodem wszystko wygląda jak jednolity stok narciarski, poorany trochę przez jakieś mityczne narty (i niech ktoś mi jeszcze powie, że chmury to skondensowana para wodna, no fucking way, widziałam prawie ze z bliska i nie ma szans, musza być takie jak w "Dolinie Muminków", że można na nich jeździć jak na chmurce). Teraz rozumiem, jest nawigacja satelitarna i inne szpeje, ale kiedyś? Szacun, naprawdę. Zwłaszcza że to chyba pilot przemawiał zaraz po naprowadzeniu na gładki lot i uspokajał spanikowaną (i nieco wrzeszczącą grupę pasażerów). Think administrator bazy danych wysyłający uspokajający komunikat do milionów userów (i to bez użycia slow na k, p i fuck).

Nie wiedzieć czemu przypomniał mi się (ale to wcześniej, jak lecieliśmy mniejszym samolotem na trasie Poznan-Monachium) dowcip o ślepych pilotach, którzy startowali dopiero wtedy, kiedy pasażerowie odpowiednio głośno wrzeszczeli. Kiedyś nie krzykną ;-)

P., mam nadzieje, ze ruszyłeś tyłek i obejrzałeś wreszcie "Almost Famous"? Jest tam śliczna scena w samolocie, który wpadł w bardziej zabawne turbulencje niż nasz i wszyscy (mając wrażenie, ze to już ostatnia chwila ich życia), czynią sobie dość drastyczne wyznania. Najdrastyczniejsze pada sekundę przed tym, jak wszystko się uspokaja i z kabiny wygląda uśmiechnięty pilot i mówi, ze już ok.

Wychodzi na to, ze się nieco odchamię kulturą masową, bo na nad oceanem puszczają całkiem niezłe filmy - "Dobry rok" i "Iluzjonistę" (w busie Frankfurt/M - Poznań puszczali krap okrutny, "Agencie, podaj łapę", któreś "Taxi" i "Wyścig szczurów").

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 5, 2007

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 5 komentarzy - Skomentuj