Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: włochy

W drodze (2)

[26-27.08.2019]

Tym razem podróż była nieco niesymetryczna - pierwszego dnia planowałam dotrzeć pod Innsbruck, do małej miejscowości Patsch, do hotelu obiecującego widok na Alpy (ignorując myśl, że na następny dzień zostaje do przejechania 1000 km do dużego pokoju). Włoskie autostrady przejechaliśmy bez problemów[1], podobnie austriackie[2], hotel - poproszony mailem o zakup urodzinowego tortu dla Majuta - spisał się idealnie, więc 10. urodziny młodzieży (kiedy to minęło? Chwilę temu była w żłobku!) zostały wycelebrowane należycie. Co do widoków - wyprzedziły moje oczekiwania. Krótki spacer po wsi, catspotting: 3 (ogromna chemia między mną a czarnym kotem, leniwe futro na dachu oraz psotne czarno-białe stworzenie w konflikcie terytorialnym z czarnym), mały kościół, ukwiecone domy malowane w medaliony ze świętymi oraz soczyście zielone łąki pod linijkę.

Panorama, wieczór Widok z hotelu / Nawet polna ściezka za stodołą ma nazwę Panorama o poranku Przydomowa kolekcja kaktusów / Przykościelny cmentarzyk Tyrolska architektura Kościół, wnętrze (nikt nie pilnuje) / Hotel Kaktusy Zmrok zapadł / Lokalne murale Zachód słońca Alpy o poranku Po śniadaniu

Wbrew obawom, przez Niemcy i Polskę przemknęliśmy jak nóż przez masło, patrząc ze sporą schadenfreude na mega korki, stojące w przeciwną stronę (bo wypadek). Po jednej nieudanej próbie znalezienia restauracji w Bayreuth (fantastyczna nazwa), trafiliśmy do mocno rustykalnej, ale zacnej Berg Hütte.

Zabawne nazwy po drodze: Gnadenwalde, Biebersdorf, Zehnzenhof, Klein Marzehns, Niemegk, Triptis i Lederhosen.

GALERIA ZDJĘĆ. Dodałam też kilka zdjęć do poprzedniej notki.

PS Będą jeszcze Włochy, spokojnie. Ale jak widzę, ile mam zdjęć do przejrzenia, to jednak oddalam się poleżeć.

[1] Tym razem zbrojni w wiedzę o godzinach restrykcji kulinarnych nawet przy autostradzie i z doświadczeniem, żeby omijać lokale “Hermes”, niechcący zjechaliśmy z autostrady i trafiliśmy do Roadhouse’u z przyzwoitą i niewiele droższą od autostradowych przybytków kuchnią.

[2] O winietkach pisałam poprzednio, ale upierdliwością jest płatna dodatkowo i każdorazowo (mimo winietki) Autostrada Brennerska; niedużo, bo 9,5 euro, ale to więcej niż koszt przejazdu pozostałymi autostradami. Żeby wjechać do hotelu, trzeba też z autostrady zjechać (albo nadłożyć ponad 100 km), a wjazd w Patsch kosztuje dodatkowe 2.5 euro.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 27, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj


Castiglione del Lago

[20-25.08.2019]

Castiglione del Lago nie jest prominentną pozycją w przewodnikach po Umbrii, ale to urocze i bezpretensjonalne miasteczko - jak wskazuje nazwa - nad jeziorem. Jezioro Trazymeńskie niestety szybko okazało się no go dla Majuta, albowiem jest mętne, nieco muliste i zdarza się, że pływają rybie zwłoki. Dlatego po pierwszej wizycie na jednym z okolicznych basenów na świeżym powietrzu, podzieliliśmy się na ekipę w wodzie (Majut, TŻ) i na ekipę zwiedzającą okolicę (pozostali, dla których basen jest jednym z piekielnych kręgów). Historyczne centrum miasteczka, otoczone średniowiecznymi murami obronnymi jest malutkie, kilkanaście uliczek, restauracje, dwa czy trzy kościoły z urokliwymi zdobieniami (i koty, zawiera też koty[1]), ale centralnym zabytkiem jest średniowieczny zamek Rocca del Leone. Można popełnić ten błąd co ja i w ponad 30-stopniowym skwarze uderzyć od razu na zamek, gdzie okazuje się, że można wejść tylko na dziedziniec. Można też sprytniej zacząć od muzeum, mieszczącego się w Palazzo della Corgna, skąd wąskim tunelem (chłodnym!) idzie się na mury obronne zamku. Mury jak mury, budzą podziw rozmachem, ale widoki na jezioro i miasteczko warte wszystkiego. W samym pałacu sufity i ściany ozdobione są bogato freskami, od patrzenia na nie boli kark; nie wyobrażam sobie malowania ich z głową zadartą do góry.

Zirytowana postępującą niemocą znajomego biura podróży, którym wcześniej ogarniałam wakacje, wakacyjne lokum znalazłam na bookingu. Wydzielony apartament w kamiennym domu, w dużym ogrodzie z trampoliną, hamakiem i jaszczurkami, z właścicielami tuż obok, ale nieiwazyjnie, ale chętnie powiedzą, gdzie jeść i co zobaczyć w okolicy. Na stanie porcelana z serii Churchill, można o poranku kawę w ogrodzie jak lady.

Apartament znajduje się pod miasteczkiem, więc gdziekolwiek trzeba podjechać autem (albo rowerem, gospodarze udostępniają), ale okolica rekompensuje. Tuż obok jest stadnina, gdzie o poranku światło jak z katalogu.

O restauracjach w drodze już pisałam wcześniej, ale i w samym Castiglione del Lago warto zajrzeć do kilku:

  • Cafe Latino, Via Vittorio Emanuele 45 - ryby, pizza i mięso, do tego taras widokowy z panoramą jeziora.
  • Ristorante la Taverna di Julio, Via Amerigo Vespucci 5 - grill prowadzony przez argentyńskiego emigranta.
  • Alisè Cafè, Via della Stazione 5 - ogromne lody i dobra kawa. Tuż przy stacji, jak kto lubi pociągiem.

GALERIA ZDJĘĆ (dużo!).

[1] W gratisie GALERIA ZDJĘĆ włoskich kotów.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 25, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj


Arezzo

[24.08.2019]

W przeciwieństwie do innych miast na wzgórzu, wzgórze jest mniejsze, a starówka Arezzo ma większą powierzchnię, dzięki czemu jest i miejsce na park i więcej oddechu w samym mieście. Parkowaliśmy na Parcheggio Pietri, z którego przechodzi się pod samą katedrę Św. Piotra i Św. Donata (co zaspokoiło estetykę sakralną, więc zignorowaliśmy bardziej sławną Bazylikę Św. Franciszka). Mniej turystów niż gdzie indziej, obiad w Trattoria Cavour na Via Cavour 42, dla odmiany nie padało. Wszędzie w sklepikach z pamiątkami pluszowe dziki.

Petrarka / Widok ze wzgórza uliczki / Piazza Madonna del Conforto Park przy Twierdzy Medycejskiej Katedra klamka / wnętrze Katedra św. Piotra i św. Donata z Arezzo Ferdynand I Medyceusz / Katedra, sklepienie Katedra, sklepienie

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 24, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj


Asyż

[23.08.2019]

Asyż od innych miasteczek różni się kolorem - starówka jest w kolorze kremowego różu. Poza tym, jeśli nie liczyć nieco odmiennego od innych asortymentu sklepów z pamiątkami (od bransoletek z symbolem Św. Franciszka po pełne umundurowanie kościelne), nie różni się od innych miasteczek na wzgórzu. Spędziłam w nim miłe popołudnie, również za sprawą cukierni Gran Caffè (Corso Giuseppe Mazzini, 16A), gdzie Majut dostał pyszne ciasto czekoladowe, które okazało się absolutnie bogatym ganaszem (i które jedliśmy następne trzy dni, a o cenie obiecałam sobie nie wspominać, ale jak pani za ladą wypisuje na kartce cyfry i pokazuje, czy aby na pewno zdajemy sobie sprawę z kosztu, to jednak czasem warto się zastanowić, mogliśmy wziąć jedną porcję na trzy osoby).

Nawet jak niekoniecznie mi w stronę religii, tak kościoły w Asyżu zmiatają z nóg. Niestety, o wstydliwie poukrywanych tabliczkach z zakazem jakiegokolwiek fotografowania przypomina skwapliwie (i po włosku, ale z natężeniem zrozumiałym i nie dla autochtonów) ochrona obiektu. W Bazylice Św. Franciszka zrobiłam jedno zdjęcie, nieco więcej w kościele św. Rufina, gdzie z kolei od aparatu gorszy był mój dekolt, który nakazano przykryć mi granatowym poliestrem.

Parkowaliśmy na parkingu Porta Nuova, którego część jest bezpłatna (ale zwykle zapchana pod korek), a część płatna (ale niedrogo); na starówkę wjeżdża się ruchomymi schodami. Ruchome schody fajne same w sobie.

Widok z murów Asyżu Asyż z daleka / Ruchome schody z parkingu Asyż z bliska Arkady przy bazylice Św. Franciszka / Wnętrze W odcieniach różu Bazylika Św. Franciszka Dawna świątynia Minerwy z zewnątrz / Wnętrze Dolny taras bazyliki Asortyment pamiątkowy / Zejście do bazyliki

Catspotting: 2.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 23, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj


Cesenatico / San Marino

[22.08.2019]

Ponieważ Majut oprotestował pływanie w jeziorze Trazymeńskim (mętne i zobaczył zdechłą rybę), wybraliśmy się nad morze. Początkowo myślałam o Rimini, ale skończyło się na Cesenatico opodal (chyba mniej zatłoczonym). Jeśli chodzi tylko o plażę, to jak najbardziej, natomiast miasteczko na pierwszy rzut oka (może mylny, w końcu tylko na obiad i kąpiel) wygląda na typowo wakacyjne, hotele, dmuchańce przy plaży i parasole po horyzont. Zachęceni informacją, że Bagno Barrio jest wysoko notowane na Tripadvisorze, pojechaliśmy tamże. Otóż poszczególne plażki (tak szerokości 50 metrów) niespecjalnie się od siebie czymkolwiek różnią, wszędzie parasole, prysznic, kawiarnia; owszem, w Barrio są zagródki dla ludzi z psami, ale ponieważ nie mamy psa, to wartości dodanej brak. Woda cieplejsza od powietrza, brak fal, bo falochron, muszelki i gładki piasek.

Cesenatico, plaża W drodze do San Marino

Catspotting: 0. Makarony i kotlet w Ristorante Kursalino, Viale Trento 42, Cesenatico.

San Marino, oględnie biorąc, okazało się niewypałem. Absurdalnie niewygodna, kręta droga jako jedyna pozwala na dojazd (więc to nie jest tak, że wracając jest bliżej, bo trzeba i tak wrócić na wybrzeże), miasto składa się ze schodów i spiralnych ulic w górę i w dół, z czym google sobie niespecjalnie radzi. Jeśli szukacie luksusowych towarów z wielkimi nazwami, to jest to miejsce dla Was. My pokrążyliśmy po uliczkach w ciemniejące od chmur popołudnie (miało nie padać!), coraz bardziej rozczarowani ofertą cukierni, bo lokalne ciasta to raczej tylko kruche z dżemem albo desery w postaci owocowych musów (a młodzież zamawiała czekoladowe), wreszcie w drodze do podobno najlepszych delikatesów rozpadała się ulewa. Delikatesy, oględnie biorąc, okazały się być oszkloną winiarnią ze sporym wyborem win i przetworów w ozdobionych wstążeczkami słoikach i kilkoma lokalnymi serami i wędlinami za grube euro, raczej miejscem do przysiądnięcia i zdegustowania niż do zakupów transportowanych 1600 kilometrów dalej. Na plus - widoki przepiękne, na całą okoliczną dolinę, chociaż pewnie piękniejsze w słoneczny dzień. Jest zamek, ale rodzina odmówiła wspinania się, albowiem zamek jest na samiuśkiej górze. Podsumowując - nowy kraj zaliczony, ale nie jest to miejsce must-have.

Jako że na starówkę podobno nie można wjeżdżać (czemu zaprzeczały liczne samochody, również z rejestracjami IT i DE, więc nie tylko mieszkańcy), parkowaliśmy na jednym z parkingów buforowych (konkretnie P8 przy Via Piana), skąd można schodami albo windą na starówkę. Kwitek parkingowy dostaliśmy od dżentelmena, który zastukał nam w szybkę i podał opłacony na 3 godziny bilet, tłumacząc, że my z Polski, a jemu się nie przyda, bo wyjeżdża. Dziękuję! Wprawdzie planowałam przy okazji płacenia za parking rozmienić banknot w parkingowym automacie, bo San Marino ma własne euro, ale mogłam to zrobić i tak.

Policjant przy głównej bramie Dookoła murów / Sklepik z gadżetami / Jedne z licznych schodów Dolina Emilia-Romania Wzgórze San Marino / Pomnik pamięci dzieci zamordowanych w 2004 roku w Biesłanie Widok z murów na dolinę / Droga do zamku La Rocca o Guaita Gdzieś w drodze, Toskania

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 22, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 2 komentarze - Skomentuj


Cortona

[21.08.2019]

Wydawało mi się, że wszystkie średniowieczne miasteczka wyglądają jak Montepulciano, ale szybko to zweryfikowałam. Cortona[1], zbudowana na stoku wysokiego wzgórza w dolinie Val di Chiana, jest rozłożysta i robi ogromne wrażenie z zewnątrz. Jak w innych miasteczkach, zaparkować można bezpiecznie poza murami, tutaj są dostępne parkingi przy ulicy Via Cesare Battisti (płatne w parkomacie i warto zapłacić, bo kilka osób zdziwiło się, znajdując uprzejme listy za wycieraczką); z parkingu można podejść długą, spiralną drogą albo wjechać ruchomymi schodami. Od wewnątrz większych różnic nie ma - wąskie i strome uliczki, sztandary, restauracje i lodziarnie, a z murów niesamowity widok na okolicę, włączając w to jezioro Trazymeńskie, o którym niebawem.

Catspotting: 0 (ale wszędzie ludzie z psami). Ponieważ, dostosowując się do włoskiego trybu dnia, obiad nauczyliśmy się jadać w okolicach 14, w Cortonie jedliśmy tylko lody. I bez względu na cenę, a rozpiętość bywa spora (od 2 do 5 euro za porcję), nie da się zamówić małych lodów. Nawet te piccolo były dwukrotnie większe niż poznańska porcja (zwykle 60-70g) i nawet Majut czasem nie dawał im rady.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Jeśli kojarzycie nazwę tego miasteczka, to zapewne z cyklu książek Frances Mayes, rozpoczynającego się od "Pod słońcem Toskanii".

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 21, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj


Montepulciano

[20.08.2019]

Do Montepulciano nie wybrałam się dlatego, że kręcono tam “Zmierzch - Księżyc w nowiu” albo “Angielskiego pacjenta”, bardziej dlatego, że “Pod słońcem Toskanii” (choć autorka pierwowzoru książkowego mieszkała pod Cortoną, o której później). Jak wiele innych w okolicy, niewielkie Montepulciano położone jest na wzgórzu, w przepięknej toskańskiej scenerii. Jest małe i kameralne, akurat na leniwe popołudnie. Zaparkować można przy ulicy Via dell’Oriolo, otaczającej mury, bo w samym centrum parkować mogą tylko mieszkańcy (a przynajmniej nie byłam w stanie określić, gdzie mogłabym wjechać i zaparkować na legalu). Mimo niechęci rodziny do wspinania się, weszliśmy na wieżę w Palazzo Comunale (ratuszu miejskim) przy Piazza Grande; pomogło nieco, że na wieżę dało się wjechać windą, nic to, że raptem na drugie piętro, a po przejściu przez zupełnie niewyględne archiwum miejskie i tak trzeba było się wdrapać po wąskich schodach. Widoki - jak widać na zdjęciach poniżej.

Catspotting: 2. Jedliśmy w restauracji Pozzo di Pulcinella (Piazza Michelozzo 7); Majut był zachwycony stekiem z kością, najlepszy obiad podczas całego wyjazdu.

Przewodniki wyliczają optymalne trasy dojazdu z najładniejszymi widokami, ale tam wszędzie jest ślicznie. Jechałam przez miejscowość o dźwięcznej nazwie Pozzuolo, trafiając na pola słoneczników, winnicę czy wzgórza obsadzone cyprysami. Nie wypada nie polecić.

Pole słoneczników[1] / Toskania Winnica gdzieś pod Montepulciano Roślin / Widok z murów Uliczka z flagami / Dzwon na wieży ratusza / Drzwi Lokales / Widok na Torre di Pulcinella

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Co ciekawe, wszystkie odwrócone tyłem do słońca. Fototropizm, you do it wrong.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 20, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 1 komentarz - Skomentuj


W drodze (1)

[18-19.08.2019]

Słowem wstępu - zwykle docieraliśmy na wakacje samolotem. Bo jednak szybciej, chociaż z ograniczeniami (a to walizki trzeba ważyć, czegoś nie wolno do podręcznego, wodę za 9 zł trzeba kupić na lotnisku, a na samym końcu lądujemy na wyspie, co sprawia, że TŻ czuje się niepewnie, bo wpław jakby co nie wrócimy), a na miejscu i tak samochód. Tym razem idea była taka, żeby zapakować samochód po korek, wziąć rowery i nie spiesząc się ruszyć w Europę. Rowery odpuściłam, bo jednak 1600 km z rowerami na dachu to jest wyzwanie (a poza tym gospodyni obiecywała, że są na miejscu; nie kłamała, tylko jest jakby za ciepło na jazdę na rowerze, ale o tym w następnych odcinkach).

Etap pierwszy podróży - Poznań-Ingolstadt szybko mnie naprostował. Teoretycznie według Google Maps miało być to 7 godzin spokojnej jazdy, z czego 515 km autostradą. I tak było do polskiej granicy, gdzie okazało się, że latem AD 2019 niemieckie autostrady składają się z mega korka. Przy samej granicy straciliśmy godzinę, kolejna rozeszła się na zwężenia i korki wzdłuż trasy i krótki postój na obiad w niemiecko-amerykańskim dinnersie w Linthe. W efekcie do Ingolstadt, miasteczka z pięknym ryneczkiem, kolebki Iluminatów Bawarskich, dobiliśmy o 21:00. Z całego zwiedzania została nam sauna w hotelu (świetna, aczkolwiek Majut po minucie stwierdził, że wychodzimy) oraz lokalny Saturn, albowiem w momencie wsiadania do samochodu padł mi telefon. Tak znienacka, na oko sprzętowo, co pozbawiło mnie jako kierownika wycieczki dostępu do informacji, o którą się co chwila dopytywała wycieczka (Daleko jeszcze? A ile od zjazdu do autostrady? A czy w hotelu jest wifi?).

Etap drugi to kontynuacja walki przez niemieckie korki, już ze świadomością, że jednak trzeba się pospieszyć, bo łatwo nie będzie. Winietkę na Austrię można było kupić na wielu stacjach na autostradzie, więc nie było się co stresować, że przez internet się czeka 18 dni na aktywację (srsly!). Sama Austria (pierwszy raz!) zmiotła mnie z nóg. Jedzie się nie za szybko, bo górki i wszyscy uczciwie jadą limitem, za to widoki takie, że chyba w skali dotychczas widzianych miejsc daję 9.5 (przy czym nie pamiętam, co ma 10). Zamki w absurdalnych miejscach na skałach, pasemka mgły na zielonych górkach, puchate beżowe krówki, tu rzeczka, tam pociąg. Pełna obaw wjechałam do Włoch na Autostradę Słońca, ale wyszło, że jak już Włosi ogarnęli, że lewy pas szybko i raczej do wyprzedzania, a nie że oba pasy jadą tak samo wolno, że to jedna z lepszych i przepustowych autostrad (chociaż czasem jakości ekspresówki). Cena autostrady z tych grubszych (w okolicach 40 euro), dodatkowo dopadła nas włoskach sjesta, gdy okazało się, że nawet na autostradzie (bo zjeżdżać do jakiejś restauracji tym bardziej nie ma sensu) w ciągu dnia wydawane jest pieczywo i słodkie, z zamkniętą sekcją obiadową. Long story short, do docelowego Castigliano del Lago dobiliśmy już po zmroku.

Wiatraki! / Dinners w drodze (Niemcy) Niemieckie pobocza Widok z hotelu w Ingolstadt / Kratownica w kształcie kozy Tęczowa chmurka Winnica / Tablice z atrakcjami i rude krówki Austria, górki Jeden z kilkudziesięciu tuneli / Przydrożna architektura

EDIT: GALERIA ZDJĘĆ (również z powrotu).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 19, 2019

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 4 komentarze - Skomentuj


Sycylia - Giardini-Naxos 2/2

[27.08.2017 Ostatni odcinek, już w drugiej dekadzie października, yay me!]

Ostatni dzień wakacji, taki trochę udawany, bo o 11 musieliśmy opuścić hotel, a samolot wylatywał o 23:50 (skądinąd niespecjalnie polecam, jakby leciał o 21, byłoby idealnie; Majut spał na mnie w samolocie, wyszłam połamana jak paczka paluszków, a do domu dobiliśmy koło 4 nad ranem). Szczęśliwie hotel (Nike) bardzo pro (skądinąd polecam - świeżo po remoncie, cicho!, czysto, bardzo duże pokoje, jedyna wada to powtarzalność śniadań) pozwalał na skorzystanie z basenu do oporu oraz na zostawienie bambetli w recepcji do późnego wieczora.

Żeby nie była moja krzywda, zobaczyliśmy większy kawałek lokalnego muzeum archeologicznego, bo było tuż obok. Kawałek, bo dzień był chyba najbardziej upalny ze wszystkich i pobyt na terenie nieocienionym nie sprawiał specjalnej przyjemności. Szczęśliwie muzeum miało zarówno sporo drzew, jak i nieduży, za to klimatyzowany, budynek z artefaktami sprzed tysiącleci (oraz czarnego kota, ale nie nastawionego towarzysko). Teren spory, kilka stanowisk archeologicznych, obowiązkowy widok na Etnę. Raczej dla fanatyków historii, ale przyjemne miejsce na spacer (sprawdzić, czy nie 35 stopni). Ceny umiarkowane, ok. 4-5 euro za dorosłego, dzieci nie płacą.

Muzeum - artefakty Pozostałości po wykopkach Obowiązkowy widoczek z Etną

Na sam finał poszliśmy w opcję ultra-turystyczną, czyli w wycieczkę łodzią po zatoce. I ubolewam, że dopiero ostatniego dnia, bo była to impreza świetna. Płynęliśmy z Danielem (opinie tutaj), którego zarezerwować można w pierwszej budce po prawej przy nabrzeżu portowym oraz pewnie w okolicy plaży, bo łódka podpływała tam po dodatkowych pasażerów (m.in. Włocha, który wyglądał jak młody Don Draper, Zuzanka #approves). Widoki za milion monet - cała linia brzegowa Giardini-Naxos, widok na Taorminę, Isola Bella, Grota Miłości (gdzie młodzi zwiewali przed blokującymi małżeństwo rodzinami i po trzech nocach razem wracali i już musieli wziąć ślub, żeby poruty nie było), Grota Syreny, Błękitna Grota (z idealnym turkusem wody, przezroczystej na kilkanaście metrów), plaże i hotele luksusowego Mazzaro i Skała ze Słoniem. Przesympatyczny, choć dość apodyktyczny kapitan opowiadał anegdotki po włosku i po angielsku, puszczając nieśmiertelne hiciory z lat 80. i 90. (Bon Jovi ftw), po czym zacumował z zatoczce i kazał pływać (z czego skwapliwie skorzystała Maja, albowiem tylko jej nie przeszkadzało, ze plywa w gatkach, bo przecież po co brać ze sobą kostiumy), w międzyczasie wykonując z dużym doświadczeniem kompozycję ze świeżych owoców. Jak będziecie mieć okazję, płyńcie z Danielem, przemiłe popołudnie.

Giardini-Naxos - marina Scoglio dell-Elefante Mazzaro - luksusowa Taormina Okolice Isola Bella

A na skałach, przy porcie, mieszkała mama kot z trzema pręgatymi kociętami, codziennie się zatrzymywaliśmy, żeby popatrzeć. Ulubione wspomnienie z wakacji Majuta.

GALERIA ZDJĘĆ

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 20, 2017

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj


Sycylia - po co jechać

Będąc turystką skupioną na patrzeniu (o tym w poprzednich i następnych odcinkach) i jedzeniu, zostawiłam w bagażu miejsce na lokalne zakupy. Część zjadłam na miejscu, część przywiozłam do domu (a części żałuję, że nie kupiłam). Można te wszystkie rzeczy kupować w miejscach turystycznych, na lotnisku tuż przed odlotem (ceny wyższe, ale w przypadku alkoholi czy kremów można przewieźć w wolnocłowym worku) albo w dobrze wyposażonych marketach, gdzie zwykle są standy z lokalnymi produktami w cenach o kilka euro korzystniejszych.

  • Pistacje - bo lokalne.
  • Provolone al pistaccio - wersja łagodna sera z krowiego mleka, o specyficznym kształcie (efekt wiązania sznurkiem), z lokalnymi pistacjami.
  • Miody (miele) - głównie z okolic Etny: kasztanowy, cytrynowy, eukaliptusowy i z pomarańczy. Sprzedający są najczęściej dobrze przygotowani i mają wskazania "zdrowotne" dla poszczególnych rodzajów miodu również po polsku.
  • Kremy - z pistacji i migdałów. Warto patrzeć na skład, bywają takie, które zawierają tylko pistacje, cukier i tłuszcz, są takie z dłuższą listą składników.
  • Pasty - z migdałów i pistacji. To w zasadzie elastyczny marcepan (czysty) albo z pistacjami. Uwaga - ma kształt mydła, warto czytać, żeby kupić pastę (pasta), a nie mydło (sapone), które występuje w wielu owocowych zapachach.
  • Czekolady - różne smaki z lokalnymi dodatkami, wybierałam raczej gorzkie. Mam mieszane uczucia - są bardzo intensywne, raczej kruche (50% miazgi kakaowej), ale jako jedna kostka do kawy niż pół tabliczki do zjedzenia w chwili słabości.
  • Nugaty - sporo smaków (pistacja, migdały, czekolada, pomarańcza, cytryna), w sklepach turystycznych zwykle są wystawione kawałki do próbowania. Spodobała mi się wersja cytrynowa.
  • Likiery (cremoncelli) - fantastyczne kolory, niewielki woltaż (kilkanaście %), czasem absurdalne kształty butelek, rzecz typowo deserowo-prezentowa (zwłaszcza w butelkach w kształcie włoskiego buta czy wyspy). Pistacja zielona, melon pomarańczowy, białawe migdały. W najbardziej unikalnych kształtach butelek (w jakże zabawnym kształcie penisa z jądrami czy w butelce z lawy) sprzedawany jest mocny, 70% czerwony likier Fuoco dell'Etna (Ogień z Etny).
  • Oliwki - wiadomo, część zjedliśmy na miejscu, część się dowiozła, ale jutro zjemy.

Dodatkowo lista restauracji, w których jedliśmy. Żadna nie rozczarowała, niektóre droższe, niektóre tańsze, wszystko było świeże i smaczne. Uwaga - Sycylijczycy bardzo przestrzegają pory sjesty i większość restauracji w godzinach 13-16 może być nieczynna. W okolicach turystycznych bywają otwarte, ale to raczej wyjątek. Nie ma napiwków, za to płaci się za "nakrycie" - 1-3,5e (w zależności od restauracji) od osoby.

PS Oczywiście wróciłyśmy też z lokalnymi wytworami niespożywczymi - bransoletkami z lawy (Maj i ja) oraz lawowym kotkiem, glinianym delfinkiem i kawałkiem obsydianu (Maj).

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 2, 2017

Link bezpośredni - Tag: wlochy - 0 komentarzy - Skomentuj