Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: hiszpania

Teneryfa - Anaga

Jak obiecałam, z Las Teresitas można pojechać w te zachęcające górki drogą TF-12. Jak to na Kanarach, drogi są bardziej niż przyzwoite, z licznymi zatoczkami i punktami widokowymi, oddzielone betonowymi bloczkami od przepaści (co oczywiście nie oznacza, że nie mam wizji malowniczego upadku ze zbocza, znacie mnie). Ponieważ serpetynkami wjeżdża się całkiem wysoko, mgła ściele się po asfalcie, a widoczność bywa ograniczona; jeśli nie ma mgły, widoki są zjawiskowe.

Góry Anaga to trzeciorzędowy, unikalny w skali światowej (inne zachowały się na La Gomerze i El Hierro) las laurowy, zupełnie inny od europejskich lasów. Pachnący, wilgotny, ciemnozielony. Z punktu informacyjnego przy Cruz Del Carmen prowadzą w głąb lasu trzy trasy, zwane Sendero de Sentidos (Szlak Zmysłów) o różnym stopniu trudności: pierwszy ma długość 340 m i wyłożony jest drewnem, po którym można jechać wózkiem; drugi - nieco dłuższy (544 m) to przejście leśnymi drogami, z których kiedyś korzystali mieszkańcy); trzeci (1270 m) ma około 100 m różnicy wysokości (i to czuć, zwłaszcza że całość szlaku jest na sporej wysokości) prowadzi do punktu widokowego Mirador del Llano de Los Loros, z którego jednak niespecjalnie coś widać, bo jest zarośnięty oraz chmury. Na trasie są ustawione instrukcje, sugerujące, którym zmysłem (zapach, wzrok, słuch, dotyk) najlepiej las odbierać. Teoretycznie w punkcie informacyjnym są darmowe mapy, niestety poza sezonem punkt czynny jest do 16 (co oznacza też brak dostępu do toalety, na szczęście opodal jest mała restauracja).

Zdecydowanie warto na spokojny spacer z dzieckiem, zwłaszcza w upalny dzień - w lesie zwykle jest chłodno. Może nie był to najciekawszy punkt na Teneryfie, ale w połączeniu z Las Teresitas - jeden z przyjemniejszych dni.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 5, 2017

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 0 komentarzy - Skomentuj


Teneryfa - Las Teresitas

Na Teneryfie przeważają czarne plaże wulkaniczne. Piasek nie brudzi (oraz, jak się okazało post factum, reaguje na magnes), ale mimo wszystko jest takie wzrokowe poczucie, że plaża jest "brudna". Więc jeśli nie chcecie na taką plażę, bo Was boli w estetykę, to warto pojechać na plażę Las Teresitas w miejscowości San Andrés (jakieś 7 km od centrum Santa Cruz). Plaża wprawdzie jest sztuczna, zasilona piaskiem przywiezionym w latach 70. z Sahary, ale nie bez powodu uważana jest za najładniejszą piaszczystą plażę Teneryfy. Pewnie w sezonie jest ciasno, w listopadzie - bardzo przyzwoicie, może ludzi odstraszały okazjonalne chmury, z których okazjonalnie kropił ciepły deszcz, mnie bynajmniej nie. I jakby to była sama plaża, to można by wzruszyć ramionami i pójść dalej, ale. Patrzysz w jedną stronę - turkusowa woda z pianką, a kawałek dalej platformy wiertnicze, wielce urokliwe (następnym razem poszukam biletów na platformę). Patrzysz w drugą stronę - najpierw palmy, chwilę dalej klify, na które się wjeżdża (o czym za moment). W trzecią stronę - marina z łódeczkami, tęczowy mostek i kolorowe miasteczko na skale.

Jak już się człowiek namoczy i przekąsi (o czym za kolejny moment), można podjechać pod stroną górkę w stronę miejscowości Igueste de San Andrés do punktu widokowego Mirador de Las Teresitas, skąd można zasilić instagram malowniczymi pocztówkami z podróży albo spojrzeć w drugą stronę na czarną plażę Las Gaviotas. Na górze są resztki budynków (nieudana inwestycja?), bogato ozdobione graffiti (polecam z zewnątrz) i niestety mocno woniejące uryną w środku (czego nie polecam). Dalej tą drogą jedzie się w cudowne doliny, przez które można dojechać w góry Anaga, o czym w kolejnej notce.

Plaża nie dość, że ma bezpłatny parking, toalety i prysznice, ma jakieś małe punkty gastronomiczne oraz bardzo przyjemny bar rybny, prowadzony przez lokalną Spółdzielnię Rybacką (Cofradía de Pescadores de San Andrés). Świeża ryba, pieczone ziemniaki (papas arrugadas) z lokalnymi sosami (mojo rojo, ulubiony TŻ i mojo verde, mój ulubiony), czysta cerata na stołach i - dla mniej wrażliwych - spotkanie ze swoim posiłkiem przed usmażeniem.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 5, 2017

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, że kolekcje są miłe

Najpierw kupiłam słoiczki. Chociaż nie, najpierw przywiozłam zapiaszczone muszelki z Portugalii w plastikowym pojemniku. I kupiłam pojemniki. Żeby mieć każdy kawałek plaży zamknięty w oddzielnym słoiczku. Czarny, wulkaniczny piasek z Ajuy, błyszczący jakby miał w sobie drobinki brokatu. Kawałki szkła i obłe elementy muszelek; na plaży w Caleta nie było całych, były za to drobne, gładkie kamyczki. Bogaty połów z zatoczki w Puerto del Rosario - białe muszelki wyglądające jak z porcelitu, gdziekolwiek nie postawiło się stopy, były; ten moment, kiedy już wybierasz te najładniejsze. Oraz nieco muszli profesjonalnych, zapakowanych w koszyczek w sklepie z pamiątkami. Maj wybierał, myślę, że skusiła ją ta czerwona rozgwiazdka.

Słoiczki 100 ml - Allegro (ok. 3 zł). Słoik 500 ml - Korken, IKEA. Paznokcie - pani Małgorzata.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 1, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 1 komentarz - Skomentuj


Dwa starty, dwa lądowania

Rano wschód słońca znad oceanu. Po południu (czemu tak wcześnie?!) zachód słońca w chmurach. Międzylądowanie w Gdańsku w absurdalnej, zacinającej deszczem szarości. Poznań podobnie, tyle że nie zacinało, ale już zmierzch.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 12, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 1 komentarz - Skomentuj


Caleta de Fuste

[6/11.01.2014]

Malutka miejscowość, typowo letniskowa. Hotele, deptak ze sklepami, promenada przy plaży, prowadząca do malutkiej mariny. W porcie XVIII-wieczna wieża Martello i zameczek, nie do zwiedzania, ale urokliwy. Mnóstwo miłych, grubych, puszystych kotów, które nie odmawiają przechodniowi na kocim odwyku pomruczenia i tańca dookoła kostek. Blisko lotniska, więc nad głową latają samoloty - nie przeszkadzało mi to zupełnie, nie budziły w nocy, a można było uprawiać plane spotting z przybasenowego leżaka. I blisko wszędzie - godzina na zachodnią część wyspy, 40 minut do Corralejo, godzina z małym ogonem na południe, na Jandię.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 11, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 0 komentarzy - Skomentuj


Morro Jable

[10.01.2013]

Wróciłam, żeby wyznać nieskrywane uczucie do latarni morskich. I po owoce flaszowca. Na samym końcu drogi jest malutki port, a dalej można już po piasku jechać na półwysep Jandia (wydmy, wille, w których mieszkali hitlerowscy oficjele oraz wiatraki). Pożyczony chevrolet aveo ledwo dawał sobie radę pod górę, więc zostaliśmy na plaży obok deptaku. Próbowałam zrobić zamek z fosą, ale fizyka była przeciw Majowi i woda nie chciała płynąć pod górę, a fosa zasilana wiaderkiem nie działała sprawnie. Ale i tak. Tylko muszelek nie było.

GALERIA ZDJĘĆ, a tu notka sprzed 3 lat.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 11, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 8 komentarzy - Skomentuj



Corralejo / Lanzarote

Wjeżdżamy, rozumiecie, na Lanzarote (pominę ten epizod, w którym bohaterowie wiją się jak Piekarski na mękach, albowiem dla bezpieczeństwa wszystkie paszporty mają schowane i w końcu jadą na sąsiednią wyspę na niekoniecznie ważny dowód osobisty, który noszą przypadkiem). Prom, z promu widać plaże, domki, cywilizacja. Wjeżdżamy więc, rozumiecie, w głąb i nagle się okazuje, że w parku narodowym trzymają żużel. Mnóstwo żużlu. Czarnego żużlu, co z daleka wygląda jak obiecujący czarnoziem, ale nie jest. Wymieniliśmy z TŻ-em mnóstwo uwag na temat tego, że po co komu tyle żużlu, po czym dojechaliśmy do winnic La Geria, gdzie się okazało, że jest niesezon i w tych fikuśnie poukładanych zatoczkach z, zdziwicie się, żużlu, nic nie rośnie. Może w sezonie bardziej, bo jednak te wszystkie bodegi po drodze nęcą lokalnym winem. Lista uwag na temat żużlu wzrosła, ale już z pewnym podziwem, bo Polak jednak by usiadł na kupie i zapłakał, a dzielny Kanaryjczyk to jednak układa te zakola i sadzi winorośl. Może mają inne powiedzenie, że prawdziwy mężczyzna to nie dom, dziecko i drzewo, tylko 50 zatoczek z żużla i wtedy.

W roli wisienki na żużlu były kaktusy w Jardin de cactus, ale o tym za jakiś czas, bo mam trochę zdjęć. Trochę. Nie było wisienki w posiadłości Manrique'a, albowiem byliśmy zbyt blisko 18, żeby pan strażnik nas wpuścił za pełną opłatą, a niepełnej nie chciał. Ale może i dobrze. Albowiem kiedy wjechaliśmy z powrotem do Playa Blanca, okazało się, że jest mnóstwo kierunkowskazów. Do hoteli. Zamkniętej informacji turystycznej. Centrów handlowych. Tylko, żużel ich mać, *nie do portu*. I wtem się okazało, że mamy 20 minut do odejścia ostatniego promu, nawigacja - jakby umiała po hiszpańsku - odpowiadałaby "¿que?" na nasze pytania o port, a na nabrzeżu, które cudem znaleźliśmy, była tylko malutka, gustowna marina, którą w innych okolicznościach zapewne bym się zachwyciła. Teraz jakoś nie. Long story short, warto zapamiętywać, gdzie wrócić, marina z nabrzeżem portowym w Playa Blanca nazywa się Punta Limones, warto pytać lokalesów, jak się człowiek zgubi. Naprawdę nie wiem, jakim cudem dotarliśmy minutę przed odpłynięciem promu. Mam nadzieję, że dziecko nasze nie zapamięta tej dwugłosowej lalochezji (dzięki, ^Cashew, wzbogacasz moje słownictwo).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 10, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 1 komentarz - Skomentuj


Lanzarote - Jardin de Cactus

Ponieważ Lanzarotczycy (Lanzaroci?) są ludźmi bardzo sprytnymi, potrafią z dostępnych bogactw naturalnych (i mam tu na myśli żużel) zrobić coś niesamowitego. Wzięli więc żużel i Césara Manrique, lokalnego artystę, odpowiedzialnego za sporą porcję lokalnych rzeźb, oraz dużo sadzonek kaktusów z całego świata i pod miejscowością Guatiza stworzyli niesamowity ogród według projektu artysty. Wstęp 5,5 euro od dorosłego, 4-latka gratis (można kupować karnet na większą liczbę lokalnych atrakcji), w środku sklep z pamiątkami, z którego można wysłać pocztówki przez Swiss Post (mają śliczne znaczki!) oraz restauracja. Nie ukrywam zachwytu wszystkim, co stworzył Manrique, również i tym ogrodem; robi niesamowite wrażenie zwłaszcza w kontraście do otaczających go wulkanicznych wzgórz. Dla mnie must have na Lanzarote.


(większe, można kliknąć)

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 9, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 4 komentarze - Skomentuj


Do Corralejo, a dalej promem

Pomijając pełną dramatu historię o tym, że warto wiedzieć, jak trafić do portu, to Corralejo jest uroczym miasteczkiem z typowym wakacyjnym deptakiem, pełnym sklepów z pamiątkami, obowiązkowo okazyjnymi cenowo ubraniami znanych marek i mnóstwem barów i restauracji. Nie trafiłam na plażę (a jest i jest latarnia morska, więc warto), bardziej interesował mnie port. Z portu można popłynąć (jak się nie spóźni) na Lanzarote - albo szybszym i nieco droższym Fredem Olsenem, albo - jak my - tańszym i wolniejszym Naviera Armas (akurat bardziej pasował godzinowo, ok. 100 euro za samochód i dwie i pół osoby). Znalazłam ostatnio chyba obrazek na soup.io, że starość jest wtedy, kiedy się już nie robi czegoś po raz pierwszy. Więc promem płynęłam pierwszy raz i było to dość zabawne - w ładowni samochody upakowane są ciasno, mili panowie metodą na machanego parkują i ustalają odległości[1], potem się wychodzi na pokład. Na pokładzie można zalec na sofie (chociaż z jakiegoś powodu jest zakaz leżenia) albo wyjść na otwarty pokład i popatrzeć, jak płyną fale. I zbliża się brzeg Lanzarote. Trochę kołysze, ale jak się już przezwycięży strach przed tym, że aparat wleci do wody, to jest już plaża. Tylko czasem przesuwa się poziom horyzontu (samochody bez strat, fascynująca ta technika).

[1] Wyparkowuje się na szczęście do przodu, są dwa wejścia, bardzo sprytnie.

GALERIA ZDJĘĆ - Corralejo (oraz GALERIA ZDJĘĆ pagórków między Antiguą, Betancurią i Ajuy).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 9, 2014

Link bezpośredni - Tag: hiszpania - 2 komentarze - Skomentuj