Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

#problemy pierwszego świata

Druga rozmowa o pracę, tak z nagła. Wczoraj zadzwoniła rekruterka z D., do której aplikowałam chyba tydzień temu, że chcą mnie bardzo i czy mogę już dziś, najlepiej rano. Mogłam. W przeciwieństwie do poniedziałkowej rozmowy w C., gdzie atmosfera była luźniejsza ("przejdźmy na ty", stroje zdecydowanie wczesny każual), było milej. Nastawienie "powiedz, że chcesz dla nas pracować" jest bardziej korzystne niż wcześniejsze "naciągamy na refleksję swobodną, a potem punktujemy to, że twoja wypowiedź się nie spina". Tyle że D. nie chce słyszeć na nawet o 7/8 etatu, sugerując nawet, że wolałaby na 1 1/2 od razu, a C. jest - w teorii - otwarty na propozycje. Wiem, że ludzie szukają pracy latami, wiem, że pracują za ułamek tego, co ja sobie winszuję, ale niespecjalnie czuję sens jeżdżenia do pracy na 7:45, żeby wyjść o 15:45, co pozwala mi na bezpieczny margines dojazdu do przedszkola. Bez względu na godzinę faktycznej ewakuacji z pościeli, budzę się koło 9.

Ale potrzebuję pensji, żeby zarobić na urządzenie tego mieszkania, co to je dzisiaj zadatkowałam. Czujecie, zadatkowałam. Przy okazji obserwacje socjologiczne niebywale zabawne. Sprzedający, pan Artur, czerwonolicy, gładko ogolony również na głowie, z szerokim karkiem, pojawił się z opóźnieniem, wyjaśniając, że czekał na rodziców, którzy koniecznie chcieli uczestniczyć z powodów sentymentalnych, mimo że jest on jedynym dysponentem mieszkania. Zważywszy, że wiele wyjaśniającą informację pozyskałam u zarządcy nieruchomości ("W kwestii ugody rozmawiam tylko z mamą pana Artura, ona też spłaca jego zadłużenie"), nie zdziwiło mnie, że zadatek pobrała pani Seniorka (futerko w panterkę, wyćwiekowane obcasy, modny balejaż, koszulka ze stylizowanym cougarem pod futerkiem), przeliczyła i zawinszowała sobie schować te drobne, wyjaśniając, że przeleje Juniorowi na konto, a gotówka się jej przyda. Oraz kilkukrotnie padł żart-nieżart, że pieniądze mają trafić na konto, a nie do kasyna. Senior z kolei, nadal atrakcyjny i bardzo pewny siebie besser-wisser, wyjaśnił, że sprzedają (nie: syn sprzedaje, ale oni sprzedają) mieszkanie tylko dlatego, że syn "nie ma pomysłu ani na siebie, ani na zwiększenie rodziny, ani na utrzymanie mieszkania". Junior głównie czerwieniał, ale nie protestował, nie korygował, był obok. Nieco się nie dziwię, bo kiedy tylko się odzywał z pytaniami o podatki, o zadłużenie na 7,23 zł w księdze wieczystej czy informacjami o mieszkaniu, Senior robił wrażenie, jakby chciał ruchem godnym Mamy Dalton sprzedać nieudanemu potomkowi plaskacza w potylicę. Wspólnie tylko upierali się, że koniecznie mamy zadbać o to, żeby jako pierwszą zmianę zawinszować sobie domofonu na klatkę schodową.

To poczucie, kiedy to nie ja jestem największym nieudacznikiem w pokoju. I jeszcze będę miała fajne mieszkanie. Niebawem.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 7, 2014

Link bezpośredni - Kategorie: P jak Posesja, SOA - - 1 komentarz - Skomentuj

« Sorry, taki mamy klimat - On the road »

Komentarze

wonderwoman
Rodzinka Daltonów <3

Skomentuj

Ten formularz jest chroniony przez reCAPTCHA. Obowiązują Polityka prywatności i Warunki korzystania z usługi Google.