Ach! Rzadko zdarza się serial, który mnie zachwyca od pierwszego odcinka. Ba, seriale, które zaczęłam uwielbiać, czasem zaczynały się lewą nogą i początki przeziewywałam. Tak było z "Firefly", którego pierwszy i drugi odcinek obejrzałam z czystej uprzejmości, a potem się okazało, że nie mogę się od ekranu oderwać. Tutaj od razu dostałam truskaweczkę - w roli głównej występuje Mal ze wspomnianego serialu i jest dokładnie taki, jaki byłby Mal we współczesnym świecie - szarmancki, błyskotliwy, złośliwy i przedsiębiorczy.
Rick Castle to poczytny autor powieści kryminalnych. Dwukrotnie rozwiedziony, mieszka (w przepięknym nowojorskim lofcie!) z nader spokojną i poukładaną 15-letnią córką i egzaltowaną a nieobliczalną matką - aktorką. Poznaje uroczą policjantkę, Kate Beckett, kiedy przestępca zaczyna kopiować sposoby morderstw z jego książek. Łatwo się domyślić, że zaczyna między nimi iskrzyć, bo i Castle nie jest taki ostatni, a detektyw Beckett to piękna kobieta. W ramach szukania natchnienia do następnych książek, Castle wkręca się do nowojorskiej policji jako konsultant (co nie jest specjalnym problemem, bo ma wszędzie znajomości). Wbrew niechęci detektyw Beckett musi po jakimś czasie przyznać, że Castle pomaga w prowadzeniu śledztwa. Każdy odcinek to inna sprawa, ale jak to w serialach, w tle przewija się wątek morderstwa na jednym z członków rodziny pani detektyw.
Jedna z moich ulubionych scen.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 20, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Nawet lubię ten rozjazd między serialowym a książkowym Dexterem w kwestii fabularnej. Nie ma la Guerty, jest sierżant Doakes, a Debra i dzieci Rity wiedzą o mrocznej stronie brata. Mniej lubię narrację książkową, bo słabsza niż w filmie - fragmenty personalizujące "Mrocznego Pasażera", opisujące go jako odrębną istotę, korzystającą tylko z ciała sprawnego specjalisty od krwi, są niestrawne. Na miejscu zbrodni, gdzie policja znajduje dwa spalone ciała bez głów, z głowy Dextera znika Mroczny Pasażer, pozostawiając go bezbronnego jak niemowlę. Przez całą książkę, w przerwach między przygotowaniami do ślubu z Ritą, uczeniem jej dzieci, żeby nie zostały złapane i prywatnym śledztwem, Dexter szuka w internecie, gdzie też to jego sprawne i mordercze alter ego mogło pójść.
Inne tego autora tutaj.
#9
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 20, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nawet lubię ten rozjazd między serialowym a książkowym Dexterem w kwestii fabularnej. Nie ma la Guerty, jest sierżant Doakes, a Debra i dzieci Rity wiedzą o mrocznej stronie brata. Mniej lubię narrację książkową, bo słabsza niż w filmie - fragmenty personalizujące "Mrocznego Pasażera", opisujące go jako odrębną istotę, korzystającą tylko z ciała sprawnego specjalisty od krwi, są niestrawne. Na miejscu zbrodni, gdzie policja znajduje dwa spalone ciała bez głów, z głowy Dextera znika Mroczny Pasażer, pozostawiając go bezbronnego jak niemowlę. Przez całą książkę, w przerwach między przygotowaniami do ślubu z Ritą, uczeniem jej dzieci, żeby nie zostały złapane i prywatnym śledztwem, Dexter szuka w internecie, gdzie też to jego sprawne i mordercze alter ego mogło pójść.
Inne tego autora tutaj.
#9
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 20, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2010, kryminal
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Maja obudziła się po raz kolejny tej nocy, tym razem przed ósmą. Nakarmiłam ją, posadziłam w kocyku na kolanach, żeby wypuścić górą nadmiar powietrza. Maja przytuliła się do mnie, ja wtuliłam nos w jej włosy i tak siedziałyśmy sobie. Obie. Maja z zaangażowaniem mruczała swoje frazy składające się z modulowanych "mmm", "uuu" i "aaa", ja opowiadałam jej, co mi się śniło (lato, kamienica z ogrodem od frontu, idę robić zdjęcia, na squacie protestujący tańczą jak w La Boca, sielanka). A potem poszłyśmy spać jeszcze na godzinę.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 18, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Maja obudziła się po raz kolejny tej nocy, tym razem przed ósmą. Nakarmiłam ją, posadziłam w kocyku na kolanach, żeby wypuścić górą nadmiar powietrza. Maja przytuliła się do mnie, ja wtuliłam nos w jej włosy i tak siedziałyśmy sobie. Obie. Maja z zaangażowaniem mruczała swoje frazy składające się z modulowanych "mmm", "uuu" i "aaa", ja opowiadałam jej, co mi się śniło (lato, kamienica z ogrodem od frontu, idę robić zdjęcia, na squacie protestujący tańczą jak w La Boca, sielanka). A potem poszłyśmy spać jeszcze na godzinę.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 18, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Harry Bosch, aktualnie emerytowany policjant z Los Angeles, ponownie otwiera niewyjaśnioną sprawę sprzed czterech lat. Najpierw zabito asystentkę w firmie produkującej film, a kilka dni później z planu skradziono 2 miliony dolarów. Harry był wtedy świadkiem kradzieży, ale głównie ciąży mu brak mordercy dziewczyny. Szybko się okazuje, że jako eks-policjant nie ma specjalnego poważania ani w społeczeństwie, ani wśród do niedawna kolegów, a do tego dostaje jasny sygnał z tajemniczego oddziału antyterrorystycznego (rzecz się dzieje kilka lat po 11. września), że jak nie przestanie węszyć, to może już nie móc węszyć w ogóle. Ale Harry twardy jest, więc nie zważa na niczyją niechęć. Jeździ sobie po Los Angeles, odpytuje kolejnych świadków, robi małą przerwę na lot do Vegas, żeby spotkać się z byłą żoną i szuka dalej. Na końcu znajduje, ale - jak to zwykle bywa w sprawach, w których ktoś "z zewnątrz" wchodzi w świat policji i federalnych - rozwiązanie nie jest zbyt łatwe.
Kryminał jak kryminał, słabszy niż Sue Grafton, ale czytalny. Zirytował mnie finał drugoplanowej sprawy z żoną detektywa, który tłnqxb łlxaął, żr ebmjvrqmvban żban mncbzavnłn jfcbzavrć, vż pujvyę cemrq ebmjbqrz mnfmłn j pvążę v znwą śyvpmaą xvyxhyrgavą póerpmxę, xgóerw Uneel avr jvqmvnł. Suche.
Inne tego autora:
#8
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 18, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2010, kryminal
- 2 komentarze
- Skomentuj
Harry Bosch, aktualnie emerytowany policjant z Los Angeles, ponownie otwiera niewyjaśnioną sprawę sprzed czterech lat. Najpierw zabito asystentkę w firmie produkującej film, a kilka dni później z planu skradziono 2 miliony dolarów. Harry był wtedy świadkiem kradzieży, ale głównie ciąży mu brak mordercy dziewczyny. Szybko się okazuje, że jako eks-policjant nie ma specjalnego poważania ani w społeczeństwie, ani wśród do niedawna kolegów, a do tego dostaje jasny sygnał z tajemniczego oddziału antyterrorystycznego (rzecz się dzieje kilka lat po 11. września), że jak nie przestanie węszyć, to może już nie móc węszyć w ogóle. Ale Harry twardy jest, więc nie zważa na niczyją niechęć. Jeździ sobie po Los Angeles, odpytuje kolejnych świadków, robi małą przerwę na lot do Vegas, żeby spotkać się z byłą żoną i szuka dalej. Na końcu znajduje, ale - jak to zwykle bywa w sprawach, w których ktoś "z zewnątrz" wchodzi w świat policji i federalnych - rozwiązanie nie jest zbyt łatwe.
Kryminał jak kryminał, słabszy niż Sue Grafton, ale czytalny. Zirytował mnie finał drugoplanowej sprawy z żoną detektywa, który tłnqxb łlxaął, żr ebmjvrqmvban żban mncbzavnłn jfcbzavrć, vż pujvyę cemrq ebmjbqrz mnfmłn j pvążę v znwą śyvpmaą xvyxhyrgavą póerpmxę, xgóerw Uneel avr jvqmvnł. Suche.
Inne tego autora:
#8
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 18, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mam takie miękkie miejsce w serduszku dla wczesnego Allena z całym jego nowojorsko-żydowskim bohaterem - sfrustrowanym, pokrywającym zakłopotanie dowcipkowaniem, z libido nieadekwatnym do skromnego wyglądu, okularami, szelkami i łysinką.
Wprawdzie niespecjalnie przepadam za filmami kostiumowymi, ale tutaj kostiumy dodają niesamowitego uroku. Dystyngowany i dość leciwy Leopold, profesor Uniwersytetu Nowojorskiego bierze ślub z młodą, acz dość doświadczoną życiowo Ariel. Ślub ma odbyć się w wiejskim domu kuzynki profesora, Adrian. Adrian cierpi na oziębłość, a Andrew, jej mąż, w celu rozładowania napięcia zajmuje się wynalazkami. Do tego na zaplanowaną uroczystość przyjeżdża przyjaciel Andrew, doktor Maxwell z przypadkowo zabraną pielęgniarką Dulcy, która nieprzypadkowo okazuje się znawczynią ars amandi. Trzy pary w pięknych okolicznościach przyrody proszą się o wprowadzenie pewnego zamieszania w podziale na związki. W tle odbywa się parę dyskusji o ucywilizowaniu, o granicach między realnością a mistycyzmem, trochę biegania po lesie i rozmów o s.eksie, wraz z końcowym wnioskiem, że nie warto wszystkiego traktować poważnie.
Sympatyczny film na wieczór, brakuje w nim trochę allenowskiego Nowego Jorku (mała acz urokliwa scenka na terenie Uniwersytetu), za to pejzażyki wiejskie przemiłe.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 17, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Mam takie miękkie miejsce w serduszku dla wczesnego Allena z całym jego nowojorsko-żydowskim bohaterem - sfrustrowanym, pokrywającym zakłopotanie dowcipkowaniem, z libido nieadekwatnym do skromnego wyglądu, okularami, szelkami i łysinką.
Wprawdzie niespecjalnie przepadam za filmami kostiumowymi, ale tutaj kostiumy dodają niesamowitego uroku. Dystyngowany i dość leciwy Leopold, profesor Uniwersytetu Nowojorskiego bierze ślub z młodą, acz dość doświadczoną życiowo Ariel. Ślub ma odbyć się w wiejskim domu kuzynki profesora, Adrian. Adrian cierpi na oziębłość, a Andrew, jej mąż, w celu rozładowania napięcia zajmuje się wynalazkami. Do tego na zaplanowaną uroczystość przyjeżdża przyjaciel Andrew, doktor Maxwell z przypadkowo zabraną pielęgniarką Dulcy, która nieprzypadkowo okazuje się znawczynią ars amandi. Trzy pary w pięknych okolicznościach przyrody proszą się o wprowadzenie pewnego zamieszania w podziale na związki. W tle odbywa się parę dyskusji o ucywilizowaniu, o granicach między realnością a mistycyzmem, trochę biegania po lesie i rozmów o s.eksie, wraz z końcowym wnioskiem, że nie warto wszystkiego traktować poważnie.
Sympatyczny film na wieczór, brakuje w nim trochę allenowskiego Nowego Jorku (mała acz urokliwa scenka na terenie Uniwersytetu), za to pejzażyki wiejskie przemiłe.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 17, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pierwsza taka. Czerwone lampioniki, camembert z truskawkami i zielonym pieprzem (tak, naiwnością byłoby sądzić, że o tej porze roku można dostać coś więcej niż kartonowe owoce z dmuchanego plastiku o aromacie zgodnym z naturalnym, ale musiałam spróbować), kawa z cynamonem, bukiet ciemnoczerwonych tulipanów. Choinkowe światełka, porozwieszane wszędzie. Małe świeczki na każdym stoliku. Dla gości wieczornych na stołach porozsypywane były różane płatki, oświetlone tea-lightami. Brzęk machiny do kawy. Dzbanuszek z herbatą i woda mineralna z cytryną.
I zachwycone spojrzenie wielkich, szeroko otwartych oczu. Zielona pognieciona serwetka. Ręce sięgające do mojej twarzy, usiłujące złapać brzeg mojego talerza. Bezzębny uśmiech. To naprawdę obłędne jest pokazywać świat niespełna 6-miesięcznej córce. Skończyła się pewna era (nie, nie gorsza; tym wszystkim, którzy twierdzą, że "zanim" ich życie było puste, mogę tylko nieszczerze współczuć), teraz jest inaczej. Nie, nie gorzej.
Czekam na wiosnę, żeby świat stał się bardziej przejezdny i przyjazny. Może i sople malowniczo zwisające z balkonu są urocze, ale wolę pokazywać zielone liście na drzewach, motyle, kwiaty i ślimaki. Poproszę wiosnę NAOW! Tak jak nadchodzenie jesieni to melancholijna schyłkowość, tak dłuższy dzień (o 17 jeszcze nie jest ciemno!), pierwsze pączki na drzewach i coroczny festiwal na największą dziurę w wielkopolskiej nawierzchni budzi nadzieję, że przyjdzie lato i już tak zostanie.
A poza tym opanowałam maleńki kawałek chaosiku, pakując go w kolorowe pudełka z BRW i jest mi z tym trochę lepiej.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 14, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 3 komentarze
- Skomentuj