Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Ace Ventura. Psi detektyw

Jak wspominałam, nastolatka chciała zanurzyć się w kręgu popkultury zgredów, czyli zgodziła się na pokazanie jej komedii z naszej młodości. “Naga broń” się podobała, więc wygrzebaliśmy chyba z Netflixa “Ace Venturę”, bo nic innego nie było. I nie, nie była to dobra decyzja. Nie dość, że nie jest to film śmieszny - cały humor zasadza się na tym, że Carrey wygina twarz i ciało oraz zachowuje się jak rezus, to jeszcze haniebnie się zestarzał. I nie mówię o żartach fekalnych czy obowiązkowej scenie łóżkowej na śmiesznie, ale o tym - że spoiler alert, ale mały, nie chcecie i tak do tego wracać - naczelnym złolem jest osoba trans. Nie wiem, co złego w życiu zrobiła Sean Young, że musiała odpokutować udziałem w tym filmie i koniecznością rozebrania się do bielizny oraz wyemitowania zarysu penisa przylepionego do pośladków (przepraszam, nie mam penisa, ale wydaje mi się to nieco nieanatomiczne), ale nie dość, że zmiana płci w celu zemsty jest strasznie słaba, to przedłużające się sceny obrzydzenia, bo osoba trans pocałowała Prawdziwego Mężczyznę - jeszcze słabsze. Nie ma jasnych punktów, w ogóle. No chyba że jesteście psychofankami Courtney Cox - jest w porządku, zabawne też jest cameo Marka Margolisa (znanego szerzej jako Hector Salamanca z “Breaking Bad”, człowiek, któremu się oddaje długi).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 30, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ace Ventura. Psi detektyw

Jak wspominałam, nastolatka chciała zanurzyć się w kręgu popkultury zgredów, czyli zgodziła się na pokazanie jej komedii z naszej młodości. “Naga broń” się podobała, więc wygrzebaliśmy chyba z Netflixa “Ace Venturę”, bo nic innego nie było. I nie, nie była to dobra decyzja. Nie dość, że nie jest to film śmieszny - cały humor zasadza się na tym, że Carrey wygina twarz i ciało oraz zachowuje się jak rezus, to jeszcze haniebnie się zestarzał. I nie mówię o żartach fekalnych czy obowiązkowej scenie łóżkowej na śmiesznie, ale o tym - że spoiler alert, ale mały, nie chcecie i tak do tego wracać - naczelnym złolem jest osoba trans. Nie wiem, co złego w życiu zrobiła Sean Young, że musiała odpokutować udziałem w tym filmie i koniecznością rozebrania się do bielizny oraz wyemitowania zarysu penisa przylepionego do pośladków (przepraszam, nie mam penisa, ale wydaje mi się to nieco nieanatomiczne), ale nie dość, że zmiana płci w celu zemsty jest strasznie słaba, to przedłużające się sceny obrzydzenia, bo osoba trans pocałowała Prawdziwego Mężczyznę - jeszcze słabsze. Nie ma jasnych punktów, w ogóle. No chyba że jesteście psychofankami Courtney Cox - jest w porządku, zabawne też jest cameo Marka Margolisa (znanego szerzej jako Hector Salamanca z “Breaking Bad”, człowiek, któremu się oddaje długi).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 30, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


O pochodzeniu nazwisk albo i nie

[26.08.2025]

Nie żebym to analizowała, ale jest niezerowa szansa, że rodzina takiego Spielberga, niekoniecznie Stevena, ale może jakiegoś innego, na przykład pochodzi z okolic hradu Špilberk, który góruje nad Brnem. Albo i nie, w każdym razie mam za każdym razem chichotki, jak widzę tak zapisaną nazwę. Otóż największym problemem z dostępem do zamku okazał się brak miejsca parkingowego, bo wjeżdża się na uliczkami wyżej i wyżej, po czym następuje koniec ruchu i pięć miejsc do zaparkowania przed kościołem. Więc jak już kilka ulic niżej znaleźliśmy, to trzeba się potem wskrobać. A warto, bo widoki na miasto przepiękne; oprócz nas nagle się okazało, że jest multum ludzi z matami, bo właśnie odbywała się ostatnia sierpniowa joga na zamku, pewnie stąd brak miejsc. Jako że samo podejście było wyczynowe, raczej nie widziałam siebie, żeby jeszcze na macie. Więc zamiast maty kawiarnio-restauracja, bardzo przyjemna kawa i ciasto. I zachód słońca, a potem powrót cichymi uliczkami w dół. Poza spacerem dookoła i po parku, można zwiedzać - na zamku jest muzeum, galeria sztuki, podziemia i co ino.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 29, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, brno - 0 komentarzy - Skomentuj


O pochodzeniu nazwisk albo i nie

[26.08.2025]

Nie żebym to analizowała, ale jest niezerowa szansa, że rodzina takiego Spielberga, niekoniecznie Stevena, ale może jakiegoś innego, na przykład pochodzi z okolic hradu Špilberk, który góruje nad Brnem. Albo i nie, w każdym razie mam za każdym razem chichotki, jak widzę tak zapisaną nazwę. Otóż największym problemem z dostępem do zamku okazał się brak miejsca parkingowego, bo wjeżdża się na uliczkami wyżej i wyżej, po czym następuje koniec ruchu i pięć miejsc do zaparkowania przed kościołem. Więc jak już kilka ulic niżej znaleźliśmy, to trzeba się potem wskrobać. A warto, bo widoki na miasto przepiękne; oprócz nas nagle się okazało, że jest multum ludzi z matami, bo właśnie odbywała się ostatnia sierpniowa joga na zamku, pewnie stąd brak miejsc. Jako że samo podejście było wyczynowe, raczej nie widziałam siebie, żeby jeszcze na macie. Więc zamiast maty kawiarnio-restauracja, bardzo przyjemna kawa i ciasto. I zachód słońca, a potem powrót cichymi uliczkami w dół. Poza spacerem dookoła i po parku, można zwiedzać - na zamku jest muzeum, galeria sztuki, podziemia i co ino.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 29, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, brno - 0 komentarzy - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Harpie

Książki Chmielewskiej zaczęłam dzielić na dwie grupy. Te, do których mam sentyment, kiedyś mnie bardzo bawiły, ale teraz widzę braki warsztatowe: akcja kuleje, chaos, rozwój sytuacji jest zawsze na jedno kopyto - nikt nikomu nic nie mówi, więc sprawa wyjaśnia się cudem, narratorka wie, że o czymś zapomniała, w trakcie ludzie robią dziwne rzeczy i dotykają ich niespodziewane konsekwencje. Tu mam klasykę - ”Wszystko czerwone” czy ”Całe zdanie nieboszczyka”. “Harpie” należą do drugiej grupy - jest zgrabnie wymyślona intryga, fachowcy z organów prowadzą sensownie śledztwo na tyle, na ile im świadkowie pozwalają, ale świat opisany jest tak paskudny i patologiczny, że mnie otrząsa. Hm, może podział przebiega przez “jest Joanna/nie ma Joanny”?

Dorota na 24 lata, jest półsierotą - 40-letnia matka zmarła po porodzie, a 25-letni ojciec odmówił kontaktu[1], wychowują ją więc trzy ciotki. Nie jest to komfortowe, bo każda z ciotek jest paskudna na swój sposób - Felicja jest apodyktyczna i kontroluje każdy oddech, Melania jest zwyczajnie przykra, wredna i kąśliwa, zaś Sylwia - najmniej szkodliwa - jest dość głupia. Dorota jest co chwila wyzywana od idiotek, brzydul i kretynek, jej osiągnięcia - znajomość nastu języków obcych - są ignorowane, ciotki komentują jej każdy krok w sposób negatywny, komenderują nią i tylko cudem udaje jej się zaoszczędzić nieco swoich zarobionych pieniędzy zanim harpie jej zabiorą. I do tej radosnej warszawskiej willi wjeżdża czwarta dama - Wandzia Parker, chrzestna babka ze Stanów po 50 latach na obczyźnie. Emituje vibe pieniędzy, obiecuje cuda, ale żąda obsługi, luksusów i przysmaków, nie wydając grosza. Wszyscy już są zirytowani, zwłaszcza że dama waleniem kija do krykieta daje znać, że potrzebuje towarzystwa czy obsługi, gdy wtem okazuje się, że rzeczywiście spisała testament na rzecz Dorotki i ciotek, tyle że następnego dnia zostaje znaleziona martwa. Śledztwo wykazuje, że nie były to przyczyny naturalne; niedługo potem zaczynają się zakusy na życie Dorotki.

Więc jak doceniam bogactwo postaci i sytuacji - paskudne ciotki, dom zaśmiecony hałdami kitranych przez dziesięciolecia śmieci, głupie a zabawne nawyki, cwanego acz prostodusznego pomocnika Marcinka, atrakcyjnego i niegłupiego taksówkarza Jacka czy wreszcie przesympatycznych i fachowych funkcjonariuszy, tak warstwa emocjonalna jest zwyczajnie obrzydliwa, a wszyscy czarno-biali. Dobrzy - Dorotka i Jacek - są piękni, utalentowani i bez wad, źli - ciotki, chrzestna babka, Marcinek - paskudni, rozkapryszeni, żarłoczni i absolutnie pozbawieni nie tylko empatii, ale i podstawowych ludzkich odruchów. To opowieść o przemocy psychicznej, konsekwentnym i długotrwałym niszczeniu dziecka przez toksyczną rodzinę; autorka żyje w radosnym wyparciu, że taka sytuacja nie zostawia żadnych konsekwencji w psychice[2]. Dorotka oczywiście czyta w ciotkach jak w otwartej książce, poza drobnymi momentami załamania spływa po niej jak po kaczce, one gadają, a ona robi swoje, a kiedy dostaje spadek, jest skłonna kontynuować bliskie kontakty z ciotkami, bo przecież to RODZINA. Humor oczywiście zasadza się na rzucaniem tzw. zabawnych słów typu gropa, wołoduch, zwekslować oraz wprowadzeniu osoby z zagranicy, która zapomniała polskiego i przekręca słowa, co daje pretekst do tzw. zabawnych dialogów (wypąkać zamiast wykąpać, wywał i zalew zamiast wylewu i zawału czy co majniej zamiast co najmniej).

[1] Ależ oczywiście, że jest to obśmiane, bo jak to, 40-latka dostaje małpiego rozumu z powodu młodszego faceta, kara musi być.

[2] I tak, mogę sobie dośpiewać, że to mała Irenka odreagowuje swoją rodzinę i przejaskrawia, ale i tak mam dreszcze.

Inne tej autorki.

#74/#19

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 28, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, kryminal, 2025 - 2 komentarze - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Harpie

Książki Chmielewskiej zaczęłam dzielić na dwie grupy. Te, do których mam sentyment, kiedyś mnie bardzo bawiły, ale teraz widzę braki warsztatowe: akcja kuleje, chaos, rozwój sytuacji jest zawsze na jedno kopyto - nikt nikomu nic nie mówi, więc sprawa wyjaśnia się cudem, narratorka wie, że o czymś zapomniała, w trakcie ludzie robią dziwne rzeczy i dotykają ich niespodziewane konsekwencje. Tu mam klasykę - ”Wszystko czerwone” czy ”Całe zdanie nieboszczyka”. “Harpie” należą do drugiej grupy - jest zgrabnie wymyślona intryga, fachowcy z organów prowadzą sensownie śledztwo na tyle, na ile im świadkowie pozwalają, ale świat opisany jest tak paskudny i patologiczny, że mnie otrząsa. Hm, może podział przebiega przez “jest Joanna/nie ma Joanny”?

Dorota na 24 lata, jest półsierotą - 40-letnia matka zmarła po porodzie, a 25-letni ojciec odmówił kontaktu[1], wychowują ją więc trzy ciotki. Nie jest to komfortowe, bo każda z ciotek jest paskudna na swój sposób - Felicja jest apodyktyczna i kontroluje każdy oddech, Melania jest zwyczajnie przykra, wredna i kąśliwa, zaś Sylwia - najmniej szkodliwa - jest dość głupia. Dorota jest co chwila wyzywana od idiotek, brzydul i kretynek, jej osiągnięcia - znajomość nastu języków obcych - są ignorowane, ciotki komentują jej każdy krok w sposób negatywny, komenderują nią i tylko cudem udaje jej się zaoszczędzić nieco swoich zarobionych pieniędzy zanim harpie jej zabiorą. I do tej radosnej warszawskiej willi wjeżdża czwarta dama - Wandzia Parker, chrzestna babka ze Stanów po 50 latach na obczyźnie. Emituje vibe pieniędzy, obiecuje cuda, ale żąda obsługi, luksusów i przysmaków, nie wydając grosza. Wszyscy już są zirytowani, zwłaszcza że dama waleniem kija do krykieta daje znać, że potrzebuje towarzystwa czy obsługi, gdy wtem okazuje się, że rzeczywiście spisała testament na rzecz Dorotki i ciotek, tyle że następnego dnia zostaje znaleziona martwa. Śledztwo wykazuje, że nie były to przyczyny naturalne; niedługo potem zaczynają się zakusy na życie Dorotki.

Więc jak doceniam bogactwo postaci i sytuacji - paskudne ciotki, dom zaśmiecony hałdami kitranych przez dziesięciolecia śmieci, głupie a zabawne nawyki, cwanego acz prostodusznego pomocnika Marcinka, atrakcyjnego i niegłupiego taksówkarza Jacka czy wreszcie przesympatycznych i fachowych funkcjonariuszy, tak warstwa emocjonalna jest zwyczajnie obrzydliwa, a wszyscy czarno-biali. Dobrzy - Dorotka i Jacek - są piękni, utalentowani i bez wad, źli - ciotki, chrzestna babka, Marcinek - paskudni, rozkapryszeni, żarłoczni i absolutnie pozbawieni nie tylko empatii, ale i podstawowych ludzkich odruchów. To opowieść o przemocy psychicznej, konsekwentnym i długotrwałym niszczeniu dziecka przez toksyczną rodzinę; autorka żyje w radosnym wyparciu, że taka sytuacja nie zostawia żadnych konsekwencji w psychice[2]. Dorotka oczywiście czyta w ciotkach jak w otwartej książce, poza drobnymi momentami załamania spływa po niej jak po kaczce, one gadają, a ona robi swoje, a kiedy dostaje spadek, jest skłonna kontynuować bliskie kontakty z ciotkami, bo przecież to RODZINA. Humor oczywiście zasadza się na rzucaniem tzw. zabawnych słów typu gropa, wołoduch, zwekslować oraz wprowadzeniu osoby z zagranicy, która zapomniała polskiego i przekręca słowa, co daje pretekst do tzw. zabawnych dialogów (wypąkać zamiast wykąpać, wywał i zalew zamiast wylewu i zawału czy co majniej zamiast co najmniej).

[1] Ależ oczywiście, że jest to obśmiane, bo jak to, 40-latka dostaje małpiego rozumu z powodu młodszego faceta, kara musi być.

[2] I tak, mogę sobie dośpiewać, że to mała Irenka odreagowuje swoją rodzinę i przejaskrawia, ale i tak mam dreszcze.

Inne tej autorki.

#74/#19

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 28, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, kryminal, 2025 - 2 komentarze - Skomentuj


Foundation

Daleko w przyszłości, uniwersum rządzi dynastia imperatorów Cleonów, którzy od pokoleń klonują się i konsekwentnie prowadzą planety tym samym kursem. Wszystko się sypie, kiedy naukowiec, Hari Seldon, oznajmia, że wyliczył trajektorię przyszłości i wszystko się sypnie, a zwłaszcza imperium, a potem nastąpi okres ciemności, zanim nowe imperium powiąże resztki cywilizacji. Cleoni się irytują, ale sprawę zamiatają pod dywan - Seldon dostaje odległą planetę Terminus na samym końcu znanego wszechświata, zakłada tam Fundację, która ma uratować całą wiedzę ludzkości. Kilka pokoleń dalej okazuje się, że rzeczywiście imperium się chwieje, religia zastępuje naukę, a Fundacja niekoniecznie robi to, co oficjalnie miała robić. Ba, jest Druga Fundacja, która robi zupełnie co innego, a wszystko to przewidział Seldon i obsadził prawidłowo swoich podopiecznych, żeby rozładowywali kolejne kryzysy.

Największą zaletą serialu jest wyciagnięcie z przenudnej ramotki Asimova (przyznaję się, czytam tom 1 od chyba trzech tygodni i jestem w połowie, bo rozpaczliwie nic się nie dzieje) emocji, polityki, dynamicznych wydarzeń i zasiedlenia tego całkiem różnorodnym zestawem bohaterów. Dodatkowo, oryginalnie męskie postaci - Salvor Hardin i Gaal Dornick - są kobietami; nie wiem, czy w źródłach Daneel R. Olivaw (tak, znany też skądinąd) jest mężczyzną, ale lady Demerzel i owszem. I lokalizacje - bez pudła rozpoznałam Lanzarote, bibliotekę w Trynity College, Prachovskie Skały czy wrocławską pergolę przy Hali Stulecia, świetnie to zagrało z renderami tu i ówdzie; sporo odniesień do innych dzieł sf - “Blade Runnera”, “Diuny”, “Gwiezdnych Wojen”. Nie wypieram się też, że Lee Pace ma ciepłe miejsce w moim serduszku, zwłaszcza w wariancie Dude’a Lebovsky’ego. Ale tyle zalet. Im dalej w sezony, tym bardziej całość przypomina “Grę o tron” (widziałam całe pół sezonu); są sojusze, finty w fincie, mariaże w celu aliansu, spiski i nasyłanie zamachowców. To bym wytrzymała, ale zamiast rzetelnej nauki pojawia się magia - symulakrum nieżyjącego Seldona cudownie się ucieleśnia za sprawą nieżyjącej od wieków, ale ciągle istniejącej genialnej matematyczki; są przejmujący ciała i dusze Empaci, a - owszem, wyciągnięty z książek Muł - jest w stanie wpłynąć na każdego i zmusić go do robienia dowolnej rzeczy (i nie, nie rozumiem finału 3. sezonu oraz celu Muła). Fajnie wymyślona trójca Cleonów - Świt, Dzień i Zmierzch - nie jest najbłyskotliwsza, potrzeba dwa i pół sezonu, żeby dotarło do nich, co tak naprawdę robi służąca im od wieków Demerzel (a już sceny z buduaru - fujka i poproszę kąpiel do oczu). Oczywiście obejrzę kolejne sezony, ale dzieło to nie jest.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 27, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Foundation

Daleko w przyszłości, uniwersum rządzi dynastia imperatorów Cleonów, którzy od pokoleń klonują się i konsekwentnie prowadzą planety tym samym kursem. Wszystko się sypie, kiedy naukowiec, Hari Seldon, oznajmia, że wyliczył trajektorię przyszłości i wszystko się sypnie, a zwłaszcza imperium, a potem nastąpi okres ciemności, zanim nowe imperium powiąże resztki cywilizacji. Cleoni się irytują, ale sprawę zamiatają pod dywan - Seldon dostaje odległą planetę Terminus na samym końcu znanego wszechświata, zakłada tam Fundację, która ma uratować całą wiedzę ludzkości. Kilka pokoleń dalej okazuje się, że rzeczywiście imperium się chwieje, religia zastępuje naukę, a Fundacja niekoniecznie robi to, co oficjalnie miała robić. Ba, jest Druga Fundacja, która robi zupełnie co innego, a wszystko to przewidział Seldon i obsadził prawidłowo swoich podopiecznych, żeby rozładowywali kolejne kryzysy.

Największą zaletą serialu jest wyciagnięcie z przenudnej ramotki Asimova (przyznaję się, czytam tom 1 od chyba trzech tygodni i jestem w połowie, bo rozpaczliwie nic się nie dzieje) emocji, polityki, dynamicznych wydarzeń i zasiedlenia tego całkiem różnorodnym zestawem bohaterów. Dodatkowo, oryginalnie męskie postaci - Salvor Hardin i Gaal Dornick - są kobietami; nie wiem, czy w źródłach Daneel R. Olivaw (tak, znany też skądinąd) jest mężczyzną, ale lady Demerzel i owszem. I lokalizacje - bez pudła rozpoznałam Lanzarote, bibliotekę w Trynity College, Prachovskie Skały czy wrocławską pergolę przy Hali Stulecia, świetnie to zagrało z renderami tu i ówdzie; sporo odniesień do innych dzieł sf - “Blade Runnera”, “Diuny”, “Gwiezdnych Wojen”. Nie wypieram się też, że Lee Pace ma ciepłe miejsce w moim serduszku, zwłaszcza w wariancie Dude’a Lebovsky’ego. Ale tyle zalet. Im dalej w sezony, tym bardziej całość przypomina “Grę o tron” (widziałam całe pół sezonu); są sojusze, finty w fincie, mariaże w celu aliansu, spiski i nasyłanie zamachowców. To bym wytrzymała, ale zamiast rzetelnej nauki pojawia się magia - symulakrum nieżyjącego Seldona cudownie się ucieleśnia za sprawą nieżyjącej od wieków, ale ciągle istniejącej genialnej matematyczki; są przejmujący ciała i dusze Empaci, a - owszem, wyciągnięty z książek Muł - jest w stanie wpłynąć na każdego i zmusić go do robienia dowolnej rzeczy (i nie, nie rozumiem finału 3. sezonu oraz celu Muła). Fajnie wymyślona trójca Cleonów - Świt, Dzień i Zmierzch - nie jest najbłyskotliwsza, potrzeba dwa i pół sezonu, żeby dotarło do nich, co tak naprawdę robi służąca im od wieków Demerzel (a już sceny z buduaru - fujka i poproszę kąpiel do oczu). Oczywiście obejrzę kolejne sezony, ale dzieło to nie jest.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 27, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Królowa nocy

Dyrektor Derbach, zamożny mężczyzna po 50-tce, zostawia na wakacjach żonę i syna, wraca do Warszawy, bo kończy mu się urlop. Dla uczczenia powrotu udaje się do baru w hotelu Europejskim, raju smakoszów, gdzie spożywa pyszny posiłek i poznaje piękną młodą Angielkę, Liz Wight. Jako że jest gościnnym Polakiem, proponuje jej zwiedzanie Warszawy, które oczywiście kończy się w jego mieszkaniu na tapczanie. Nie dziwi go zupełnie, że piękna młoda kobieta nie waha się iść ze starym dziadem na, jak to potem określa Szczęsny, miłosne pitigrili (sic!), za to jest absolutnie zaskoczony, kiedy pojawia się szantażysta, okazując mu dowody miłosnych zapasów z panną nie dość, że w jego sypialni, to jeszcze w szlafroczku jego małżonki. Płaci, ale w pewnym momencie odmawia, sprawa cichnie do momentu, kiedy w jego drzwiach pojawia się kapitan Szczęsny ze zdjęciem zamordowanej dziewczyny i negatywem z reportażem przygód pięknej Liz z panem Derbachem.

Sprawę udaje się wykryć, bo szantażysta dywersyfikuje źródła utrzymania i oprócz fotografowania klientów swojej “podopiecznej” zleca też kradzieże narkotyków, które potem sprzedaje “hipom”. Milicję na jego ślad naprowadza dziwnie zachowujący się narkoman, niejaki Donat Chciuk; chłopak niespecjalnie kontaktuje, dzieli się mądrościami w stylu “genetyka transformacji ujawniła u niego tylko 11 chromosomów, dlatego ma negatywne faksymilia”, ale daje się podpuścić Szczęsnemu i jak po sznurku prowadzi do złoczyńcy.

Się je: Jajko mollet, barszcz z paszczecikiem, kaczkę pieczoną, pieczarki w kokilce, tort hiszpański, polędwicę, sardynki, masło, tort serowy (?), szynkę (a resztki może wziąć sobie sprzątaczka, biedna kobieta z mężem pijakiem), czekoladową bombonierkę (przyniesioną na ugłaskanie żony).

Się pije: kawę i sok z czarnej porzeczki, francuski koniak, whisky White Horse, kawę marago, neskę na otrzeźwienie, wódkę na stres.

Się używa: mydła yardleya, ale tylko na własny użytek, żona i dziecko tylko zmarnują.

Inne tej autorki.

#73/#18

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 26, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, prl, kryminal, 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Królowa nocy

Dyrektor Derbach, zamożny mężczyzna po 50-tce, zostawia na wakacjach żonę i syna, wraca do Warszawy, bo kończy mu się urlop. Dla uczczenia powrotu udaje się do baru w hotelu Europejskim, raju smakoszów, gdzie spożywa pyszny posiłek i poznaje piękną młodą Angielkę, Liz Wight. Jako że jest gościnnym Polakiem, proponuje jej zwiedzanie Warszawy, które oczywiście kończy się w jego mieszkaniu na tapczanie. Nie dziwi go zupełnie, że piękna młoda kobieta nie waha się iść ze starym dziadem na, jak to potem określa Szczęsny, miłosne pitigrili (sic!), za to jest absolutnie zaskoczony, kiedy pojawia się szantażysta, okazując mu dowody miłosnych zapasów z panną nie dość, że w jego sypialni, to jeszcze w szlafroczku jego małżonki. Płaci, ale w pewnym momencie odmawia, sprawa cichnie do momentu, kiedy w jego drzwiach pojawia się kapitan Szczęsny ze zdjęciem zamordowanej dziewczyny i negatywem z reportażem przygód pięknej Liz z panem Derbachem.

Sprawę udaje się wykryć, bo szantażysta dywersyfikuje źródła utrzymania i oprócz fotografowania klientów swojej “podopiecznej” zleca też kradzieże narkotyków, które potem sprzedaje “hipom”. Milicję na jego ślad naprowadza dziwnie zachowujący się narkoman, niejaki Donat Chciuk; chłopak niespecjalnie kontaktuje, dzieli się mądrościami w stylu “genetyka transformacji ujawniła u niego tylko 11 chromosomów, dlatego ma negatywne faksymilia”, ale daje się podpuścić Szczęsnemu i jak po sznurku prowadzi do złoczyńcy.

Się je: Jajko mollet, barszcz z paszczecikiem, kaczkę pieczoną, pieczarki w kokilce, tort hiszpański, polędwicę, sardynki, masło, tort serowy (?), szynkę (a resztki może wziąć sobie sprzątaczka, biedna kobieta z mężem pijakiem), czekoladową bombonierkę (przyniesioną na ugłaskanie żony).

Się pije: kawę i sok z czarnej porzeczki, francuski koniak, whisky White Horse, kawę marago, neskę na otrzeźwienie, wódkę na stres.

Się używa: mydła yardleya, ale tylko na własny użytek, żona i dziecko tylko zmarnują.

Inne tej autorki.

#73/#18

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 26, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, prl, kryminal, 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj