Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O kościach w Brnie

[26.08.2025]

Ossuarium pod kościołem Świętego Jakuba to stosunkowo świeże odkrycie - w 2001 roku okazało się, że pod kościołem są krypty, a w kryptach jakieś 50 tysięcy szczątków ludzkich. Ofiary epidemii i wojen oryginalnie były chowane na cmentarzach, ale z powodu braku miejsca po 10 latach wrzucano kości do piwnic, a do grobu szedł świeży nieboszczyk. Po czym ktoś o tym fakcie zapomniał. Wjazd do Ossuarium jest płatny, całość estetyczna i na kilkanaście minut oglądania. Nastolatka zainteresowana, głównie stanem uzębienia. Sam kościół można obejrzeć bez biletów, dodatkowo płatne jest wejście na wieżę, ale nie wchodziłam. Jest więcej podziemi do zwiedzania - może na następny raz zaplanuję przejście przez labirynt pod Targiem Warzywnym.
Adres: Kostnice u sv. Jakuba - Jakubské námesti.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 25, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, brno - 0 komentarzy - Skomentuj


O kościach w Brnie

[26.08.2025]

Ossuarium pod kościołem Świętego Jakuba to stosunkowo świeże odkrycie - w 2001 roku okazało się, że pod kościołem są krypty, a w kryptach jakieś 50 tysięcy szczątków ludzkich. Ofiary epidemii i wojen oryginalnie były chowane na cmentarzach, ale z powodu braku miejsca po 10 latach wrzucano kości do piwnic, a do grobu szedł świeży nieboszczyk. Po czym ktoś o tym fakcie zapomniał. Wjazd do Ossuarium jest płatny, całość estetyczna i na kilkanaście minut oglądania. Nastolatka zainteresowana, głównie stanem uzębienia. Sam kościół można obejrzeć bez biletów, dodatkowo płatne jest wejście na wieżę, ale nie wchodziłam. Jest więcej podziemi do zwiedzania - może na następny raz zaplanuję przejście przez labirynt pod Targiem Warzywnym.
Adres: Kostnice u sv. Jakuba - Jakubské námesti.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 25, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, brno - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Spotkamy się w Matrózcsarda

Major Wyganowicz, oficer kontrwywiadu, zauważa w pociągu do Budapesztu dziwną scenkę - współpasażer wychodzi z wagonu dla palących, żeby zapalić i do tego bierze ze sobą gazetę. To wystarcza, żeby major nabrał podejrzeń, że jest jakaś krzywa akcja; podejrzenia się potwierdzają, bo mężczyznę zagaduje obcokrajowiec, ewidentnie prosi o ogień, w celu odpalenia papierosa uwalnia rozmówcę na chwilę od gazety, a potem się okazuje, że miał zapałki. To wystarcza, żeby major użebrał u swojego szefa prywatny wyjazd na Węgry, bo na gazecie znalazł zanotowaną nazwę restauracji - tytułową Matrózcsarda i dzień oraz godzinę. Long story short, akcja godna Bonda - zasadzki, pościgi, zamachy, strzały i wybuchy, bójki, piękna dziewczyna w tarapatach, wmanerowana przez gang we współpracę, sojusznik z przyjaznego węgierskiego wywiadu, mówiący idealną polszczyzną, a w finale spektakularna akcja, dzięki której wykradzenie polskiej myśli technicznej i sprzedaż jej wrogowi z RFN się nie powiodło.

To książka do przewracania oczami, zabili go i uciekł, cudowne zbiegi okoliczności i zrządzenia losu. Polak jest bohaterem, nie waha się dowalić do pikantnej zupy rybnej dodatkowej papryki, żeby nie wyjść na mięczaka. Kobiety patrzą na niego z przyjemnością, mimo że nie jest pierwszej młodości, a atrakcyjna aktorka nie waha się wyrazić wdzięczności w oczywisty sposób, przed czym major się bynajmniej nie broni, mimo że ma żonę (co w delegacji, to nie zdrada). W tle spacer po Budapeszcie, ewidentnie pisane z mapą pod ręką - mosty, dzielnice, wyspy na Dunaju, ulice i atrakcje.

Się je: jajecznicę na szynce, popijana pilsnerem, piekielnie ostre halaszle, specjalność siedmiogrodu - kawałki pieczonego mięsa i kiełbasy z frytkami, papryką i innymi sałatkami.

Się pali: carmeny.

Się pije: pilznera, kekfrankos, tokaj, palinkę, herbatę - ale trzeba przywieźć sobie z Polski, bo na Węgrzech nie mają, wino z sokiem pomarańczowym i ginem (niesmaczne), medoc noir , jarzębiak (też przywieziony z Polski), różową kadarkę, tokaj aszú pięcioputtonowy.

Się handluje w ramach handlu kompensacyjnego: polskie turystki sprzedają chusteczki, prześcieradła i ręczniki przed DT Corvina w Budapeszcie, a Węgierki - sweterki i rajstopy w Zakopanem pod Gubałówką.

Inne tego autora.

#72/#17

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 24, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panowie, prl, kryminal, 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Spotkamy się w Matrózcsarda

Major Wyganowicz, oficer kontrwywiadu, zauważa w pociągu do Budapesztu dziwną scenkę - współpasażer wychodzi z wagonu dla palących, żeby zapalić i do tego bierze ze sobą gazetę. To wystarcza, żeby major nabrał podejrzeń, że jest jakaś krzywa akcja; podejrzenia się potwierdzają, bo mężczyznę zagaduje obcokrajowiec, ewidentnie prosi o ogień, w celu odpalenia papierosa uwalnia rozmówcę na chwilę od gazety, a potem się okazuje, że miał zapałki. To wystarcza, żeby major użebrał u swojego szefa prywatny wyjazd na Węgry, bo na gazecie znalazł zanotowaną nazwę restauracji - tytułową Matrózcsarda i dzień oraz godzinę. Long story short, akcja godna Bonda - zasadzki, pościgi, zamachy, strzały i wybuchy, bójki, piękna dziewczyna w tarapatach, wmanerowana przez gang we współpracę, sojusznik z przyjaznego węgierskiego wywiadu, mówiący idealną polszczyzną, a w finale spektakularna akcja, dzięki której wykradzenie polskiej myśli technicznej i sprzedaż jej wrogowi z RFN się nie powiodło.

To książka do przewracania oczami, zabili go i uciekł, cudowne zbiegi okoliczności i zrządzenia losu. Polak jest bohaterem, nie waha się dowalić do pikantnej zupy rybnej dodatkowej papryki, żeby nie wyjść na mięczaka. Kobiety patrzą na niego z przyjemnością, mimo że nie jest pierwszej młodości, a atrakcyjna aktorka nie waha się wyrazić wdzięczności w oczywisty sposób, przed czym major się bynajmniej nie broni, mimo że ma żonę (co w delegacji, to nie zdrada). W tle spacer po Budapeszcie, ewidentnie pisane z mapą pod ręką - mosty, dzielnice, wyspy na Dunaju, ulice i atrakcje.

Się je: jajecznicę na szynce, popijana pilsnerem, piekielnie ostre halaszle, specjalność siedmiogrodu - kawałki pieczonego mięsa i kiełbasy z frytkami, papryką i innymi sałatkami.

Się pali: carmeny.

Się pije: pilznera, kekfrankos, tokaj, palinkę, herbatę - ale trzeba przywieźć sobie z Polski, bo na Węgrzech nie mają, wino z sokiem pomarańczowym i ginem (niesmaczne), medoc noir , jarzębiak (też przywieziony z Polski), różową kadarkę, tokaj aszú pięcioputtonowy.

Się handluje w ramach handlu kompensacyjnego: polskie turystki sprzedają chusteczki, prześcieradła i ręczniki przed DT Corvina w Budapeszcie, a Węgierki - sweterki i rajstopy w Zakopanem pod Gubałówką.

Inne tego autora.

#72/#17

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 24, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panowie, prl, kryminal, 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Vice Principals

Dyrektor liceum przechodzi na emeryturę, a na jego stanowisko łakomie patrzą dwaj wicedyrektorzy - Neal Gamby i Lee Russell. Pech chce, że wezyrem w miejsce wezyra zostaje zupełnie obca osoba - doktor Brown. Obaj panowie zaczynają pod nią ryć, usiłując wyślizgać ją ze stanowiska. Gamby, nieprzyjemny służbista, zbiera na nią kwity, a Russell, cóż, nie ma żadnych hamulców - dochodzi do podpalenia mienia, kłamstw, a wreszcie szantażu. Sezon pierwszy kończy się zwycięstwem nietypowych sprzymierzeńców, ale ktoś strzela na parkingu do Gamby’ego. Drugi sezon to szukanie zamachowca i konflikt między Russellem, który został dyrektorem, a resztą świata, bo za dobrym dyrektorem nie jest.

Mam mocno mieszane uczucia - z jednej strony to historia o tym, jak absurdalna żądza władzy połączyła w coś w rodzaju przyjaźni dwóch zupełnie różnych, popapranych w inny sposób, ludzi. Ale też o nieudanych związkach i problemach z utrzymaniem kolejnych, o trudności w byciu rodzicem, kiedy na każdym kroku ojczym jest lepszy niż rozwiedziony ojciec, wreszcie o wychodzeniu z traumy. Więc nie są to do końca rzeczy błahe i płytkie. Z drugiej strony serial jest przegięty, pełen absurdalnej przemocy, dziaderskich zachowań, gaslightingu czy krindżu nie tylko w walce o stołek, ale też w życiu prywatnym bohaterów, którzy zachowują się jak niespecjalnie sprytni nastolatkowie. Narracja jest oczywiście prowadzona tak, żeby bohaterowie byli wielostronni i widzka doszukiwała się w nich dobrego, ale to bardzo naciągane. To niby jest czarna komedia, ale tej komedii raczej mało.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 22, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Vice Principals

Dyrektor liceum przechodzi na emeryturę, a na jego stanowisko łakomie patrzą dwaj wicedyrektorzy - Neal Gamby i Lee Russell. Pech chce, że wezyrem w miejsce wezyra zostaje zupełnie obca osoba - doktor Brown. Obaj panowie zaczynają pod nią ryć, usiłując wyślizgać ją ze stanowiska. Gamby, nieprzyjemny służbista, zbiera na nią kwity, a Russell, cóż, nie ma żadnych hamulców - dochodzi do podpalenia mienia, kłamstw, a wreszcie szantażu. Sezon pierwszy kończy się zwycięstwem nietypowych sprzymierzeńców, ale ktoś strzela na parkingu do Gamby’ego. Drugi sezon to szukanie zamachowca i konflikt między Russellem, który został dyrektorem, a resztą świata, bo za dobrym dyrektorem nie jest.

Mam mocno mieszane uczucia - z jednej strony to historia o tym, jak absurdalna żądza władzy połączyła w coś w rodzaju przyjaźni dwóch zupełnie różnych, popapranych w inny sposób, ludzi. Ale też o nieudanych związkach i problemach z utrzymaniem kolejnych, o trudności w byciu rodzicem, kiedy na każdym kroku ojczym jest lepszy niż rozwiedziony ojciec, wreszcie o wychodzeniu z traumy. Więc nie są to do końca rzeczy błahe i płytkie. Z drugiej strony serial jest przegięty, pełen absurdalnej przemocy, dziaderskich zachowań, gaslightingu czy krindżu nie tylko w walce o stołek, ale też w życiu prywatnym bohaterów, którzy zachowują się jak niespecjalnie sprytni nastolatkowie. Narracja jest oczywiście prowadzona tak, żeby bohaterowie byli wielostronni i widzka doszukiwała się w nich dobrego, ale to bardzo naciągane. To niby jest czarna komedia, ale tej komedii raczej mało.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 22, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Mohsin Hamid - Drzwi na Zachód

Nadia i Saeed poznają się na kursach wieczorowych, gdzie uczą się o marketingu i strategii budowania marki, mimo że ich kraj jest na krawędzi wojny wewnętrznej. Sytuacja eskaluje, najpierw zamieszki między buntownikami a rządem przenoszą się z dzielnicy na dzielnicę, ograniczenia mobilności, strzały, egzekucje, są media, nie ma mediów; to nie przeszkadza im spotykać się w tajemnicy. Ale kiedy ginie od przypadkowej kuli matka Saeeda, młodzi chcą zabrać ojca chłopaka i przejść przez jedne z drzwi do bezpiecznego miejsca. Ojciec nie chce, pochował ukochaną żonę, ma rodzinę, chce zostać. Młodzi po wielu perypetiach przechodzą sami, trafiają do strefy uchodźców na Mykonosie. Kończą im się zasoby, wszak nie mogą pracować, są nielegalni. Szukają drzwi do miejsca, które im pozwoli na jakąś namiastkę normalności, a nie jest to proste, bo korzystne drzwi są oblegane albo w ogóle zablokowane po przeciwnej stronie, nikt nie chce uciekinierów, nie ważne, czy przed zmianami klimatu, wojną czy polityką. Skok do Londynu, praca fizyczna, protesty narodowców, skok pod San Francisco… Miłość Nadii i Saeeda podczas tych podróży wygasa, adaptują się inaczej, co innego chcą osiągnąć. Ich historia ma happy end, chociaż nie spędzają ostatecznie życia razem, niektóre epizodycznie pokazane losy osób, które gdzieś przeszły przez drzwi, też.

Jakby zmienić poetyczną metaforę tytułowych “drzwi na Zachód”, gdzie magiczne drzwi w ułamku sekundy przeniosą uchodźcę ze strefy walk w losowe, bezpieczniejsze, choć niekoniecznie przyjazne miejsce, na mozolne ucieczki łodziami przez morza, ryzykowne trasy piesze przez granice czy przemyt ludzi stłoczonych jak towar w kontenerach, to bardzo przejmująca opowieść o migracji i o tym, jak migranci są przyjmowani. O tym, jak radzą sobie ze zmianą całej rzeczywistości, czy są w stanie funkcjonować, niosąc przez życie brzemię traumy i mały plecak z rzeczami, jakie mają opcje, żeby wystartować z życiem w obcym miejscu, które tylko znają z Internetu albo wcale. To książka współczesna, zamiast nienazwanej ojczyzny bohaterów (autor jest z pochodzenia Pakistańczykiem) można podstawić cokolwiek - Syrię, Afganistan, Ukrainę czy Somalię, mechanizmy są podobne. To książka, którą można by dawać wszystkim niechętnym migracjom i ksenofobom do przeczytania, ale czy dotrze? Nie wiem.

Inne tego autora.

#71

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 21, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


Mohsin Hamid - Drzwi na Zachód

Nadia i Saeed poznają się na kursach wieczorowych, gdzie uczą się o marketingu i strategii budowania marki, mimo że ich kraj jest na krawędzi wojny wewnętrznej. Sytuacja eskaluje, najpierw zamieszki między buntownikami a rządem przenoszą się z dzielnicy na dzielnicę, ograniczenia mobilności, strzały, egzekucje, są media, nie ma mediów; to nie przeszkadza im spotykać się w tajemnicy. Ale kiedy ginie od przypadkowej kuli matka Saeeda, młodzi chcą zabrać ojca chłopaka i przejść przez jedne z drzwi do bezpiecznego miejsca. Ojciec nie chce, pochował ukochaną żonę, ma rodzinę, chce zostać. Młodzi po wielu perypetiach przechodzą sami, trafiają do strefy uchodźców na Mykonosie. Kończą im się zasoby, wszak nie mogą pracować, są nielegalni. Szukają drzwi do miejsca, które im pozwoli na jakąś namiastkę normalności, a nie jest to proste, bo korzystne drzwi są oblegane albo w ogóle zablokowane po przeciwnej stronie, nikt nie chce uciekinierów, nie ważne, czy przed zmianami klimatu, wojną czy polityką. Skok do Londynu, praca fizyczna, protesty narodowców, skok pod San Francisco… Miłość Nadii i Saeeda podczas tych podróży wygasa, adaptują się inaczej, co innego chcą osiągnąć. Ich historia ma happy end, chociaż nie spędzają ostatecznie życia razem, niektóre epizodycznie pokazane losy osób, które gdzieś przeszły przez drzwi, też.

Jakby zmienić poetyczną metaforę tytułowych “drzwi na Zachód”, gdzie magiczne drzwi w ułamku sekundy przeniosą uchodźcę ze strefy walk w losowe, bezpieczniejsze, choć niekoniecznie przyjazne miejsce, na mozolne ucieczki łodziami przez morza, ryzykowne trasy piesze przez granice czy przemyt ludzi stłoczonych jak towar w kontenerach, to bardzo przejmująca opowieść o migracji i o tym, jak migranci są przyjmowani. O tym, jak radzą sobie ze zmianą całej rzeczywistości, czy są w stanie funkcjonować, niosąc przez życie brzemię traumy i mały plecak z rzeczami, jakie mają opcje, żeby wystartować z życiem w obcym miejscu, które tylko znają z Internetu albo wcale. To książka współczesna, zamiast nienazwanej ojczyzny bohaterów (autor jest z pochodzenia Pakistańczykiem) można podstawić cokolwiek - Syrię, Afganistan, Ukrainę czy Somalię, mechanizmy są podobne. To książka, którą można by dawać wszystkim niechętnym migracjom i ksenofobom do przeczytania, ale czy dotrze? Nie wiem.

Inne tego autora.

#71

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 21, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2025 - 0 komentarzy - Skomentuj


O smoku z Brna

[25-27.08.2025]

Chciałam od dawna pojechać na Morawy. Bo winnice, piękne światło o poranku, taka Toskania, tylko bliżej i w koronach. Niestety, jak przyszło co do czego, to owszem, miejsc pięknych jak splunąć, ale a) co wybrać, b) jak już jestem na Morawach, to może i Wiedeń, c) jak Wiedeń, to moż Morawy tylko jako przystanek, d) w tych cudownych małych miasteczkach jest skąpo z noclegami, a nastolatka życzy sobie oddzielnego pokoju, więc ostatecznie padło na Brno jako przystanek na dzień. Absolutnie nie żałuję, bo miasto prześliczne, z dużą, ciekawą starówką, gdzie secesja miesza się z socrealizmem, ale nie dość, że winnic i mgieł o poranku nie było, to jeszcze nocleg okazał się jednym z najgorszych od dawna[1]. Znalazłam za to burčak na ulicznym straganie, pyszny, cieszę się, że jest tylko sezonowo i w Polsce trudno dostępny; nastolatka dotknęła językiem i spektakularnie oświadczyła, że chyba jesteśmy niespełna rozumu, pijąc śmierdzący i zepsuty sok z winogron. O ossuarium i zamku nad miastem niebawem, dziś przygarść zdjęć z samego miasta, które przypomina i Liberec, i Wiedeń. CNW: wille miejskie - Tugendhat, Stiassni czy Löw-Beer; zbiorniki wodne na Żółtej Górze, katedra Piotra i Pawła z kolejną wieżą widokową. Wrócę (ale poszukam innego noclegu).

Adresy:

  • Bavard cafe - Poštovská 657/4, śniadania. Jedzenie świetne, porcje duże, niestety płatne tylko gotówką (irytujące, tym bardziej, że znalezienie darmowego bankomatu jest trudne; wiem, to nie problem kawiarni).
  • Kafec - Orlí 491/16, śniadania. Dobre, acz porcje skromne, można za to kartą.
  • TOPPU RAMEN - Běhounská 129/13, sympatyczne bistro z ramenami i pierożkami.
  • Stará radnice - Radnická 8, wieża widokowa oraz to tu jest brneński SMOK. W bramie. Pod sufitem. Da się go nie zauważyć.
  • Kristek House - Tišnovská 1452/77, ekscentrycznie ozdobiony dom lokalnego artysty.
  • Parkoviště Za Divadlem - Dvořákova 588, sensowny cenowo parking długoterminowy; Brno ma skomplikowane zasady parkowania, można z appką, ale nie wszędzie, więc zadaszony parking tuż przy starówce ma zalety i zawsze wolne miejsca.
Burcak! Stare Radnice Naparzam salto! / #pokakonia Kristkův Dům Ramen (bez zdjęć jedzenia) / Kafec Tak, to właśnie smok z Brna / Bavard Cafe

[1] Nauczyłam się, że nawet jeśli apartament na bookingu pojawia się po wyborze opcji “2 pokoje”, to niekoniecznie jest prawdą, nawet jeśli metraż to sugeruje. Lokal okazał się składać z dużego przedpokoju, dużej łazienki i dużego pokoju z aneksem, do którego sprytnie wciśnięto 4 łóżka, co owszem, było warunkiem koniecznym, ale jakby niewystarczającym; dwie osoby - tak, trzy - niekoniecznie. Obłaskawiliśmy słusznie wściekłą nastolatkę wspólnym oglądaniem starych “Nagich broni” oraz wyjściem we dwoje, żeby miała namiastkę prywatności. Dodatkowo okna apartamentu wychodziły na ruchliwą ulicę z tramwajami, więc albo było bardzo głośno, albo dalej głośno i duszno, jak się zamknęło okna. Wisienką na czubku był “inteligentny” bezpieczny system parkingowy, gdzie miałam podjechać pod bramę, zadzwonić na czeski numer, rozłączyć się po trzech sygnałach, a brama miała się magicznie otworzyć po upewnieniu się, że ma numer rejestracyjny mojego samochodu w bazie. Tyle że na numer nie dało się zadzwonić z polskiej komórki, odbyłam skrajnie irytujący czat z botem/osobą konsultancką o miernych kwalifikacjach, która po 40 minutach powolnego dialogu zgodziła się założyć w systemie zgłoszenie technicznie, czas rozwiązania do 14 dni. I tak, już mogę dzwonić i otwierać bramę w miejscu, gdzie spałam przez całe dwa dni w sierpniu. Więc nie dość, że nastolatka rantowała na braki lokalu, to jeszcze za każdy wjazdem i wyjazdem musiałam dzwonić do obsługi apartamentu, wyjaśniając, że nie działa ich sprytny system, czy mogą otworzyć bramę… Argh.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 20, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, brno - 0 komentarzy - Skomentuj


O smoku z Brna

[25-27.08.2025]

Chciałam od dawna pojechać na Morawy. Bo winnice, piękne światło o poranku, taka Toskania, tylko bliżej i w koronach. Niestety, jak przyszło co do czego, to owszem, miejsc pięknych jak splunąć, ale a) co wybrać, b) jak już jestem na Morawach, to może i Wiedeń, c) jak Wiedeń, to moż Morawy tylko jako przystanek, d) w tych cudownych małych miasteczkach jest skąpo z noclegami, a nastolatka życzy sobie oddzielnego pokoju, więc ostatecznie padło na Brno jako przystanek na dzień. Absolutnie nie żałuję, bo miasto prześliczne, z dużą, ciekawą starówką, gdzie secesja miesza się z socrealizmem, ale nie dość, że winnic i mgieł o poranku nie było, to jeszcze nocleg okazał się jednym z najgorszych od dawna[1]. Znalazłam za to burčak na ulicznym straganie, pyszny, cieszę się, że jest tylko sezonowo i w Polsce trudno dostępny; nastolatka dotknęła językiem i spektakularnie oświadczyła, że chyba jesteśmy niespełna rozumu, pijąc śmierdzący i zepsuty sok z winogron. O ossuarium i zamku nad miastem niebawem, dziś przygarść zdjęć z samego miasta, które przypomina i Liberec, i Wiedeń. CNW: wille miejskie - Tugendhat, Stiassni czy Löw-Beer; zbiorniki wodne na Żółtej Górze, katedra Piotra i Pawła z kolejną wieżą widokową. Wrócę (ale poszukam innego noclegu).

Adresy:

  • Bavard cafe - Poštovská 657/4, śniadania. Jedzenie świetne, porcje duże, niestety płatne tylko gotówką (irytujące, tym bardziej, że znalezienie darmowego bankomatu jest trudne; wiem, to nie problem kawiarni).
  • Kafec - Orlí 491/16, śniadania. Dobre, acz porcje skromne, można za to kartą.
  • TOPPU RAMEN - Běhounská 129/13, sympatyczne bistro z ramenami i pierożkami.
  • Stará radnice - Radnická 8, wieża widokowa oraz to tu jest brneński SMOK. W bramie. Pod sufitem. Da się go nie zauważyć.
  • Kristek House - Tišnovská 1452/77, ekscentrycznie ozdobiony dom lokalnego artysty.
  • Parkoviště Za Divadlem - Dvořákova 588, sensowny cenowo parking długoterminowy; Brno ma skomplikowane zasady parkowania, można z appką, ale nie wszędzie, więc zadaszony parking tuż przy starówce ma zalety i zawsze wolne miejsca.
Burcak! Stare Radnice Naparzam salto! / #pokakonia Kristkův Dům Ramen (bez zdjęć jedzenia) / Kafec Tak, to właśnie smok z Brna / Bavard Cafe

[1] Nauczyłam się, że nawet jeśli apartament na bookingu pojawia się po wyborze opcji “2 pokoje”, to niekoniecznie jest prawdą, nawet jeśli metraż to sugeruje. Lokal okazał się składać z dużego przedpokoju, dużej łazienki i dużego pokoju z aneksem, do którego sprytnie wciśnięto 4 łóżka, co owszem, było warunkiem koniecznym, ale jakby niewystarczającym; dwie osoby - tak, trzy - niekoniecznie. Obłaskawiliśmy słusznie wściekłą nastolatkę wspólnym oglądaniem starych “Nagich broni” oraz wyjściem we dwoje, żeby miała namiastkę prywatności. Dodatkowo okna apartamentu wychodziły na ruchliwą ulicę z tramwajami, więc albo było bardzo głośno, albo dalej głośno i duszno, jak się zamknęło okna. Wisienką na czubku był “inteligentny” bezpieczny system parkingowy, gdzie miałam podjechać pod bramę, zadzwonić na czeski numer, rozłączyć się po trzech sygnałach, a brama miała się magicznie otworzyć po upewnieniu się, że ma numer rejestracyjny mojego samochodu w bazie. Tyle że na numer nie dało się zadzwonić z polskiej komórki, odbyłam skrajnie irytujący czat z botem/osobą konsultancką o miernych kwalifikacjach, która po 40 minutach powolnego dialogu zgodziła się założyć w systemie zgłoszenie technicznie, czas rozwiązania do 14 dni. I tak, już mogę dzwonić i otwierać bramę w miejscu, gdzie spałam przez całe dwa dni w sierpniu. Więc nie dość, że nastolatka rantowała na braki lokalu, to jeszcze za każdy wjazdem i wyjazdem musiałam dzwonić do obsługi apartamentu, wyjaśniając, że nie działa ich sprytny system, czy mogą otworzyć bramę… Argh.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 20, 2025

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, brno - 0 komentarzy - Skomentuj