Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: czytam

Margaret Atwood - Kobieta do zjedzenia

Marian pracuje w firmie, zajmującej się ankietowaniem rynku na potrzeby klientów. Świat kobiet i mężczyzn jest w niej skrzętnie oddzielony, również oddzielony jest świat “dziewic” i mężatek, tym bardziej, że te drugie zwykle znikają z firmy, kiedy wychodzą za mąż. Wynajmuje piętro u Tej z Dołu, kobiety mieszkającej samotnie z dzieckiem; mieszkanie współdzieli z Ainsley, z którą ją niewiele łączy, poza dawną, raczej przebrzmiałą przyjaźnią. Jest w związku z niezwykle uporządkowanym Peterem, który ma w życiu poukładane wszystko, podobnie jak jej przyjaciółka ze studiów, Clare, która właśnie spodziewa się trzeciego dziecka. Zastępując w pracy brakujące ankieterki, przeprowadza wywiad z Duncanem, młodym człowiekiem w spektrum, który przyciąga ją do siebie innym sposobem postrzegania świata. Peter, który czuje, że Marian zaczyna mu się wymykać, oświadcza się i zostaje bezrefleksyjnie przyjęty, bo tak przecież trzeba. Jednocześnie Ainsley decyduje się na zajście w ciążę z przypadkowym znajomym, wdrażając w życie misterny plan samotnego macierzyństwa, zaś Marian zaczyna postrzegać jedzenie jako części ciała, zbliżone strukturą i fakturą, przez co traci apetyt i czuje się rozłączona z własnym ciałem. Całość okraszona jest wielopiętrowymi dialogami Marian z Duncanem, Ainsley, Peterem, Clare o roli kobiety i o tym, jak świat wyznacza tory, po których można się poruszać.

Dużo o tej powieści słyszałam, sama nie wiem, na co się nastawiłam, ale na pewno nie na metafory; zapewne już wspominałam, że nie jestem w metafory mocna. Jest o dysocjacji umysłu od ciała (zasugerowanym przejściem z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej), uprzedmiotowieniu aż do poczucia, że jest się tym, co się je, żeby w finale wszystko wróciło do normy. Drugoplanowo akcja przeplatana jest kąśliwymi obserwacjami kobiet i stosunków damsko-męskich w latach 60.

Inne tej autorki tutaj.

#127

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 19, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 2 komentarze - Skomentuj


Raymond Chandler - Siostrzyczka

To chyba książka, którą męczyłam najdłużej w tym roku (nie licząc oczywiście tych, których nie chcę kończyć, o czym niebawem). Nie rozumiem sensu napisania tej książki poza rantem na ludzką chciwość, niszczący wpływ przemysłu filmowego i trudną sytuację policji, na tyle trudną, że nawet sam Marlowe przyznaje, że on też robi policji wbrew, a mógłby nie. Oczywiście całość jest strawna głównie dzięki chwytliwym frazom[1] czy dialogom[2], bo sama chaotyczna akcja nie dawała rady mnie zatrzymać. Tłumaczenie też jest takie sobie, nie tylko na poziomie idiomów, ale nawet przy odmianie imion (Orrin to imię męskie, nie ma “Orrina”, a nie “nie ma Orrin”).

Do znudzonego życiem i już lekko pijanego detektywa zwraca się panna Quest z małego miasteczka Manhattan w Kansas[3], rzuca mu na biurko 20 dolarów (znacznie poniżej jego stawki) i chce, żeby odnalazł jej brata, bardzo porządnego chłopca, który przyjechał do LA i zaginął. W trakcie poszukiwań, za które panna Quest raz płaci, a raz - obrażona na Marlowe’a - nie, pojawia się kilka trupów, znana aktorka szantażowana przez członka bliskiej rodziny, znany mafiozo i rozczarowana społeczeństwem policja. Sam detektyw zostaje podtruty, obrywa w głowę, dużo pije i pali, całuje się z kobietami czasem wbrew ich lub swojej woli, ale oczywiście ku skrywanemu zachwytowi, wreszcie musi dokonać tzw. trudnego wyboru, w wyniku czego ginie kolejna osoba, ale on wygrywa moralnie. Bo jest ponad zwykły świat, gdzie ludzie (czyt. mężczyźni) co wieczór kierują się “ku domowi, na kolację, na wieczór z kroniką sportową w gazecie, z radiowym jazgotem, kwileniem rozpieszczonych dzieci i trajkotaniem głupich żon”.

Się pije: szkocką, Old Forestera, whisky, Armagnac, koniak (butelkę z błękitno- srebrną nalepką i pięcioma gwiazdkami), dżin.

Się pali: fajkę, trawkę, cygaro, Camele, grube egipskie mocne, długie brązowe, z monogramem (?!).

[1] “Pachniała tak, jak Taj Mahal wygląda w blasku księżyca”, “Taka jesteś cholernie cwana, że samym gadaniem mogłabyś sobie otworzyć drzwi do sejfu”, “- Spierdalaj, chamie - powiedziała głosem, którym można było cyklinować podłogi”, “odeszła, wygrywając biodrami serenady”. “Gdybym powiedział, że miała twarz, na widok której nawet zegar by stanął, mogłaby się poczuć obrażona. Na jej widok koń w galopie stanąłby jak wryty”. Czujecie klimat.

[2]

- Czy pan pije, panie Marlowe?
- No, skoro już pani o tym wspomniała ...
- Nie sądzę, żebym mogła zatrudnić detektywa używającego alkoholu pod jakąkolwiek postacią. Nie pochwalam nawet palenia papierosów.
- A mogę sobie obrać pomarańczkę?
Usłyszałem gwałtowny świst oddechu.
- Mógłby pan przynajmniej rozmawiać jak dżentelmen! - powiedziała.

[3] Tego samego, co kilkadziesiąt lat później pojawia się w ”Somebody somewhere”. Przypadek?

[4]

Jesteśmy gliny i wszyscy nas nienawidzą. Zupełnie jakbyśmy nie mieli dosyć kłopotów, mamy jeszcze ciebie. Jakby nie dość nas rozstawiali po kątach faceci z urzędów, gang z ratusza, dzienny szef, nocny szef, izba handlowa, Jego Wysokość Burmistrz w swoim wykładanym boazerią gabinecie cztery razy większym niż te trzy nędzne pokoiki, w których musi pracować cały wydział zabójstw. Jakbyśmy nie musieli w zeszły mroku załatwić stu czternastu zabójstw w tych pokojach, w których nie ma nawet dość krzeseł, żeby wszyscy na służbie mogli jednocześnie usiąść. Spędzamy życie, grzebiąc się w brudach i wąchając zepsute zęby. Łazimy gdzieś po ciemnych schodach, żeby złapać uzbrojonego świrusa naćpanego opium, i czasem nie dochodzimy nawet na samą górę, i nasze żony czekają na nas z kolacją tego wieczora i wszystkich następnych. Bo nie wracamy już do domu. A jeżeli wracamy, to jesteśmy tak cholernie wykończeni, że nie mamy siły ani jeść, ani spać, ani nawet czytać tych łgarstw, które wypisują o nas w gazetach. Leżymy więc w łóżku i nie możemy zasnąć - w obskurnym mieszkaniu na obskurnej ulicy i słuchamy pijaków, co zabawiają się w sąsiedztwie. I właśnie w momencie kiedy zaczynamy zasypiać, dzwoni telefon, wstajemy i wszystko zaczyna się od początku. Nic, co zrobimy, nie jest dobre, nigdy. Ani razu. Kiedy ktoś przyznaje się do winy, to dlatego, żeśmy go sprali, a jakiś tam adwokacina wymyśla nam w sądzie od gestapo i nabija się z nas, kiedy gadamy niegramatycznie. A jak nam się noga powinie, każą nam z powrotem włożyć mundur i wysyłają nas do najgorszej dzielnicy, gdzie spędzamy miłe, chłodne, letnie wieczory zbierając po rynsztokach pijaków, wysłuchując kurewskich wrzasków i odbierając noże zalanym elegancikom.

Inne tego autora, inne z tej serii.

#126

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 18, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ruth Rendell - Demon w mojej wyobraźni

Arthur Johnson od lat wynajmuje pokój w londyńskiej kamienicy na przedmieściach. Na zewnątrz jest kostycznym i skrupulatnym księgowym, pomaga właścicielowi budynku przy zbieraniu opłat, ale w środku aż wrze w nim od hamowanej brutalności. Raz na jakiś czas ukradkiem przemyka się do piwnicy, bo zna na pamięć rozkład dnia pozostałych mieszkańców i odkrywa na leżącym tam manekinie, ubranym w damskie ciuszki, scenkę, w której manekin zostaje uduszony. Niestety, pojawienie się nowego lokatora - Anthony’ego Johnsona - psuje ten zawór bezpieczeństwa. Uczynny Anthony, notabene piszący doktorat o psychopatii, oczyszcza piwnicę, żeby zrobić ognisko dla mieszkańców okolicy z okazji rocznicy Spisku Prochowego (“remember, remember, the 5th of November”). Arthur dokonuje więc kolejnej zbrodni, tym razem nie udawanej i zabija przypadkiem żonę jednego z lokatorów. W celu ukrycia zbrodni zaczyna kontrolować korespondencję Anthony’ego i przypadkiem ingeruje w jego życie prywatne.

W tle pojawia się sporo wątków obyczajowych - pozamałżeński związek Anthony’ego i pewnej mężatki, niewierność zamordowanej Very Kotowski (sic!), brud i bieda w lokalach na wynajem, alkoholizm i jego konsekwencje, toksyczne wychowanie, wreszcie - jak to częste u Rendell - sprawiedliwość zostaje wymierzona na skutek przypadku.

O jakości tłumaczenia tej książki najlepiej przemawia to, że nie pojawia się w ogóle nazwisko tłumacza (1997 to nie był najlepszy czas w kwestii tłumaczeń). Zła odmiana personaliów (święto “Guy Fawkesa”) czy niezrozumienie idiomów (“najlepszym środkiem czyszczącym jest “tłuszcz z łokci”) pojawiają się nader często.

Inne tej autorki; przeczytałam też ponownie ”Simisolę”.

#124-125

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 13, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Kacper Pitala - Jak to wyjaśnić?

Z podtytułem: W poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które pozornie nie mają odpowiedzi.

Bardzo przyjemna popularnonaukowa, gawędziarska książka (ale nie głupia!), w której autor zbiera odpowiedzi na różne dziwne pytania. Czym tak naprawdę jest kosmos, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy, czym jest “nic” i czy któregoś dnia “nic” zastąpi wszystko? Jak działa entropia? Co się dzieje, kiedy śnimy i czy możemy pamiętać przyszłość? Czy są możliwe podróże w czasie (“w czasie kiedy ja będę podróżował, możesz mi, Entomologio, poczytać”, z pamięci)? Czym jest “teraz” i czemu muchy zwykle uciekają przed packą? Skąd wiemy, że to co widzimy, istnieje rzeczywiście i że wszyscy postrzegają rzeczywistość tak samo? Co to jest choroba lokomocyjna i czemu kierowca na nią zwykle nie choruje?

#123

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 7, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ransom Riggs - Baśnie osobliwe

Książka, jak wskazuje tytuł, to antologia baśni, które w świecie osobliwców są po części legendami, po części podręcznikiem historii, który należy traktować ze szczyptą nieufności, wreszcie to przewodnik, w zawoalowany sposób pozwalający na namierzenie pętli czasowych. Zaczyna się od historii pierwszej ymbrynki, która za pomocą tworzenia pętli w pętli uratowała pierwszą grupę osobliwców przed zagrożeniami zewnętrznego świata, przechodzi przez opowieści o wojnie ludzi z gołębiami o Londyn, powstanie człowieka-wyspy, wioskę zasiedloną przez ludożerców i osobliwców, którym odrastały kończyny czy baśń o księżniczce z rozdwojonym językiem. Zwykle osobliwcy są prześladowani i biedni, ale rozumni i sprytni, oczywiście nie zawsze. Podobnie jak w historii o dzieciach pani Peregrine, język jest kpiarski, nieco ironiczny, z kiplingowskimi mrugnięciami w stronę czytelnika.

Inne tego autora.

#122

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 6, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Joan Didion - Rok magicznego myślenia

30 grudnia życie Didion w jednej chwili się zmieniło - nagle, podczas przygotowywania kolacji, John, jej mąż, również pisarz, stracił przytomność. Błyskawicznie wezwane pogotowie przez kilkadziesiąt minut go reanimowało, po czym został odwieziony do szpitala, gdzie uznano go za zmarłego w wyniku ataku serca. Świat autorki podzielił się na przed i po, chociaż nie była w stanie przeżywać klasycznych faz żałoby, bo chwilę wcześniej jej jedyna córka trafiła do szpitala z ciężkim zapaleniem płuc, a potem sepsą, po której zapadła w śpiączkę. “Rok magicznego myślenia” to próba odtworzenia tego roku - śmierci męża, śpiączki córki, pogrzebu, operacji neurologicznej córki (powikłania po wcześniejszym leczeniu spowodowały krwotok w mózgu), prób radzenia sobie z tym wszystkim - w formie skojarzeń wywoływanych nawet zupełnie niewinnymi sytuacjami. Magiczność przejawia się w myśleniu Didion - czy mogła zrobić coś, żeby zapobiec tragedii, lepiej wykorzystać czas razem, przewidzieć, że coś takiego może się stać; magiczość to próba przejścia przez jakiś ciąg rytuałów, na końcu którego - wbrew logice i rozsądkowi - jej mąż do niej powróci. To opowieść o czasowej utracie rozsądku w sytuacji, kiedy trzeba żyć tak, jak się żyło wcześniej, ale nic nie jest takie, jak wcześniej. O “trzymaniu się” w sytuacji, kiedy straciło się wszystkie życiowe stabilizatory. O samotności mimo wsparcia otoczenia, bo niczyj inny ból lub strata nie jest taka sama. O tym, że nie da się na taką sytuację przygotować, przemyśleć jej, zaplanować. I, na koniec dnia, opowiedzieć o tym osobie, która odeszła.

Nie możemy też przewidzieć (i w tym leży sedno różnicy między żalem wyobrażonym i żalem rzeczywistym) niemającej końca nieobecności, która następuje później; pustki; zupełnego przeciwieństwa sensu; nieubłaganego pochodu chwil, kiedy będziemy się zmagać z doświadczeniem całkowitej bezsensowności.

#121

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 4, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Magdalena Mikołajczyk - Jestem dość

Jeśli macie wrażenie, że mignęło już Wam gdzieś to hasło, to macie rację. Od prawie roku Magda (@matkojedyna) publikuje na instagramie pod #jestemdość sceny ze swojego życia (publikuje dłużej, ale wcześniej z innymi #), przy okazji których wyjaśnia, czemu to, jaka jest i co robi, jest dość. Książka to nieco dłuższa forma takich historii, mniej tu i teraz, bardziej jak się to Magdowe poczucie bycia w sam raz trudno i mozolnie wykuwało. I nie jest to poradnik! Nie chcę trywializować, że pokolenie X ze wszystkimi tego konsekwencjami (“mieszkaliśmy w jeziorze, nikt nie narzekał”), scena kabaretowa, depresja, onkologicznie chore dziecko i fantastyczne mechanizmy kompensacji, żeby sobie z tym poradzić; Magda napisała o tym z samego dna serca, jak dojść do takiego momentu w życiu, żeby mimo wszystkiego, co się przydarza, oczekiwań innych i własnych, poczuć się taką zupełnie wystarczającą. Tego nie da się streścić jak fabuły thrillera. Czytałam czasem przełykając łzy, czasem chichocząc pod wąsem, często dokładając mentalną zakładkę, że ja też, też tak mam, też dążę do takiego momentu, że brzydkie kółko[1] mnie nie wyprowadzi z równowagi. Zachwycam się trójwymiarową okładką i tym, że jednocześnie z pisaniem książki Matkojedyna publikowała na instagramie, bez powtórzeń, bez kopiuj-wklej, nie wiem, jak to robiła, trzech osób za mało. Idźcie kupić, doskonała rzecz na grudzień i nie tylko (polecenie niesponsorowane).

[1] Nie mam w sobie dość siły, żeby zrobić sobie tutaj wiwisekcję, co mnie ukształtowało w perfekcjonistkę (wiecie, ten komiks, co to “ale ty przecież nic nie robisz”), ale walczę z tym, zrobione jest lepsze od doskonałego. Lata temu eks-firma, obserwując wypalenie zawodowe u sporej części pracowników, wysłała i mnie na spotkanie z kołczinią (taki plasterek na złamaną nogę). Spotkanie całkiem niegłupie, o oczekiwaniach i perspektywach, decyzjach i poczuciu sprawczości, jak już przeszłam przez ćwiczenia oddechowe, żeby uspokoić kolejny atak paniki, kołczini zaproponowała mi wizualizację, żebym narysowała kółko, podzieliła na ileś części, przypisała do części… Narysowałam więc kółko, skrzywiłam się, powiedziałam “żenada, ja to nawet prostego kółka nie umiem narysować”, po czym kołczini zapytała mnie, dlaczego jestem dla siebie taka nieprzyjemna. Czy skarciłabym kogokolwiek, kto podczas spotkania narysowałby krzywo kreskę? Zapewne nie. A siebie właśnie trzasnęłam metaforycznym plaskaczem, bo brzydko narysowałam kółko. Wracając z przydługiej dygresji, nie bądźcie jak ja wtedy, tylko jak Magda teraz. Bądźcie dość.

#120

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 1, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 1 komentarz - Skomentuj


Maeve Binchy - Mała Frankie

Irlandia, mniej więcej współcześnie. Emily, starsza już kobieta, wraca ze Stanów do Irlandii, bo chce poznać kraj swoich przodków. Wprowadza się do swojej dalekiej rodziny, mieszkającej na ulicy Świętego Jarlata; nie okazuje się bynajmniej ciężarem, bo jej sympatyczny charakter i umiejętność logicznego myślenia sprawia, że rozwiązują się wszelkie problemy, a wszyscy lgną do niej i zwierzają się z kłopotów. Osią całej akcji - chociaż zupełnie nie głównym bohaterem - jest Noel, krewny Emily, młody alkoholik, który niechcący ma za chwilę zostać ojcem. Matki dziecka, Stelli, w zasadzie nie pamięta, nie może jednak ograniczyć się do wsparcia finansowego, bo Stella choruje na zaawansowany nowotwór i umrze podczas cesarskiego cięcia i jest sierotą. Dobra wróżka Emily organizuje siatkę wsparcia, finansuje Noelowi studia i wysyła go do grupy wsparcia dla alkoholików. Małą Frankie opiekuje się cała ulica Św. Jarlata - nieco zdewociali rodzice Noela, których marzeniem jest postawienie świętemu posągu; Lisa, jego przyjaciółka ze szkoły, zakochana bez wzajemności w Antonie, kucharzu-celebrycie; doktor, któremu urodził się syn tego samego dnia, co Frankie; sympatyczny staruszek Muttie i jego wnuki - para bliźniąt-kucharzy, Maud i Simon; emerytowany lekarz i inni. Jedyną negatywną postacią jest Moira, nieledwie demoniczna opiekunka społeczna, wiecznie niezadowolona, skuteczna, ale oschła, jej celem jest wyłapanie każdego potknięcia Noela i odebranie mu Frankie.

Mimo minorowego początku i śmierci jednego z drugoplanowych bohaterów w trakcie, to sielankowa historia o tym, że razem można więcej. Mała Frankie jest zaopiekowana według skomplikowanego grafiku, sporządzonego przez cudowną Emily, wszyscy ją kochają, owszem, zdarzają się drobne potknięcia, skrywane przed Moirą, ale finalnie wszystko kończy się szczęśliwie. Mieszkańcy ulicy Św. Jarlata stanowią cudowną społeczność, każdy jest zawsze dostępny i chętny do pomocy, a w lokalnym sklepiku z używanymi rzeczami, założonym oczywiście przez Emily, rozwiązywane są wszelkie problemy. Nawet skrzywdzona przez życie Moira nabiera optymizmu i naprawia swoje stosunki z ojcem. Nie ukrywam, że wielokrotnie przewracałam oczami przy bardziej cukierkowych scenach, zwłaszcza w sytuacjach, gdy do rozwiązania problemu alkoholowego, braku miłości w domu, zdradzie małżeńskiej, problemach finansowych wystarczy szczera rozmowa albo mały cud w postaci wygranej na wyścigach bądź niespodziewanego spadku od ekscentrycznej wariatki (wariatkę poznajemy po tym, że ma 80 lat i nosi bez względu na porę roku futro na samą bieliznę). Nawet dramatyczny cliffhanger pod koniec książki - czy Noel rzeczywiście jest ojcem małej Frankie (ab crjavr, żr avr wrfg, nyr gb avr fmxbqmv j avpmlz, jlfgnepml cbqemrć jlavxv grfgh QAN) - nie ma żadnego znaczenia, bo wszyscy się kochają. Źli zostają ukarani, odbywa się cztery wesela i pogrzeb (no, dwa pogrzeby), wszyscy jadą nad morze do Bray czy innego Dun Laoghaire. Zupełnie serio nie wiem, czy to wartościowa literatura, ale jeśli potrzebujecie czytadełka na wieczór, to nie jest zły wybór.

Inne tej autorki tutaj.

#119

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 27, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Esi Edugyan - Washington Black

Dziwna to historia, zlepek Verne’a i Whiteheada. Na plantacji trzciny cukrowej na Barbados ma majątek pan Wilde; niewolnicy są traktowani gorzej niż zwierzęta, bo zwierzęta mają wartość, a czarni nie. 11-letni George Washington Black marzy o śmierci, bo wprawdzie urodził się na plantacji, ale jego przyjaciółka i opiekunka, duża Kit, twierdzi, że jeśli się umrze, to się człowiek odradza w rodzinnym kraju, czyli w Dahomeju. Ale zamiast upragnionej śmierci Wash zostaje służącym brata właściciela, Christophera. Jest przerażony, ale okazuje się, że Christopher, który każe nazywać się Tyci, jest naukowcem i abolicjonistą, a chłopca traktuje jak człowieka. Odkrywa w nim talent do rysowania, uczy go czytać, wyjaśnia mu swoje eksperymenty, a kiedy w wypadku Wash zostaje okaleczony, dba o niego. Gdy Tyci dowiaduje się o śmierci ojca i oczekiwaniu rodziny, że przejmie od brata plantację, decyduje się na ucieczkę balonem, co rozpoczyna szereg przygód, mimo że za głowę Washa wyznaczona jest nagroda. Trafiają do Nowej Szkocji, gdzie Tyci opuszcza Washa, co rozpoczyna cały szereg zdarzeń, dzięki którym Wash sam zostaje naukowcem i ze wsparciem uroczej dziewczyny i jej ojca, przyrodnika, rozpoczyna w Londynie budowę pierwszego terrarium.

To opowieść trochę o roli przypadku, o zemście i przebaczeniu, kolonializmie i jego efektach. Są brutalne sceny, ale całość utrzymana jest raczej w tonie lżejszym, autor skupia się głównie na warstwie podróżniczo-przygodowej, mimo że w każdym momencie życie Washa mogłoby zakończyć się tragicznie.

#118

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 22, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


William Goldman - Narzeczona księcia

Historycznie, najpierw usłyszałam łagodną, klimatyczną płytę Marka Knopflera. Potem, zachwycona muzyką, obejrzałam film i do dziś pamiętam swoje rozczarowanie[1]. Potem okazało się, że film jest kultowy, chociaż dla mnie jedynym kultowym elementem jest ten mem. Wreszcie książka, w której autor wpuścił mnie na początku w maliny, po czym to te maliny okazały się być najciekawszą częścią opowieści.

Sama historia jest dość płaska. Brzydkim rodzicom rodzi się śliczna, choć niespecjalnie sympatyczna córka Buttercup (“Jaskier”, ale w tłumaczeniu jest oryginalne imię), zakochuje się w niej parobek Westley, kiedy dziewczyna wreszcie odwzajemnia, Westley stwierdza, że musi zasłużyć na jej miłość i oddala się po osiągnięcia, hajsy i gratisy, po czym wraca plotka, że zginął w starciu z piratami. Buttercup wpada w apatię, zgadza się wyjść za lokalnego władcę, który potrzebuje trophy wife, bo jest jej wszystko jedno (oraz książę daje jej do wyboru małżeństwo lub śmierć). Po czym zostaje porwana przez trójkę zawadiaków - Hiszpana, Turka i Sycylijczyka, którym w porwaniu dziewczyny przeszkadza zamaskowany bohater.

I to nie jest zła historia, ale sama w sobie byłaby dość przeciętna, tyle że autor obudował ją postmodernistycznymi aluzjami i notorycznym spoglądaniem przez czwartą ścianę (kartkę?), wyjaśniając w licznych przedmowach, śródsłowiach i posłowiach, historię pisania książki. I przez kilkanaście stron dałam się nabrać na to, że jest prawdziwym autorem był Floreńczyk, niejaki Morgenstern, a Goldman dokonał kreatywnego skrótu, bo oryginalna książka była przegadana i przeładowana historycznymi faktami o Florenie i odwiecznym konflikcie z Guldenem. Spoiler alert: Morgenstern, konflikt z jego prawnikami, wizyta we floreńskim muzeum, to wszystko jest tak sami fikcyjne jak Inigo Montoya, siłacz Fezzik i maszyna wysysająca życie. Waham się co do prawdziwości opisu spotkania autora ze Stephenem Kingiem.

EDIT [1] Wtem na HBO Max pojawił się film, taka sytuacja. Ostrożnie cofam słowa o rozczarowaniu, bo to jest naprawdę uroczy, bajkowy film z lekką dekonstrukcją i uśmiechem do widza (Peter Falk czytający tytułową baśń Fredowi Savage'owi). Oczywiście tych elementów dekonstrukcyjnych i postmodernistycznych jest w książce więcej, w filmie ograniczają się czasem do wszystkowiedzącego narratora, a wszystkie drastyczne rzeczy są dość wygładzone (poza sceną wciągnięcia Buttercup w ruchome piaski czy wysysaniem życia z Westleya za pomocą przyssawek na sutkach, tego się nie spodziewałam). Ale w warstwie dialogów to naprawdę zabawna rzecz, całkiem nieźle zagrana, z uroczą umownością plenerów i materiałem na memy.

#117

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 18, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 1 komentarz - Skomentuj