Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: fotografia


Kolejna jesień

Nigdy nie lubiłam wyznaczania cezur za pomocą momentów nieznaczących jak Sylwester i Nowy Rok, koniec miesiąca czy wreszcie bilans roku księgowego. Dla mnie świat zmienia się zgodnie z porami roku. Zwłaszcza czuję to jesienią, kiedy zmiana jest najmocniejsza. Słońce daje jeszcze trochę nadziei, są ciepłe dni, trawa i liście bywają zielone, chociaż nie tą soczystą zielonością majową, ale dni są krótkie i trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić zachodu słońca, bo wieczór przychodzi znienacka. I "Oh by the way" Floydów, które właśnie słyszę, też jest takie złoto-melancholijno-jesienne.

Teraz też pewną cezurę wprowadza moja córka. Rok temu była, jak to ślicznie napisała If. [coreczko.blox.pl - link nieaktywny], mała jak kasztanek i leżała spokojnie w wózku, kiedy obwoziłam ją po wioskowych uliczkach. Dzisiaj wyrywa się z chusty do każdego widzianego zza ogrodzenia psa, sygnałem dźwiękowym oznajmia, że zauważyła każdą latarnię czy znak drogowy, dotyka roślin i płotów, a uwolniona z moich objęć (które coraz częściej oznaczają ograniczenie wolności, protest) pomyka z szeroko rozłożonymi rękami na podbój świata. Przyznam, że po kolejnym przeraźliwym proteście, kolejnym kamyku wyjętym z ust czy brudnym papierku przemycanym w celu spożywczym, myślę z rozrzewnieniem o poprzedniej jesieni, kiedy wystarczało jej, że jestem i opowiadam świat. Teraz jej gwałtowny apetyt na poznawanie często mnie przerasta. Nie zdążyłam tak jak ona dorosnąć do tego momentu chyba jeszcze.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 24, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj


Bez tytułu: 2010-09-22

Brakowało mi takiego poranka od dawna. Żeby wstać, wykąpać się, przejrzeć pobieżnie pocztę i RSS-y, zrobić makijaż, powybrzydzać nad bluzką i dopiero zobaczyć, że reszta domowników życzy sobie zacząć dzień. Potem słońce, kawa z "Merkurego" wprawdzie na wynos, ale gorąca i smaczna, trochę pochwał, zakupy na Rynku Jeżyckim i smaczny cytat, prawie jak z "Madagaskaru 2":


"- Szanowny panie - przemówił - (...) ponieważ konieczność podejmowania decyzji zawsze mnie przeraża (...), pragniemy zdać się od tej chwili na pana i podporządkować się pańskiej woli. Obieramy pana naszym wodzem.
Filimario wzruszył się.
- Doskonale - powiedział bardzo zadowolony. Zawsze lepiej popełniać omyłki pod rozkazami jednego człowieka, bez dyskusji, niż żeby każdy mylił się na własną rękę, tracąc czas i energię na puste słowa.

Wiecie, skąd to?

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj


Mech na kamieniu

Cmentarze nabierają życia jesienią. Nie 1. listopada, tylko wcześniej, kiedy zaczynają się sypać pierwsze złote liście z drzew. Jest jeszcze dobre światło późnym popołudniem. Nie jest jeszcze tak przeraźliwie zimno. Mech nadaje kamieniom pozór życia. I ludzie się uśmiechają, jak w żadnym innym miejscu. Może dlatego, że ciągle czują się żywi? A może dlatego, że widok rezolutnie (choć nieco chybotliwie) maszerującego po ścieżkach malca pokazuje, że świat się ciągle jeszcze odradza i zaczyna całkiem od nowa?

GALERIA ZDJĘĆ z cmentarza na Ogrodach (stamtąd pochodzi Anioł z #Facepalmem).

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 1 komentarz - Skomentuj



Na co mi przyszło na stare lata

Ale chciałam równouprawnienie, to mam. TŻ nosił Maja w chuście (budząc entuzjazm ludności lokalnej spod sklepu monopolowego), a ja poza zwyczajowym hołdowaniem nałogowi (mam na imię Zuza i mogę przestać robić zdjęcia w każdej chwili) musiałam wziąć patol i rzucać. Kasztany na Ostrowie Tumskim same się nie pozbierają.

Ostrów się zmienia. Są i nowe kłódeczki na moście, jest i szeroko zakrojony remont budynków na ryneczku. Wprawdzie zmienia się nie tak dynamicznie, jakbym chciała, niekoniecznie w takim kierunku, jaki mi się wymarzył (z małymi tematycznymi sklepikami, targiem różności do weekend na ryneczku, co najmniej dwiema kawiarenkami i ławeczkami), ale te rusztowania sugerują krok w dobrą stronę:

(listopad 2009)

(dziś, a w zasadzie już wczoraj)

A pewne rzeczy się nie zmieniają. Kolejne sesje zdjęciowe na moście Jordana (chociaż niespecjalnie zazdroszczę roznegliżowanym pannom młodym, bo wiało piekielnie). Kałuże na bruku za katedralnym ogrodem. I koty. Już zaczęłam marudzić, że taki spacer bez kotów to żaden spacer, kiedy spod samochodu łypnęło na mnie 8 zielonkawych ślepek, a za chwilę wynurzył się kot piąty, którego przez moment posądziłam o bycie matką maluchów, ale szybko okazało się, że ewentualnie to mógłby być ich ojcem z przyczyn obiektywnych, które dumnie prezentował pod ogonem. Niedwuznacznie dawał mi do zrozumienia, że chciałby władować mi się na kolana i tam zostać, podobnie jak przed rokiem. Lubię, jak koty mają swoje miejsca. Szósty kot siedział w uliczce Św. Jacka, a siódmy i ósmy bawiły się przy matce na podwórku domu z figurą.

Na szczęście nawet w tych samych miejscach za każdym razem jestem w stanie znaleźć coś innego niż poprzednio.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 19, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 7 komentarzy - Skomentuj


Refleksoterapia

Bardzo lubię, jak ktoś poświęca mi uwagę. Z równą przyjemnością spędzałam czas na jodze, gdzie pani Inka tłumaczyła mi, jak zrobić Psa z Głową W Dole, co podczas nielicznych okazji, kiedy ktoś wróżył mi z kart czy stawiał horoskop (przy czym w tym drugim przypadku doskonale zdaję sobie sprawę, że chodzi o efekt terapeutyczny, a nie przewidywanie przyszłości, co nie zmienia faktu, że czuję się zaopiekowana). Dzisiaj do listy mogę dopisać masaż twarzy w gabinecie ASHA. A. ma fantastycznie ciepłe i delikatne dłonie, a do tego niesamowitą umiejętność uspokajania. Królowa jest zrelaksowana. I zachwycona.

Do tego nie ma nic lepszego niż spacer małymi uliczkami w świetle zachodzącego słońca. Z jesiennymi kwiatami obrastającymi płoty i przyjacielskim szanuarem, który specjalnie dla mnie i Maja wspiął się po siatce, żeby nas omruczeć i owinąć się dookoła nas ogonem.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 17, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 4 komentarze - Skomentuj


Lato 2010

Lało od rana. Było buro, brzydko i ciemno. Szłyśmy z Majem pod tęczowym parasolem i mimo początkowej irytacji zdałam sobie sprawę, że to było bardzo dobre lato. Ciepłe, słoneczne i pełne kolorów.

Od lewej z góry:

  • fiolet: maciejka w ogrodzie ^Valwita i ^Boskiej * hortensja w Powerscourt * bliżej nieznany kwiatek w punkcie widokowym z widokiem na Dublin * bliżej nieznane fioletowe kwiatki w Ogrodzie Botanicznym w Poznaniu * meduza w Akwarium w Gdyni * orlik(?) w ogrodzie teściów w Trzciance * apaszka od Laury Ashley
  • błękit: plaża w Killiney * zabudowania portu w Howth * stolarka drzwi w Będlewie * sklep we Włocławku * most Rydza-Śmigłego tamże * amerykańskie cudo na Zakopiańskiej * Kupiec Poznański
  • zieleń: winorośl z Rogalina * St Stephen's Green Park * mega łopiany w Powerscourt * butelka wina na grillu u P. * barszcz(?) pod domem * liście w Powerscourt * widok przez rzeźbione drzwi w Będlewie
  • żółty: detal na bramie ogrodu w Powerscourt * ślub brata w hotelu Aleksander * spacer po Starym Zoo w Poznaniu z ^havvah * bliżej niezidentyfikowany żółty kwiatek z ogródków działkowych na Podolanach * lipcowy zachód słońca z balkonu * graffiti z przystanku PST Słowiańska * wino w sklepie winiarskim na Podgórnej, gdzie kupowaliśmy wino dla B. i G.
  • pomarańcz: irga w ogródku kawiarni "Stary Młynek" na Żydowskiej * liście klonu japońskiego w Powerscourt * lilie z ogródków działkowych na Podolanach * krzak mijany podczas któregoś ze spacerów w Suchym Lesie * motyl z Cmentarza Zasłużonych Wielkopolan * detal ze ściany kamienicy na Jeżycach * truskawkowa virgin margerita w TGIF w Malcie
  • czerwień: dzisiejsze porzeczki * gramofon z pchlego targu w Starej Rzeźni * czeresienka na drzewie przy ul. Zawilcowej w Suchym Lesie * drzwi z dublińskiej ulicy * róża z rozarium w Powerscourt * łódź z portu w Howth * pomidor na ratatuję z przepisu Imbacha
  • róż: hortensja z ogrodu ^Boskiej i ^Valwita * kaktus z Palmiarni * rower przy różowych drzwiach w Dublinie * Matka Boska z Dzieciątkiem na rogu chyba Klasztornej * obelisk Maurycego Gomulickiego przy Arsenale * serduszka z ogrodu teściów * storczyki A.

W większym formacie (i w ogóle to trzymajcie kciuki za koty Hanki, co?)

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 15, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 2 komentarze - Skomentuj


Wielkopolska w weekend: (5b) Pałac w Krześlicach

Krześlice to historia z happy endem, chociaż w trakcie bywało jak zwykle - "Po wojnie Krześlice przejęła Spółdzielnia Produkcyjna, a w 1950 r. PGR w Pomarzanowicach. Pałac stopniowo popadał w ruinę, a w 1971 roku zawaliła się część frontowa skrzydła wschodniego". Dziś jest hotel z klimatycznymi meblami, sauną, wifi i kortami tenisowymi. Doskonałe miejsce na takie bardziej frymuśne wesele, świetne na wypicie popołudniowej latte i trening chodzenia po schodach, trochę gorsze na jedzenie nawet niedzielnego obiadu, bo zawartość karty jest dość wysoko notowana. Za to w parku są niezjedzone przez owada o przeraźliwie długiej nazwie kasztanowce, można więc uznać, że z jednym dojrzałym kasztanem w kieszeni jesień w Wielkopolsce została rozpoczęta.

GALERIA ZDJĘĆ.

EDIT: Na fali radości sklejania panoram pałac w Krześlicach od tyłu i od frontu:

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 13, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj


Wielkopolska w weekend: (5a) Pobiedziska

Dostosowaliśmy się do poziomu wzrostu najmłodszego uczestnika wycieczki i pojechaliśmy do Skansenu Miniatur w Pobiedziskach. Wreszcie Maj miał miał świat na wysokości swojego wzroku, chociaż o wiele ciekawsze były kamyczki i liście. A i mnie to miejsce bardzo ucieszyło, bo od dziecka uwielbiałam wszelkie makiety, miniaturowe domki z kartonu, zamki i oczywiście tory i pociągi (tu, niestety, pociąg nie był jezdny, a szkoda).


(Dziecko-Gigant szykuje się do wejścia na Bibliotekę Raczyńskich).
(Mega ważka osiadła z łoskotem na dachu Katedry Gnieźnieńskiej).

Skansen jest malutki, budynków jest kilkanaście, ale warto - nawet paskudna bryła Arsenału na poznańskim Starym Rynku wygląda zgrabnie. Kilku miejsc nie znałam i czaję się, przyznaję, na taki pałac w Czerniejewie. Zachęcona makietą rynku w Pobiedziskach, wymyśliłam, że pojedziemy tam na obiad. Zapomniałam, że to polskie małe miasteczko, gdzie czas zatrzymał się 30 lat temu, jakby nie istniał internet, a najnowszy sezon True Blood czy House'a nie był na wyciągniecie ręki w dowolnym miejscu na świecie. Z jednej strony małe miasteczka są niesamowicie smutne, ożywają chyba tylko, kiedy do kościoła idzie pielgrzymka. Z drugiej - zawsze mam tam poczucie spokoju i zen, którego mi zwykle w życiu brakuje. Ławka pod drzewem z widokiem na przechodzących ludzi, letni ciepły wieczór i świadomość, że do niczego i nigdzie się nie trzeba spieszyć, tylko można usiąść i patrzeć. Bo i niewiele więcej można robić. W W Pobiedziskach na rynku do wyboru jest budka z lodami, kurczak z rożna (chyba zamknięty) i całkiem niezła restauracja hotelowa z bardzo dobrym żurkiem i przyzwoitymi pierogami. I fontanna z Czechem, Rusem i Bohaterskim Lechem.

Wstęp do skansenu: 5 zł od dorosłego. Dzieci do lat 4: darmo. Restauracja Bachus - taniej niż w Poznaniu.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 13, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 4 komentarze - Skomentuj