Kategoria:
ogladam
Nie pisałam, bo byłam na majowych przygodach, o czym niebawem.
Poznań, początek lat 2000. Trójka młodzików umawia się na akcję z niejakim Dżokerem (Linda), mają dyskretnie porwać pewnego biznesmena, który kilka lat temu Dżokera wyrzucił z pracy; okup i zemsta, dwa w jednym. Oczywiście poszkodowany mógłby sam, ale boi się rozpoznania, stąd potrzebne nieopatrzone twarze. Problem w tym, że poza anonimowymi twarzami Fifi, Bonus i Kozioł mają dość nikłe doświadczenie w kwestii działalności przestępczej, ale bardzo bogate w teorii za sprawą uwielbienia dla filmów Tarantino. Wszystko idzie źle, tym gorzej, że Fifi ma uczulenie na koty, Kozioł nie jest najostrzejszym nożem w szufladzie, a Bonus jest karykaturalnie przesądny, więc to, że rzecz się dzieje w piątek 13-tego, nie pomaga.
Nie widziałam wcześniej tego filmu i żałuję, bo jest dla mnie o wiele zabawniejszy niż kultowe “Chłopaki nie płaczą”, a dodatkowo ze względu na achronologiczną strukturę (i liczne przypały) przypomniał mi mój ukochany “Przekręt” (nie pisałam nigdy o tym?!). Jak wspomniałam, akcja dzieje się w Poznaniu i pod Poznaniem, mój lokalny patriotyzm się wzbudził. Może i geografia szwankuje (raz ekipa jedzie Hetmańską w stronę ronda Starołęka, za chwilę są przy Rolnej, a drugą chwilę potem w nieistniejącym już Tesco na Piątkowie), może i Agnieszka Maciąg nie jest najlepszą aktorką, ale ten entuzjazm i dialogi nadrabiają wszystko. Dyskusja, kto ma lepsze cycki - Rosie Perez czy Melanie Griffith - zepsuła mnie bezpowrotnie.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 4, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Na Netflixie pojawiło się trochę polskich filmów typu klasyka kina, poszłam więc nadrabiać zaległości. Przestałam oglądać telewizję gdzieś w okolicy studiów, najpierw, bo nie miałam telewizora, potem, bo pojawił się Internet.
O “Niewinnych czarodziejach” czytałam w chyba w bio Kaliny Jędrusik, która pojawia się drugoplanowo; i, mam wrażenie, nie oglądałam tego filmu wcześniej. “Bazyli”, lekarz sportowy, prowadzi dość hulaszczy tryb życia, nie przywiązuje się do nikogo, z zwłaszcza do panienek, które ciągną do niego jak pszczoły do miodu; jego pasją jest jazz, grywa w zespole m.in. z Komedą i Polańskim. Podczas pokoncertowej popijawy jego przyjaciel, Edek, zwraca mu uwagę na dziwkę (sic!), którą “Bazyli” wydaje się niezainteresowany, ale którą wyjmuje od jej partnera na życzenie kolegi. Tyle że zmienia zdanie i zabiera pannę, która przedstawia się jako “Pelagia”, do domu, gdzie coś tam się między nimi zaczyna dziać. Spisują kontrakt, piją, grają w grę, śpią (osobno!), wychodzą, wracają, opędzają się od rozczarowanego Edka… Może coś z tego będzie.
Ja wiem, że przemawiam z perspektywy setek obejrzanych filmów i kilkudziesięciu lat rozwoju kinematografii, ale “Before Sunrise” to to nie jest. Te kilkadziesiąt lat temu dwójka ludzi płci komplementarnej, która wychodzi ze zwykłych ról uwodzonej i uwodzącego, łatwej i bawidamka, była zapewne niespotykana, ale cały czas czekałam na coś, co nie jest grą. Ładna, estetyczna (jak się przymknie oko na kable wiszące w garsonierze “Bazylego”, przerażające), postmodernistyczna historia, którą ratuje chyba otwarte zakończenie.
”Nóż w wodzie” mnie bardziej zirytował. Starszy mężczyzna z młodą żoną, jadący na jachting na Mazurach, zabierają młodego autostopowicza, a potem - mimo braku wzajemnego zrozumienia - biorą go też na łódkę. Wszystko idzie źle, bo testosteron buzuje - starszy się lansuje na zamożność i doświadczenie, młody - na spontaniczność i zręczność. Żona pozwala się podziwiać w kostiumie kąpielowym i rozładowuje napięcie, kiedy sytuacja zaczyna iść w tragicznie złą stronę. Wszyscy na siebie krzyczą, po czym następuje niedramatyczny finał. Konkurs na to, kto ma dłuższego, toksyczna męskość, nieumiejętność współpracy, to wszystko bardzo razi, ale wierzę, że to znak czasów. Nie rozumiem nagród i kontrowersji, zapewne - powtórzę - z powodu lat, jakie upłynęły od czasu premiery i innych thrillerów, jakie obejrzałam.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 27, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Josh pracuje w laboratorium firmy farmaceutycznej, aczkolwiek jego praca nie jest specjalnie prestiżowa - sprząta w budynku. Za to po pracy wymiata - jest znany z tego, że jako jedyny prawie skończył grę Bionic Wars, dziejącą się w postapokaliptycznym świecie. I kiedy wreszcie wpada na pomysł, jak przejść ostatni etap, w jego sypialni, w niekoniecznie korzystnym momencie pojawia się dwójka wojowników z przyszłości - Tiger i Wolf. Okazuje się, że gra była podłożona przez nich, żeby znaleźć wojownika, który pomoże im nie dopuścić do zagłady cywilizacji. To rozpoczyna zabawną, chociaż często żarty są dość niewybredne, podróż przez czas, gdzie przypadkowo dobrana drużyna usiłuje w nieortodoksyjny sposób zapobiec powstaniu wynalazku, który zniszczył świat.
Jak lubicie podróże w czasie, to jest to nie lada gratka, zwłaszcza że rzecz jest mocno prześmiewcza i osadzona w popkulturze, z odwołaniami do wielu innych, bardziej poważnych utwór gatunku. Ostrzegam uczciwie, że bywają momenty żenujące, drugi sezon jest znacznie słabszy niż pierwszy, a trzeci jest zwyczajnie dziwny. Dużą rolę gra męskie przyrodzenie i kobiecy palec u nogi (nie razem!), nie mam słów.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 24, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jest coś w tym, że filmy w kinie cieszą bardziej. Z radością powitałam w kinach obecność rzeczy dawno zapomnianych, czaję się na “Kill Billa” i “Dogmę”, a tymczasem w wielkanocny poniedziałek zabrałam do kina nastolatkę na “Żywot Briana”. To był jej pierwszy kontakt z Monty Pythonem i chyba, pomijając okazjonalne elementy pokoleniowej żenady, całkiem udany.
Nie będę streszczać fabuły, kto widział, ten wie, kto nie widział, cóż, idźcie obejrzeć, nie musi być w kinie. Za podsumowanie może być rozmowa dwóch pań 60+ w toalecie po seansie, zakończona wnioskiem, że “nie było aż takie kontrowersyjne”. Dla mnie, osoby z prozopagnozją, najgorszym elementem było wieczne napięcie, czy te same osoby grające inne postaci, to jakieś drugie dno, czy jednak tylko kwestia budżetowa. Poza tym obśmiałam się jak norka, nie pamiętałam niektórych wątków (gillamowski statek kosmiczny!), ale pozostałe były zaskakująco aktualne. Dalej trudno wybrać, czy się idzie za tykwą, czy za sandałem i do jakiego stronnictwa Judejczyków warto należeć; ta wersja mitu jest tak samo dobra, jak inne. A do tego śmieszniejsza.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 8, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Ależ oczywiście, że po przeczytaniu książek zainteresowałam się serialem, który powstał na podstawie pierwszych dwóch tomów cyklu. Ależ oczywiście, że jestem rozczarowana, bo podobnie jak w przypadku serii o siostrach Walsh, połączono w całość dwie niezależne historie, wycinając z nich to, co było sednem. Nie wiem, czy to jakaś moda na taką strukturę, ale głośno powiem, że nie pomaga to na fabułę. Aktorzy są świetnie dobrani, chemia między Cassie a Robem jest niezaprzeczalna, ale przez ściśnięcie dwóch sporych objętościowo książek z przebogatą narracją, całość jest miałka. Nie pasowały mi też wstawki nadnaturalne - a to Cassie widzi swoje wyimaginowane alter ego, a to Roba ściga wilk i oplata magiczny bluszcz. Po co, się pytam. Podsumowując - serial jest fajnie nakręcony, fajnie obsadzony, ale jak chcecie wrażeń, to lepiej książki.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 2, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tym razem nie pisałam, bo czytałam wciągającą grubą książkę oraz po dwóch miesiącach unikania tematu wróciłam na zajęcia jogi.
Trzy przyjaciółki z Belfastu - Robyn, Saoirse i Dara - dowiadują się o śmierci czwartej, Grety i, mimo braku kontaktu przez lata od zakończenia szkoły, przyjeżdżają do Donegal na pogrzeb. Problem w tym, że sprawa jest co najmniej dziwna, a zwłoki w trumnie nie do końca przypominają Gretę. Panie stwierdzają więc, że wyśledzą, co tak naprawdę się stało i wpadają w sam środek afery, która ciągnęła się od czasów ich dzieciństwa. Zainteresowałam się, bo to serial ze stajni twórców doskonałych “Derry Girls”, a do tego kryminał. Niestety, jakkolwiek doceniam slapstickowy humor i niespodziewane zwroty akcji, tak niespecjalnie udało się to pożenić z całkiem poważną historią sprzed lat oraz klimatem prawie że z horroru. Zabawne, ale niekoniecznie.
Za to zachwycił mnie film “The Life of Chuck”, o którym nie wiedziałam nic poza tym, że na podstawie opowiadania Stephena Kinga. Trzy achronologiczne epizody, w których - w estetyce przypominającej scenografię Wesa Andersona - pokazana jest historia Chucka, pechowego, choć utalentowanego chłopca. Na końcu przewrotna pointa. Dla fanów Toma Hiddlestona i musicalu - świetna scena z tańcem, jak nie jestem fanką tego typu rozwiązań fabularnych, to naprawdę ładnie zagrany kawałek. I Mark Hamill w jednej z ról.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 6, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Nie pisałam, bo byłam trochę na feriach, o czym niebawem.
Wspominałam, że czekam na ekranizację “Grown Ups”? Ale nie wspominałam, że już jest[1] serial oparty na dwóch książkach Keyes - “Wakacje Rachel” i “Jest tam kto?”. Zacznę od zalet, bo serial (pierwszy sezon na razie, ale czy będzie więcej?) niestety ma też wady. Wszystkie 5 sióstr Walsh jest obsadzonych i zagranych świetnie, a dynamika między nimi jest fantastyczna. Doskonały jest też Papa Walsh, ciepły i zawsze dostępny dla swojego głośnego i kapryśnego przychówku. W tle Blackrock, gdzie mieści się jedno z biur firmy, w której pracuję; idę następnym razem szukać domu Walshów (wiem, nie ma gwarancji, że rzeczywiście jest w Blackrock). Na tym się kończą zalety.
A wady… Czemu połączone są dwa niezależne, bogate wątki dwóch sióstr, i to w taki sposób, że nie da się przywrócić czystej miłości między Anną i Rachel?! Wprawdzie losy Anny kończą się pewną klamrą, ale historia rehabu Rachel urywa się w niesatysfakcjonującej połowie, pozostali pensjonariusze Cloisters potraktowani są dość szkicowo, a szkoda (co z historią Jacquie?), może kolejny sezon pociągnie ten wątek. Czemu zaczęto od środka cyklu, pomijając ciążę Claire (rzecz się dzieje 6 lat później, i już wiadomo, jak się skończył związek Claire)? Ale najgorszą rzeczą, jaka się temu serialowi przydarzyła, jest postać Mamy Walsh, w książkach nieco narcystycznej i zaabsorbowanej sobą starszej pani (wiem, jest ledwo pod sześćdziesiątkę), ale kochającej i wiążącą ze sobą całą rodzinę. Tu Mama Walsh jest kostyczną zołzą, na każdym kroku kąśliwie i zwyczajnie przykro komentującą każdego, a zwłaszcza Rachel, u której zupełnie nie dziwi zanurkowanie w używki, bo kto by wytrzymał cotygodniowe spotkania z osobą skrajnie nieprzyjemną i toksyczną. Zniknęła cała warstwa ciepła i humoru z książek, została sama drama, czasem aż za dużo dramy.
Oczywiście, że obejrzę kolejne sezony, jeśli będą, ale jest mi przykro, bo był potencjał, ale nie wyszło tak, jak powinno.
[1] Jest, aczkolwiek trudno dostępny poza RTE.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 1, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Jako rekomendację (lub wręcz przeciwnie) może służyć to, że to serial z tej samej stajni, co ”Vice Principals”. Tym razem zamiast szkoły jest skomplikowana rodzina zamożnych amerykańskich kaznodziejów - Gemstone’ów. Senior, Eli, jest wdowcem i ciągnie interes głównie z tego względu, że jest intratny, bo prawdziwą duszą kościoła była wcześniej jego żona, Aimee-Leigh, ostoja cnót wszelakich (tyle że paliła). Nie chce się wycofać, bo trójka jego dzieci - Jessie, Judy i Kelvin - mentalnie są nastolatkami i głównie zajmują się imprezowaniem oraz kłótniami, a czasem działalnością absolutnie niezgodną z Pismem, ale jakoś trzeba kościół utrzymać. W każdym z sezonów pojawia się inny wątek - szantaż, konflikt pokoleń, rywalizacja z innymi kościołami, dziennikarz, który chce obłudę środowiska kaznodziejskiego ujawnić, a Gemstone’owie radzą sobie raz lepiej, raz gorzej.
To nie jest tak, że to nie jest śmieszne, bo chociażby zestawienie namaszczonego stylu nauczania z jakże odległym od tego zachowaniem w życiu poza ołtarzem, wygrane jest doskonale. Może nieco odrzucać fakt, że to serial z wysokim poziomem kutasów na odcinek (nie, nie żartuję; tak jak gdzie indziej emitowane są bez skrępowania gołe panie, tak tutaj większość bohaterów i statystów ochoczo macha kuśkami, czy ma to fabularnie sens, czy nie), możliwe, że ktoś policzył i wyciągnął statystyki, nie będę szukać, czy to najszczodrzej obdarzony serial wszech czasów. Estetyka oczywiście w ulubionym stylu “złote, ale skromne”, rozwiązania fabularne często zdążają w stronę żenujących, śmiałam się jak norka, ale czasem raczej czułam wstyd zastępczy.
Jest trzeci serial tego zespołu, “It's Florida, Man”, trochę się boję.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 22, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lou i Ruben są w trasie, ona śpiewa, on gra na perkusji. Oboje są po przejściach - on od czterech lat jest czysty, ona z nim odnajduje stabilność. Wszystko idzie dobrze aż do momentu, kiedy Ruben zaczyna głuchnąć, utrata słuchu jest nagła i nieodwracalna. Lou w obawie o nawrót nałogu organizuje mu grupę terapeutyczną dla głuchych, żeby był w stanie uzyskać wsparcie w trudnym momencie. On nie chce nic zmieniać, nauczy się grać na pamięć, nawet nie słysząc, jakoś to będzie, ale zostaje na terapii, bo nie jest w stanie funkcjonować tak jak do tej pory. Uczy się języka migowego, angażuje w życie małej społeczności, ewidentnie pasuje do tego świata. Ale też nie chce się odciąć od wszystkiego, co ważne, próbuje więc doprowadzić do kosztownej (USA mistrzem świata) operacji, która może chociaż częściowo przywrócić mu słuch.
Jaki to wnikliwa, kameralna historia o małym końcu świata, kiedy coś, co było od zawsze, nagle znika. Nie ma winnego, nie ma łatwego rozwiązania, finał jest niejednoznaczny. Świetna rola Riza Ahmeda, który nie dość, że nauczył się do niej grać na perkusji, to nauczył się też języka migowego. Bardzo mi się podobało.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 2, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie pisałam, bo kot mi się pochorował, dawno nie miałam takich rozrywek, nie tęskniłam. Chorobę nagłą powoli się leczy, ale trzeba jeszcze dodiagnozować właśnie odkrytą chorobę przewlekłą.
Sarah, konserwatorka sztuki w Oxfordzie, prowadzi stabilne życie - naprawia stare obrazy, czasem sarkastycznie komentuje rzeczywistość muzealną, a po pracy przygotowuje przyjęcie dla klienta męża. Klient okazuje się straszliwym bucem, ale nie to przesądza o klęsce mężowskiego przedsięwzięcia, tylko to, że podczas kolacji wybucha dom obok. Sarah dowiaduje się, że przeżyła tylko dziewczynka, którą spotkała poprzedniego dnia, znajoma dzieci jej przyjaciółki, proponuje więc, że zawiezie w drodze do pracy kartkę z życzeniami. Tyle że w szpitalu zostaje spławiona, a potem w ogóle się okazuje, że żadnego dziecka oficjalnie nie było. A to już za dużo i kobieta zatrudnia prywatnego detektywa, żeby jej pomógł. Tylko że chwilę później detektyw zostaje znaleziony martwy, co dla odmiany jest za dużo dla Zoe, jego byłej żony, która nie wierzy, że to samobójstwo. Sytuacja się zaognia i wychodzi, że obie panie niechcący wdepnęły w aferę związaną z obronnością kraju.
Jeśli podobały się Wam “Kulawe konie”, to absolutnie spodoba się też “W stronę prawdy”, też na podstawie książki Mike'a Herrona. Świetne panie - Emma Thompson i Ruth Wilson, idą jak przecinaki i bynajmniej nie dają sobie wciskać kitu. A kit wciskają wszyscy wszystkimi - policja obywatelkom, kontrwywiad ministerce, zwierzchnicy podwładnym, maż żonie i partner partnerce, ludzie wstają z martwych, a wszystko podlane jest sarkazmem i licznymi przekleństwami. I trup pada gęsto, czasem nawet za. I jak nie lubię o szpiegach, tak ogląda się świetnie i nawet oczywiste cliffhangery nie irytują.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 24, 2026
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj