Kategoria:
ogladam
Filmów o X-manach było wiele, nie różniły się bardzo - mutant, walka, mutant, walka, scena liryczna, mutant. Tym razem jest podobnie, na mutantów czyhają wykrywające je Sentinele, tyle że akcja przenosi się WTEM w lata 70., w których dzielny Wolverine, jeszcze z kościanymi szponami, ma przekonać Profesora Xawiera, że warto zakumplować się z Magneto oraz że trzeba uchronić Mystique przed próbą zabójstwa ówczesnego wroga mutantów, złego naukowca Traska. Zaczyna się niezbyt fortunnie, bo Wolverine budzi się obok gołej panny na łóżku wodnym (tak, wiadomo, jak to się skończy), ale szybko przechodzimy do punktu, bo pokazuje goły tyłek.
Efekty są świetne, zwłaszcza że Magneto ze swoją zdolnością oddziaływania na metal jest na wolności, co okazuje się bardzo widowiskowe na przykład w sytuacji, kiedy cała ekipa rządząca Stanów Zjednoczonych nieprzewidująco chowa się w metalowym safe-roomie w Białym Domu. Jak to w filmach z cofaniem się w czasie, łatwo o każde zakończenie - ot, zmieniła się przyszłość, bo coś zaszło w przeszłości. Tu zakończenie nie rozczarowuje, aczkolwiek lojalnie ostrzegam, że to film wybitnie rozrywkowy.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 31, 2015
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kilka tytułów nagrodzonych bądź nominowanych do Oskara mnie zmyliło, przyznaję. Okazały się ciekawe, nowatorskie, zwyczajnie fajne. Na szczęście "Birdman" przywrócił mnie do pionu - jest to film absolutnie zbędny, wyżęty z czegokolwiek, nie pozwalający na zawieszenie oka na czymkolwiek poza kwestiami formalnymi[1] czy pozafabularnymi[2].
Aktor, grający naście lat temu w kasowych filmach o superbohaterze (tu oczko do widza, bo Michael Keaton i Batman, nawet czas się zgadza), teraz usiłuje za własne (i przyjaciół pieniądze) wystawić na Broadwayu sztukę z lat 40. Miewa delirkę, ponieważ nadużywał i nadużywa, nie może się dogadać z córką (również po odwyku) ani z kochanką, ma pretensje do świata i siebie, że przestał być sławny. Czasem wydaje mu się, że jest naprawdę superbohaterem i że może siłą woli strącić wazon albo coś. Tyle że niekoniecznie.
Obiecywali mi dekonstrukcję suberbohatera, obiecywali komedię, moralitet nad zmarnowanym na pogoń za błahą karierą życiem. Dostałam nieudacznika w kryzysie wieku średniego, który zatrzasnął się w gaciach poza teatrem i został sławny, bo przedefilował speszony przed tłumem z komórkami w rękach. Nuda, nuda, nuda. Nie idźcie tą drogą.
[1] Najlepszy film 2014 roku tylko dlatego, że kręcony bardzo długim ujęciem? Meh.
[2] Świetne zdjęcia. Świetni aktorzy. Świetna muzyka. Czasem goły tyłek i białe majtki. Tylko zabrakło czegoś więcej.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 23, 2015
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Ziemia po kataklizmach, technicznie podupadła, niewiele rośnie (głównie kukurydza[1]), wszystko zasypuje pył. Były pilot, Cooper, prowadzi gospodarstwo gdzieś w Ameryce, wychowując samotnie syna i córkę. Co jakiś czas chwyci sobie zbłąkaną dronę[2], a że jest inżynierem, to sobie z części jakąś maszynę skleci. Ponieważ w pokoju córki pojawiają się anomalie grawitacyjne, odkrywa, że to ktoś (inna cywilizacja) próbuje się z nimi porozumieć. Dzięki współrzędnym geograficznym zapisanym binarnie w pyle trafia do ultra tajnej placówki rządowej, która odkryła, że za Saturnem jest czarna dziura, a za nią rokujące słońce z planetami. Cooper wolałby zostać z dziećmi, ale że jest pilotem i marzycielem, udaje się w ekspedycję, żeby znaleźć dla ludzkości nową planetę. Komunikacja z Ziemią jest jednostronna - załoga statku dostaje wiadomości z Ziemi, przez zaburzony anomaliami czarnej dziury upływ czasu Cooper obserwuje, jak jego dzieci dorastają i coraz bardziej jest rozdarty między szukaniem nadziei dla ludzi a próbą powrotu. A decyzje, jakie podejmuje z załogą, powoli prowadzą do sytuacji, że ani ludzkość się nie uratuje, ani nikt nie wróci.
Dużo paradoksów, świetna, raczej analogowa technika[3] (w tym doskonałe, dowcipne i nieco cyniczne roboty) oraz wprowadzający entropię czynnik ludzki na wielu poziomach. Do tego aktorzy - Matthew McConaughey tym razem mniej zdegenerowany niż w True Detective, doskonały drugoplanowo Matt Damon czy fantastyczny Michael Caine (oraz epizodycznie John Lithgow). Jest długi, ale to zupełnie nie przeszkadza - nawet jeśli sceny nie są napakowane akcją, to i tak doskonale utrzymuje uwagę, przeskakując między ekspedycją a Ziemią. Lubię, kiedy film mnie wciągnie tak, że siedzę z zaciśniętymi kciukami i mam nadzieję, że będzie happy end (chociaż niespecjalnie lubię happy endy wszak).
I nawet jeśli kogoś nie kręci eksploracja kosmosu, to warto obejrzeć dla samej symulacji piątego wymiaru w bibliotece - ach, ktoś wreszcie zwizualizował pratchettowską L-space!
[1] Do filmowania zasadzono 500 akrów (2 kilometry kwadratowe) kukurydzy, którą potem sprzedano z zyskiem. Widzę niszę dla mniej udanych produkcji.
[2] Wiem, że dron. Ale drona mi zdecydowanie pasuje bardziej, tak samo jak ratatuja.
[3] Odyseja kosmiczna XXI wieku. I ze względu na sztafaż, i skupienie się na człowieku, i minimalistyczną muzykę podkreślaną umiejętnym zastosowaniem ciszy.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 21, 2015
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
On wychodzi rano w piątą rocznicę ślubu, chwilę siedzi na plaży i myśli, idzie do baru swojej siostry, wypija - jak to Amerykanin o poranku - szklaneczkę procentów, po czym wraca do domu. Zamiast żony zastaje potłuczony stolik i pewien nieład. Policja na początku nieco oporna, bo w zasadzie wyjaśnień jest wiele, zaczyna prowadzić błyskawiczne śledztwo, kiedy dowiaduje się, że zaginiona żona to córka autorki serii książek dla dziewczynek, pierwowzór postaci Dzielnej Amy, znanej całemu pokoleniu. Natychmiast pojawia się obfity media coverage, dziennikarze prześcigają się w domysłach, czy za zaginięciem nie stoi aby mąż; teorię zdają się potwierdzać kolejne odkrycia tajemnic związku. Mąż, grany przez nieco drewnianego Afflecka (wyjątkowo dobrze dobranego do emploi), prowadzi swoje śledztwo wraz z siostrą i zatrudnionym cudownym (i drogim adwokatem). W tle słychać muzykę napisaną częściowo przez Trenta Reznora, świetnie współgra z akcją.
Starałam się ominąć wzrokiem wszelkie recenzje czy informacje o fabule, bo miał być thriller z twistem albo kilkoma. Mimo to, kiedy w pewnym momencie TŻ stwierdził, że odkrywając kolejne tajemnice trudno powiedzieć, kto jest gorszy w tym związku - mąż czy żona, jakoś od początku miałam wrażenie, że wszystkie zmyłki są dość toporne i wyjaśnienie jest jedno. Mimo to film jest bardzo przyzwoity, chociaż nie nazwałabym go rewelacyjnym.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 11, 2015
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Ze sztuki w Teatrze Animacji dowiedziałam się dzisiaj, że i gęsi mogą mieć depresję. Nie skrywam wstydliwie, że uwielbiam lalki i akceptuję umowność łączenia gry aktorskiej i kukiełkowej. "A niech to gęś kopnie" jest dla dzieci w warstwie wizualnej i tekstowej, ale gdzieś głębiej i dla dorosłych. Depresja, brak celu w życiu, niska samoocena, nerwowa matka na krawędzi grzmotnięcia niepokornego potomka i mitygująca się tylko, bo ludzie, wyśmiewanie - to dobre tematy do przegadania nawet z 5-latkiem. Warstwa wizualna - cudo: świetne autorskie zwierzątka, dopracowane co do szczegółu - z breloczkami, różniącymi się fakturą materiałami, bucikami; doskonałe zastosowanie starych drewnianych komód jako mikro-scen, czasem z użyciem szuflad, przedstawiających na przykład pięknie iluminowany staw z błyszczących cekinów. Po spektaklu aktorzy się ukłonili, a potem wszystkie kukiełki wyjechały do obejrzenia - można było zobaczyć z bliska, jak zrobić gest kukiełkową ręką czy w jaki sposób realizowane są niektóre efekty specjalne.




Przy okazji podejścia do pozyskania pracy zarobkowej na Wildzie (nieudanego), trafiłam do malutkiej pizzerii, do której się od dawna wybierałam. "Suszone pomidory" serwują świetną, cieniutką pizzę, sałatki, zupy i makarony (oraz, jak większość hipsta miejscówek - Fritzcolę). Co jest dość unikalne w Poznaniu - gratis woda stołowa, z miętą i cytryną.


Adres: róg Św. Czesława 13 i Poplińskich 12A, FB. Trzeba zejść po schodkach do sutereny, nie ma kącika dla dzieci. W weekendy warto rezerwować stolik, bo tłumy.
Poza tym drgnęło na froncie mieszkaniowym - o tym można przeczytać blog obok.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 22, 2015
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie my, a wampiry w Nowej Zelandii. We wspólnym mieszkaniu żyją wampiry w różnym wieku. Najstarszy, Petyr, niespecjalnie jeszcze przypominający człowieka, ma ponad 8000 lat i mieszka w najgłębszej piwnicy (i raczej nie używa naczyń), pozostali - Viago, Vladislav i Deacon - mają po kilkaset lat i są już nieco bardziej cywilizowani. Niestety, nie jest łatwo być współcześnie wampirem. Ciężko złowić ofiarę (i żeby jeszcze była dziewicą), ktoś musi za dnia usunąć ślady, pomyć naczynia i zanieść do pralni zakrwawioną przyodziewę. Z samą odzieżą jest problem, albowiem trudno dobrać elegancki outfit, jak się nie można przejrzeć w lustrze. Nie do wszystkich lokali można wejść, bo wampir musi być zaproszony. Życie nie jest łatwe, zdecydowanie. Dodatkowo po dzielni szwendają się wilkołaki, czasem bardzo nieokrzesane, choć się starają ("we've werewolves, not swearwolves, remember?"). Abominacja.
Wprawdzie krew się leje i to z rozpryskiem[1], a trup czasem się ściele, ale cudowne mockumentary dwóch ekscentrycznych młodzieńców znanych z serialu Flight of the Conchords to jedna z lepszych niskobudżetowych komedii, jakie ostatnio widziałam. Wszystko jest piękne - wywiady do kamery, hipnotyzowanie policjantów, pyskówki z wilkołakami, sympatyczny analityk komputerowy Stu czy przyjęcie nieumarłych.
[1]- (...) Krew na mojej zabytkowej kanapie!
- Tej czerwonej?
- Teraz już jest czerwona...
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 11, 2015
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
TŻ przetłumaczył sprawnie tytuł jako "Dobry dzień na szklaną pułapkę" i tu, przyznam, skończyły się zalety filmu. Dość powiedzieć, że "Machete zabija" był znacznie lepiej nakręcony, a i scenariuszowi mniej można zarzucić. Jakimś cudem udało się tą część wyprać z chojrackości serii, McClane jest niezniszczalnym dziadkiem, rzucającym bonmotami i strzelającym, gdzie popadnie. Zero namysłu, zero dedukcji, a wszak to policjant, a nie marines.
Tym razem (eks)policjant udaje się na wakacje do Moskwy. Zaopatrzony tylko w rozmówki angielsko-rosyjskie, z których korzystanie niespecjalnie mu idzie (ale próbuje!), chce uratować z aresztu syna; albowiem ma, oprócz córki z poprzedniej części, i syna. Syn tymczasem ratuje z sali sądowej skazywanego właśnie wroga politycznego, naukowca z ancien régime, ponieważ nie jest aresztowaną fajtłapą, tylko undercover szpiclem CIA. Nie wszystko idzie dobrze, pół Moskwy[1] zostaje rozwalone, za plecami mają sługusów rządu, którzy chcą odzyskać kompromitujące materiały, którymi naukowiec macha im cynicznie przed nosem (podczas gry w szachy). Jest młoda i śliczna czarnobrewa córka naukowca, szalony bandyta, który chciał być tancerzem, sporo mięsa armatniego czy samochód z bronią należący do Czeczenów. Akcja przenosi się szybko do Prypeci, która znajduje się tuż obok Moskwy i wcale nie trzeba przekraczać tam granicy, ani drogą powietrzną, ani naziemną. Dużo wybuchów, kolejne kreatywne użycie śmigłowca, jeszcze więcej idiotyzmów ("Mamy tu skażony teren! Nie bojsia, mamy związek 274, który neutralizuje promieniowanie, więc możemy ściągnąć niewygodne kombinezony"), dogodnie podpisane skrzynie z uranem, brakuje tylko scenariusza. A, i Bruce Willis mówi raz "Yupikayey". Raczej nie warte wieczoru.
[1] A w zasadzie Budapesztu, bo tak był film kręcony. Jednak w Moskwę nikt by filmowców z takim scenariuszem nie wpuścił.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 30, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jackson Brodie jest eks-policjantem, a aktualnie prywatnym detektywem. Takim trochę przypadkowym, bo jedna sprawa wprowadza w jego życie drugą. Aktualnie szuka zaginionych kotów nieco odrealnionej staruszki i przypadkiem trafia na przeterminowaną o 30 lat sprawę zaginięcia dziecka jej sąsiadów. Jej dorosłe już siostry, porządkując dom po śmierci ojca, znajdują maskotkę zaginionej trzylatki w szufladzie ojca. Niebawem trafia też do niego sprawa morderstwa Laury, 18-latki, która została zabita pierwszego dnia pracy w firmie jej ojca. Na czwartą historię natyka się niejako mimochodem - kilkanaście lat temu młodociana matka zabiła swojego męża, bo za głośno rzucił drewnem na opał, odbyła karę i zniknęła, a jej młodsza siostra szuka siostrzenicy. Każda z tych historii to odrębna tragedia, na które nakłada się jeszcze niewyjaśnione do dziś morderstwo siostry Brodiego oraz jego własne, czasem dość nieporadne próby dogadania się z byłą żoną w kwestii opieki nad ukochaną córką, Marlee.
Jak napisała dees, to historie o rodzicach i córkach. Z detalicznie opisaną przeszłością, czasem bez przyszłości, ale wymagające - jak w przypadku zabitej nagle Laury - domknięcia. Bardzo zgrabny kryminał, w którym poszczególne historie składają się w układankę - rozwiązanie jednej prowadzi do rozwiązania kolejnej.
Dodatkowo na podstawie książki (a w zasadzie książek) powstał serial - Case Histories. Dwa pierwsze odcinki obejmują akcję z "Zagadek", kolejne - sądząc po tytułach niewydanych w Polsce - "One Good Turn", "When Will There Be Good News?" i "Started Early, Took My Dog". W roli głównej występuje Jason Isaacs, w którym swego czasu byłam zakochana w serialu Capital City.
Inne tej autorki tutaj.
Poza tym, cierpliwi czytelnicy - dodałam trochę zdjęć z Gendanmenmarktu. Oraz - czegoś dobrego pod choinką Wam życzę.

#127
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 24, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Ustaliliśmy z TŻ-em, że trzeba nadrobić zaległości z 2013/2014 i zrobiłam listę filmów must have. Ten jest na samym szczycie listy. Żeby nie było - doskonale spełnia test Bechdel (aczkolwiek nie wiem, jak zakwalifikować tu lady Gagę).
Zaczyna się bardzo spokojnie, bo dopiero w 6. minucie odpada pierwsza głowa (oraz daje do myślenia na temat szkolenia żołnierzy US, którzy spokojnie obserwują dekapitację dowódcy). Potem już dynamika rusza - człowiek przecięty w poprzek się malowniczo rozpada, maczeta podpięta pod wysokie napięcie ma sporą siłę rażenia, a sam Machete wykazuje emocję. Szybko się okazuje, że dramatis personae to: prezydent US (Charlie Sheen, dla zmyłki podpisany jako Carlos Estevez, chyba przeszedł jakąś wewnętrzną przemianę), Miss stanu Texas, meksykański rewolucjonista z zaburzeniami osobowości i kiepskim gustem co do ubiorów (ale - jak Iron Man - ze stalowym sercem), burdelmama ze strzelającym biustonoszem (Sofia Vergara w mega szpilkach) oraz strap-onem ("give me my Double D's!") czy wreszcie Naczelny Złoczyńca (podobno pierwsza rola Mela Gibsona po ciemnej stronie mocy). A, jest jeszcze jednooka komandoska (Michelle Rodriguez) oraz Zabójca-Kameleon (człowiek o wielu twarzach, co jednej to lepszej). Cała ekipa gania się więc z jednej strony granicy US-Meksyk na drugą i twórczo wykorzystuje różne elementy uzbrojenia. Wiadomo, zawsze przydaje się analogowa, chociaż technicznie podrasowana maczeta, ale to, co można zrobić z koroną miss, wirnikiem helikoptera, molekularnym blasterem czy śrubą łodzi, zasługuje na osobny rozdział (aczkolwiek stalowy przeciwpancerny stanik miotający pociski słabo sprawdza się w starciu z defibrylatorem). Machete wprawdzie don't joke, don't text i don't tweet, ale nieustająco lubi ładne panie oraz ma dużo umiejętności dodatkowych - potrafi z lecącego helikoptera spaść na pędzącą motorówkę i puszczać kaczki rakietą ziemia-ziemia. Nie da się go powiesić, zastrzelić ani zawstydzić. Przeciwnicy też nie są tacy ostatni - atakują, trzymając w jednej ręce flaki z rozprutego brzucha, aczkolwiek - owszem - jak się im odetnie rękę, to już nie strzelają. W sumie body count to 101 osób.
W paru miejscach pojawia się trailer kolejnej części - tym razem Machete będzie zabijał w kosmosie. Zdecydowanie to tytuł, który obejrzę, chociaż plotki mówią, że to żart. Panie Rodrigez, jeśli to żart, to takich żartów się nie robi. Rozumiem, że zabawne jest powieszenie zapachowej choinki w helikopterze, ale nie żartuje się z poważnych widzów. A ja jestem bardzo poważna. Bardzo.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 15, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Więc jeśli ktoś uważa, że serial był beznamiętnie brutalny, to chyba zapomniał (jak ja), jak bardzo brutalny był oryginalny film Cohenów. Optymistyczna i trudna do zirytowania czy przestraszenia Marge, prowadząca śledztwo znad talerza z jedzeniem (bądź powstrzymująca mdłości, bo początek ciąży) odkrywa po kolei drugą stronę oszustwa, które niechcący poszło w złą stronę. Jerry, sprzedawca samochodów, chce zrobić spory interes, ale na rozkręcenie potrzebuje pieniędzy. Teść ma, ale niespecjalnie poważa zięcia jako biznesmena i woli sam zarobić, a zięciowi odpalić jakiś drobiazg. Jerry wpada na pomysł, że szemrani koledzy znajomego porwą jego żonę, a z okupu on rozwiąże swoje problemy finansowe oraz spłaci kolegów. Porwanie nie idzie bezśladowo - porywaczy zatrzymuje policjant, widzą przypadkowi podróżujący, zaczyna lać się krew. Nikt nie przejmuje się mikrośladami, DNA czy dowodami, wystarczy zwykła, solidna policyjna robota. W tle zima stulecia, barwny półświatek i malowniczy świadkowie z małego miasteczka.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 7, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj