Jestem Europejką
Zwłaszcza dziś, bo czuję się jak Turek w dowcipie o walkach gangów tureckich i rosyjskich, co to na strzelaninę przyszedł z nożem. Ja z kolei pojechałam robić zdjęcia bez aparatu.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Zwłaszcza dziś, bo czuję się jak Turek w dowcipie o walkach gangów tureckich i rosyjskich, co to na strzelaninę przyszedł z nożem. Ja z kolei pojechałam robić zdjęcia bez aparatu.
She's incommunicado no comment to make (...) Maybe on Monday she got something to say.
To całkiem odrębny naród jest. Mówią innym językiem, wierzą w inne rzeczy i do tego są potwornie sfrustrowani. Wczorajszy staruszek wprawdzie nie chciał mnie zabić, ale przez całą drogę narzekał, że jest tak strasznie gorąco, że mu trawa schnie na działce, a na moje nieśmiałe sugestie, że mógłby podlać, oburzony mnie opieprzył, że kto za tą wodę i prąd na to podlewanie zapłaci? No kto? Przecież on na to więcej wyda, niż ta trawa jest warta. I to wszystko wina ludzi, bo się nie modlą. Jakby się modlili, to by popadało. A poza tym to szkoda, że nie ma już Breżniewa, bo na Breżniewa można zawsze wszystko złe zwalić. A tak to na kogo to nie ma. Nie lansowałam modnej tezy, że na Kaczyńskiego, bo pan wyglądał bardziej na PiS, jak nie na okolice radia Maryja.
Podczas kolacji opowiadam o pracy. Że nowi przyszli. Dwie osoby pracowały w Domdacie, a jedna z tych osób - dziewczyna - ma psa, owczarka niemieckiego.
TŻ [poważnie]: To logiczne, w końcu Domdata to niemiecka firma.
Wracamy z pracy z przystankiem w markecie w celu zakupów na kolację.
- Kupisz mi konwalie?
- Ale dlaczego?
- Co dlaczego?
- Przecież byłem grzeczny.
Przypomniał mi się dzisiaj dowcip, jak to mąż idzie z żoną i kłania się nieznajomej (jak się łatwo domyślić, nieznajomej tylko żonie) blondynce. Żona pyta, kto zacz, mąż krótko konstatuje "Moja kochanka". Napięta cisza, idą dalej, mąż kłania się nieznajomej brunetce. Żona, przezwyciężając urazę, pyta znowu, kto to. "Kochanka mojego szefa". Milczenie, idą dalej, po dłuższej chwili żona rzuca: "Nasza ładniejsza". Siedzę sobie więc dzisiaj w knajpce w Starym Browarze (Filigrando, fantastyczne zapiekane bagietki i marchewka jako zakąska do kawy/herbaty) z kołorkerami, mijają nas eleganckie i ładne dziewczęta, w jednej z nich rozpoznaję moją panią Martę od pazurków. S. z niejakim zachwytem stwierdza, że "Zuza, Twoja pani od pazurków ładniejsza od >>naszej<< pani Agnieszki".
Z półki w Piotrze i Pawle rzuciły się na mnie After8 cytrynowe w gorzkiej (85%) czekoladzie. Do gardła mi się rzuciły.
I muszę sprzedać anegdotkę z dzieciństwa, która mi straumatyzowała posiłki w przedszkolu (muszę, bo mnie ciśnie co jakiś czas, a obiecałam TŻ-u, że już jej nie będę opowiadać[1]). Spożywamy ostatnio w domu głównie kanapki, bo z wielu przyczyn w tygodniu ciężko jest cokolwiek gotować. Kupiłam w Tchibo bardzo poręczną tarkę, która przerabia trochę podeschniętą goudę na świeże wiórki. Wiadomo, kanapka z wiórkami jest o wiele smaczniejsza niż kanapka z plastrem sera. I z najwcześniejszego dzieciństwa zostało mi wspomnienie tego dnia w przedszkolu, kiedy to dostaliśmy na śniadanie kanapkę z tartym serem. Byłam dzieckiem słabo i niechętnie jedzącym, więc panie zachwyciły się faktem, że zażyczyłam sobie dokładki i posłały do kuchni po jeszcze jedną kanapkę dla mnie. Po czym poszłam do kąta, bo nie chciałam już tej kanapki, co z kuchni przyszła, zjeść. Na jedną kanapkę się paniom kucharkom nie chciało ścierać sera i kanapka zawierała ser w plastrze.
[1] Nie było mowy o pisaniu.
Więcej szczegółów na temat akcji na stronie zbierających pieniądze. Uważam, że kto czytał - powinien się dorzucić w jakiejś formie.
Tytułowa transakcja dotyczy mojej nowej pralki Bosch i pochodzi z pewnej hurtowni, która jest tania i dostarcza stuff AGD z wniesieniem, więc znajomości ortografii się nie czepiam (acz przyznam, że "swinalizowanie" kojarzy mi się z okładaniem prosiakiem). Zabawna natomiast jest historia pozbywania się starej pralki, która już po raz drugi stwierdziła, że odprowadzanie wody jest dla mięczaków, więc nie będzie. Średnio przepadam za wyciąganiem z pralki spienionego i ociekającego prania, zdecydowaliśmy więc, że nie myjemy, tylko robimy nowe. Z przyczyn czysto wygodnickich wystawiłam na Allegro pralkę za 1 zł z delikatną sugestią, że chcę się pozbyć i jestem świadoma, że za tyle sprzedaję. Chętny się znalazł, kliknął, pralkę wyniósł wczoraj wieczorem. Dziś dostałam uprzejmego maila od altruistycznego allegrowicza, który ubolewa, że taką dobrą pralkę za 1 zł oddaję i doradza mi, jak łatwo (każdy potrafi odkręcić parę śrubek i wymienić pompę jakąśtam), bo przecież szkoda!
A mnie nie szkoda, bo kupiłam sobie nowego Boscha WAE 24360, który będzie mnie kochał i prał, podając mi czas do otwarcia drzwiczek i klaskając w przednie łapy, jak przyniosę rybę. Wróć, to foka. Potem zrobię sobie kafelki w kuchni. Na ścianie, nie na patelni.
Albo wychodzi płasko, albo patetycznie, albo jakoś zupełnie nie tak. Trochę lepiej mi idzie ze słuchaniem, ale mam parę zastrzeżeń. Nie znam się na dźwiękach, mam słuch drugiego stopnia (słyszę jak grają i rozpoznaję hymn). Nie umiem się na muzyce skupiać, zawsze jest to tło -dlatego mam problem z koncertami, bo dawka nieróżnorodnej muzyki, podczas słuchania której nie mogę robić czegoś innego, mnie męczy. Mam też syndrom inż. Mamonia - lubię tę muzykę, którą znam, co dość mocno ogranicza (nie do zera, ale zawsze). W przeciwieństwie do TŻ, który zna na pamięć składy i historie sporej części zespołów, umie wymienić z pamięci dyskografie i bezbłędnie w radiu rozpoznaje, kto gra, a do tego przesłuchał ten +/- tysiąc płyt, co nam stoi na półkach. Ja mam swój zestaw płyt, których słucham często i które zawsze miło drapią moje ego.
Dzisiaj sobie wyciągnęłam Malkę Spigel - "Rosh Ballata". Nie wiem, co ta płyta ma, ale zapadła we mnie od pierwszego razu. Czuć lato, lenistwo w promieniach słońca, morze, liście szumiące na wietrze i spokój. I obietnicę, że będzie bez zmartwień, ładnie i bez konieczności spieszenia się gdziekolwiek. Nie wiem, o czym Malka śpiewa, bo pochodzi z Izraela i w tym języku są słowa. Ale to nie istotne - głos to kolejny instrument tworzący nastrój. Jak kto lubi kategoryzować, to określa się jej muzykę jako "minimal post-punk/punk-funk sound".
... bo gram w Big Cahuna Reef. I jakoś mi tak nie do pisania.