Kategoria:
rozne
Mastermind to pełnometrażowy odcinek szwedzkiego serialu o śledztwach komisarza Wallandera. Zdecydowanie zyskuje w przeciwieństwie do serialu, zwłaszcza oglądanego na Polsacie, gdzie po reklamach zapominam, co było przed reklamami. Ktoś zaczyna manipulować Wallanderem, Lindą, Stephanem i Martinssonem, prowadząc ich do dziwnych śladów - oderwanej głowy manekina, wykrwawionych zwłok kobiety. Kiedy znika córka Martinssona, a Linda w wyniku dziwnego wypadku na strzelnicy traci wzrok, wszyscy na komisariacie zaczynają wierzyć Wallanderowi, że to nie przypadek, tylko ktoś ma metodyczny plan i dostęp do policyjnych danych. Wprawdzie mogłabym palcem pokazać, w których miejscach policja popełniła błąd czy zastanowić się, czy "Krafchik" to jugosłowiańskie nazwisko, ale spodobał mi się rozmach filmu i trzymająca w napięciu końcówka (koniecznie w starej fabryce).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 21, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
W ramach szeregu mini-katastrof wczoraj wieczorem padł prąd i tak sobie leżał do wczesnych godzin porannych. Zapomniałam już, jak to jest, mimo że wychowałam się w latach, kiedy wyłączenia prądu w ramach 20-tego stopnia zasilania były na porządku dziennym i z rozrywek pozostawało czytanie przy świecach i słuchanie radia na baterie (dla wszystkich) bądź stwarzanie podwalin pod baby-boom (dla starszych). Zapałek wczoraj nie chciało mi się szukać, czekaliśmy więc na włączenie zasilania, barłożąc się na kocykach z poliestru i z uciechą patrząc na koty, które ocierały się o kocyki i iskrzyły jak tramwaje (i, muszę przyznać dla uczciwości, czytając na laptopie zachomikowane archiwa blogowe). I tak sobie rozmawialiśmy z TŻ i z tej rozmowy powstała drążąca nas kwestia: Czemu ktoś produkuje brzydkie rzeczy?
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 15, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 15 komentarzy
- Skomentuj
Disclaimer: Wiem, że są fachowcy dobrzy, słowni, punktualni i odpowiedzialni. Kilku miałam nawet okazję spotkać. Pozdrawiam niniejszym. Tych innych nie pozdrawiam.
Disclaimer 2: Chętnie bym "Złotą Rączkę" zamieniła na bardziej pasującego mi mentalnie Wesołego Romka, ale mi się rodzina obrazi ;-)
Za każdym razem, kiedy mam wpuścić do domu pracownika fizycznego, żeby położył tapetę, kafelki, malował, zamontował drzwi, podłączył urządzenie czy cokolwiek innego, jestem chora. Wczorajsza akcja, kiedy jeden idiotyczny ruch wiertarką spowodował w moim domu kataklizm, owocujący na razie[1] brakiem ogrzewania, ciepłej wody i rozwalonym kawałkiem podłogi, dowodzi, że nie bez podstaw.
Złote Rączki irytują mnie wszechstronnie.
Niepunktualnością. Jeszcze nie zdarzyło się (raz), żeby jeden z drugim przyjechał na umówioną godzinę. "Będziemy o 11" to taki teaser rzucony na odczepnego, oznaczający, że może o 12, ale równie dobrze i 4 godziny później. Albo wcale.
Bezmyślnością 1. Tylko wyjątki nie mylą mojej ulicy z osiedlem, mimo że nauczona smutnym doświadczeniem za każdym razem wyraźnie powtarzam, że chodzi o osiedle. Co drugi jedzie na ulicę i przy dobrych wiatrach[2] dzwoni z pytaniem, gdzie to ja mieszkam. Rekordzista wysłany sms-em adres przepisał na kartkę i zamienił małe "d" na 0 (słownie: zero), przez co szukał bloku powiedzmy 40d na osiedlu z 10 blokami.
Niekomunikatywnością. Bo rzadko która Złota Rączka zadzwoni sama, jak jest problem. Dzwonię ja i słyszę [2] "No bo ja tu krążę po okolicy i nie mogę znaleźć", "Właśnie miałem do pani dzwonić" czy najweselsze "A wie pani, właśnie o pani pomyślałem", rzucane najczęściej kwadrans po umówionym terminie.
Bezmyślnością 2. Taka małpia ciekawość, co to będzie, jak walnę tu młotkiem albo wsadzę wiertło i puszczę udar. Przyzwyczajona do ostrożnego TŻ-a, który oznacza na wiertle, na ile się można wwiercić, sprawdzając grubość ściany, nie spodziewałam się, że można wpaść na pomysł wsadzenia zamiast 5 cm, potrzebnych na kołek, 15 cm stali (czy z czego tam robią) w przestrzeń między panelami, a potem po "bzzz, psss" spróbować tej sztuki jeszcze w dwóch miejscach, żeby się przekonać, "czy jakbym wiercił tu i tu, to bym trafił na rurę"...
Gadatliwością. Ja rozumiem, że panowie nie dla przyjemności tu przychodzą, ale niestety panowie nie rozumieją, że ja nie siedzę z nimi, bo mam taką fanaberię. Chętnie dostarczę kawy, herbaty, kanapkę, włączę muzykę, podam nóż, wiadro na gruz, worek na śmieci, ścierkę[3] czy szufelkę. Nie. Muszę wysłuchać raportu o stanie dróg, finansach, polityce, zdrowiu ze szczególnym uwzględnieniem nowotworów (bo pan miał), chorób dróg intymnych i powikłań przy porodzie [4], wychowaniu dzieci itp., nawet jeśli z mojej strony dobiega "uhm" bądź nic nie dobiega[5]. Dwóch pan jednocześnie też nie rozwiązuje problemu, bo rozmawiają głośno między sobą. O tym trzecim współpracowniku, który by to spieprzył, a poza tym nie ma dziewczyny i popija co wieczór. O rodzinach. Wspólnych znajomych. Byłych, obecnych i przyszłych miejscach pracy ze szczególnym uwzględnieniem ściągalności należności oraz egzekwowaniem tego typu spraw przez telefon w trakcie.
Węszeniem. Przypadkowym otwieraniem drzwi, zaglądaniem i wyceną w oczach. Mam bałaganiarskie mieszkanie, pełne rozmaitych rzeczy, które lubię bądź mam z jakiegoś powodu. Źle się czuję, kiedy w moje życie wchodzi ktoś w brudnych butach.
Wścibskością. Pani, a po co pani tyle książek/ubrań/płyt? Pani, a kto pani kładł te panele? Pani, a tak pani cały dzień przy tym komputerze? Pani, a po co aż trzy koty? Pani, a kiedy następne? ([4] to mnie szczególnie ubawiło, bo zadane zostało na tydzień przed terminem porodu aktualnego, kiedy brzuch mnie zasłaniał ze wszystkich stron).
Mundrością. Bo po powyższych pytaniach pada nieodmiennie "Bo ja to bym". Wyrzucił te książki, ubrania oddał na wieś, zmywarkę kupił mniejszą, dziecku zabrał smoczek, panele położył inaczej, szafę zamontował odwrotnie. Co zrobił z kotami to tak oczywiste, że już nie muszę nawet pisać.
Seksizmem. To męża Złota Rączka chce pytać, na jakiej wysokości umieścić klamkę, czy wybrać taki czy inny materiał ("pani zadzwoni i spyta męża").
Besserwisseryzmem. No nie wiem, czy tak to będzie dobrze, bo myśmy u Niemca tak nie kładli. Te dekory to się pani znudzą i będzie pani kuć kafle, żeby się ich pozbyć. Ja to bym przestawił.
Sprytkiem i obrotnością. [3] Pani, nie chciałem przeszkadzać, a mi tu ciekło, więc wziąłem te ścierki, żeby wytrzeć. Stał sok, to wypiłem (no że też trafiło na nieco przeterminowany, nominowany do wyrzucenia).
Dlatego stanowczo odmawiam jakichkolwiek więcej zmian w domu. Nie ruszać, jak działa. To moje ostatnie słowo. Na dziś.
[1] Na razie, bo w opcjach jest zrywanie całej puli paneli z przedpokoju, sypialni, demontaż szafy wnękowej i drzwi do garderoby, połączony z kuciem podłogi. Albo gustowne miedziane rury puszczone pod sufitem. Rustic style. Na teraz mam grzejnik, zmywarkę i czajnik z wrzątkiem.
[5] Pan Z. aż wychodził z łazienki sprawdzać, czemu nic nie mówię.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 10, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 14 komentarzy
- Skomentuj
Myślałam, że po tym, jak pan monter patrząc na moją 15-miesięczną córkę zaczął opowiadać, że była afera z pedofilami, którzy krzywdzili, wie pani jak, takie dzieci, i co to on by z takim pedofilem na budowie zrobił, gorzej być nie może. Ale nie. Kiedy już w głowie układałam sobie, jak ładnie umyję podłogę po ich wyjściu, popatrzę na śpiące dziecko i zrobię sobie świeżej herbaty, usłyszałam syk, a chwilę potem: "Pani, a pani nie mówiła, że tu jest ogrzewanie podłogowe". Ogrzewania jak żywo nie było, była za to rura doprowadzająca wodę z pieca do kaloryferów.
Teraz oprócz trzech nowych ościeżnic i dwojga nowych drzwi mam przebitą rurę w podłodze, brak ogrzewania i ciepłej wody, a o 19-20 w planach zrywanie paneli, rozmontowywanie części założonych właśnie drzwi oraz skuwanie wylewki między sypialnią a przedpokojem, żeby naprawić rurę.
I jest mi wszystko jedno, kto za to zapłaci (bo oczywiście, że ja, ależ; skąd monter miał wiedzieć, że tam idzie rura, a administracja domu obwinia montera), bawi mnie tylko zdanie rzucone przez pana montera: "A pani mąż to się bardzo zdenerwował?".
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 9, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Pan spotkany w sklepie poinformował mnie, że jego córka (22 miesiące) chodzi na angielski metodą wspomnianej pani[1], zostawiając mnie ze sporym #wtf, jaki jest sens[2] wydawać pieniądze na naukę obcego języka dziecka, które w zasadzie jeszcze nie mówi w jakimkolwiek.
[1] Najbardziej fascynujące w tym jest to, że pamiętam z lektury któregoś z Magazynów Polski, że pani wsławiła się też tym, że ma dziecko z banku nasienia i celowała w losowego noblistę.
[2] Wiem, czytałam w Wikipedii. 9 lat nauki, tak.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 23, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
Poznałam jakiś czas temu B., który - okazało się - pracował z dwoma moimi kolegami ze studiów. Bywałam u nich często z powodów towarzysko-prozaicznych (towarzysko - bo moja przyjaciółka P. kochała się w jednym z nich, prozaicznie - mieli komputery podłączone do internetu). Po latach okazuje się, że w świat poszła za mną fama, że u nich bywałam i zjadłam im kiełbasę. Trochę #facepalm.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 19, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 9 komentarzy
- Skomentuj
Nie lubię takich dni. Niby nic złego się nie dzieje. Budzę się przytomna, ale nie chcę wychodzić z łóżka. Za oknem zimno, szaro i ponuro. Nie pada, ale wolę zostać w domu, chociaż i tak nic nie robię. Czas przelatuje mi między palcami. Nie czytam, nie piszę, nie fotografuję (a każdy dzień bez jakiegokolwiek zdjęcia uważam za stracony), nie gotuję, tylko czekam, żeby dzień się skończył. Nie chcę sobie nic kupić. Nie chcę kwiatów w wazonie. Zakładam pierwsze lepsze rzeczy wyciągnięte z suszarki (co o tyle jest bezkolizyjne, że ostatnio prałam partię czarnych), nie zwracam uwagi na to, co mam na głowie. A najgorsze jest to, że teraz będzie większość takich dni. Bez słońca, bez chęci do życia, takich na przeczekanie, aż świat stanie się nieco strawniejszy.
(*) Wiem, w oryginale jest "nights".
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 17, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Jedną ręką huśta dziecko, drugą trzyma słuchawkę.
... no, Areczek to Porsche to od kilku lat ma, nie? No, czarne, cayenne. No, i Basieńka też ma, nie? Ale ona od roku, nie? Jak syna urodziła, to musiała zmienić samochód, bo się nie mieściła. No. I ona, rozumiesz, pojechała do TESCO kupić spodnie. Bo mówiła, że nie opłaca jej się kupować normalnych ciuchów, bo jeszcze nie schudła po ciąży. No i mówię jej, nie, że jak Ty będziesz wyglądać, jak wysiądziesz z porsche w spodniach z TESCO, nie? Ona mówi, że... No, więc ja jej mówię, że jak ci to pasuje, to tak rób. No. Ja mam w dupie, nie?
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 13, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Przypadkiem znalazłam na TV Polonia. Zgrabna obyczajówka o przyjaźni, wzmocniona świetnymi dialogami i zestawem czeskich aktorów, znanych z ekranizacji Viewegha czy filmów Zelenki. Trzej koledzy ze szkoły przyjaźnią się i dookoła ich przyjaźni toczy się życie - przychodzą żony i kochanki, pojawiają się dzieci, w tle tajemnice, kłótnie i rozstania. Kilka pytań: czy warto mówić najlepszemu przyjacielowi, że dziecko nie jest jego, a bezpłodnej żonie najlepszego przyjaciela, że jej mąż ma od lat kochankę i kilkuletnie dziecko? Czesi umieją na takie pytania odpowiadać bez moralitetów, pokazując przy okazji ładną, letnio-jesienną Pragę.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa październik 13, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Dużo się uczę ostatnio. Wydawało mi się, że mam niezłe pokłady cierpliwości i ze spokojem (i kreatywnie!) dam sobie radę z epoką "dlaczego". Zwątpiłam po wczorajszym kwadransie z trzylatkiem przy piaskownicy. Deski okalające były przymocowane plastikowymi śrubami i jedna śruba zniknęła. Posypujemy w okolicy dziury po śrubie z Majem deskę piaskiem (Maj) i dmuchamy (ja). Przypełzł trzylatek i pyta, dlaczego ta dziura. Wyjaśniam, że była zaślepka, ale nie ma. A gdzie jest? Nie wiem. Dlaczego? Bo mnie nie było, kiedy zniknęła. A gdzie byłam? Nie wiem, bo nie wiem, kiedy zniknęła. A dlaczego zniknęła? Może ktoś zabrał. Kto zabrał? Ty? Nie, nie ja. A kto? Może jakieś dziecko? Jakie dziecko? Nie wiem. A dlaczego nie wiesz? (poszłam na podły podstęp) Bo mnie tu nie było, ale może Twoja mama wie. (Trzylatek pognał do rodzicielki, ale wrócił szybko, za szybko). Mama mówi, że nie wie. I ty wiesz? Nie wiem, ale może leży gdzieś w piaskownicy, można poszukać (śruba, nie mama, mama siedziała na ławeczce i gwarzyła z koleżanką). A dlaczego? Co dlaczego? Dlaczego można poszukać? Bo nie ma. A dlaczego nie ma? A. A. A. Poproszę syfon.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 8, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 12 komentarzy
- Skomentuj