Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Eternal Sunshine of the Spotless Mind

Film jest dość stary i zakładam, że dawno obejrzany. Ale jak kto nie widział, a chce, to lepiej sobie obejrzeć niż czytać, bo film ładnie odsłania po kolei całą historię.

Można zniszczyć dowody, ale nie można zniszczyć wspomnień. ESotSM to najładniejszy film o miłości, jaki znam (no, jeden z ładniejszych). O tym, czy gdybyśmy się spotkali w innych okolicznościach, to byśmy się pokochali. Czy nowa szansa z czystą kartą pozwala na uniknięcie tych wszystkich błędów, które popełniliśmy wcześniej?

W Lacuna Inc. można sobie wyczyścić pamięć po związku nieudanym albo bez przyszłości. Wystarczy wyrzucić wszystko, co przypomina o drugiej osobie, poprosić znajomych o nie poruszanie tematu i odbyć krótką nieinwazyjną procedurę, usuwającą wszystko, co związane z byłym partnerem i już. Nie ma, nie boli. Joel po dwóch latach życia z Clementine dowiedział się, że po ostatniej kłótni Clementine wytarła jego ślady ze swojej głowy. Wprawdzie chciał ją przeprosić, ale zdecydował, że lepiej będzie o niej zapomnieć. Ale w trakcie znikania kolejnych wspomnień dotarło do niego, że wcale nie chce. Chce zachować w głowie wszystko, co miało z nią związek - pierwsze spotkanie, kolor włosów, kłótnie, ciepłe momenty.

Świetny, melancholijny i tragiczny Jim Carrey, szalona i uczuciowa Kate Winslet, drugoplanowo naiwnie czysta Kirsten Dunst i nieco psychopatyczny manipulant Elijah Wood. Oniryczny i symboliczny Gondry, podobnie w "Jak we śnie" wchodzi w podświadomość, wspomnienia i sny. I mimo tego, że świat w głowie się rozsypuje, to jednak da się na gruzach poskładać całość i zacząć od nowa, trochę mądrzej, cierpliwiej i rozważniej. Optymistycznie, bo mówi, że są drugie szansy.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 3, 2011

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


#jestemstaraimamzazłe, czyli o tolerancji

Zawsze na przełomie roku fascynuje mnie, że według większości ludzi tolerancja polega na tym, że należy nie przeszkadzać im w hucznym obchodzeniu. Owszem, jestem w stanie się domyślić, że będzie głośno, nie potrzebuję wizyty sąsiada, uprzedzającego, że może być hałas (i tak naprawdę na co mi to uprzedzanie, nie jestem w stanie wygłuszyć mieszkania, żeby nie słyszeć kłótni i łomotów pijanej pary na klatce schodowej o 3 nad ranem). Nie ogarniam natomiast, czemu nagle się ludziom wyłącza jakakolwiek przyzwoitość, muzyka łupie tak, że ściany drżą, a pijane bydło pali na klatce schodowej, co chwila otwierając drzwi i wypuszczając jeszcze głośniejszą muzykę, prowadząc wrzaskliwe dyskusje oraz biegając z łomotem po schodach, a próba pacyfikowania starcza krótkofalowo na 3 minuty, a długofalowo może się najwyżej skończyć tym, że wesołki będą łomotać w moje drzwi, wychodząc z imprezy do domu (BTDTGTT). Uprzedzając pytania, zdarzało się, że bywali u nas goście, ale muzyka nie wyła do wczesnych godzin porannych, a jak ktoś wychodził, to bez dodatkowych atrakcji typu stado słoni na schodach. Chciałabym zacząć promować inną wersję tolerancji, konkretnie "Jestem tolerancyjny, nie wszyscy muszą uczestniczyć w mojej imprezie". Ale to chyba niepopularny pogląd.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 1, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 13 komentarzy - Skomentuj


#jestemstaraimamzazłe, czyli o tolerancji

Zawsze na przełomie roku fascynuje mnie, że według większości ludzi tolerancja polega na tym, że należy nie przeszkadzać im w hucznym obchodzeniu. Owszem, jestem w stanie się domyślić, że będzie głośno, nie potrzebuję wizyty sąsiada, uprzedzającego, że może być hałas (i tak naprawdę na co mi to uprzedzanie, nie jestem w stanie wygłuszyć mieszkania, żeby nie słyszeć kłótni i łomotów pijanej pary na klatce schodowej o 3 nad ranem). Nie ogarniam natomiast, czemu nagle się ludziom wyłącza jakakolwiek przyzwoitość, muzyka łupie tak, że ściany drżą, a pijane bydło pali na klatce schodowej, co chwila otwierając drzwi i wypuszczając jeszcze głośniejszą muzykę, prowadząc wrzaskliwe dyskusje oraz biegając z łomotem po schodach, a próba pacyfikowania starcza krótkofalowo na 3 minuty, a długofalowo może się najwyżej skończyć tym, że wesołki będą łomotać w moje drzwi, wychodząc z imprezy do domu (BTDTGTT). Uprzedzając pytania, zdarzało się, że bywali u nas goście, ale muzyka nie wyła do wczesnych godzin porannych, a jak ktoś wychodził, to bez dodatkowych atrakcji typu stado słoni na schodach. Chciałabym zacząć promować inną wersję tolerancji, konkretnie "Jestem tolerancyjny, nie wszyscy muszą uczestniczyć w mojej imprezie". Ale to chyba niepopularny pogląd.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 1, 2011

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


I love you, Phillip Morris

Steven Russell był doskonałym ojcem, mężem i bogobojnym katolikiem. Miał też jedną malutką wadę - trochę kłamał. Bo oprócz tego był zdeklarowanym gejem oraz oszustem. Z krótkiego epizodu pracy w policji wyciągnął umiejętność pozyskiwania danych i nagle się okazało, że może być kim tylko zechce - prawnikiem, specjalistą od finansów, a przede wszystkim troskliwym partnerem. Kiedy po raz pierwszy trafia do więzienia, poznaje uroczego blondynka, Phillipa Morrisa i się zakochuje. Jim Carrey i Ewan McGregor są duetem uroczym, chociaż bardzo jaskrawym (i jak ktoś dostaje gęsiej skórki na myśl o tym, że dwóch panów się całuje, to jednak nie polecam), ale film głównie opowiada o pomysłowych ucieczkach Stevena z więzienia. Tym bardziej zabawne jest, że powstał w oparciu o fakty i że po ostatniej ucieczce zapadł wyrok w sumie na 144 lata pozbawienia wolności. Sympatyczna, niezobowiązująca słoneczna komedia, którą bym umieściła między "Skazanymi na Shawshank" i "Gangiem Olsena".

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 31, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


I love you, Phillip Morris

Steven Russell był doskonałym ojcem, mężem i bogobojnym katolikiem. Miał też jedną malutką wadę - trochę kłamał. Bo oprócz tego był zdeklarowanym gejem oraz oszustem. Z krótkiego epizodu pracy w policji wyciągnął umiejętność pozyskiwania danych i nagle się okazało, że może być kim tylko zechce - prawnikiem, specjalistą od finansów, a przede wszystkim troskliwym partnerem. Kiedy po raz pierwszy trafia do więzienia, poznaje uroczego blondynka, Phillipa Morrisa i się zakochuje. Jim Carrey i Ewan McGregor są duetem uroczym, chociaż bardzo jaskrawym (i jak ktoś dostaje gęsiej skórki na myśl o tym, że dwóch panów się całuje, to jednak nie polecam), ale film głównie opowiada o pomysłowych ucieczkach Stevena z więzienia. Tym bardziej zabawne jest, że powstał w oparciu o fakty i że po ostatniej ucieczce zapadł wyrok w sumie na 144 lata pozbawienia wolności. Sympatyczna, niezobowiązująca słoneczna komedia, którą bym umieściła między "Skazanymi na Shawshank" i "Gangiem Olsena".

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 31, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Mężczyzna na balkonie

Upalne skandynawskie lato, komisarz Martin Beck jedzie na taki trochę oszukany urlop, bo żonę z dziećmi zostawia w domu, a sam udając sprawę służbową popija i wędkuje z kolegą po fachu. Po czym wraca i trafia w sam środek przykrej sprawy, w której mordowane (oraz molestowane) są 8-9- letnie dziewczynki, a potencjalnymi świadkami jest sprytny rabuś, napadający ofiary w parku w celach pozyskania mienia oraz 3-latek. Sprawę udaje się rozwikłać tylko dlatego, że pewna obywatelka zadzwoniła na policję w sprawie mężczyzny, który stał na balkonie.

I jak uważam tę serię za niezłą, tak książka ma kilka słabo klejących się i niedokończonych wątków. Irytuje mnie zamykanie akcji w momencie wiezienia złapanego przestępcy na komisariat, bez słowa wyjaśnienia, dlaczego to robił. Dziwne jest wprowadzenie rozwiązłej studentki, którą przesłuchuje Kollberg i wspomnienie o jego dylematach, bo z jednego strony seksowna panna bez majtek, z drugiej w domu żona w 9. miesiącu ciąży. Nawet życie prywatne Becka nie nadaje powieści tonu, ot - pokłócił się o coś z żoną, żona ma za złe, że nie jeździ samochodem, a mógłby, bo dostawałby dofinansowanie za każdy przejechany kilometr, nijako.

Inne tych autorów: tu.

#50

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 31, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, panowie, 2010, kryminal - 1 komentarz - Skomentuj


Maj Sjöwall/Per Wahlöö - Mężczyzna na balkonie

Upalne skandynawskie lato, komisarz Martin Beck jedzie na taki trochę oszukany urlop, bo żonę z dziećmi zostawia w domu, a sam udając sprawę służbową popija i wędkuje z kolegą po fachu. Po czym wraca i trafia w sam środek przykrej sprawy, w której mordowane (oraz molestowane) są 8-9- letnie dziewczynki, a potencjalnymi świadkami jest sprytny rabuś, napadający ofiary w parku w celach pozyskania mienia oraz 3-latek. Sprawę udaje się rozwikłać tylko dlatego, że pewna obywatelka zadzwoniła na policję w sprawie mężczyzny, który stał na balkonie.

I jak uważam tę serię za niezłą, tak książka ma kilka słabo klejących się i niedokończonych wątków. Irytuje mnie zamykanie akcji w momencie wiezienia złapanego przestępcy na komisariat, bez słowa wyjaśnienia, dlaczego to robił. Dziwne jest wprowadzenie rozwiązłej studentki, którą przesłuchuje Kollberg i wspomnienie o jego dylematach, bo z jednego strony seksowna panna bez majtek, z drugiej w domu żona w 9. miesiącu ciąży. Nawet życie prywatne Becka nie nadaje powieści tonu, ot - pokłócił się o coś z żoną, żona ma za złe, że nie jeździ samochodem, a mógłby, bo dostawałby dofinansowanie za każdy przejechany kilometr, nijako.

Inne tych autorów: tu.

#50

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 31, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


The Color of Magic

Jak bardzo jestem fanką w zasadzie każdej książki Terry'ego Pratchetta, tak nie dałam rady obejrzeć ekranizacji "Koloru magii". Wszystko było jak trzeba - świetny Vetinari (Jeremi Irons), doskonały Trymon (Tim Curry), fantastyczna scenografia, cameo Pratchetta, tylko... nudne. Odpadłam w okolicy walki na magiczne miecze na Zmokbergu. W zasadzie to nie jest nawet wina ekranizacji, bo sam "Kolor" to zbiór gagów, luźno zahaczający o fabułę. Pewnie nada się dla kogoś, kogo trzeba na czytanie "Świata Dysku" namówić, bo nie ma wartości dodanej w stosunku do książki, tym bardziej, że w filmie pratchettowy język zupełnie nie gra. Nie mam działu "Nie oglądam", ale nie chce mi się obejrzeć do końca.

Inne książki tego autora tu.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 30, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 5 komentarzy - Skomentuj


The Color of Magic

Jak bardzo jestem fanką w zasadzie każdej książki Terry'ego Pratchetta, tak nie dałam rady obejrzeć ekranizacji "Koloru magii". Wszystko było jak trzeba - świetny Vetinari (Jeremi Irons), doskonały Trymon (Tim Curry), fantastyczna scenografia, cameo Pratchetta, tylko... nudne. Odpadłam w okolicy walki na magiczne miecze na Zmokbergu. W zasadzie to nie jest nawet wina ekranizacji, bo sam "Kolor" to zbiór gagów, luźno zahaczający o fabułę. Pewnie nada się dla kogoś, kogo trzeba na czytanie "Świata Dysku" namówić, bo nie ma wartości dodanej w stosunku do książki, tym bardziej, że w filmie pratchettowy język zupełnie nie gra. Nie mam działu "Nie oglądam", ale nie chce mi się obejrzeć do końca.

Inne książki tego autora tu.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 30, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Tessa Capponi-Borawska - Moja kuchnia pachnąca bazylią

Lubię wspominkowe książki, w których akcja dzieje się w kuchni, zwłaszcza jak w historię wplecione są przepisy. Niestety, mimo że pani Capponi pochodzi z włoskiej szlachty, a dzieciństwo we Florencji i okolicach miała barwne (zwłaszcza jak na standardy PRL-u), jakoś całość nudzi. Dzieci w "nursery", a utytułowani rodzice na balach, dieta dzieci w wieku szkolnym, przemknięcie się przez potencjalnie interesujący czas wchodzenia w dorosłość, winnica i oliwki, machnięcie przygodą w Stanach i kilka stron o dzikim PRL-u. Miałkie jakieś to, może kwestia opisu i języka. Dodatkowo dość ubawiłam się przy przepisach, bo nawet biorąc pod uwagę, że książka wydana została w roku 1994, wolałabym wersje oryginalne przepisów, a nie ciągłe dopiski typu "z braku świeżej bazylii i pinioli pesto zrób z pietruszki i orzechów włoskich, a parmezan zastąp dowolnym ostrym serem" bądź "nie zastępuj selera naciowego selerem korzeniowym, bo to nie to samo, lepiej nie dawaj wcale".

#49

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, 2010, kulinarne - 4 komentarze - Skomentuj