Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Jeffery Deaver - Panieński grób

Przestępcy uciekają z więzienia, zabijają kilka osób po drodze, a na końcu porywają 10-cio osobową wycieczkę ze szkoły dla niesłyszących i barykadują się w starej i opuszczonej rzeźni. Do akcji wchodzi negocjator z FBI (starszy mężczyzna po przejściach), który oprócz konwersacji z przestępcami musi radzić sobie z niechętną policją stanową i lokalnymi oficjelami. Książka w zasadzie jednodniowa, bo czyta się szybko, negocjacje wciągają, a jak to u Deavera zwykle jest - rozwiązanie problemów nie jest koniecznie końcem sprawy.

Negocjacje zwykle opierają się też na tym, że zakładnicy w jakiś sposób współpracują z porywaczami - czy to próbując z nimi rozmawiać, czy wpływając na ich zachowanie. Tutaj sporo problemów sprawiło to, że porwane dziewczęta były niesłyszące. Dużą część książki zajmuje kwestia kultury, jaką stworzyli Głusi w Ameryce - własny język, niechęć do czytania z ruchu warg i duma z tego, że są inni.

Inne tego autora tutaj.

#22

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 26, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Transformers

Ubolewam trochę, że PRL i przemiany ustrojowe pozbawiły nas, urodzonych w latach 70., tego elementu amerykańskiej (japońskiej, nie ważne, w każdym razie zachodniej) kultury. Akurat sama na transformersy trafiłam dość wcześnie, bo kuzynowi ojciec przywiózł zza oceanu, ale nie miałam pojęcia, co to, po co i o co ten cały hałas. Ot, samochodziki, co się z nich da zrobić robota. I dopiero po obejrzeniu filmu można załapać, czemu jest to jedna z ulubionych zabawek wczesnych nastolatków.

Film jest głupi jak bakłażan, to nie ulega frekwencji. Ale jednocześnie jest przezabawny, pełen pościgów i wybuchów, części elektroniczne latają w powietrzu, do walki z ewoluującymi robotami staje Pentagon i całe siły zbrojne Stanów Zjednoczonych Wszelakiej Szczęśliwości (i tak, bywa pompatycznie, jak na film o ratowaniu świata przystało). Wprawdzie agenci sukcesywnie odławiają zamieszaną w akcję młodzież - hakerkę, która rozszyfrowuje sygnał obcych i jej tłustawego i niezbyt lojalnego afroamerykańskiego kolegę, geniusza komputerowego, spadkobiercę odkrywcy z początku wieku (niech zgadnę - pochodzenia polskiego), który wprawdzie trochę tymi pamiątkami po dziadku kupczy, sprzedając je na ebayu (login: ladiesman217) i specjalistkę od samochodowych flaczków (rozpoznaje tuningowany gaźnik z podwójną pompą ssącą i wyraża odpowiedni zachwyt). Roboty morfujące się w samochody dzielą się na zamrożone, odmrożone, dobre i złe. Najgorszym sukinsynkiem jest boombox, z którego robi się sprytny haker, odcinający centrum dowodzenia Pentagonu od reszty świata.

Poza tym to film o amerykańskim dojrzewaniu - młody człowiek musi mieć trochę czasu na siebie (żeby, jak podejrzewa matka, mógł w spokoju poznawać swoje ciało i poznawać świat masturbacji) i musi też mieć samochód. Im bardziej wypasiona bryka, tym większy szacun u ziomów w klasie. W takim ujęciu przestaje dziwić "Pimp my Ride", gdzie odpicowanie samochodu zmienia życie nawet największych nieudaczników, którzy wreszcie mogą "znaleźć odpowiednią dziewczynę".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 25, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 5 komentarzy - Skomentuj


Transformers

Ubolewam trochę, że PRL i przemiany ustrojowe pozbawiły nas, urodzonych w latach 70., tego elementu amerykańskiej (japońskiej, nie ważne, w każdym razie zachodniej) kultury. Akurat sama na transformersy trafiłam dość wcześnie, bo kuzynowi ojciec przywiózł zza oceanu, ale nie miałam pojęcia, co to, po co i o co ten cały hałas. Ot, samochodziki, co się z nich da zrobić robota. I dopiero po obejrzeniu filmu można załapać, czemu jest to jedna z ulubionych zabawek wczesnych nastolatków.

Film jest głupi jak bakłażan, to nie ulega frekwencji. Ale jednocześnie jest przezabawny, pełen pościgów i wybuchów, części elektroniczne latają w powietrzu, do walki z ewoluującymi robotami staje Pentagon i całe siły zbrojne Stanów Zjednoczonych Wszelakiej Szczęśliwości (i tak, bywa pompatycznie, jak na film o ratowaniu świata przystało). Wprawdzie agenci sukcesywnie odławiają zamieszaną w akcję młodzież - hakerkę, która rozszyfrowuje sygnał obcych i jej tłustawego i niezbyt lojalnego afroamerykańskiego kolegę, geniusza komputerowego, spadkobiercę odkrywcy z początku wieku (niech zgadnę - pochodzenia polskiego), który wprawdzie trochę tymi pamiątkami po dziadku kupczy, sprzedając je na ebayu (login: ladiesman217) i specjalistkę od samochodowych flaczków (rozpoznaje tuningowany gaźnik z podwójną pompą ssącą i wyraża odpowiedni zachwyt). Roboty morfujące się w samochody dzielą się na zamrożone, odmrożone, dobre i złe. Najgorszym sukinsynkiem jest boombox, z którego robi się sprytny haker, odcinający centrum dowodzenia Pentagonu od reszty świata.

Poza tym to film o amerykańskim dojrzewaniu - młody człowiek musi mieć trochę czasu na siebie (żeby, jak podejrzewa matka, mógł w spokoju poznawać swoje ciało i poznawać świat masturbacji) i musi też mieć samochód. Im bardziej wypasiona bryka, tym większy szacun u ziomów w klasie. W takim ujęciu przestaje dziwić "Pimp my Ride", gdzie odpicowanie samochodu zmienia życie nawet największych nieudaczników, którzy wreszcie mogą "znaleźć odpowiednią dziewczynę".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 25, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Sklepik osiedlowy

Sklepik to tzw. instancja ostateczna, kiedy okazuje się, że do właśnie pieczonego ciasta zabrakło 100 ml mleka (niczego innego raczej nie kupuję, bo to taki sklepik, gdzie bardziej zaprzyjaźniona pani szepcze do ucha "nie polecam tego boczku, długo u nas leży", a mniej zaprzyjaźniona po prostu wrzuci go do reklamówki i poda bez skrzywienia). Idę po to wyżej wymienione mleko (no, konkretnie to jogurt naturalny, bo jakoś mi bardziej pasuje do ciasta). Proszę też o mleko w kartoniku (dla TŻ).

- Jakie?
- Pół litra. Wszystko jedno jakie.
- 3,2 % czy 2%?
- Jak jest 3,2%, to niech będzie.

Pani podaje mi litrowe 2%. Prawie tak zabawne, jak kelner pytający, czy chcę gazowaną wodę mineralną i przynoszący niegazowaną.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 25, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Śmieszne - - 2 komentarze - Skomentuj


Sklepik osiedlowy

Sklepik to tzw. instancja ostateczna, kiedy okazuje się, że do właśnie pieczonego ciasta zabrakło 100 ml mleka (niczego innego raczej nie kupuję, bo to taki sklepik, gdzie bardziej zaprzyjaźniona pani szepcze do ucha "nie polecam tego boczku, długo u nas leży", a mniej zaprzyjaźniona po prostu wrzuci go do reklamówki i poda bez skrzywienia). Idę po to wyżej wymienione mleko (no, konkretnie to jogurt naturalny, bo jakoś mi bardziej pasuje do ciasta). Proszę też o mleko w kartoniku (dla TŻ).

- Jakie?
- Pół litra. Wszystko jedno jakie.
- 3,2 % czy 2%?
- Jak jest 3,2%, to niech będzie.

Pani podaje mi litrowe 2%. Prawie tak zabawne, jak kelner pytający, czy chcę gazowaną wodę mineralną i przynoszący niegazowaną.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 25, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Szukam tych pojemników na sól, cukier i mąkę...

... i nie mogę znaleźć. Za to parę innych rzeczy znalazłam:

Przy okazji gorąco polecam do rss-ów: http://photowebs.blogspot.com.

EDIT: Znalazłam pojemniczki: brabantia.pl

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Przydasie - - 4 komentarze - Skomentuj


Szukam tych pojemników na sól, cukier i mąkę...

... i nie mogę znaleźć. Za to parę innych rzeczy znalazłam:

Przy okazji gorąco polecam do rss-ów: http://photowebs.blogspot.com.

EDIT: Znalazłam pojemniczki: brabantia.pl

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Bałagan

Nie cierpię bałaganu i tego, że wprowadza zmiany. Dzisiejsza wizyta w IKEI wkurzyła mnie niemożliwie, bo jak to tak - remont?! Wszystko poprzestawiane, ścieżki, którymi można było się spokojnie przemieszczać bezpośrednio do ikeowego bistro i części kuchennej, którą kocham chyba najbardziej, zniknęły. I zniknęło samo bistro, co uważam za zamach na mój żołądek. I sklepik zmniejszony o połowę. Normalnie rozczar. I jakbym nie zobaczyła, że w hotelu Rzymskim jest menu szparagowe[1] i bym pojechała do IKEI głodna, to normalnie nie wiem, co by się stało. Głodna bym pewnie była.

Bardzo mnie rozczulił pan w TV, który hodował w worku pod koszulą kangurzątko. Doskonały przykład, że natura niezbyt sprawnie sobie poradziła z podziałem na płcie i cyklami rozwojowymi.

[1] Ze szparagami mam ten problem, że nie wiem, czy je lubię. Ugotowałam kilka razy, wyszły średnio, ale cały czas uważam, że to może wada wynikająca z mojej nieumiejętności gotowania. Z kolei żarcie knajpiane pokazało, że smak jest ok, tylko same szparagi jednak niekoniecznie aż tak rewelacyjne. I restauracja w hotelu Rzymskim bez rewelacji, co mnie trochę rozczarowuje. Często przechodziłam, zerkając przez zasłonki do środka, oglądając majaczące w półcieniu stoliki i zastanawiając się, czy tam fajnie. Trochę się nie da zrobić ładnego rzymskiego wnętrza za pomocą kafelków i fontanny na środku sali. Całość wygląda na taki ciut lepszy bar mleczny. A szparagi - cóż, wolę cebulę.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 6 komentarzy - Skomentuj


Bałagan

Nie cierpię bałaganu i tego, że wprowadza zmiany. Dzisiejsza wizyta w IKEI wkurzyła mnie niemożliwie, bo jak to tak - remont?! Wszystko poprzestawiane, ścieżki, którymi można było się spokojnie przemieszczać bezpośrednio do ikeowego bistro i części kuchennej, którą kocham chyba najbardziej, zniknęły. I zniknęło samo bistro, co uważam za zamach na mój żołądek. I sklepik zmniejszony o połowę. Normalnie rozczar. I jakbym nie zobaczyła, że w hotelu Rzymskim jest menu szparagowe[1] i bym pojechała do IKEI głodna, to normalnie nie wiem, co by się stało. Głodna bym pewnie była.

Bardzo mnie rozczulił pan w TV, który hodował w worku pod koszulą kangurzątko. Doskonały przykład, że natura niezbyt sprawnie sobie poradziła z podziałem na płcie i cyklami rozwojowymi.

[1] Ze szparagami mam ten problem, że nie wiem, czy je lubię. Ugotowałam kilka razy, wyszły średnio, ale cały czas uważam, że to może wada wynikająca z mojej nieumiejętności gotowania. Z kolei żarcie knajpiane pokazało, że smak jest ok, tylko same szparagi jednak niekoniecznie aż tak rewelacyjne. I restauracja w hotelu Rzymskim bez rewelacji, co mnie trochę rozczarowuje. Często przechodziłam, zerkając przez zasłonki do środka, oglądając majaczące w półcieniu stoliki i zastanawiając się, czy tam fajnie. Trochę się nie da zrobić ładnego rzymskiego wnętrza za pomocą kafelków i fontanny na środku sali. Całość wygląda na taki ciut lepszy bar mleczny. A szparagi - cóż, wolę cebulę.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Zimistrz

Na minus - seria o Tiffany Obolałej (lub w poprzednim srogim tłumaczeniu - Akwili Dokuczliwej) jest słabiutka. Ale dzięki zastosowaniu dużej dawki Nac Mac Feegli, babci Weatherwax i Niani Ogg jest nawet dość strawna. Tiffany mimo swojej wiedzy głowologicznej impulsywnie wtrąca się do odwiecznego tańca pór roku, zastępując Lato, przez co władca Zimy się w niej zakochuje. A potem to trzeba odkręcić. Feegle są zabawni i nie wiedzieć czemu przypominają mi kolegę Y., który wprawdzie nie jest non stop pijany, nie tłucze wszystkiego, co popadnie i nie ma specjalnych problemów z czytaniem, ale cały czas mam jego obraz z pomalowaną na niebiesko twarzą, rozwianymi włosami i kiltem. Z całym szacunkiem.

Inne tego autora tutaj.

#21

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 24, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2008 - 3 komentarze - Skomentuj