Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Od razu mówię, że jestem stronnicza. Przed obejrzeniem filmu przeczytałam blogi Barbarelli, Haniuty, Soso i lejdis [2020 - linki nieaktywne]. Byłoby pewnym nadużyciem stwierdzenie, że mam do filmu stosunek osobisty, ale czuję w nim dużo każdej ze wspomnianych blogbrities, więc automatycznie film traktuję jako pewne przedłużenie tego przyjemnego uczucia, jakie miałam podczas czytania.
Nie będę odstawać, bo powiem, że mnie się bardzo (wbrew temu, że po Usenecie się przetacza fala wieszania psów, że dla idiotów i niewysublimowanych umysłowo dresów, co to ich śmieszy, jak ktoś zaklnie i że pewien gatunek nietoperza z bali sobie robi loda). Dialogi bardzo dobre (na palcach mogę policzyć kwestie, które mi się nie podobały), niezła fabuła (pomijając epizod sprzed 25 lat z wyklejonym obrazkiem, no żałość to była), aktorzy grali, a nie odtwarzali swoje role z innych filmów (Szycowi świetnie wychodzą prymitywne przygłupy), doskonałe cameos Makłowicza i Bikonta. Popłakałam się ze śmiechu przy legionistach Piłsudskiego. "Wody odeszły" mnie zachwyciły.
Teraz parę łyżek smoły. Od razu mówię, że to czepialstwo po znajomości, mało wpływające na odbiór filmu jako takiego.
Tak czy tak - porcja przyzwoitej rozrywki, zwłaszcza dla pań. Inteligentni panowie bez przerostu maczismo dadzą sobie radę (zwłaszcza że panie chętnie pokazują bieliznę i ładne fragmenty anatomii). Dodatkowo podczas oglądania można wychwytywać smaczki - co pochodzi od której autorki scenariusza.
Ten formularz jest chroniony przez reCAPTCHA. Obowiązują Polityka prywatności i Warunki korzystania z usługi Google.