Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Już od samego początku coś w tym filmie budziło mój niepokój, bo wszak Manchester, a kierownicę w samochodzie bohater ma po właściwej stronie, na szczęście szybko okazało się, że rzecz się (głównie) dzieje w amerykańskiej miejscowości Manchester by the Sea. Od tego momentu już było wszystko w porządku: leniwa, przeplatana reminiscencjami, opowieść o powrocie do rodzinnego miasta. Lee, zgorzkniały mężczyzna po 30., pracujący w nieprestiżowej roli administratora mieszkań, do którego głównie kierowane są pretensje lokatorów o niedziałającą żarówkę czy cieknący kran, dowiaduje się, że umarł jego starszy brat. Z testamentu dowiaduje się, że brat wyznaczył go na opiekuna 16-letniego syna, Patricka, co absolutnie mu się nie podoba. Patrick też nie jest faktem zachwycony, bo wuj - mimo pięknych wspólnych wspomnień z dzieciństwa - jest nietowarzyskim mrukiem i nie chce zostawać w Manchester, a dodatkowo planuje sprzedaż ukochanej łodzi, odziedziczonej przez Patricka. Współczesne wydarzenia przeplatane są kolejnymi odsłonami dramatycznej historii o tym, jak Lee stracił swoją rodzinę i do tego momentu nie potrafił sobie z tym poradzić.
To bardzo dobry film, zaskakujący, wzruszający i niejednoznaczny. Pewną wadą dla mnie jest ewidentne przygotowanie filmu pod Oscary (skuteczne, wygrał dwa) - tematyka, gwiazdorska obsada, określona, przygotowana z myślą o wydaniu płyty, muzyka. Nie deprecjonuje to filmu, ale zastanawiam się, czy nie byłby ciekawszy, gdyby nie był tak obstawiony "pewniakami".
Nie ma jeszcze komentarzy.
Ten formularz jest chroniony przez reCAPTCHA. Obowiązują Polityka prywatności i Warunki korzystania z usługi Google.