Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Do dzisiaj nie rozumiem ani siły tytułu, ani niesamowitego powodzenia, jakie w całych Stanach budzi sztuka "Tramwaj zwany pożądaniem". Ok, młody Marlon Brando to było ciacho, ale chyba tylko neurotyczne Amerykanki polecą na bucowatego Polaka w t-shircie bez rękawów. Natomiast doskonale rozumiem, że otwarty drewniany tramwaj ma ogromny fun factor, zwłaszcza jeśli konduktorem jest elokwentny, krzyczący, śpiewający i zaczepiający wszystkich. Kiedy tramwaj podjeżdża Stockton pod stromą górę albo zjeżdża z góry, to jest ten czas, kiedy wszyscy krzyczą. Że turystyczna komercha? Phi.
Zawieszam się w sklepie z czekoladkami Ghirardeliego, bo - proszę pana - tu wszystko jest smaczne. Intryguje mnie zarówno czekolada gorzka 100% kakao, jak i część asortymentu związana z nadchodzącym wielkimi krokami Halloween (nic to, że dopiero 1. dekada września). Kupuję kolejny t-shirt z wykładanym kamyczkami napisem San Francisco. Wybieram z menu melonowe mojito, co kelnerka kwituje radosną informacją, że dzisiaj wszyscy to wybierają. I nic nie muszę.
A co do przypadku - po śniadaniu i południowym moczeniu się w basenie pod apartamentem (hot tub jest przerażająco gorący) i sjeście udajemy się krokiem szybkim w kierunku tramwaju, którym chcemy pojechać na Fisherman's Wharfa w celu zachodu słońca, popatrzenia na foki i spożycia połówki killer craba. Przechodzimy koło Starbucksa na rogu 3rd i Market, kiedy rozlega się gromkie "Hej, Krzyżaniaki!". Tak, spotkać w San Francisco szefa z żoną to jednak jest pewne wyzwanie.
PS Czyż to nie przedni pomysł nazwać publiczną pralnię "The missing sock"?
Nie ma jeszcze komentarzy.
Ten formularz jest chroniony przez reCAPTCHA. Obowiązują Polityka prywatności i Warunki korzystania z usługi Google.