Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Niedomagam ostatnio na energię, listopad mnie przytłoczył namacalnym SAD. Wyciągnę trochę z archiwum, co mi zalegało od dawna.
Kiedyś wjechałam w wiecznie zakorkowaną Naramowicką (dlatego zwłaszcza polecam w weekendy, wtedy mniej) i trafiłam, choć nie bez pewnego kłopotu, do Fortezzy. Nie bez kłopotu, bo hotel/restauracja Fortezza mieści się przy ulicy Dworskiej, która nie jest oznaczona na tabliczce. Warto, nie tylko ze względu na bogate menu z elementami sezonowymi - dobrze przyprawione zupy, duże porcje obiadowe, ciekawe przystawki (podobno jest dobra pizza). Budynek powstał na bazie starego fortu Fergusson, jego ceglane ściany są elementem nowoczesnej architektury, dużo szkła i przestrzeni. Lokal jest raczej biznesowo-okazjonalny. Można wejść bez schodów z poziomu parkingu. Dla dzieci jest zaaranżowany fajny kącik z akwarium, wykładziną i zabawkami, w pewnej odległości od stolików.

Poznikało ostatnio kilka restauracji egzotycznych (Warung Bali, Shivaz), na szczęście pojawiła się nowa restauracja indyjska Tavaa. Mieści się na pięterku (niestety, schody) z pięknym widokiem na Ratajczaka. Tym bardziej widok można podziwiać, że dwa stoliki (dwuosobowe) stoją w witrynce nad ulicą; można robić za żywą reklamę restauracji. Menu jest dość krótkie, ale zawiera wszystkie indyjskie pewniaki - tikka masalę, butter chicken, raitę czy dania tandoori, dodatkowo jest sporo dań wegetariańskich. Znajomy Hindus wyżej ocenił Taveę niż Taj India na Malcie.



Do Trattorii zabrali mnie E. i S. na bardzo miły lancz. To filia restauracji w Przeźmierowie, o której już kiedyś pisałam, tyle że nastawiona bardziej na ofertę lanczową czy wieczory z winem. Wielki krąg wonnego sera na środku, pod ścianami regały z butelkami, bardzo uczynna i szybka obsługa (już dawno nie byłam w restauracji, w której ktoś upierał się przy trzymaniu mi odzieży wierzchniej).
O Cafe Blubra też już wspominałam przy okazji zwiedzania Szamarza, spędziłam tam miłą chwilę z C. na kawie. Kilka schodków do sutereny, wygodne kanapy, do kawy (niestety, nie ma ekspresu, jest tylko "z dripa") na miejscu pieczone ciasta i ciastka. Dużo książek, można sobie z czymś smacznym usiąść i zostać. Z facebookowego profilu wiem (oprócz aktualności z Rynku Jeżyckiego), że dzieją się tam rękodzielnicze warsztaty i akcje wspomagające np. dzikie koty.

Z kolei do Cafe Bimba nie trzeba wchodzić w ogóle, bo można usiąść przy niej na ulicy (krzesła nie są zbyt wygodne, jednak). Ale wejść warto, bo mieści się w zabytkowym wagonie tramwajowym. Jest chleb ze smalcem, rogale marcińskie, czasem zupa i dobra kawa. Co lubię, to że można patrzeć na Poznań przemieszczający się w jedną i drugą stronę, psy na trawniku, tramwaje i murale na Zielonej.



Adresy:
Nawiązując do tytułu, w księgarniach wysyp fajnych książek kucharskich, których nie mam: O jabłkach Elizy Mórawskiej, What Katie Ate Katie Quinn Davies czy Moja mała francuska kuchnia Rachel Khoo. Żadna aluzja, tak tylko wspominam.
Nie ma jeszcze komentarzy.
Ten formularz jest chroniony przez reCAPTCHA. Obowiązują Polityka prywatności i Warunki korzystania z usługi Google.