Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Monika Szwaja - Klub mało używanych dziewic

Przyznam, że nieco zniechęcona tytułem sięgnęłam tylko dlatego, że - zatopiona w biografiach (próbuję mozolnie Tyrmanda i jego Dziennik 1954, wlecze mi się) - potrzebowałam nieco fabuły. No i skończyły mi się audiobooki. "Klub" nie jest książką złą, ale typowym chic-lit, bezpretensjonalnym, lekkim, na leżaczek przy basenie[1].

Dziewczęta po 30. spotykają się na zjeździe towarzyskim z liceum i stwierdzają, że są fajne, więc zakładają Klub, w którym będą robić Dobre Rzeczy. Trochę z nudów, trochę z poczucia beznadziejności (3 na 4 leczą się u tego samego psychiatry). Książka jest taka trochę o niczym - przeplatające się wycinki z życia każdej z pań - Michaliny, zajmującej się zielenią cmentarną, z toksyczną matką, Aliny, pracującej w banku rozwódki z nastoletnią córką, Agnieszki, zmyślającej sobie kolejnych ukochanych nauczycieli czy wreszcie Marceliny, urzędniczki będącej w związku (i w ciąży) z palantem. Za sprawą klubu zmienia się życie większości pań - Alina zostaje wolontariuszką w hospicjum i dogaduje się z córką, Michalina namówiona przez księdza zostawia cmentarz i zaczyna projektować ogrody, Agnieszka zaprzyjaźnia się ze starszą panią w potrzebie, a Marcelina - w zasadzie nie za sprawą klubu - otrzymuje w spadku dom na wsi i rodzi dziecko. Jakkolwiek fabuła jest słaba, tak konstrukty bohaterek ciekawe, a dialogi i sytuacje celne i czasem zabawne. Epizodycznie wspomniana jest bohaterka innej książki Szwai - Wika Wojtyńska podsyła klientkę "z szołbizu" do firmy projektującej ogrody, w której zatrudniona jest Michalina.

[1] Byłam przekonana, że przy basenie na leżaczku da się przeczytać wszystko. Otóż nie - tylko nabyty szacunek dla książki (i fakt, że ktoś będzie musiał ją wyciągnąć) nie pozwoliły mi na wywalenie tomu felietonów Clarcksona do basenu. Po przeczytaniu kilku "kawałków", pełnych niczym nie popartego samozachwytu i przekonania o własnej wszechwiedzy autora, podziękowałam i odłożyłam na przybasenową półkę. Dziękuję, nie smakuje.

Inne tej autorki.

#98 / #7

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 29, 2014

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, beletrystyka, 2014 - 2 komentarze - Skomentuj


Monika Szwaja - Klub mało używanych dziewic

Przyznam, że nieco zniechęcona tytułem sięgnęłam tylko dlatego, że - zatopiona w biografiach (próbuję mozolnie Tyrmanda i jego Dziennik 1954, wlecze mi się) - potrzebowałam nieco fabuły. No i skończyły mi się audiobooki. "Klub" nie jest książką złą, ale typowym chic-lit, bezpretensjonalnym, lekkim, na leżaczek przy basenie[1].

Dziewczęta po 30. spotykają się na zjeździe towarzyskim z liceum i stwierdzają, że są fajne, więc zakładają Klub, w którym będą robić Dobre Rzeczy. Trochę z nudów, trochę z poczucia beznadziejności (3 na 4 leczą się u tego samego psychiatry). Książka jest taka trochę o niczym - przeplatające się wycinki z życia każdej z pań - Michaliny, zajmującej się zielenią cmentarną, z toksyczną matką, Aliny, pracującej w banku rozwódki z nastoletnią córką, Agnieszki, zmyślającej sobie kolejnych ukochanych nauczycieli czy wreszcie Marceliny, urzędniczki będącej w związku (i w ciąży) z palantem. Za sprawą klubu zmienia się życie większości pań - Alina zostaje wolontariuszką w hospicjum i dogaduje się z córką, Michalina namówiona przez księdza zostawia cmentarz i zaczyna projektować ogrody, Agnieszka zaprzyjaźnia się ze starszą panią w potrzebie, a Marcelina - w zasadzie nie za sprawą klubu - otrzymuje w spadku dom na wsi i rodzi dziecko. Jakkolwiek fabuła jest słaba, tak konstrukty bohaterek ciekawe, a dialogi i sytuacje celne i czasem zabawne. Epizodycznie wspomniana jest bohaterka innej książki Szwai - Wika Wojtyńska podsyła klientkę "z szołbizu" do firmy projektującej ogrody, w której zatrudniona jest Michalina.

[1] Byłam przekonana, że przy basenie na leżaczku da się przeczytać wszystko. Otóż nie - tylko nabyty szacunek dla książki (i fakt, że ktoś będzie musiał ją wyciągnąć) nie pozwoliły mi na wywalenie tomu felietonów Clarcksona do basenu. Po przeczytaniu kilku "kawałków", pełnych niczym nie popartego samozachwytu i przekonania o własnej wszechwiedzy autora, podziękowałam i odłożyłam na przybasenową półkę. Dziękuję, nie smakuje.

Inne tej autorki.

#98 / #7

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 29, 2014

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Słucham (literatury) - Tagi: panie, beletrystyka, 2014 - 2 komentarze - Skomentuj


Ludzie lubią luft

[28.09.2014]

... a zwłaszcza świeży luft, jak się w Poznaniu mówi. A świeżo było bardzo; po dość dżdżystym i szarym tygodniu, było wyjątkowo - szaliki, bluzy i płaszcze zniknęły błyskawicznie. W sobotę i niedzielę tuż przy niedawno (wiem, w kwietniu, ale szewc bez butów, a mnie ciągle na Śródkę za daleko) otwartym muzeum Brama Poznania ICHOT odbywał się uroczy piknik - kajaki, gra miejska, spotkania z książkami dla tych młodszych i starszych, warsztaty kulinarne i stoiska z nietypowym jedzeniem[1], papierowe owce[2] i tłumy. Bo ludzie lubią wychodzić, tylko zwykle nie mają gdzie. Majut radośnie turlał się[3] na trawie po zboczu koło amfiteatru, gonił motyle i ważki, a ja z niejakim niepokojem obserwowałam kolejną grupę niedzielnych kajakarzy, mokrych po mini-spływie po Warcie.

Gorąco choć nieaktywnie wspieram to, co dzieje się na Ostrowie/Śródce. Kolejne kawiarnie - oprócz znanej już La Ruiny kolorowa Chichot Cafe na samej Śródce oraz stateczna i nieco w stylu niemieckim Cafe na Trakcie (prowadzona przez Caritas) już na Ostrowie. Dla mnie najlepszą rzeczą jest zadaszona kładka łącząca równolegle do mostu Jordana Ostrów ze Śródką, nie wymaga zakupu biletu w ICHOCie. Sam ICHOT ze względu na sporo ludzi ominęliśmy, a w zwiedzonym darmo z okazji niedzieli maleńkim muzeum Genius Loci uaktywniłam moją fobię - świetnie, że można przez szklaną podłogę popatrzeć na oryginalne mury obronne, ale mój błędnik twierdzi, że zaraz się przewróci i tak już mnie tam zostawi, a obsługa będzie mnie ściągać grabiami. Zwiedzanie rozpoczyna się od filmu 3D, przy czym to 3D jest takie bardziej umowne - na pierwszym planie roślinki, a drugim makieta albo trójwymiarowe dymki na mapie; młodzież nie była zachwycona, po części dlatego, że okulary za duże i oglądała bez. Niespecjalnie pomogło, że narrację robiła pani naukowa, a nie profesjonalny aktor; aczkolwiek Maj się przejął, jak zbójcerze napadli na gród (tylko jak ja mam tłumaczyć dziecku, po co dzielni mieszkańcy łupili zwłoki na polu bitwy, sprawdzając im tętno uprzednio, ha?). Natomiast strzałem w dziesiątkę była trójwymiarowa symulacja wału obronnego, w którą można było zanurzyć rękę - rozrywka zdrowa i tania. Ciekawe, choć może nie dla ateistycznie wychowywanej pięciolatki, jest Muzeum Archidiecezjalne, tyle że w niedzielę zamknięte.

Zdjęcia robiłam przy dwóch okazjach - wczoraj (z pięknie błękitnym niebem) i w sierpniu (z uroczymi chmurkami), kiedy nie udało się popłynąć statkiem po Warcie (long story short: jednego dnia statek nie płynął mimo rezerwacji, bo nie miał 12 chętnych, drugiego dnia mimo rezerwacji odpłynął przez ustaloną godziną, nie czekając na nas; nie jestem zachwycona).

Adresy:
Cafe Chichot - ul. Śródka 1
Cafe La Ruina - ul. Śródka 3
Cafe na Trakcie - ul. ks. I. Posadzego 7

Nie kupowaliśmy biletów do muzeów, ale z tego co widziałam, zakup biletu do ICHOT-u oznacza zniżki w pozostałych ostrowskich muzeach, więc warto zachować. GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Sałatka z pokrzywy, szczaw (chociaż nie z nasypu), jadalne kwiaty, miód i polewka jarzynowa. Jak pewnie wspominałam, niektóre warzywa (jak pasternak, brukiew czy topinambur) nie na darmo zostały zapomniane.

[2] Owce miały tę zaletę, że można je było malować kredkami oraz nie robiły tego, co osły w poznańskim Starym Zoo[4]. Bo były z papieru.

[3] Pytanie z cyklu - czy dzieciom trzeba wyrafinowanych zabawek, czy jednak wystarczy zapuścić w plener i pozwolić się brudzić.

[4] Normalnie jak w dowcipie o starym McDonaldzie, co budował płoty, pędził samogon i był dobrym gospodarzem, a tylko raz użył seksualnie kozy. Poznań, Miasto Know-How, zrobiło międzynarodową karierę na spółkujących osłach. Ja się tego nieco wstydzę, nie wiem, jak miasto.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 29, 2014

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Maja - Tagi: ostrow-tumski, srodka - 1 komentarz - Skomentuj


Ludzie lubią luft

[28.09.2014]

... a zwłaszcza świeży luft, jak się w Poznaniu mówi. A świeżo było bardzo; po dość dżdżystym i szarym tygodniu, było wyjątkowo - szaliki, bluzy i płaszcze zniknęły błyskawicznie. W sobotę i niedzielę tuż przy niedawno (wiem, w kwietniu, ale szewc bez butów, a mnie ciągle na Śródkę za daleko) otwartym muzeum Brama Poznania ICHOT odbywał się uroczy piknik - kajaki, gra miejska, spotkania z książkami dla tych młodszych i starszych, warsztaty kulinarne i stoiska z nietypowym jedzeniem[1], papierowe owce[2] i tłumy. Bo ludzie lubią wychodzić, tylko zwykle nie mają gdzie. Majut radośnie turlał się[3] na trawie po zboczu koło amfiteatru, gonił motyle i ważki, a ja z niejakim niepokojem obserwowałam kolejną grupę niedzielnych kajakarzy, mokrych po mini-spływie po Warcie.

Gorąco choć nieaktywnie wspieram to, co dzieje się na Ostrowie/Śródce. Kolejne kawiarnie - oprócz znanej już La Ruiny kolorowa Chichot Cafe na samej Śródce oraz stateczna i nieco w stylu niemieckim Cafe na Trakcie (prowadzona przez Caritas) już na Ostrowie. Dla mnie najlepszą rzeczą jest zadaszona kładka łącząca równolegle do mostu Jordana Ostrów ze Śródką, nie wymaga zakupu biletu w ICHOCie. Sam ICHOT ze względu na sporo ludzi ominęliśmy, a w zwiedzonym darmo z okazji niedzieli maleńkim muzeum Genius Loci uaktywniłam moją fobię - świetnie, że można przez szklaną podłogę popatrzeć na oryginalne mury obronne, ale mój błędnik twierdzi, że zaraz się przewróci i tak już mnie tam zostawi, a obsługa będzie mnie ściągać grabiami. Zwiedzanie rozpoczyna się od filmu 3D, przy czym to 3D jest takie bardziej umowne - na pierwszym planie roślinki, a drugim makieta albo trójwymiarowe dymki na mapie; młodzież nie była zachwycona, po części dlatego, że okulary za duże i oglądała bez. Niespecjalnie pomogło, że narrację robiła pani naukowa, a nie profesjonalny aktor; aczkolwiek Maj się przejął, jak zbójcerze napadli na gród (tylko jak ja mam tłumaczyć dziecku, po co dzielni mieszkańcy łupili zwłoki na polu bitwy, sprawdzając im tętno uprzednio, ha?). Natomiast strzałem w dziesiątkę była trójwymiarowa symulacja wału obronnego, w którą można było zanurzyć rękę - rozrywka zdrowa i tania. Ciekawe, choć może nie dla ateistycznie wychowywanej pięciolatki, jest Muzeum Archidiecezjalne, tyle że w niedzielę zamknięte.

Zdjęcia robiłam przy dwóch okazjach - wczoraj (z pięknie błękitnym niebem) i w sierpniu (z uroczymi chmurkami), kiedy nie udało się popłynąć statkiem po Warcie (long story short: jednego dnia statek nie płynął mimo rezerwacji, bo nie miał 12 chętnych, drugiego dnia mimo rezerwacji odpłynął przez ustaloną godziną, nie czekając na nas; nie jestem zachwycona).

Adresy:
Cafe Chichot - ul. Śródka 1
Cafe La Ruina - ul. Śródka 3
Cafe na Trakcie - ul. ks. I. Posadzego 7

Nie kupowaliśmy biletów do muzeów, ale z tego co widziałam, zakup biletu do ICHOT-u oznacza zniżki w pozostałych ostrowskich muzeach, więc warto zachować. GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Sałatka z pokrzywy, szczaw (chociaż nie z nasypu), jadalne kwiaty, miód i polewka jarzynowa. Jak pewnie wspominałam, niektóre warzywa (jak pasternak, brukiew czy topinambur) nie na darmo zostały zapomniane.

[2] Owce miały tę zaletę, że można je było malować kredkami oraz nie robiły tego, co osły w poznańskim Starym Zoo[4]. Bo były z papieru.

[3] Pytanie z cyklu - czy dzieciom trzeba wyrafinowanych zabawek, czy jednak wystarczy zapuścić w plener i pozwolić się brudzić.

[4] Normalnie jak w dowcipie o starym McDonaldzie, co budował płoty, pędził samogon i był dobrym gospodarzem, a tylko raz użył seksualnie kozy. Poznań, Miasto Know-How, zrobiło międzynarodową karierę na spółkujących osłach. Ja się tego nieco wstydzę, nie wiem, jak miasto.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 29, 2014

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Maja - Tagi: ostrow-tumski, srodka - 1 komentarz - Skomentuj


Paweł Huelle - Śpiewaj ogrody

W niechronologicznych epizodach autor-narrator odsłania historię związku Grety i Ernesta Hoffmanów, śpiewaczki i kompozytora na tle burzliwej historii Gdańska w okresie przed i w czasie II wojny światowej. Na to nakładają się już własne historie narratora - najpierw wychowanego w powojennej rzeczywistości chłopca, potem dorosłego, który rozmawia ze starą już Gretą, Niemką, która mimo wszystko została w Polsce; przejścia jego rodziny, rodzin znanych mu Kaszubów oraz - występującego w roli nemezis z przeszłości - pewnego zdegenerowanego Francuza z XVIII wieku. Dużo ładnych scen, dużo ładnych słów autor zebrał, żeby pokazać siłę przypadku, przyjaźni i zwykłej ludzkiej życzliwości. I że człowiek potrzebuje ogrodów, kawałka ziemi, który rodzi i który można kształtować.

Dobrze, że nie czytałam recenzji przed lekturą, bo w zasadzie większość z nich narzeka, że autor jest erudytą, porusza się sprawie w poprzek historii i kultury oraz że korzysta z memów i klisz (Wagner - hitlerowskie Niemcy, RM Rilke - dobrzy Niemcy itp.). Mogę na to odpowiedzieć - so what. Nie jest to książka z potoczystą narracją, w którą się wchodzi jak w wartko płynącą rzekę, ale to - jak okolica Gdańska - zatoka, do której dopływają wątki-dopływy różnych ludzkich losów.

D. mi pożyczyła - dziękuję!

Inne tego autora.

#97

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 28, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2014 - 3 komentarze - Skomentuj


Paweł Huelle - Śpiewaj ogrody

W niechronologicznych epizodach autor-narrator odsłania historię związku Grety i Ernesta Hoffmanów, śpiewaczki i kompozytora na tle burzliwej historii Gdańska w okresie przed i w czasie II wojny światowej. Na to nakładają się już własne historie narratora - najpierw wychowanego w powojennej rzeczywistości chłopca, potem dorosłego, który rozmawia ze starą już Gretą, Niemką, która mimo wszystko została w Polsce; przejścia jego rodziny, rodzin znanych mu Kaszubów oraz - występującego w roli nemezis z przeszłości - pewnego zdegenerowanego Francuza z XVIII wieku. Dużo ładnych scen, dużo ładnych słów autor zebrał, żeby pokazać siłę przypadku, przyjaźni i zwykłej ludzkiej życzliwości. I że człowiek potrzebuje ogrodów, kawałka ziemi, który rodzi i który można kształtować.

Dobrze, że nie czytałam recenzji przed lekturą, bo w zasadzie większość z nich narzeka, że autor jest erudytą, porusza się sprawie w poprzek historii i kultury oraz że korzysta z memów i klisz (Wagner - hitlerowskie Niemcy, RM Rilke - dobrzy Niemcy itp.). Mogę na to odpowiedzieć - so what. Nie jest to książka z potoczystą narracją, w którą się wchodzi jak w wartko płynącą rzekę, ale to - jak okolica Gdańska - zatoka, do której dopływają wątki-dopływy różnych ludzkich losów.

D. mi pożyczyła - dziękuję!

Inne tego autora.

#97

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 28, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2014 - 3 komentarze - Skomentuj


Matador (Almodovar: 5)

Wprawdzie sam Almodovar uważa ten film za jeden z bardziej nieudanych, ale bardzo go za tę nieporadność lubię. W akademii dla matadorów młody i niezgrabny Angel (piękna rola Banderasa w dresie) zostaje posądzony przez swojego mistrza, Seniora Diego, że jest gejem. Żeby udowodnić mu, że nie, zaczaja się na piękną sąsiadkę i jednocześnie dziewczynę Diega, modelkę Evę i próbuje ja zgwałcić. Na drodze staje mu przedwczesna ejakulacja oraz omdlenie na widok krwi Evy, która się potknęła i skaleczyła. Mimo to udaje się na policję, gdzie - oprócz usiłowania gwałtu - przyznaje się do szeregu zabójstw zarówno dziewcząt, jak i młodzieńców. Co ciekawe, umie podać szczegóły, co nieco dziwi policjantów, zwłaszcza że na niektóre morderstwa ma alibi. Na wszelki wypadek Angel ląduje w psychiatryku, gdzie czule zajmuje się nim pani psychiatra (czulej, niż jego matka-dewotka). Pani adwokatka, która broni Angela, okazuje się być posiadaczką eleganckiej spinki do koka, którą zostali zamordowani wzmiankowani panowie (dla panów był to moment szczególny, bo już szczęśliwsi w życiu nie byli; chociażby dla sceny z półnagą Assumptą Serną warto film zobaczyć). Mistrz matador Diego i piękna pani prawniczka zaczynają się mieć ku sobie, bo oboje lubią śmierć (moja ulubiona scena - Diego prosi swoją dziewczynę, żeby udawała martwą słowami "PLAY DEAD" w wersji angielskiej, bawi mnie to do łez).

Reżyser występuje tu epizodycznie w roli projektanta mody, w którego pokazie uczestniczy Eva. Pojawiają się już wnętrza - często należące prywatnie do reżysera: piękny apartament z balkonem, mały domek w ogrodzie.

Inne filmy Almodovara.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 26, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Matador (Almodovar: 5)

Wprawdzie sam Almodovar uważa ten film za jeden z bardziej nieudanych, ale bardzo go za tę nieporadność lubię. W akademii dla matadorów młody i niezgrabny Angel (piękna rola Banderasa w dresie) zostaje posądzony przez swojego mistrza, Seniora Diego, że jest gejem. Żeby udowodnić mu, że nie, zaczaja się na piękną sąsiadkę i jednocześnie dziewczynę Diega, modelkę Evę i próbuje ja zgwałcić. Na drodze staje mu przedwczesna ejakulacja oraz omdlenie na widok krwi Evy, która się potknęła i skaleczyła. Mimo to udaje się na policję, gdzie - oprócz usiłowania gwałtu - przyznaje się do szeregu zabójstw zarówno dziewcząt, jak i młodzieńców. Co ciekawe, umie podać szczegóły, co nieco dziwi policjantów, zwłaszcza że na niektóre morderstwa ma alibi. Na wszelki wypadek Angel ląduje w psychiatryku, gdzie czule zajmuje się nim pani psychiatra (czulej, niż jego matka-dewotka). Pani adwokatka, która broni Angela, okazuje się być posiadaczką eleganckiej spinki do koka, którą zostali zamordowani wzmiankowani panowie (dla panów był to moment szczególny, bo już szczęśliwsi w życiu nie byli; chociażby dla sceny z półnagą Assumptą Serną warto film zobaczyć). Mistrz matador Diego i piękna pani prawniczka zaczynają się mieć ku sobie, bo oboje lubią śmierć (moja ulubiona scena - Diego prosi swoją dziewczynę, żeby udawała martwą słowami "PLAY DEAD" w wersji angielskiej, bawi mnie to do łez).

Reżyser występuje tu epizodycznie w roli projektanta mody, w którego pokazie uczestniczy Eva. Pojawiają się już wnętrza - często należące prywatnie do reżysera: piękny apartament z balkonem, mały domek w ogrodzie.

Inne filmy Almodovara.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 26, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Earl Derr Biggers - Za kurtyną/Charlie Chan prowadzi śledztwo

Za kurtyną

Podczas pobytu w San Francisco emerytowany detektyw Scotland Yardu zostaje zamordowany w trakcie uroczystej kolacji u lokalnego bogacza. Sir Frederick prowadził hobbystyczne śledztwo w sprawie zaginięcia młodej kobiety sprzed kilkunastu lat (oraz - pobocznie - sprawę zabójstwa z chińskimi pantoflami w roli głównej). Obecna na kolacji pani prokurator Morrow otrzymuje śledztwo, teoretycznie ze sceptycznym i gwałtownym (nie wspominając o tym, że zarozumiałym) inspektorem Flannerym. Prosi jednak o pomoc Charliego Chana, któremu wprawdzie właśnie urodziło się jedenaste (pogratulować?) dziecko, ale - po poruszeniu nuty chińskiego honoru - nie wraca do żony do Honolulu, tylko zostaje i śledzi. Pobocznie to dość szowinistyczna historyjka o tym, że ładne kobiety powinny się zająć macierzyństwem, a nie robotą prokuratora; cała intryga zmierza do tego, żeby młody bogacz oświadczył się pani prokurator (i żeby szybko urodziła mu śliczne dzieci). Gdzieś tam przy okazji Chan wyjaśnia oczywiście tajemnicę morderstwa w penthousie i wraca do żony. Dodatkowo też pojawia się poboczny wątek - czy kamerdyner z tajemnicą jest dobrym kamerdynerem.

Charlie Chan prowadzi śledztwo

Podczas wycieczki objazdowej dookoła świata w londyńskim hotelu z tradycją zostaje zamordowany Amerykanin. Inspektor Scotland Yardu, Duff, ma o tyle problem, że - poza silnym przeczuciem, że odpowiedzialny jest ktoś z wycieczki - nie może Amerykanów zatrzymać. Nawiązuje więc porozumienie z wnuczką zamordowanego, że będzie śledzić wszystkich panów i donosić, jak zobaczy coś niespodziewanego. Jak pokazuje akcja, Scotland Yard ma niesamowity wprost budżet, pozwalający na gonienie za przestępcą dookoła świata. Inspektor udaje się do Nicei, gdzie natrafia na kolejne zwłoki, wysyła swojego podwładnego incognito na statku, niestety podwładny umiera w Yokohamie, a sam udaje się do Honolulu, gdzie zostaje ranny; śledztwo przejmuje Charlie Chan. W dokach San Francisco odbywa się zaskakujący finał.

Inne tego autora.

#95-96

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 25, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2014, kryminal, klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj


Earl Derr Biggers - Za kurtyną/Charlie Chan prowadzi śledztwo

Za kurtyną

Podczas pobytu w San Francisco emerytowany detektyw Scotland Yardu zostaje zamordowany w trakcie uroczystej kolacji u lokalnego bogacza. Sir Frederick prowadził hobbystyczne śledztwo w sprawie zaginięcia młodej kobiety sprzed kilkunastu lat (oraz - pobocznie - sprawę zabójstwa z chińskimi pantoflami w roli głównej). Obecna na kolacji pani prokurator Morrow otrzymuje śledztwo, teoretycznie ze sceptycznym i gwałtownym (nie wspominając o tym, że zarozumiałym) inspektorem Flannerym. Prosi jednak o pomoc Charliego Chana, któremu wprawdzie właśnie urodziło się jedenaste (pogratulować?) dziecko, ale - po poruszeniu nuty chińskiego honoru - nie wraca do żony do Honolulu, tylko zostaje i śledzi. Pobocznie to dość szowinistyczna historyjka o tym, że ładne kobiety powinny się zająć macierzyństwem, a nie robotą prokuratora; cała intryga zmierza do tego, żeby młody bogacz oświadczył się pani prokurator (i żeby szybko urodziła mu śliczne dzieci). Gdzieś tam przy okazji Chan wyjaśnia oczywiście tajemnicę morderstwa w penthousie i wraca do żony. Dodatkowo też pojawia się poboczny wątek - czy kamerdyner z tajemnicą jest dobrym kamerdynerem.

Charlie Chan prowadzi śledztwo

Podczas wycieczki objazdowej dookoła świata w londyńskim hotelu z tradycją zostaje zamordowany Amerykanin. Inspektor Scotland Yardu, Duff, ma o tyle problem, że - poza silnym przeczuciem, że odpowiedzialny jest ktoś z wycieczki - nie może Amerykanów zatrzymać. Nawiązuje więc porozumienie z wnuczką zamordowanego, że będzie śledzić wszystkich panów i donosić, jak zobaczy coś niespodziewanego. Jak pokazuje akcja, Scotland Yard ma niesamowity wprost budżet, pozwalający na gonienie za przestępcą dookoła świata. Inspektor udaje się do Nicei, gdzie natrafia na kolejne zwłoki, wysyła swojego podwładnego incognito na statku, niestety podwładny umiera w Yokohamie, a sam udaje się do Honolulu, gdzie zostaje ranny; śledztwo przejmuje Charlie Chan. W dokach San Francisco odbywa się zaskakujący finał.

Inne tego autora.

#95-96

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 25, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, 2014, kryminal, klub-srebrnego-klucza - 0 komentarzy - Skomentuj