[Do czasopisma Business&Beauty, przed korektą]
Kiedy wykształcona, biała, bogata i nieco zmanierowana Amerykanka idzie do więzienia, zmienia się wszystko. Nie dość, że rzeczywiście nie może stamtąd zaktualizować swojej strony www, to okazuje się, że nie ma pieniędzy na plastikowe klapki pod prysznic, z powodu nieporozumienia słownego zostaje pozbawiona jedzenia, a dodatkowo dociera do niej, że mimo posiadania narzeczonego i zamożnej rodziny, jej życie się właśnie bezpowrotnie zmieniło.
Serial oparty jest na książce Piper Kerman (w serialu - Chapman), która w bujnej młodości była w związku z dealerką narkotyków i przemycała przez granicę pieniądze. Przez 13 odcinków pierwszego sezonu to jednak nie Piper i jej coraz bardziej żałosne próby przejścia przez wyrok możliwie najłagodniej są najciekawsze. Więzienny kastowy system pokazuje, jak łatwo wraca się do segregacji, kiedy zdejmie się ogładę cywilizacji. Rzut oka na amerykański system penitencjarny, nastawiony na zysk, pokazuje, jak łatwo wpaść w machinę - czasem za drobną kradzież - z której już się nie wyjdzie. W tle pokazane są dramatyczne, czasem wynikające z braku wyboru, historie pozostałych więźniarek. I to wcale nie Piper zaczynam najbardziej współczuć w kolejnych odcinkach.
[Tekst "Recenzje filmowe" do Magazynu Business&Beauty, styczeń 2014].
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 20, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Przeczytali mnie, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[Do czasopisma Business&Beauty, przed korektą]
Kiedy wykształcona, biała, bogata i nieco zmanierowana Amerykanka idzie do więzienia, zmienia się wszystko. Nie dość, że rzeczywiście nie może stamtąd zaktualizować swojej strony www, to okazuje się, że nie ma pieniędzy na plastikowe klapki pod prysznic, z powodu nieporozumienia słownego zostaje pozbawiona jedzenia, a dodatkowo dociera do niej, że mimo posiadania narzeczonego i zamożnej rodziny, jej życie się właśnie bezpowrotnie zmieniło.
Serial oparty jest na książce Piper Kerman (w serialu - Chapman), która w bujnej młodości była w związku z dealerką narkotyków i przemycała przez granicę pieniądze. Przez 13 odcinków pierwszego sezonu to jednak nie Piper i jej coraz bardziej żałosne próby przejścia przez wyrok możliwie najłagodniej są najciekawsze. Więzienny kastowy system pokazuje, jak łatwo wraca się do segregacji, kiedy zdejmie się ogładę cywilizacji. Rzut oka na amerykański system penitencjarny, nastawiony na zysk, pokazuje, jak łatwo wpaść w machinę - czasem za drobną kradzież - z której już się nie wyjdzie. W tle pokazane są dramatyczne, czasem wynikające z braku wyboru, historie pozostałych więźniarek. I to wcale nie Piper zaczynam najbardziej współczuć w kolejnych odcinkach.
[Tekst "Recenzje filmowe" do Magazynu Business&Beauty, styczeń 2014].
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 20, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Przeczytali mnie, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Baz Luhrmann, reżyser filmu, uznał, że wszyscy "Wielkiego Gatsby'ego" już czytali albo oglądali w wersji z Redfordem i Farrow, wiadomo więc, że niewierna Daisy jednak nie wybrała Gatsby'ego, a dla wszystkich poza Buchananami życie się skończyło.
Owszem, Gatsby w wykonaniu di Caprio jest niesamowity - z równą wiarą przyjmuję, że był nieuleczalnym romantykiem, człowiekiem, który miał marzenie albo - jak sam aktor stwierdził - zwyczajnym psycholem. Daisy, grana przez mniej znaną, ale należycie maślanooką Mulligan, ma śliczny uśmiech i omdlewa we właściwych momentach. Najmniej pasował mi grający narratora Maguire, twarz Spidermana za bardzo się z nim zrosła i miałam poczucie, że zaraz wypuści nić i wespnie się na wieżowiec.
Ten film warto obejrzeć dla obrazu i muzyki. Zestawienie rapu z szalonymi latami prohibicji i charlestona, bogatymi kostiumami z epoki i omdlewającym spojrzeniem mocno uszminkowanych pań jest odważne i wciąga od pierwszej minuty. Komputerowo wygenerowany świat, neonowo kolorowy w sferach dla bogatych, szary w dzielnicach robotniczych tworzy prawie że musicalowy show, w którym z litery książki F. Scotta Fitzgeralda pozostaje tylko obsesja i zawieszenie w teraźniejszości. Bo jutra nie będzie.
[Tekst "Recenzje filmowe" do Magazynu Business&Beauty, styczeń 2014].
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 17, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Przeczytali mnie -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Baz Luhrmann, reżyser filmu, uznał, że wszyscy "Wielkiego Gatsby'ego" już czytali albo oglądali w wersji z Redfordem i Farrow, wiadomo więc, że niewierna Daisy jednak nie wybrała Gatsby'ego, a dla wszystkich poza Buchananami życie się skończyło.
Owszem, Gatsby w wykonaniu di Caprio jest niesamowity - z równą wiarą przyjmuję, że był nieuleczalnym romantykiem, człowiekiem, który miał marzenie albo - jak sam aktor stwierdził - zwyczajnym psycholem. Daisy, grana przez mniej znaną, ale należycie maślanooką Mulligan, ma śliczny uśmiech i omdlewa we właściwych momentach. Najmniej pasował mi grający narratora Maguire, twarz Spidermana za bardzo się z nim zrosła i miałam poczucie, że zaraz wypuści nić i wespnie się na wieżowiec.
Ten film warto obejrzeć dla obrazu i muzyki. Zestawienie rapu z szalonymi latami prohibicji i charlestona, bogatymi kostiumami z epoki i omdlewającym spojrzeniem mocno uszminkowanych pań jest odważne i wciąga od pierwszej minuty. Komputerowo wygenerowany świat, neonowo kolorowy w sferach dla bogatych, szary w dzielnicach robotniczych tworzy prawie że musicalowy show, w którym z litery książki F. Scotta Fitzgeralda pozostaje tylko obsesja i zawieszenie w teraźniejszości. Bo jutra nie będzie.
[Tekst "Recenzje filmowe" do Magazynu Business&Beauty, styczeń 2014].
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 17, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Przeczytali mnie -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Aktualnie centrum Poznania przypomina lej po bombie. Zaraz koło dworca, obok Targów Poznańskich, zostało rozkopane największe skrzyżowanie, przez które jeszcze rok temu jeździło większość poznańskich tramwajów. Między hotelem Sheraton a Mostem Teatralnym straszy ogromna dziura, w której mozolnie powstają podziemne parkingi, przejścia i - na samym końcu - krzyżujące się ciągi komunikacyjne. Do niedawna w takim samym stanie rozpadu była Stara Drukarnia - wzniesiona w połowie XIX wieku rezydencja, w której mieściła się przed I wojną światową drukarnia Posener Buchdruckerei und Verlagsanstalt. O dawnej świetności świadczyła tylko bryła budynku, bo od czasu sprzedaży budynku przez Zakłady Graficzne im. M. Kasprzaka w 1994 sam budynek malowniczo sobie niszczał wśród zaniedbanego ogrodu.

Na szczęście w Poznaniu, mieście Know How i How Much, już jakiś czas temu okazało się, że warto wykorzystać ocalałe kawałki historii. W 1998 rozpoczął się proces remontu budynku Starej Drukarni, która od roku 2011 - poremontowej premiery - nosi nazwę Concordia Design. Szczęśliwie nie został otoczony płotem, zza którego można by tylko tęsknie wzdychać i podziwiać elementy ozdobne na ścianach i na dachu. Można wchodzić do środka, całkowicie odnowiony budynek posiada postindustrialne wnętrza z zachowaniem oryginalnej ornamentacji. Oprócz secesyjnych kafli i fresków na ścianach, w środku można znaleźć kilka przedsięwzięć.

Modne ostatnio określenie - hipsterskie - świetnie odpowiada temu, co mieści się w Concordii. Wyjątkowo staram się tutaj hipsteryzm wybielić, bo nie chodzi kogoś, snującego się z kubkiem latte w przypadkowo skomponowanych ubraniach, z modnymi markowymi okularami okularami i mimo upału w wełnianej czapce na głowie, tylko o postawę doceniającą design i jakość. Głównym celem ośrodka Concordia Desing jest promocja polskich firm, zwłaszcza z okolic Wielkopolski, pokazujących nowoczesne rozwiązania projektowe, zaczynając od wzornictwa przemysłowego, a na kreacji i organizacji wydarzeń kończąc. Mieści się też tu inkubator przedsiębiorczości młodych firm z branż kreatywnych – CoOffice, gdzie oprócz tego można wynająć biurko w strefie co-workingowej, jeśli jednoosobowej firmie znudzi się praca w piżamie we własnym domu.
Najsmaczniejszym z przedsięwzięć jest restauracja Concordia Taste. Od 9 rano serwowane są śniadania na bazie ekologicznych jajek kurki zielonóżki, dżemów z Gryszczeniówki i pieczonego na zakwasie pełnoziarnistego chleba. Potem - na lunch - sezonowe dania ze świeżych owoców i warzyw, zmieniające się dość często w krótkim menu. Naczynia, sztućce i meble pochodzą z promowanych przez Concordię firm designerskich. Jeśli spodoba Ci się stół, na którym właśnie zjadłeś obiad, lampa oświetlająca gazetę czy kubek, w którym pijesz herbatę - kup go. Przy każdej wizycie w restauracji mam ochotę na zakup sprytnego stołu z szufladami pod blatem, wstrzymuje mnie tylko to, że mam już jeden w kuchni.
Można przyprowadzać też dzieci, bo Concordia Kids organizuje (po południu i w weekendy) warsztaty, pokazy i spotkania dla dzieci. W bezpiecznej, ekologicznej przestrzeni dzieci tworzą z niczego nowe światy - wieże z kartonów, miasta z klocków i bajkowe kwiaty z papieru. Z Concordią współpracują nowoczesne wydawnictwa książek dla maluchów i dzieci starszych, pojawiają się wolontariusze ze schronisk czy multikulturowi studenci, którzy mimo bariery językowej świetnie się z kilkulatkami dogadują.
Nawiązując do przeszłości budynku, w piwnicy mieści się nowoczesna drukarnia - Concordia Print. W jednym z najbardziej zaawansowanych centrów druku cyfrowego można wydrukować wszystko i na wszystkim - papier, szkło, drewno czy tworzywa sztuczne. Student oprawi pracę magisterską w sposób mniej nudny niż standardowe bindowanie, młoda para dostanie kilka finezyjnie wyciętych zaproszeń na ślub dla najbliższych, a dziecko - dom z tektury.
To nie jest jedyny odnowiony zabytek w Poznaniu, w którym bywam. Niektóre - jak najbardziej chyba znany Stary Browar - zostały nieco zdeklasowane do roli centrum handlowego mimo zaplecza kulturalnego, niektóre - mimo remontu - straciły cały swój urok jak Dworzec Letni. Concordię mijam za każdym razem z poczuciem, że to dobrze odtworzona historia Poznania. Cały urok pokaże się pewnie po zakończeniu remontu ronda Kaponiera (to już pod koniec 2013!). Najbardziej lubię, jak XIX wiek przegląda się we współczesności - odbicie Concordii w szybach nowoczesnego hotelu Sheraton budzi we mnie wewnętrznego hipstera. W wełnianej czapce.
[Tekst "Concordia Design" do Magazynu Business&Beauty, styczeń 2014].
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 17, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Przeczytali mnie, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Aktualnie centrum Poznania przypomina lej po bombie. Zaraz koło dworca, obok Targów Poznańskich, zostało rozkopane największe skrzyżowanie, przez które jeszcze rok temu jeździło większość poznańskich tramwajów. Między hotelem Sheraton a Mostem Teatralnym straszy ogromna dziura, w której mozolnie powstają podziemne parkingi, przejścia i - na samym końcu - krzyżujące się ciągi komunikacyjne. Do niedawna w takim samym stanie rozpadu była Stara Drukarnia - wzniesiona w połowie XIX wieku rezydencja, w której mieściła się przed I wojną światową drukarnia Posener Buchdruckerei und Verlagsanstalt. O dawnej świetności świadczyła tylko bryła budynku, bo od czasu sprzedaży budynku przez Zakłady Graficzne im. M. Kasprzaka w 1994 sam budynek malowniczo sobie niszczał wśród zaniedbanego ogrodu.

Na szczęście w Poznaniu, mieście Know How i How Much, już jakiś czas temu okazało się, że warto wykorzystać ocalałe kawałki historii. W 1998 rozpoczął się proces remontu budynku Starej Drukarni, która od roku 2011 - poremontowej premiery - nosi nazwę Concordia Design. Szczęśliwie nie został otoczony płotem, zza którego można by tylko tęsknie wzdychać i podziwiać elementy ozdobne na ścianach i na dachu. Można wchodzić do środka, całkowicie odnowiony budynek posiada postindustrialne wnętrza z zachowaniem oryginalnej ornamentacji. Oprócz secesyjnych kafli i fresków na ścianach, w środku można znaleźć kilka przedsięwzięć.

Modne ostatnio określenie - hipsterskie - świetnie odpowiada temu, co mieści się w Concordii. Wyjątkowo staram się tutaj hipsteryzm wybielić, bo nie chodzi kogoś, snującego się z kubkiem latte w przypadkowo skomponowanych ubraniach, z modnymi markowymi okularami okularami i mimo upału w wełnianej czapce na głowie, tylko o postawę doceniającą design i jakość. Głównym celem ośrodka Concordia Desing jest promocja polskich firm, zwłaszcza z okolic Wielkopolski, pokazujących nowoczesne rozwiązania projektowe, zaczynając od wzornictwa przemysłowego, a na kreacji i organizacji wydarzeń kończąc. Mieści się też tu inkubator przedsiębiorczości młodych firm z branż kreatywnych – CoOffice, gdzie oprócz tego można wynająć biurko w strefie co-workingowej, jeśli jednoosobowej firmie znudzi się praca w piżamie we własnym domu.
Najsmaczniejszym z przedsięwzięć jest restauracja Concordia Taste. Od 9 rano serwowane są śniadania na bazie ekologicznych jajek kurki zielonóżki, dżemów z Gryszczeniówki i pieczonego na zakwasie pełnoziarnistego chleba. Potem - na lunch - sezonowe dania ze świeżych owoców i warzyw, zmieniające się dość często w krótkim menu. Naczynia, sztućce i meble pochodzą z promowanych przez Concordię firm designerskich. Jeśli spodoba Ci się stół, na którym właśnie zjadłeś obiad, lampa oświetlająca gazetę czy kubek, w którym pijesz herbatę - kup go. Przy każdej wizycie w restauracji mam ochotę na zakup sprytnego stołu z szufladami pod blatem, wstrzymuje mnie tylko to, że mam już jeden w kuchni.
Można przyprowadzać też dzieci, bo Concordia Kids organizuje (po południu i w weekendy) warsztaty, pokazy i spotkania dla dzieci. W bezpiecznej, ekologicznej przestrzeni dzieci tworzą z niczego nowe światy - wieże z kartonów, miasta z klocków i bajkowe kwiaty z papieru. Z Concordią współpracują nowoczesne wydawnictwa książek dla maluchów i dzieci starszych, pojawiają się wolontariusze ze schronisk czy multikulturowi studenci, którzy mimo bariery językowej świetnie się z kilkulatkami dogadują.
Nawiązując do przeszłości budynku, w piwnicy mieści się nowoczesna drukarnia - Concordia Print. W jednym z najbardziej zaawansowanych centrów druku cyfrowego można wydrukować wszystko i na wszystkim - papier, szkło, drewno czy tworzywa sztuczne. Student oprawi pracę magisterską w sposób mniej nudny niż standardowe bindowanie, młoda para dostanie kilka finezyjnie wyciętych zaproszeń na ślub dla najbliższych, a dziecko - dom z tektury.
To nie jest jedyny odnowiony zabytek w Poznaniu, w którym bywam. Niektóre - jak najbardziej chyba znany Stary Browar - zostały nieco zdeklasowane do roli centrum handlowego mimo zaplecza kulturalnego, niektóre - mimo remontu - straciły cały swój urok jak Dworzec Letni. Concordię mijam za każdym razem z poczuciem, że to dobrze odtworzona historia Poznania. Cały urok pokaże się pewnie po zakończeniu remontu ronda Kaponiera (to już pod koniec 2013!). Najbardziej lubię, jak XIX wiek przegląda się we współczesności - odbicie Concordii w szybach nowoczesnego hotelu Sheraton budzi we mnie wewnętrznego hipstera. W wełnianej czapce.
[Tekst "Concordia Design" do Magazynu Business&Beauty, styczeń 2014].
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 17, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Przeczytali mnie, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W przerwie między pisaniem kolejnych tomów przygód niesympatycznego prokuratora Szackiego, autor napisał coś o ludziach raczej sympatycznych. Najpierw czytelnik poznaje ekipę: prawie emerytowanego polskiego komandosa, Anatola Gmitruka. Anatol ratuje przy Kalatówkach kilkadziesiąt osób przed upadkiem z kolejki linowej, tym samym udaremniając atak terrorystyczny, rozpoczynający całą akcję. Elegancka, czarnooka (motyw zwracania uwagi na te "węgle" przez każdego był wyeksploatowany do bólu) doktor muzealnictwa, Zofia Lorentz, znawczyni dzieł utraconych, od dziecka opętana jest myślą o tym, że zwróci Narodowi zaginionego "Młodzieńca" Rafaela oraz nie waha się, żeby wyjaśnić premierowi, że nie jest "kochaną Zosią" tylko "doktor Lorentz". Bon vivant Karol Boznański (ale nie z tych Boznańskich), znany acz cyniczny marszand, eks-narzeczony Zofii, aktualnie posiadacz wiedzy o malarstwie, farmy ekologicznej i ferrari-kombi po szejku naftowym. Lisa Tolgfors, zwana Ronją, szwedzka złodziejka-arystokratka po odsiadce w więzieniu w Grudziądzu (to ona ukradła nam Moneta z Narodowego w Poznaniu!), nobliwa pani pod 50., choć bez zahamowań, dodatkowo władająca udanie polszczyzną z naleciałościami grypsery, przez co dialogi nabierają dodatkowych walorów ("Bardzo mi w pizdeczkę - powiedziała prawie bez akcentu i uśmiechnęła się przyjaźnie").
Najlepszym określeniem tej książki jest "Pan Samochodzik dla dorosłych" - lepsze od quadów i terenówek ferrari potrafi jechać po lodzie szwedzkich fiordów, wszyscy recytują historie dzieł sztuki i - ponieważ jest wersja dla dorosłych[1] - korzystają z uciech cielesnych oraz dokonują kradzieży z włamaniem w stroju niepełnym (wszak najlepszym kombinezonem o temperaturze ciała jest własne ciało). Trop prowadzi w przeszłość, do zaginionej kolekcji przedwojennego "złotego młodzieńca" pochodzenia żydowskiego, hrabiego Aszkenazego. Ekipa dostaje zlecenie na przywiezienie do kraju zaginionego dzieła, tyle że legalnie nikt się pod tym nie podpisze w obawie przed międzynarodowymi reperkusjami. Po drugiej stronie barykady rząd polski (pyskaty i niegrzeczny premier z Kaszub), zły rząd amerykański, ukrywający tajemnicę z II w. św., ale z dwoistością - dobry komandos, który pomaga bohaterom ukradkiem i bardzo, bardzo zły najemnik, który konsekwentnie wybija wszystkich poszukiwaczy skarbu. Bez wyrzutów. I sympatyczny Rosjanin z KGB, który trzyma zdjęcie Putina i w kwestiach decyzyjnych zastanawia się, WWPD[2]. Zofia odkrywa, że jej udział w przedsięwzięciu nie jest przypadkowy i kiedy już wszyscy przewędrują trasę ze Stanów (osiedle rezydencji w New Rochelle) przez Szwecję, Ukrainę i Chorwację, wrócą przez Przemyśl na Kalatówki, gdzie się zaczęła cała akcja, wszystko się składa w sensację na miarę światową.
To bardzo przyzwoity thriller, pozwalający na dość udane złudzenie, że rzecz się może wydarzyć naprawdę. W tle autora opinia o blogosferze i o zbieraniu pieniędzy na leczenie chorób nowotworowych, która - wprawdzie ma oparcie w akcji - ale pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. I - nie wiem, czy taki był cel autora - zachęca do spędzenia jakiegoś czasu na studiowaniu impresjonistów. Bawiąc, uczyć. A w roli wisienki na torcie dla tych, którzy uważają, że nie da się znaleźć zaginionej kolekcji - przed chwilą pojawił się zaginiony od 60 lat obraz Van Gogha.
[1] Patrząc przekrojowo na twórczość Nienackiego, bardzo poważnie zastanawiam się, czy chociaż w brudnopisie nie powstały rozszerzone wersje "Pana Samochodzika" z większym udziałem Babiego Lata czy innych flam w spódnicach.
[2] What Would Putin Do.
Inne tego autora tu.
#68
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 15, 2013
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, kryminal, 2013
- 0 komentarzy
- Skomentuj
W przerwie między pisaniem kolejnych tomów przygód niesympatycznego prokuratora Szackiego, autor napisał coś o ludziach raczej sympatycznych. Najpierw czytelnik poznaje ekipę: prawie emerytowanego polskiego komandosa, Anatola Gmitruka. Anatol ratuje przy Kalatówkach kilkadziesiąt osób przed upadkiem z kolejki linowej, tym samym udaremniając atak terrorystyczny, rozpoczynający całą akcję. Elegancka, czarnooka (motyw zwracania uwagi na te "węgle" przez każdego był wyeksploatowany do bólu) doktor muzealnictwa, Zofia Lorentz, znawczyni dzieł utraconych, od dziecka opętana jest myślą o tym, że zwróci Narodowi zaginionego "Młodzieńca" Rafaela oraz nie waha się, żeby wyjaśnić premierowi, że nie jest "kochaną Zosią" tylko "doktor Lorentz". Bon vivant Karol Boznański (ale nie z tych Boznańskich), znany acz cyniczny marszand, eks-narzeczony Zofii, aktualnie posiadacz wiedzy o malarstwie, farmy ekologicznej i ferrari-kombi po szejku naftowym. Lisa Tolgfors, zwana Ronją, szwedzka złodziejka-arystokratka po odsiadce w więzieniu w Grudziądzu (to ona ukradła nam Moneta z Narodowego w Poznaniu!), nobliwa pani pod 50., choć bez zahamowań, dodatkowo władająca udanie polszczyzną z naleciałościami grypsery, przez co dialogi nabierają dodatkowych walorów ("Bardzo mi w pizdeczkę - powiedziała prawie bez akcentu i uśmiechnęła się przyjaźnie").
Najlepszym określeniem tej książki jest "Pan Samochodzik dla dorosłych" - lepsze od quadów i terenówek ferrari potrafi jechać po lodzie szwedzkich fiordów, wszyscy recytują historie dzieł sztuki i - ponieważ jest wersja dla dorosłych[1] - korzystają z uciech cielesnych oraz dokonują kradzieży z włamaniem w stroju niepełnym (wszak najlepszym kombinezonem o temperaturze ciała jest własne ciało). Trop prowadzi w przeszłość, do zaginionej kolekcji przedwojennego "złotego młodzieńca" pochodzenia żydowskiego, hrabiego Aszkenazego. Ekipa dostaje zlecenie na przywiezienie do kraju zaginionego dzieła, tyle że legalnie nikt się pod tym nie podpisze w obawie przed międzynarodowymi reperkusjami. Po drugiej stronie barykady rząd polski (pyskaty i niegrzeczny premier z Kaszub), zły rząd amerykański, ukrywający tajemnicę z II w. św., ale z dwoistością - dobry komandos, który pomaga bohaterom ukradkiem i bardzo, bardzo zły najemnik, który konsekwentnie wybija wszystkich poszukiwaczy skarbu. Bez wyrzutów. I sympatyczny Rosjanin z KGB, który trzyma zdjęcie Putina i w kwestiach decyzyjnych zastanawia się, WWPD[2]. Zofia odkrywa, że jej udział w przedsięwzięciu nie jest przypadkowy i kiedy już wszyscy przewędrują trasę ze Stanów (osiedle rezydencji w New Rochelle) przez Szwecję, Ukrainę i Chorwację, wrócą przez Przemyśl na Kalatówki, gdzie się zaczęła cała akcja, wszystko się składa w sensację na miarę światową.
To bardzo przyzwoity thriller, pozwalający na dość udane złudzenie, że rzecz się może wydarzyć naprawdę. W tle autora opinia o blogosferze i o zbieraniu pieniędzy na leczenie chorób nowotworowych, która - wprawdzie ma oparcie w akcji - ale pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. I - nie wiem, czy taki był cel autora - zachęca do spędzenia jakiegoś czasu na studiowaniu impresjonistów. Bawiąc, uczyć. A w roli wisienki na torcie dla tych, którzy uważają, że nie da się znaleźć zaginionej kolekcji - przed chwilą pojawił się zaginiony od 60 lat obraz Van Gogha.
[1] Patrząc przekrojowo na twórczość Nienackiego, bardzo poważnie zastanawiam się, czy chociaż w brudnopisie nie powstały rozszerzone wersje "Pana Samochodzika" z większym udziałem Babiego Lata czy innych flam w spódnicach.
[2] What Would Putin Do.
Inne tego autora tu.
#68
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 15, 2013
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, kryminal, 2013
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[8.09.2013]
Kiedy jeszcze była jesień bardziej letnia, z tych złocistych i pełnych słońca, że nikt nie wpadał na pomysł, żeby wyciągnąć rajstopy czy zimową puchówkę, poszliśmy do Botanika. Z rzeczy zwyczajowych była kiełbasa z grilla, wystawa dyń, pani produkująca srebrną biżuterię na bazie liści (miała nawet wywieszoną wizytówkę ze stroną www, ale - o tempora, o mores - słowa o biżuterii na niej nie ma), wata cukrowa i tęcza przy posągu tancerki. Z mniej typowych - wystawa rzeźb, doskonale uzupełniających kwiaty, krzewy i drzewa. Nic to, wyznam wstydliwie, że waran(?) wyglądał, jakby został wykonany z materiału budzącego niepewność węchową; uwielbiam, jak sztuka wchodzi w ogród.
Trochę nie dogadałyśmy się z Majem, albowiem Maj - skądinąd cenne to - jest obdarzony nadmiarem temperamentu i życzy go sobie wykorzystywać na mnie. Szukam w sobie pokładów cierpliwości, które pozwolą mi nie reagować gwałtownie na próby bycia brykniętą, szarpniętą i nadużytą fizycznie. Córko, nie demoluj zaawansowanej wiekiem matki, hm?
GALERIA ZDJĘĆ 2013 i wcześniejsze - jesień 2012, wiosna 2012 (i starsze).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 15, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
Tag:
ogrod-botaniczny
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[8.09.2013]
Kiedy jeszcze była jesień bardziej letnia, z tych złocistych i pełnych słońca, że nikt nie wpadał na pomysł, żeby wyciągnąć rajstopy czy zimową puchówkę, poszliśmy do Botanika. Z rzeczy zwyczajowych była kiełbasa z grilla, wystawa dyń, pani produkująca srebrną biżuterię na bazie liści (miała nawet wywieszoną wizytówkę ze stroną www, ale - o tempora, o mores - słowa o biżuterii na niej nie ma), wata cukrowa i tęcza przy posągu tancerki. Z mniej typowych - wystawa rzeźb, doskonale uzupełniających kwiaty, krzewy i drzewa. Nic to, wyznam wstydliwie, że waran(?) wyglądał, jakby został wykonany z materiału budzącego niepewność węchową; uwielbiam, jak sztuka wchodzi w ogród.
Trochę nie dogadałyśmy się z Majem, albowiem Maj - skądinąd cenne to - jest obdarzony nadmiarem temperamentu i życzy go sobie wykorzystywać na mnie. Szukam w sobie pokładów cierpliwości, które pozwolą mi nie reagować gwałtownie na próby bycia brykniętą, szarpniętą i nadużytą fizycznie. Córko, nie demoluj zaawansowanej wiekiem matki, hm?
GALERIA ZDJĘĆ 2013 i wcześniejsze - jesień 2012, wiosna 2012 (i starsze).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 15, 2013
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto, Maja -
Tag:
ogrod-botaniczny
- 0 komentarzy
- Skomentuj