Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Joanna Kulmowa - Wio, Leokadio!

Od jutra Leokadia idzie na emeryturę. A z nią jej dorożkarz, pan Alojzy. Pan Alojzy ma perspektywę mieszkać z niedawno poślubioną wdową na czwartym piętrze kamienicy i żyć z emerytury, tyle że Leokadia takich perspektyw nie ma; może dlatego, że jest koniem. Nie znajduje się w nowym, podorożkarskim świecie, nie chce być emerytką, ale nie umie być nikim innym - poetką, gońcem, gospodynią domową. Po zjedzeniu czarodziejskich bazi wyrastają jej skrzydła, co jednak bardziej komplikuje życie i konia (teraz pegaza), i emeryta Alojzego (niegdyś woźnicy).

Książka podzielona jest na krótkie nowelki z pure nonsensowymi dialogami, pomiędzy kartki wkradają się proste, umowne ilustracje. Zachwyciłam się językiem; mnóstwo smacznych, niekiedy dwuznacznie niepasujących do powieści dla dzieci zdań, które ma się ochotę natychmiast komuś przeczytać. Młodzież lat 4 jeszcze nie miała ochoty na lekturę, woli pana Brumma i słonia Elmera ostatnio.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 27, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Maja - Tagi: panie, dla-dzieci, 2013 - 2 komentarze - Skomentuj


Joanna Kulmowa - Wio, Leokadio!

Od jutra Leokadia idzie na emeryturę. A z nią jej dorożkarz, pan Alojzy. Pan Alojzy ma perspektywę mieszkać z niedawno poślubioną wdową na czwartym piętrze kamienicy i żyć z emerytury, tyle że Leokadia takich perspektyw nie ma; może dlatego, że jest koniem. Nie znajduje się w nowym, podorożkarskim świecie, nie chce być emerytką, ale nie umie być nikim innym - poetką, gońcem, gospodynią domową. Po zjedzeniu czarodziejskich bazi wyrastają jej skrzydła, co jednak bardziej komplikuje życie i konia (teraz pegaza), i emeryta Alojzego (niegdyś woźnicy).

Książka podzielona jest na krótkie nowelki z pure nonsensowymi dialogami, pomiędzy kartki wkradają się proste, umowne ilustracje. Zachwyciłam się językiem; mnóstwo smacznych, niekiedy dwuznacznie niepasujących do powieści dla dzieci zdań, które ma się ochotę natychmiast komuś przeczytać. Młodzież lat 4 jeszcze nie miała ochoty na lekturę, woli pana Brumma i słonia Elmera ostatnio.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 27, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Maja - Tagi: panie, dla-dzieci, 2013 - 2 komentarze - Skomentuj


Joe Alex - Cicha jak ostatnie tchnienie

Alex jest zaproszony przez znanego wydawcę na - teraz to by się nazywało - event, promujący sukces książek młodej autorki, Amandy Judd. Zaproszeni są znawcy tematu - właściciel wydawnictwa, autor, recenzentka, lord-kryminolog, finansista, znawczyni świata spirytualnego i wreszcie sama gwiazda Scotland Yardu, Ben Parker. Pikanterii dodaje lokalizacja uroczystości - w starym zamku, odcinanym na noc od świata przez fale przypływu, w którym - jak głosi legenda - rycerz zabił gacha swojej niewiernej żony, a ona sama zaginęła; od tej pory straszy. Zabawa ma być przednia, każdy z uczestników będzie szukał na własną rękę ducha, granego przez seksowną sekretarkę właściciela wydawnictwa. Jak się łatwo domyślić, trup pada szybko i w przeciwieństwie do ostatniego tomu, gdzie podejrzani byli wszyscy, tu nie ma żadnego podejrzanego, albowiem w momencie zbrodni wszyscy żywi byli razem w jednej sali i nikt nie mógł odzianej w białe giezło panny pchnąć zabytkowym mieczem. Ponieważ jednak ktoś to zrobił, Alex rozpoczyna żmudne śledztwo, szukając najpierw powodu, potem sposobu. I znajduje.

Słaba to powieść, zarówno od strony kryminalnej, jak i literackiej. Wszyscy krążą w kółko, po czym przychodzi jedno olśnienie i sprawa rozwiązana, a - co się chyba od pewnego momentu stało modus operandi Alexa - zbrodniarz karze się sam.

Inne tego autora tu.

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 25, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, kryminal, 2013 - 0 komentarzy - Skomentuj


Joe Alex - Cicha jak ostatnie tchnienie

Alex jest zaproszony przez znanego wydawcę na - teraz to by się nazywało - event, promujący sukces książek młodej autorki, Amandy Judd. Zaproszeni są znawcy tematu - właściciel wydawnictwa, autor, recenzentka, lord-kryminolog, finansista, znawczyni świata spirytualnego i wreszcie sama gwiazda Scotland Yardu, Ben Parker. Pikanterii dodaje lokalizacja uroczystości - w starym zamku, odcinanym na noc od świata przez fale przypływu, w którym - jak głosi legenda - rycerz zabił gacha swojej niewiernej żony, a ona sama zaginęła; od tej pory straszy. Zabawa ma być przednia, każdy z uczestników będzie szukał na własną rękę ducha, granego przez seksowną sekretarkę właściciela wydawnictwa. Jak się łatwo domyślić, trup pada szybko i w przeciwieństwie do ostatniego tomu, gdzie podejrzani byli wszyscy, tu nie ma żadnego podejrzanego, albowiem w momencie zbrodni wszyscy żywi byli razem w jednej sali i nikt nie mógł odzianej w białe giezło panny pchnąć zabytkowym mieczem. Ponieważ jednak ktoś to zrobił, Alex rozpoczyna żmudne śledztwo, szukając najpierw powodu, potem sposobu. I znajduje.

Słaba to powieść, zarówno od strony kryminalnej, jak i literackiej. Wszyscy krążą w kółko, po czym przychodzi jedno olśnienie i sprawa rozwiązana, a - co się chyba od pewnego momentu stało modus operandi Alexa - zbrodniarz karze się sam.

Inne tego autora tu.

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 25, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, kryminal, 2013 - 0 komentarzy - Skomentuj


#słoiki^2

Na fali słoikowego mema poszliśmy na niedzielny obiad do Whiskey in the Jar na Rynku. Zaiste, szyld bynajmniej nie kłamie, można zamówić tam sobie napitek również procentowy w eleganckim szkle z gwintem. Oprócz drinków w słoikach asortyment podobny do zamkniętego już w Poznaniu TGiF: steki, hamburgery, zupa z ostrą papryczką, frytki i skrzydełka. Nie wiem, jak steki (zachwalane jako najlepsze w Poznaniu), ale hamburgery są bardzo dobre. Przyznaję, że nie mam porównania i muszę niebawem udać się na rajd po hamburgerowych standach, żeby sobie wyrobić.

Strona restauracji tu.

PS Odkryłam, że Ikea ma słoiki z gumką (KORKEN). Sosie pomidorowy, nadchodzę. Czy mogę prosić o nowy dom z dużą spiżarnią?

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 24, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj


#słoiki^2

Na fali słoikowego mema poszliśmy na niedzielny obiad do Whiskey in the Jar na Rynku. Zaiste, szyld bynajmniej nie kłamie, można zamówić tam sobie napitek również procentowy w eleganckim szkle z gwintem. Oprócz drinków w słoikach asortyment podobny do zamkniętego już w Poznaniu TGiF: steki, hamburgery, zupa z ostrą papryczką, frytki i skrzydełka. Nie wiem, jak steki (zachwalane jako najlepsze w Poznaniu), ale hamburgery są bardzo dobre. Przyznaję, że nie mam porównania i muszę niebawem udać się na rajd po hamburgerowych standach, żeby sobie wyrobić.

Strona restauracji tu.

PS Odkryłam, że Ikea ma słoiki z gumką (KORKEN). Sosie pomidorowy, nadchodzę. Czy mogę prosić o nowy dom z dużą spiżarnią?

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 24, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj


Marcin Świetlicki - Trzynaście

Tom drugi przypadków Mistrza, dziecięcego aktora z filmu milicyjnego, który posiwiał, spuchł i się roztył. Wróciła do niego suka, która zaginęła w "Dwanaście", zawsze ktoś postawi szklaneczkę płynnego dobra, ból życia więc mu nie doskwiera tak mocno. Do momentu, kiedy ochroniarz nie zakaże mu wstępu do ulubionej knajpy, "Biura"; wtedy wszystko zaczyna się sypać. Ludzie z Warszawy chcą, żeby napisał książkę o pracy nad serialem w dzieciństwie, mamiąc go znaczną kwotą zaliczki. I nagle ta Warszawa wydaje się całkiem niezłym wyborem, kiedy w swoim mieszkaniu Mistrz znajduje zamordowaną dziewczynę.

Wyjątkowo dużo kobiet w tej powieści - intrygę zawiązuje Ćma, lafirynda niegdyś z klasą, którą ktoś odurzył narkotykiem, pobił i zostawił nagą, pomalowaną w rozmaite zberezieństwa. Prosi o pomoc Mistrza, niestety ten zapomina o śledztwie, bo się upija. Chwilę później pojawia się maturzystka, Roma z Żagania, która oznajmia Mistrzowi, że będzie z nim mieszkać, budząc konfuzję tego ostatniego. Wreszcie Maria, kobieta, która opiekowała się mistrzową suką przez prawie rok. Maria jakoś przypada Mistrzowi do serca, w tych chwilach, kiedy jest trzeźwy.

Akceptuję wielowątkowość, która narrację zabiera czasem onirycznemu i zawianemu Mistrzowi - skądinąd wygodna to narracja, kiedy nie trzeba rozpoznawać rozmówców zza woalu upojenia, nawet jeśli się ich zna - a to Ćma, a to pozująca do zdjęć frywolnych piękna Margarita (kolejna mroczna heroina tego romansu) czy smutny Porucznik, którego bije żona.

Chyba jeszcze ładniejsza niż poprzednie, pełna refleksji, poetycka historia o tym, czy warto się w życiu wysilać, o kontraście między karierą w Warszawie a radosnym i leniwym pijaństwem w Krakowie (bo przecież nie między mieć a być, Mistrz przecież nie jest). Gdzieś pojawia się drugoplanowo sam autor, rosyjski mściciel, mroczny Producent z Warszawy i nieco zagubiony pan Grzesio, bardziej kochający teścia niż własną żonę. Trochę drwiny z hipsterów, obowiązkowa kpina z rzeźby Mitoraja i wpasowania w codzienny kierat, kiedy wystarczy kilka groszy na małą przekąskę i pierwszą wódkę (albo śliwowicę czy stocka). Lubię krótkie, repetytywne zdania Świetlickiego, jego umiejętność wyjęcia z pijackiego dialogu niezaprzeczalnej logiki, która wprawdzie za chwilę się rozmyje na dnie kolejnej szklanki, ale nie sposób jej zanegować.

Inne tego autora.

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 23, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, kryminal, 2013 - 0 komentarzy - Skomentuj


Marcin Świetlicki - Trzynaście

Tom drugi przypadków Mistrza, dziecięcego aktora z filmu milicyjnego, który posiwiał, spuchł i się roztył. Wróciła do niego suka, która zaginęła w "Dwanaście", zawsze ktoś postawi szklaneczkę płynnego dobra, ból życia więc mu nie doskwiera tak mocno. Do momentu, kiedy ochroniarz nie zakaże mu wstępu do ulubionej knajpy, "Biura"; wtedy wszystko zaczyna się sypać. Ludzie z Warszawy chcą, żeby napisał książkę o pracy nad serialem w dzieciństwie, mamiąc go znaczną kwotą zaliczki. I nagle ta Warszawa wydaje się całkiem niezłym wyborem, kiedy w swoim mieszkaniu Mistrz znajduje zamordowaną dziewczynę.

Wyjątkowo dużo kobiet w tej powieści - intrygę zawiązuje Ćma, lafirynda niegdyś z klasą, którą ktoś odurzył narkotykiem, pobił i zostawił nagą, pomalowaną w rozmaite zberezieństwa. Prosi o pomoc Mistrza, niestety ten zapomina o śledztwie, bo się upija. Chwilę później pojawia się maturzystka, Roma z Żagania, która oznajmia Mistrzowi, że będzie z nim mieszkać, budząc konfuzję tego ostatniego. Wreszcie Maria, kobieta, która opiekowała się mistrzową suką przez prawie rok. Maria jakoś przypada Mistrzowi do serca, w tych chwilach, kiedy jest trzeźwy.

Akceptuję wielowątkowość, która narrację zabiera czasem onirycznemu i zawianemu Mistrzowi - skądinąd wygodna to narracja, kiedy nie trzeba rozpoznawać rozmówców zza woalu upojenia, nawet jeśli się ich zna - a to Ćma, a to pozująca do zdjęć frywolnych piękna Margarita (kolejna mroczna heroina tego romansu) czy smutny Porucznik, którego bije żona.

Chyba jeszcze ładniejsza niż poprzednie, pełna refleksji, poetycka historia o tym, czy warto się w życiu wysilać, o kontraście między karierą w Warszawie a radosnym i leniwym pijaństwem w Krakowie (bo przecież nie między mieć a być, Mistrz przecież nie jest). Gdzieś pojawia się drugoplanowo sam autor, rosyjski mściciel, mroczny Producent z Warszawy i nieco zagubiony pan Grzesio, bardziej kochający teścia niż własną żonę. Trochę drwiny z hipsterów, obowiązkowa kpina z rzeźby Mitoraja i wpasowania w codzienny kierat, kiedy wystarczy kilka groszy na małą przekąskę i pierwszą wódkę (albo śliwowicę czy stocka). Lubię krótkie, repetytywne zdania Świetlickiego, jego umiejętność wyjęcia z pijackiego dialogu niezaprzeczalnej logiki, która wprawdzie za chwilę się rozmyje na dnie kolejnej szklanki, ale nie sposób jej zanegować.

Inne tego autora.

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 23, 2013

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, kryminal, 2013 - 0 komentarzy - Skomentuj


#słoiki trip

Żeby nie wyłamać się z lemingarskiej tradycji, zawiozłam do Warszawy słoiki i ze słoikami wróciłam. Jest coś przyjemnie plemiennego w wymianie żywności i w karmieniu gościa, siedzeniu w kuchni i patrzeniu na zaparzanie herbaty. Zdecydowanie wolę niż anonimowość pokoju hotelowego (nie wspominając, że nie chciało mi się gotować wody na herbatę, bo musiałabym przenieść czajnik na biurko, a to praca). Dziękuję.

Szyba pokryta szarą siatką, która przy braku słońca daje efekt burzowego, listopadowego popołudnia, takiego bez żadnej nadziei; od samego patrzenia mam ochotę zwinąć się w kłębek i spać. Kiedy wychodzą plamy jesiennego słońca, drżące od liści, jest jak w upalne lato. Przy obu opcjach ostatnia rzecz, której chcę, jest patrzenie na kolejne ekrany powerpointa.

Warszawa w przelocie narobiła mi smaku na słoneczny dzień, spędzony na uliczkach z bogatą sztukaterią, na Żurawiej czy Foksal, rozpoczęty Targiem Śniadaniowym. Rano zamglona, po południu rozkosznie jesienna z obietnicą wieczoru pełnego neonów i panoramą Zamku od strony Wisły. Chcę zanurzyć się w bramy, pogłaskać lokalne koty, zastanowić się, kto korzysta z Bank of China. Zrobić listę murali, zinwentaryzować wieżowce (owszem, doceniłam Złotą 44 dopiero patrząc na zdjęcia samego szczytu budynku, ale mnie się podoba Pałac Kultury, więc może jestem niemiarodajna), pokazać Majowi Starówkę, Krakowskie Przedmieście i wjechać na sam szczyt PKiN-u. Ostatni raz byłam jeszcze w latach 80., więc umówmy się - dawno. Może nawet jeszcze windą służbową pan minister jeździł. Szkoda Warszawy na lemingowanie. No chyba że w Arkadii i Złotych Tarasach.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 21, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: murale, polska, warszawa - 0 komentarzy - Skomentuj


#słoiki trip

Żeby nie wyłamać się z lemingarskiej tradycji, zawiozłam do Warszawy słoiki i ze słoikami wróciłam. Jest coś przyjemnie plemiennego w wymianie żywności i w karmieniu gościa, siedzeniu w kuchni i patrzeniu na zaparzanie herbaty. Zdecydowanie wolę niż anonimowość pokoju hotelowego (nie wspominając, że nie chciało mi się gotować wody na herbatę, bo musiałabym przenieść czajnik na biurko, a to praca). Dziękuję.

Szyba pokryta szarą siatką, która przy braku słońca daje efekt burzowego, listopadowego popołudnia, takiego bez żadnej nadziei; od samego patrzenia mam ochotę zwinąć się w kłębek i spać. Kiedy wychodzą plamy jesiennego słońca, drżące od liści, jest jak w upalne lato. Przy obu opcjach ostatnia rzecz, której chcę, jest patrzenie na kolejne ekrany powerpointa.

Warszawa w przelocie narobiła mi smaku na słoneczny dzień, spędzony na uliczkach z bogatą sztukaterią, na Żurawiej czy Foksal, rozpoczęty Targiem Śniadaniowym. Rano zamglona, po południu rozkosznie jesienna z obietnicą wieczoru pełnego neonów i panoramą Zamku od strony Wisły. Chcę zanurzyć się w bramy, pogłaskać lokalne koty, zastanowić się, kto korzysta z Bank of China. Zrobić listę murali, zinwentaryzować wieżowce (owszem, doceniłam Złotą 44 dopiero patrząc na zdjęcia samego szczytu budynku, ale mnie się podoba Pałac Kultury, więc może jestem niemiarodajna), pokazać Majowi Starówkę, Krakowskie Przedmieście i wjechać na sam szczyt PKiN-u. Ostatni raz byłam jeszcze w latach 80., więc umówmy się - dawno. Może nawet jeszcze windą służbową pan minister jeździł. Szkoda Warszawy na lemingowanie. No chyba że w Arkadii i Złotych Tarasach.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 21, 2013

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: murale, polska, warszawa - 0 komentarzy - Skomentuj