Co miesiąc przeglądam słowa kluczowe z wyszukiwarek i nieustająco chapeaux bas:
- international cuisine czy ktoś tam pracuje [zapewne, inaczej by ludzie głodni chodzili]
- nieletnia pokazuje swoje male cycki
- no ze zwierzetami filmy [wyczuwam zniecierpliwienie]
- podłączenie żyrandola na trzy żarówki
- robienie próbników dla firm za granicą
- walenie niewiasty [są i walenie-samczyki, skądś małe wielorybki się biorą]
- opowiadania erotyczne -obmacuje mnie szefowa
- lizalam synowi [sam nie umiał?]
- wdowa z duzym biustem pozna pana
- po waleniu konia chce sie sikac [dermatolog?]
- kto jest managerem roberta makłowicza
- taki murzyn riki tiki tiki
- biust pokazany przypadkiem [kochany, to nie był przypadek]
- film na kom robi loda [ten filmik robi? wot technika]
- rozbierane sceny z wegierskich filmow [a da się coś zrozumieć z dialogów?]
- seks z cyckami i siusiakiem [odkrycie roku]
Przy okazji niechcący stworzyłam dwa nowe, acz niekonieczne polskie, słowa: "kotspotting" i "goofsy" (N. jest czujny i zwrócił mi na to uwagę).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 18, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Śmieszne -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Co miesiąc przeglądam słowa kluczowe z wyszukiwarek i nieustająco chapeaux bas:
- international cuisine czy ktoś tam pracuje [zapewne, inaczej by ludzie głodni chodzili]
- nieletnia pokazuje swoje male cycki
- no ze zwierzetami filmy [wyczuwam zniecierpliwienie]
- podłączenie żyrandola na trzy żarówki
- robienie próbników dla firm za granicą
- walenie niewiasty [są i walenie-samczyki, skądś małe wielorybki się biorą]
- opowiadania erotyczne -obmacuje mnie szefowa
- lizalam synowi [sam nie umiał?]
- wdowa z duzym biustem pozna pana
- po waleniu konia chce sie sikac [dermatolog?]
- kto jest managerem roberta makłowicza
- taki murzyn riki tiki tiki
- biust pokazany przypadkiem [kochany, to nie był przypadek]
- film na kom robi loda [ten filmik robi? wot technika]
- rozbierane sceny z wegierskich filmow [a da się coś zrozumieć z dialogów?]
- seks z cyckami i siusiakiem [odkrycie roku]
Przy okazji niechcący stworzyłam dwa nowe, acz niekonieczne polskie, słowa: "kotspotting" i "goofsy" (N. jest czujny i zwrócił mi na to uwagę).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 18, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Co miesiąc przeglądam słowa kluczowe z wyszukiwarek i nieustająco chapeaux bas:
- international cuisine czy ktoś tam pracuje [zapewne, inaczej by ludzie głodni chodzili]
- nieletnia pokazuje swoje male cycki
- no ze zwierzetami filmy [wyczuwam zniecierpliwienie]
- podłączenie żyrandola na trzy żarówki
- robienie próbników dla firm za granicą
- walenie niewiasty [są i walenie-samczyki, skądś małe wielorybki się biorą]
- opowiadania erotyczne -obmacuje mnie szefowa
- lizalam synowi [sam nie umiał?]
- wdowa z duzym biustem pozna pana
- po waleniu konia chce sie sikac [dermatolog?]
- kto jest managerem roberta makłowicza
- taki murzyn riki tiki tiki
- biust pokazany przypadkiem [kochany, to nie był przypadek]
- film na kom robi loda [ten filmik robi? wot technika]
- rozbierane sceny z wegierskich filmow [a da się coś zrozumieć z dialogów?]
- seks z cyckami i siusiakiem [odkrycie roku]
Przy okazji niechcący stworzyłam dwa nowe, acz niekonieczne polskie, słowa: "kotspotting" i "goofsy" (N. jest czujny i zwrócił mi na to uwagę).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 18, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Śmieszne -
- 2 komentarze
- Skomentuj
... w blogowe zaświaty, niespecjalnie mądrze naciskając "Anuluj". Jakoś mnie to nie dziwi, bo przed wyjściem na śniadanie spędziłam ładne kilka minut na poszukiwaniu obiektywu, który przed momentem miałam byłam w ręku, a znalazł się w łazience koło lustra. Jak już kiedyś wspominałam, jestem miejska. Mój ekosystem mieści kawiarnie i restauracje, ryneczki z warzywami, pchle targi, parki i sklepy. Nie mam specjalnego nabożeństwa do cotygodniowej wizyty w supermarkecie, ale lubię urozmaicić sobie życie również robiąc szybki przegląd tego, co nowe, dotykając i wąchając. I mam duży fetysz tego, żeby dostać dobre śniadanie.
W Chimerze leniwie spożyliśmy poranny posiłek, wyjątkowo miło zaskoczeni, że nie trzeba wstawać rannym świtem przed 13, żeby zdążyć, bo śniadanie można dostać i o 22, jak zapewniła miła pani w herbaciarni. Leniwie i dość rozrywkowo, bo w lokalu grasowało stado kilkunastu ryczących 50. (a nawet 60.), które odbywały sabat czarownic, pewnie inspirowany po trosze naszą-klasą, sądząc z tematów ("nie sprawdzają nam teraz tarcz i nie zaglądają pod spódnice, a szkoda"), jakie dobiegały zza ściany. Po kilku karafkach wina słychać było toasty za te, których już nie było, ale też i za sprawne pęcherze i zwieracze (nie żebym się z tego śmiała, naprawdę). Trochę mnie to melancholijnie nastawiło, bo ja nie za bardzo odczuwam chęć spotykania się z ludźmi z przeszłości w jakiejś większej masie - kilka osób lubię, ale nie ciągnie mnie do spędów wszystkich, z którymi miałam okazję w życiu przebywać. Taka konstrukcja.
Nawiązując do wątku mody weselnej sprzed paru tygodni, dzisiaj na Rynku odbywały się jakieś dziwne obrządki okołoślubne ludu norweskiego.
Przy bliższym przyjrzeniu okazało się, że jest dość niewyrafinowana zabawa (ale na trzeźwo!), polegająca na trafieniu długopisem przywiązanym z tyłu do paska do stojącej na ziemi butelki po szampanie, co zapewne ma symbolizować zapładnianie. Poza tym kwitł handel, zwierzyna spała, a po całym mieście kręciło się mnóstwo turystów.
I obiecane konwalie ;-) z Rynku Wildeckiego. Tam miała miejsce historyjka, która mnie dalej bawi. Kupowałam swego czasu TŻ-u flanelową koszulę i szukałam takiej naprawdę dużej, bo luźna miała być. Znalazłam jakąś XXL-kę, zawinszowałam, po czym pan ze straganu porozumiewawczo mrugnął okiem i stwierdził, że TŻ to "taki bardziej byczek".
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
... w blogowe zaświaty, niespecjalnie mądrze naciskając "Anuluj". Jakoś mnie to nie dziwi, bo przed wyjściem na śniadanie spędziłam ładne kilka minut na poszukiwaniu obiektywu, który przed momentem miałam byłam w ręku, a znalazł się w łazience koło lustra. Jak już kiedyś wspominałam, jestem miejska. Mój ekosystem mieści kawiarnie i restauracje, ryneczki z warzywami, pchle targi, parki i sklepy. Nie mam specjalnego nabożeństwa do cotygodniowej wizyty w supermarkecie, ale lubię urozmaicić sobie życie również robiąc szybki przegląd tego, co nowe, dotykając i wąchając. I mam duży fetysz tego, żeby dostać dobre śniadanie.
W Chimerze leniwie spożyliśmy poranny posiłek, wyjątkowo miło zaskoczeni, że nie trzeba wstawać rannym świtem przed 13, żeby zdążyć, bo śniadanie można dostać i o 22, jak zapewniła miła pani w herbaciarni. Leniwie i dość rozrywkowo, bo w lokalu grasowało stado kilkunastu ryczących 50. (a nawet 60.), które odbywały sabat czarownic, pewnie inspirowany po trosze naszą-klasą, sądząc z tematów ("nie sprawdzają nam teraz tarcz i nie zaglądają pod spódnice, a szkoda"), jakie dobiegały zza ściany. Po kilku karafkach wina słychać było toasty za te, których już nie było, ale też i za sprawne pęcherze i zwieracze (nie żebym się z tego śmiała, naprawdę). Trochę mnie to melancholijnie nastawiło, bo ja nie za bardzo odczuwam chęć spotykania się z ludźmi z przeszłości w jakiejś większej masie - kilka osób lubię, ale nie ciągnie mnie do spędów wszystkich, z którymi miałam okazję w życiu przebywać. Taka konstrukcja.
Nawiązując do wątku mody weselnej sprzed paru tygodni, dzisiaj na Rynku odbywały się jakieś dziwne obrządki okołoślubne ludu norweskiego.
Przy bliższym przyjrzeniu okazało się, że jest dość niewyrafinowana zabawa (ale na trzeźwo!), polegająca na trafieniu długopisem przywiązanym z tyłu do paska do stojącej na ziemi butelki po szampanie, co zapewne ma symbolizować zapładnianie. Poza tym kwitł handel, zwierzyna spała, a po całym mieście kręciło się mnóstwo turystów.
I obiecane konwalie ;-) z Rynku Wildeckiego. Tam miała miejsce historyjka, która mnie dalej bawi. Kupowałam swego czasu TŻ-u flanelową koszulę i szukałam takiej naprawdę dużej, bo luźna miała być. Znalazłam jakąś XXL-kę, zawinszowałam, po czym pan ze straganu porozumiewawczo mrugnął okiem i stwierdził, że TŻ to "taki bardziej byczek".
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... w blogowe zaświaty, niespecjalnie mądrze naciskając "Anuluj". Jakoś mnie to nie dziwi, bo przed wyjściem na śniadanie spędziłam ładne kilka minut na poszukiwaniu obiektywu, który przed momentem miałam byłam w ręku, a znalazł się w łazience koło lustra. Jak już kiedyś wspominałam, jestem miejska. Mój ekosystem mieści kawiarnie i restauracje, ryneczki z warzywami, pchle targi, parki i sklepy. Nie mam specjalnego nabożeństwa do cotygodniowej wizyty w supermarkecie, ale lubię urozmaicić sobie życie również robiąc szybki przegląd tego, co nowe, dotykając i wąchając. I mam duży fetysz tego, żeby dostać dobre śniadanie.
W Chimerze leniwie spożyliśmy poranny posiłek, wyjątkowo miło zaskoczeni, że nie trzeba wstawać rannym świtem przed 13, żeby zdążyć, bo śniadanie można dostać i o 22, jak zapewniła miła pani w herbaciarni. Leniwie i dość rozrywkowo, bo w lokalu grasowało stado kilkunastu ryczących 50. (a nawet 60.), które odbywały sabat czarownic, pewnie inspirowany po trosze naszą-klasą, sądząc z tematów ("nie sprawdzają nam teraz tarcz i nie zaglądają pod spódnice, a szkoda"), jakie dobiegały zza ściany. Po kilku karafkach wina słychać było toasty za te, których już nie było, ale też i za sprawne pęcherze i zwieracze (nie żebym się z tego śmiała, naprawdę). Trochę mnie to melancholijnie nastawiło, bo ja nie za bardzo odczuwam chęć spotykania się z ludźmi z przeszłości w jakiejś większej masie - kilka osób lubię, ale nie ciągnie mnie do spędów wszystkich, z którymi miałam okazję w życiu przebywać. Taka konstrukcja.
Nawiązując do wątku mody weselnej sprzed paru tygodni, dzisiaj na Rynku odbywały się jakieś dziwne obrządki okołoślubne ludu norweskiego.
Przy bliższym przyjrzeniu okazało się, że jest dość niewyrafinowana zabawa (ale na trzeźwo!), polegająca na trafieniu długopisem przywiązanym z tyłu do paska do stojącej na ziemi butelki po szampanie, co zapewne ma symbolizować zapładnianie. Poza tym kwitł handel, zwierzyna spała, a po całym mieście kręciło się mnóstwo turystów.
I obiecane konwalie ;-) z Rynku Wildeckiego. Tam miała miejsce historyjka, która mnie dalej bawi. Kupowałam swego czasu TŻ-u flanelową koszulę i szukałam takiej naprawdę dużej, bo luźna miała być. Znalazłam jakąś XXL-kę, zawinszowałam, po czym pan ze straganu porozumiewawczo mrugnął okiem i stwierdził, że TŻ to "taki bardziej byczek".
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
To *nie* jest serial dla tych, co są "chómanistami", w szkole nie lubili matematyki i byli z tego dumni. Don Epps to agent CIA i w każdym odcinku rozwiązuje jakąś skomplikowaną sprawę. Charlie Epps zawodowo jest geniuszem i profesorem matematyki, a prywatnie bratem Dona. I jak się już w pierwszym odcinku okazuje, umie za pomocą całki z, epsilona i różnego typu wykresów wymyślić, gdzie uderzy przestępca. Stosunkowo mało głupot, niektóre teorie nawet byłam w stanie zrozumieć (oczywiście najlepiej mi poszło, jak Charlie miał kurs matematyki dla opornych), a mimo sporej porcji wzorów (zwykle malowniczo pisanych na jakiejś szybie) akcja jest, czasem trochę nawet poganiając i postrzelają, więc nie jest zbyt nudno i statycznie. Często zetknięcie świata wyższej matematyki ze światem ludzi, dla których istnieją cztery działania matematyczne, a czasem jeszcze procent, jest zabawne (lekarz mówił, żeby się uśmiechać, ale może coś z tych dziwnych greckich liter jeszcze wyjdzie).
Poza tym drugoplanowo pojawia się nieco cyniczny ojciec Epps, próbujący swoich sił w późnym randkowaniu i układaniu życia z dwoma zaabsorbowanymi pracą synami. Charlie poza tablicą i kredą mało co zauważa, mimo że współpracują z nim różnego typu piękne chicks (ale sytuacja jest dość rozwojowa). Don ma za sobą jakieś związki, ale chwilowo bardziej interesuje go łapanie przestępców, chociaż czasem pojawiają się mimochodem jakieś byłe panny. Cztery sezony, trochę pewnie jeszcze w przerwach na równania czy łapanie morderców się zdarzy. Nie przykuwa aż tak do fotela, ale to przyjemne oglądadełko na wieczory.
Dla wielbicieli "Przystanku Alaska" - rolę agenta Dona gra dr. Fleischmann.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj
To *nie* jest serial dla tych, co są "chómanistami", w szkole nie lubili matematyki i byli z tego dumni. Don Epps to agent CIA i w każdym odcinku rozwiązuje jakąś skomplikowaną sprawę. Charlie Epps zawodowo jest geniuszem i profesorem matematyki, a prywatnie bratem Dona. I jak się już w pierwszym odcinku okazuje, umie za pomocą całki z, epsilona i różnego typu wykresów wymyślić, gdzie uderzy przestępca. Stosunkowo mało głupot, niektóre teorie nawet byłam w stanie zrozumieć (oczywiście najlepiej mi poszło, jak Charlie miał kurs matematyki dla opornych), a mimo sporej porcji wzorów (zwykle malowniczo pisanych na jakiejś szybie) akcja jest, czasem trochę nawet poganiając i postrzelają, więc nie jest zbyt nudno i statycznie. Często zetknięcie świata wyższej matematyki ze światem ludzi, dla których istnieją cztery działania matematyczne, a czasem jeszcze procent, jest zabawne (lekarz mówił, żeby się uśmiechać, ale może coś z tych dziwnych greckich liter jeszcze wyjdzie).
Poza tym drugoplanowo pojawia się nieco cyniczny ojciec Epps, próbujący swoich sił w późnym randkowaniu i układaniu życia z dwoma zaabsorbowanymi pracą synami. Charlie poza tablicą i kredą mało co zauważa, mimo że współpracują z nim różnego typu piękne chicks (ale sytuacja jest dość rozwojowa). Don ma za sobą jakieś związki, ale chwilowo bardziej interesuje go łapanie przestępców, chociaż czasem pojawiają się mimochodem jakieś byłe panny. Cztery sezony, trochę pewnie jeszcze w przerwach na równania czy łapanie morderców się zdarzy. Nie przykuwa aż tak do fotela, ale to przyjemne oglądadełko na wieczory.
Dla wielbicieli "Przystanku Alaska" - rolę agenta Dona gra dr. Fleischmann.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
To *nie* jest serial dla tych, co są "chómanistami", w szkole nie lubili matematyki i byli z tego dumni. Don Epps to agent CIA i w każdym odcinku rozwiązuje jakąś skomplikowaną sprawę. Charlie Epps zawodowo jest geniuszem i profesorem matematyki, a prywatnie bratem Dona. I jak się już w pierwszym odcinku okazuje, umie za pomocą całki z, epsilona i różnego typu wykresów wymyślić, gdzie uderzy przestępca. Stosunkowo mało głupot, niektóre teorie nawet byłam w stanie zrozumieć (oczywiście najlepiej mi poszło, jak Charlie miał kurs matematyki dla opornych), a mimo sporej porcji wzorów (zwykle malowniczo pisanych na jakiejś szybie) akcja jest, czasem trochę nawet poganiając i postrzelają, więc nie jest zbyt nudno i statycznie. Często zetknięcie świata wyższej matematyki ze światem ludzi, dla których istnieją cztery działania matematyczne, a czasem jeszcze procent, jest zabawne (lekarz mówił, żeby się uśmiechać, ale może coś z tych dziwnych greckich liter jeszcze wyjdzie).
Poza tym drugoplanowo pojawia się nieco cyniczny ojciec Epps, próbujący swoich sił w późnym randkowaniu i układaniu życia z dwoma zaabsorbowanymi pracą synami. Charlie poza tablicą i kredą mało co zauważa, mimo że współpracują z nim różnego typu piękne chicks (ale sytuacja jest dość rozwojowa). Don ma za sobą jakieś związki, ale chwilowo bardziej interesuje go łapanie przestępców, chociaż czasem pojawiają się mimochodem jakieś byłe panny. Cztery sezony, trochę pewnie jeszcze w przerwach na równania czy łapanie morderców się zdarzy. Nie przykuwa aż tak do fotela, ale to przyjemne oglądadełko na wieczory.
Dla wielbicieli "Przystanku Alaska" - rolę agenta Dona gra dr. Fleischmann.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 17, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Maigret zostaje oderwany od przesłuchania przesympatycznego złodzieja, który bynajmniej nie kradnie, ale wprowadza się do opuszczonych na czas urlopu mieszkań i bezwstydnie korzysta z atłasowej pościeli i zawartości spiżarni. Trafia do kamienicy, zamieszkanej przez rodzinę, która od lat prowadziła coraz bardziej podupadającą fabryczkę biszkoptów. I mimo iż zginął jeden z członków rodziny, nikt nie jest chętny do opowiadania czegokolwiek, winę zwalając na tajemniczego włamywacza. Kryminał się wlecze, sprawa powoli wyjaśnia, a Maigret pije grog (nawet o wczesnej porze dnia). Zabawniejszym elementem jest postać wyrodnej córki rodu, która została sufrażystką, chodzi w spodniach i pracuje jako barmanka w lesbijskim barze "Amazonka" (ale prywatnie lubi klapeczki z puszkiem i jedwabne szlafroczki).
Inne tego autora, inne z tej serii.
#19
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 16, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2008, kryminal, z-jamnikiem
- 0 komentarzy
- Skomentuj