Maigret zostaje oderwany od przesłuchania przesympatycznego złodzieja, który bynajmniej nie kradnie, ale wprowadza się do opuszczonych na czas urlopu mieszkań i bezwstydnie korzysta z atłasowej pościeli i zawartości spiżarni. Trafia do kamienicy, zamieszkanej przez rodzinę, która od lat prowadziła coraz bardziej podupadającą fabryczkę biszkoptów. I mimo iż zginął jeden z członków rodziny, nikt nie jest chętny do opowiadania czegokolwiek, winę zwalając na tajemniczego włamywacza. Kryminał się wlecze, sprawa powoli wyjaśnia, a Maigret pije grog (nawet o wczesnej porze dnia). Zabawniejszym elementem jest postać wyrodnej córki rodu, która została sufrażystką, chodzi w spodniach i pracuje jako barmanka w lesbijskim barze "Amazonka" (ale prywatnie lubi klapeczki z puszkiem i jedwabne szlafroczki).
Inne tego autora, inne z tej serii.
#19
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 16, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Maigret zostaje oderwany od przesłuchania przesympatycznego złodzieja, który bynajmniej nie kradnie, ale wprowadza się do opuszczonych na czas urlopu mieszkań i bezwstydnie korzysta z atłasowej pościeli i zawartości spiżarni. Trafia do kamienicy, zamieszkanej przez rodzinę, która od lat prowadziła coraz bardziej podupadającą fabryczkę biszkoptów. I mimo iż zginął jeden z członków rodziny, nikt nie jest chętny do opowiadania czegokolwiek, winę zwalając na tajemniczego włamywacza. Kryminał się wlecze, sprawa powoli wyjaśnia, a Maigret pije grog (nawet o wczesnej porze dnia). Zabawniejszym elementem jest postać wyrodnej córki rodu, która została sufrażystką, chodzi w spodniach i pracuje jako barmanka w lesbijskim barze "Amazonka" (ale prywatnie lubi klapeczki z puszkiem i jedwabne szlafroczki).
Inne tego autora, inne z tej serii.
#19
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 16, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2008, kryminal, z-jamnikiem
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... w którym zupełnie nic się nie dzieje. Śpię, myję się (no, dzisiaj w misce, bo ciśnienie wody w kranach spadło poniżej akceptowalnego dla pieca poziomu i zeznał, że nie poleci ciepła, bo nie i tak będzie wisiał), idę na zakład, tam jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora (albo, jak uczy pani Inka na jodze, przyzwyczajam się do klocka[1]), wracam, kota głaszczę i czytam przed snem kilka kartek książki leżącej opodal. Może to i dobrze?
I wiosna jest.
[1] Pani Inka ogólnie jest mistrzynią bon motów. Przy leżeniu na drewnianym klocku, jak ktoś się za bardzo wierci, mówi, że od wiercenia klocek się bardziej miękki nie zrobi. Kiedy ktoś się strasznie męczy podczas asan, mówi, żeby nie zaciskać ust, bo to nie ustami się nogę prostuje.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 15, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 3 komentarze
- Skomentuj
... w którym zupełnie nic się nie dzieje. Śpię, myję się (no, dzisiaj w misce, bo ciśnienie wody w kranach spadło poniżej akceptowalnego dla pieca poziomu i zeznał, że nie poleci ciepła, bo nie i tak będzie wisiał), idę na zakład, tam jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora (albo, jak uczy pani Inka na jodze, przyzwyczajam się do klocka[1]), wracam, kota głaszczę i czytam przed snem kilka kartek książki leżącej opodal. Może to i dobrze?
I wiosna jest.
[1] Pani Inka ogólnie jest mistrzynią bon motów. Przy leżeniu na drewnianym klocku, jak ktoś się za bardzo wierci, mówi, że od wiercenia klocek się bardziej miękki nie zrobi. Kiedy ktoś się strasznie męczy podczas asan, mówi, żeby nie zaciskać ust, bo to nie ustami się nogę prostuje.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 15, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... w którym zupełnie nic się nie dzieje. Śpię, myję się (no, dzisiaj w misce, bo ciśnienie wody w kranach spadło poniżej akceptowalnego dla pieca poziomu i zeznał, że nie poleci ciepła, bo nie i tak będzie wisiał), idę na zakład, tam jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora (albo, jak uczy pani Inka na jodze, przyzwyczajam się do klocka[1]), wracam, kota głaszczę i czytam przed snem kilka kartek książki leżącej opodal. Może to i dobrze?
I wiosna jest.
[1] Pani Inka ogólnie jest mistrzynią bon motów. Przy leżeniu na drewnianym klocku, jak ktoś się za bardzo wierci, mówi, że od wiercenia klocek się bardziej miękki nie zrobi. Kiedy ktoś się strasznie męczy podczas asan, mówi, żeby nie zaciskać ust, bo to nie ustami się nogę prostuje.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 15, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Z pięknego balkonu, pełnego zadbanego bluszczu, spada emerytowany śpiewak operowy. Kapitan milicji jest tym faktem dość przejęty, na równi z troską o wspomniany wyżej bluszcz (który podlewany jest skomplikowanym systemem kanalików i ma się dobrze, a potencjalny samobójca już tak trochę nie bardzo). Śledztwo posuwa się do przodu po części dzięki znajomościom kapitana, który robi dyskretny wywiad w tzw. środowisku (i dowiaduje się, że śpiewak, naiwnie wróciwszy z oper zagranicznych do odzyskanej w '45 ojczyzny, stracił głos, śpiewając w podłych warunkach; gdyby tylko pojechał do Związku Radzieckiego, w którym mimo zniszczeń wojennych były środki na zadbanie o taką gwiazdę, to by jeszcze pośpiewał), a po części dzięki rozkojarzonej i głupawej dziewczynie, która zarejestrowała pod domem denata fiata w kolorze bahama yellow (dla słabszych - pomarańczowy) i kobietę w tureckiej, haftowanej bluzeczce. Nie zdziwiło milicji, że fiat zniknął zaraz z miejsca wypadku, bo "ludzie, co się w życiu dorobili, unikają kłopotów i problemów". Narracja prowadzona jest trzema torami - życie potencjalnego samobójcy, dialogi dwóch małomiasteczkowych przyjaciółek i śledztwo prowadzone przez kapitana. Łatwo się domyślić, że obie panny są z nagłą śmiercią związane.
Dość zabawny jest PRL-owski luksus. Puszysty nylonowy dywan, chiński wazon, tapczan wbudowany w półkę z książkami, loggia z bluszczem i kryształowe lustro grubości 20 cm (oj, nie było to nowe budownictwo). Marzeniem dziewczyny z prowincji była praca w sklepie Mody Polskiej i układanie na półkach bluzeczek z importu. Ale ponadczasowo okazało się, że kłamstwo nie popłaca i kończy się tragicznie.
Inne tej autorki, inne z tej serii:
#18
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 13, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, prl, 2008, kryminal, z-jamnikiem
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Z pięknego balkonu, pełnego zadbanego bluszczu, spada emerytowany śpiewak operowy. Kapitan milicji jest tym faktem dość przejęty, na równi z troską o wspomniany wyżej bluszcz (który podlewany jest skomplikowanym systemem kanalików i ma się dobrze, a potencjalny samobójca już tak trochę nie bardzo). Śledztwo posuwa się do przodu po części dzięki znajomościom kapitana, który robi dyskretny wywiad w tzw. środowisku (i dowiaduje się, że śpiewak, naiwnie wróciwszy z oper zagranicznych do odzyskanej w '45 ojczyzny, stracił głos, śpiewając w podłych warunkach; gdyby tylko pojechał do Związku Radzieckiego, w którym mimo zniszczeń wojennych były środki na zadbanie o taką gwiazdę, to by jeszcze pośpiewał), a po części dzięki rozkojarzonej i głupawej dziewczynie, która zarejestrowała pod domem denata fiata w kolorze bahama yellow (dla słabszych - pomarańczowy) i kobietę w tureckiej, haftowanej bluzeczce. Nie zdziwiło milicji, że fiat zniknął zaraz z miejsca wypadku, bo "ludzie, co się w życiu dorobili, unikają kłopotów i problemów". Narracja prowadzona jest trzema torami - życie potencjalnego samobójcy, dialogi dwóch małomiasteczkowych przyjaciółek i śledztwo prowadzone przez kapitana. Łatwo się domyślić, że obie panny są z nagłą śmiercią związane.
Dość zabawny jest PRL-owski luksus. Puszysty nylonowy dywan, chiński wazon, tapczan wbudowany w półkę z książkami, loggia z bluszczem i kryształowe lustro grubości 20 cm (oj, nie było to nowe budownictwo). Marzeniem dziewczyny z prowincji była praca w sklepie Mody Polskiej i układanie na półkach bluzeczek z importu. Ale ponadczasowo okazało się, że kłamstwo nie popłaca i kończy się tragicznie.
Inne tej autorki, inne z tej serii:
#18
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 13, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Z pięknego balkonu, pełnego zadbanego bluszczu, spada emerytowany śpiewak operowy. Kapitan milicji jest tym faktem dość przejęty, na równi z troską o wspomniany wyżej bluszcz (który podlewany jest skomplikowanym systemem kanalików i ma się dobrze, a potencjalny samobójca już tak trochę nie bardzo). Śledztwo posuwa się do przodu po części dzięki znajomościom kapitana, który robi dyskretny wywiad w tzw. środowisku (i dowiaduje się, że śpiewak, naiwnie wróciwszy z oper zagranicznych do odzyskanej w '45 ojczyzny, stracił głos, śpiewając w podłych warunkach; gdyby tylko pojechał do Związku Radzieckiego, w którym mimo zniszczeń wojennych były środki na zadbanie o taką gwiazdę, to by jeszcze pośpiewał), a po części dzięki rozkojarzonej i głupawej dziewczynie, która zarejestrowała pod domem denata fiata w kolorze bahama yellow (dla słabszych - pomarańczowy) i kobietę w tureckiej, haftowanej bluzeczce. Nie zdziwiło milicji, że fiat zniknął zaraz z miejsca wypadku, bo "ludzie, co się w życiu dorobili, unikają kłopotów i problemów". Narracja prowadzona jest trzema torami - życie potencjalnego samobójcy, dialogi dwóch małomiasteczkowych przyjaciółek i śledztwo prowadzone przez kapitana. Łatwo się domyślić, że obie panny są z nagłą śmiercią związane.
Dość zabawny jest PRL-owski luksus. Puszysty nylonowy dywan, chiński wazon, tapczan wbudowany w półkę z książkami, loggia z bluszczem i kryształowe lustro grubości 20 cm (oj, nie było to nowe budownictwo). Marzeniem dziewczyny z prowincji była praca w sklepie Mody Polskiej i układanie na półkach bluzeczek z importu. Ale ponadczasowo okazało się, że kłamstwo nie popłaca i kończy się tragicznie.
Inne tej autorki, inne z tej serii:
#18
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 13, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, prl, 2008, kryminal, z-jamnikiem
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do jeżdżenia podgrzewaną francuską kanapą, bo jakoś tak machinalnie usiłowałam zapiąć pasu na fotelu u dentysty. Poza tym zostałam obkomplementowana przez meneli podbramowych (ok, młodych), co według jednej znajomej jest ultymatywnym i ostatecznym wyrażeniem zachwytu nad urodą. Ja uważam, że mogli być po prostu ciut nietrzeźwi. I od poniedziałku myślałam o tym, że mógłby być już piątek.
A w Pasażu Jeżyckim, gdzie pracowałam lat kilka, a dentystka pracuje dalej, chyba umyli szyby.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 10, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do jeżdżenia podgrzewaną francuską kanapą, bo jakoś tak machinalnie usiłowałam zapiąć pasu na fotelu u dentysty. Poza tym zostałam obkomplementowana przez meneli podbramowych (ok, młodych), co według jednej znajomej jest ultymatywnym i ostatecznym wyrażeniem zachwytu nad urodą. Ja uważam, że mogli być po prostu ciut nietrzeźwi. I od poniedziałku myślałam o tym, że mógłby być już piątek.
A w Pasażu Jeżyckim, gdzie pracowałam lat kilka, a dentystka pracuje dalej, chyba umyli szyby.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 10, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj